sobota, 7 maja 2022


Ludzie inwestują w różne dobra. Nieruchomości, złoto, lokaty, ale i waluty. Ci starsi wiedzą, że w trudnych czasach twarda waluta zawsze była w cenie. Dolary, funty, kiedyś franki czy marki, a dziś euro. Na tej liście nigdy jednak nie było rubla. Ani tego z czasów sowieckich ani tego współczesnego, rosyjskiego. W tych trudnych czasach, również dla Gazpromu, Kreml nakazał zmianę. I tak dekretem z 31 marca o zasadach płatności za rosyjski gaz dostarczany do niektórych klientów Putin nakazał Gazpromowi przyjmowanie zapłaty za gaz w rublach. Dlaczego niektórych? Bo chodzi o państwa uznane za nieprzyjazne. Z pięciu największych odbiorców gazu rosyjskiego, aż czterech (Niemcy, Włochy, Austria, Holandia) to członkowie Unii Europejskiej, której wszystkie kraje zostały uznane za nieprzyjazne Rosji (władze rosyjskie umieściły na liście UE jako całość). Na te państwa przypadało, według wyliczeń RBK, 43 z 54,2 mld dolarów przychodów rosyjskiego monopolisty.

Jak ma zatem według Rosjan wyglądać mechanizm nowej płatności, na którą nie zgodził się m.in. polski PGNiG? Otóż, spółka posiadająca umowę z Gazpromem ma obowiązek otworzyć konto walutowe i rublowe typu „K” czyli rachunek wymienialny. Literka K oznacza tutaj „конвертируемыйсчет”. Rachunki wymienialne to specjalne konta przeznaczone dla podmiotów fizycznych i prawnych niebędących rezydentami na terenie Federacji Rosyjskiej. Z rachunków tych można korzystać w przypadku, gdy podmiot rosyjski sprzedaje coś nierezydentowi. Obrót funduszami i jego wypłata jest regulowana instrukcjami rosyjskiego Banku Centralnego. Po założeniu rachunku K w Gazprombanku, firma energetyczna przelewa na konto walutowe należność w euro bądź dolarach. Następnie Gazprombank sprzedaje pozyskaną walutę na moskiewskiej giełdzie kupując za nią ruble. Środki te trafiają następnie na subkonto rublowe, z którego wysyłane są do Gazpromu. Ten ostatni krok oznacza zamknięcie transakcji.

Jest to rozwiązanie „kompromisowe” w stosunku do tego, o którym mówiło się na samym początku, czyli realizowanie wpłat rublowych bezpośrednio przez kontrahentów Gazpromu. Takie rozwiązanie wymagałoby nabywania przez te firmy rubli albo na moskiewskiej giełdzie, albo bezpośrednio w rosyjskim Banku Centralnym, który znalazł się na liście sankcji państw zachodu. Ten kompromis pozwala też niektórym firmom na Zachodzie wytłumaczyć się z otwierania subkont rublowych w Gazprombanku, gdyż formalnie, nadal przelewają one zapłatę w walucie zawartej w danym kontrakcie, dopiero później jest ona konwertowana na ruble już w ramach operacji finansowej realizowanej przez rosyjski bank.

Rozwiązanie to formalnie również nie zmienia nic w sytuacji Gazpromu jeżeli chodzi o dostęp do waluty. Spółka ta zgodnie z rosyjskimi regulacjami miała obowiązek wymiany na Mosbirze (moskiewska giełda) 80 procent walut na ruble. Teraz koncern otrzymywać będzie 100 procent rubli bez konieczności prowadzenia operacji wymiany giełdowej. Gazprom wciąż jednak będzie miał dostęp do „twardej waluty” ponieważ nadal będą w niej rozliczane kontrakty z państwami „przyjaznymi”, czyli m.in. Chinami i Turcją.

Rosyjskie kręgi rządowe oczywiście nie ujawniają rzeczywistych powodów takiej decyzji. W pewnym sensie jest ona skierowana do użytkownika „wewnętrznego” czyli samych Rosjan. Oto idzie przekaz, że „zgniły Zachód”, zależny od rosyjskiego gazu musi płacić w rosyjskiej walucie narodowej. Z punktu widzenia propagandy rosyjskiej, to bardzo wdzięczny „kierunek”. Wszak już przypisywane Leninowi powiedzenie mówi, że kapitalista (Zachód) sprzeda nam (Rosji) sznur, na którym my ich powiesimy. Teraz to jednak Rosja przez lata sprzedawała sznur energetyczny (w postaci różnych projektów energetycznych uzależniających od swoich surowców), który wielu kapitalistów w Europie z chęcią kupowało.

Z punktu widzenia praktycznego, zmiana ta jest poniekąd wymuszona przez sankcje na rosyjski sektor finansowy. Rubel na początku konfliktu na Ukrainie zanurkował. Rosyjski Bank Centralny musiał interweniować, sprzedając „walutę” i kupując na giełdzie ruble. Sankcje nałożone na Bank Centralny zablokowały mu jednak dostęp do waluty, co doprowadziło do zahamowania interwencji stabilizujących kurs rubla. Zmuszenie zachodnich podmiotów do partycypacji w transakcjach odbywających się w rosyjskim banku, który realizuje zakupy na rosyjskiej giełdzie, prowadzi do zwiększonego przepływu aktywów i tym samym umocnienia rubla. Trudno oszacować ostateczny wpływ tego ruchu na kurs rubla, jednak już teraz widać dużą zmianę. W momencie podpisywania dekretu, 31 marca 2022 roku za jednego dolara trzeba było zapłacić 103 ruble. Po podpisaniu dekretu kurs spadł do 97 rubli. 29 kwietnia, niespełna miesiąc po funkcjonowaniu dekretu, kurs wynosi już 71 rubli co jest najwyższym poziomem od… listopada 2021 roku.

Kolejnym powodem, dla którego mogło dojść do decyzji o zmuszeniu do transakcji rublowej przez Gazprombank jest chęć uchronienia tego podmiotu przed zachodnimi sankcjami. Bank ten zyskał miano „sankcjoodpornego” ze względu na jego rolę w pośredniczeniu w handlu rosyjskim gazem. Sankcje nałożone na tę instytucje spowodują, że prowadzenie operacji finansowych, w tym wpłaty i konwersja waluty, staną się nielegalne. Gazprombank oczywiście nie zajmuje się jedynie gazem, ale to ta jego funkcja sprawia, że może czuć się relatywnie bezpieczny zarówno w transakcjach gazowych jak i wszystkich pozostałych. To natomiast daje komfort Bankowi Centralnemu, który w ten sposób nadal może względnie kontrolować kurs rosyjskiej waluty.

Trzecim elementem korzystnym z perspektywy Rosji jest bezpieczeństwo środków wpłacanych przez klientów Gazpromu. Coraz częściej pojawiają się głosy, wzywające do utworzenia specjalnego funduszu, na który wpłacane byłyby środki w ramach należności wobec Gazpromu. Środki te byłyby trzymane na koncie, z którego Gazprom mógłby pobierać jedynie niezbędną do swojego funkcjonowania część. To, co miałoby trafić do rosyjskiego budżetu, zostałoby zamrożone. Gazprom obawia się mrożenia funduszy i aktywów, więc z jego perspektywy korzystne jest „wyprzedzenie” zachodnich działań i stworzenie „bezpiecznej” przystani finansowej w jakiejś rosyjskiej instytucji finansowej, która w żaden sposób nie będzie blokowała środków przelewanych przez kontrahentów.

Z punktu widzenia kontrahentów i samego Gazpromu zmiany wprowadzone dekretem Putina są zasadniczo kosmetyczne, ale dają duże pole do nadinterpretacji. Rosjanie w swoim przekazie mówią, że wiele zachodnich firm „ugięło” się pod ich żądaniem i płaci Gazpromowi w rublach, wiele europejskich firm z kolei mówi, że płaci dalej w euro czy dolarach i nic się z ich perspektywy nie zmieniło. I obie strony mogą mieć rację. Problemem może być niejasna regulacja wprowadzona dekretem, np. to Gazprombank będzie decydował i zgadzał się bądź nie kto może założyć konto, to rosyjski Bank Centralny będzie decydował na jakich zasadach będzie odbywała się wymiana waluty na ruble na giełdzie. To oczywiście może rodzić zagrożenia na przyszłość dla samych kontrahentów. Wydaje się, że najważniejszy cel, czyli uchronienie Gazprombanku przed sankcjami, póki co został osiągnięty. I to już można uznać za spory sukces Rosjan.

biznesalert.pl

BiznesAlert.pl: Czy można było się spodziewać zatrzymania importu rosyjskiego gazu do Polski?

Marcin Roszkowski: Można było się spodziewać o tyle, że Rosja wiedziała, że nie będziemy potrzebowali ich gazu do końca roku – na kilkanaście miesięcy przed wygaśnięciem kontrakt jamalski mógł być przedłużony, ale nie było takiej woli ze strony PGNiG. W polskich mediach od lat była mowa o tym, jak rozwijać infrastrukturę w ten sposób, by w Polsce fizycznie nie było rosyjskiego gazu. Jako Polska traktujemy tego partnera jako niestandardowego, który jest agresywny. Rosyjskie surowce finansują agresję wobec różnych sąsiadów – nie tylko wobec Ukrainy, ale też Gruzji, krajów bałtyckich i innych, czasem w formie hybrydowej. To nie jest początek tego typu zachowań Rosji, ale miejmy nadzieję, że koniec, ponieważ jeśli Rosja chce zbudować gospodarkę na wzór Korei Północnej, to należy jej w tym pomóc.

Polski rząd zapewnia, że jesteśmy gotowi, jeśli chodzi o dostawy gazu. Jak to wygląda w przypadku innych krajów, którym również zakręcono kurek? Jak wyglądamy w tej chwili w porównaniu do Niemiec?

Litwa w podobny sposób do Polski stawia na dywersyfikację, natomiast Niemcy mają problem – wpadły w pułapkę, która polega na tym, że od 20 lat lobby przemysłowe postanowiło, że chce mieć konkurencyjny przemysł w oparciu o tani gaz z Rosji, dzięki czemu będzie rozdawać karty w biznesie. W 2005 roku wydarzyły się dwie ważne rzeczy: po pierwsze, wszedł w życie system handlu emisjami CO2, a po drugie zostało zawarte porozumienie o budowie gazociągu Nord Stream. Od tej pory przyspieszała polityka klimatyczna polegająca na przejściu na odnawialne źródła energii i rosyjski gaz, przez budowę infrastruktury omijającej takie kraje jak Polska czy Ukraina. Rosja starała się obejść Europę Środkowo-Wschodnią, wykorzystując Węgry, ale przede wszystkim Niemcy, nadając kurs transformacji energetycznej bez atomu, przez to jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Ceny energii elektrycznej i gazu oszalały. Od zeszłego roku, kiedy Rosjanie opróżnili te magazyny gazu, nad którymi mieli kontrolę w Europie Zachodniej, październik, listopad i grudzień były katastrofą, jeśli chodzi o ceny. Był to element presji na certyfikację Nord Stream 2, gdyby Niemcy jej ulegli, wojna wybuchłaby o wiele później, a Rosjanie zakręciliby gaz z minuty na minutę, zabijając ukraiński przemysł, i wyłączając dużą część ukraińskiego ciepłownictwa.

(...)

Dlaczego Polska została odcięta od gazu jako pierwsza?

Po pierwsze dlatego, że jesteśmy największą gospodarką w regionie. Rosjanie od dawna nie mają z nami łatwego życia. To też sygnał dla mniejszych państw, że je też może to spotkać. Po przygotowaniach wojennych widać, że wywiad rosyjski bardzo słabo działa. Polska była gotowa na odcięcie i szantaż ten nie zadziałał. Rosjanie strzelili sobie w nogę. Cały system działał nie dlatego, że mamy połączenia międzysystemowe i infrastrukturę, tylko dlatego, że mamy zdolności magazynowe. Jeśli połowa ropy płynie do Polski z Rosji, to w przypadku odcięcia od dostaw wyzwanie polegałoby na tym, by mieć zapasy w magazynach i być w stanie przerabiać wiele gatunków ropy w rafineriach. Polska przy zużyciu rocznym 30 mln ton ropy, ma zdolności przepustowe w terminalach, a ponadto mamy magazyny. Ropa jest płynnym surowcem, i bariera technologiczna nie jest aż tak surowa jak w przypadku gazu. Polska musi otworzyć się na morze, bo jest to dla nas gigantyczna szansa, i dzięki temu będziemy mogli pomóc naszym sojusznikom w regionie.

biznesalert.pl

Już pod koniec stycznia, przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji na Ukrainę, 60-letni menedżer wysokiego szczebla w Gazpromie Leonid Schulman miał popełnić samobójstwo, podobnie jak Aleksander Tjuljakow, którego ciało znaleziono w Sankt Petersburgu 25 lutego. Były menedżer rosyjskiego giganta energetycznego miał się powiesić. Trzy dni później potentat gazowy i naftowy ukraińskiego pochodzenia Michaił Watford został znaleziony powieszony w garażu swojej posiadłości w Surrey w Wielkiej Brytanii.

24 marca miliarder Wasilij Mielnikow, który kierował firmą medyczną MedStom, został znaleziony martwy wraz z żoną Galiną i dwoma małymi synami w swoim mieszkaniu w Niżnym Nowogrodzie. Również w tym przypadku istnieją duże podobieństwa do śmierci Protosenji i Awajewa.

I wreszcie przypadek Andrieja Krukowskiego. 37-latek był dyrektorem ośrodka narciarskiego Krasnaja Poljana w pobliżu Soczi. To właśnie tutaj prezydent Rosji Władimir Putin podobno lubi zapraszać swoich gości na narty. Krukowski, jak pisze rosyjska gazeta "Kommersant", spadł z klifu podczas górskiej wędrówki 2 maja.

dw.com

To, że na Bliskim Wschodzie zrozumienie tego co się dzieje w Europie Środkowo-Wschodniej jest niewielkie nie może dziwić, gdyż przypomina to wybiórczą i uproszczoną percepcję mieszkańców naszego regionu w odniesieniu do wydarzeń w tamtej przestrzeni geopolitycznej. Nawet obecnie często sięga się po porównania agresji na Ukrainę z rosyjskimi działaniami w Syrii co jest analogią z gruntu fałszywą. Nie przyzwyczajony do demokracji i suwerenności narodu (a nie państwa jako własności dyktatorów i monarchów) Bliski Wschód, czy szerzej świat arabsko-muzułmański, nie rozumie, że u nas decyzje geopolityczne, dotyczące strategicznego wyboru sojuszników, podejmowane są przez zainteresowane państwa, zgodnie z wolą ich społeczeństw, a nie w wyniku tajnych układów rządzących z mocarstwami. Bliski Wschód ma również odmienne doświadczenia historyczne, zwłaszcza dotyczące USA, a zarówno dla tamtejszych dyktatur jak i muzułmańskich radykałów wolny świat, z naszym pojmowaniem wolności, demokracji i praw człowieka, stanowi zagrożenie. Jeśli dodamy do tego popularną tam skłonność do teorii spiskowych oraz przerzucania winy za wszystkie swoje nieszczęścia na świat zewnętrzny, przede wszystkim Zachód, to w efekcie jest to grunt bardzo podatny na prorosyjską dezinformację i poglądy krążące w tamtej przestrzeni informacyjnej są często absurdalne.

Przede wszystkim bardzo popularny jest „whataboutism" i związane z nim oskarżenia o hipokryzję i rasizm. „Whataboutism" to postawa polegająca na sugerowaniu, że należy zająć się inną sprawą, jakoby zaniedbywaną. Liczne głosy w świecie muzułmańsko-arabskim, w odpowiedzi na agresję, zbrodnie i humanitarny kryzys wywołany przez Rosję, pojawiają się według schematu „a co z...", po czym  wymieniane są rozmaite konflikty toczące się w tym regionie, w szczególności Palestyna, Jemen oraz Afganistan. W rezultacie występuje lekceważenie tego co się dzieje na Ukrainie i oskarżenie Zachodu o rzekomą hipokryzję i rasizm. Można by to było zrozumieć, gdyby był to wyraz obojętności przy jednoczesnym skupieniu uwagi (i działań) na wspomnianych problemach i konfliktach, im bliższych. Problem w tym, że nie towarzyszy temu bynajmniej refleksja co mieszkańcy Bliskiego Wschodu mogą sami zrobić by zapanował pokój w ich regionie, jak powinni wpływać na regionalne rządy. Odpowiedzialność spychana jest na zewnątrz, przy czym oczekiwania są wewnętrznie sprzeczne. Z jednej strony zarzuca się obojętność wobec krwawych rządów niektórych dyktatorów (np. Assada), z drugiej zaś zarzuca się obalanie innych (np. Saddama Husajna).

Wbrew pozorom ta wewnętrznie sprzeczna narracja jest na swój sposób spójna i logiczna. Wyłania się z niej bowiem dychotomia: zły Zachód i dobra Rosja. To zaś już bezpośrednio przekłada się na percepcję wojny na Ukrainie. Nie ma przy tym wątpliwości, że za taką percepcją stoją rosyjskie działania hybrydowe (zwłaszcza dezinformacja w mediach społecznościowych). W tym kontekście możliwe jest, że wypowiedź Ławrowa o „antysemickich Żydach" i „żydowskim pochodzeniu Hitlera" nie była nieprzemyślana, lecz miała na celu większą mobilizację muzułmańsko-arabskiej, nastawionej negatywnie do Izraela, opinii publicznej, a być może nawet stworzenie atmosfery sprzyjającej werbowaniu ochotników, chcących wesprzeć rosyjską walkę z „żydowskim Zachodem" (rosyjskie narracje są dostosowywane do odbiorców i dlatego mogą jednocześnie odwoływać się do walki z „żydowskim spiskiem" i walki z antysemityzmem). (...)

Można przy tym wyróżnić narrację oficjalną (lub półoficjalną), promowaną przez polityków i rządowe media niektórych państw oraz narrację publiczną (widoczną zwłaszcza w mediach społecznościowych). Co do tej pierwszej to w szczególności należałoby wskazać narrację Iranu i ośrodków z nim powiązanych na Bliskim Wschodzie. Iran wręcz rytualnie obwinia o wszystko USA i w narracji przez niego promowanej rzekomą przyczyną konfliktu jest ekspansja NATO, zburzenie równowagi międzynarodowej oraz rzekoma chęć wykorzystania Ukrainy do ataku na Rosję, co w efekcie czyni z tej ostatniej – wg tej narracji – broniącą się ofiarę agresji USA i NATO. Ukraina w tym schemacie sprowadzona jest do bezwolnego narzędzia, a ofiary wojny są w istocie ofiarami agresywnej polityki USA. Narracja ta odrzuca zatem zasadę suwerenności podejmowania decyzji o sojuszach na rzecz prymatu równowagi systemowej i koncertu mocarstw.

Choć takie podejście Iranu jest zupełnie sprzeczne z jego własnymi doświadczeniami historycznymi oraz jego faktycznymi interesami geopolitycznymi to jego rezonans jest potężny. Ta narracja jest wszechobecna w całej strefie wpływów Iranu, w szczególności w proirańskich środowiskach (media, politycy i głosy w mediach społecznościowych) w Libanie, Iraku, Syrii, Jemenie itp. Dominuje przekonanie, że przyczyną wojny jest naruszenie równowagi przez „agresywne" NATO i USA, które są obarczane odpowiedzialnością za sytuację w Palestynie, Jemenie etc. W tej percepcji fakt, że Izrael zachowuje dość wstrzemięźliwe stanowisko odnośnie wojny na Ukrainie, a Rosja utrzymuje ogromne wpływy w Izraelu, w tym za pośrednictwem proputinowskich oligarchów, którzy w większości mają żydowskie pochodzenie, jest całkowicie pomijany. Pomijane jest również to, że Rosja, poza nie mającymi żadnego realnego znaczenia deklaracjami, nigdy nie wspierała „sprawy palestyńskiej". Ponadto z punktu widzenia szyitów kompromitujące powinno być też jej wsparcie dla Saddama Husajna i fakt, że nawet w wystąpieniu rozpoczynającym wojnę Putin sugerował, że obalenie reżimu Saddama było jakoby niedopuszczalne. Faktem jest jednak, że wsparcie „szyickiego półksiężyca" dla Rosji nie wychodzi poza sferę deklaratywną. W głosowaniu w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ potępiającym rosyjską agresję tylko Syria zagłosowała przeciw, natomiast Iran wstrzymał się od głosu. Podobnie postąpił również Irak oraz Algieria (będąca w nieformalnym sojuszu z Iranem), natomiast Liban głosował za potępieniem Rosji. W głosowaniu nad wykluczeniem Rosji z Rady Praw Człowieka ONZ Iran i Algieria, a także oczywiście Syria, głosowali przeciw, natomiast Irak znów wstrzymał się od głosu, a Liban nie wziął udziału w głosowaniu.

Natomiast doniesienia jakoby Rosjan na Ukrainie mieli wesprzeć żołnierze Assada lub irackiego Al-Haszed asz-Szaabi, czy też wreszcie libańskiego Hezbollahu okazały się całkowitą bzdurą. Siły te najwyraźniej sceptycznie podchodzą do własnej propagandy, a priorytetem jednak jest dla nich własny interes polityczny i bezpieczeństwa. Hezbollah nie może mieć najmniejszych wątpliwości, że Rosja nigdy nie udzieli mu jakiegokolwiek militarnego (w tym w zakresie uzbrojenia czy świadomości sytuacyjnej) wsparcia przeciwko Izraelowi, a w dodatku za niespełna 2 tygodnie odbywają się w Libanie wybory parlamentarne. W Iraku Al-Haszed asz-Szaabi jest zajęte wspieraniem swojej reprezentacji politycznej w walce o władzę w Bagdadzie w sytuacji gdy wciąż nie powstał nowy rząd, a wpływ Rosji na rozwój sytuacji w tym zakresie jest zerowy. Siły proirańskie mają też zapewne świadomość dealów między rosyjskim Gazpromem a Partią Demokratyczną Kurdystanu, z którą są delikatnie mówiąc skonfliktowane. Do tego dochodzi napięta sytuacja na linii Al-Haszed asz-Szaabi – Turcja, a także wciąż istniejące zagrożenie ze strony Państwa Islamskiego, w walce z którym Rosja nigdy nie okazała żadnego wsparcia. Z kolei Assad musi się liczyć z tym, że jak Rosja się wykrwawi na wojnie z Ukrainą, a on wyśle swoje najlepsze oddziały by zostały zmasakrowane pod Charkowem, to za kilka miesięcy dżihadyści z Idlibu przy wsparciu Turcji będą podchodzić pod Aleppo i Damaszek, a on nie będzie się miał czym bronić.

Rozpatrując pozycję świata szyickiego w stosunku do rosyjskiej agresji nie ulega wątpliwości, że jest ona determinowana niechęcią do USA, a przy tym abstrahuje od historycznych doświadczeń, a także interesów. Irańskie doświadczenia z agresywnym imperializmem rosyjskim są bowiem znacznie bogatsze niż z ingerencjami USA. Istotniejsze jest jednak to, że Iran mógłby być beneficjentem sankcji nakładanych na Rosję, w szczególności embarga na ropę i gaz. W interesie Iranu byłoby zatem doprowadzenie do szybkiej reaktywacji JCPOA, co zresztą Rosja zaczęła blokować (a Iran w odpowiedzi znów rytualnie obarczył winą Zachód) oraz doprowadzenie do realizacji budowy gazociągu z Iranu do Europy przez Turcję, a także eliminacji Turkish Streamu jako konkurencji. Tyle, że Iran póki co nie podejmuje takich działań, przedkładając ideologię (oraz niechęć i brak zaufania do USA) nad interes.

Inną charakterystyczną narracją są wszechobecne od pierwszych dni wojny oskarżenia Zachodu o rasizm, które odwracają uwagę od istoty problemu rosyjskiej agresji i dramatu Ukraińców, a przenoszą go na rzekomy rasizm, przy czym dotyczy to również samej Ukrainy i Polski. Narracja ta oparta była początkowo na rzekomo innym, gorszym traktowaniu uchodźców z Ukrainy, jeśli pochodzili z Azji lub Afryki. Towarzyszyła temu dezinformacyjna narracja dotycząca sytuacji „uchodźców" na granicy polsko-białoruskiej. Warto przy tym podkreślić, że wzmacniana przez Rosję antypolska propaganda związana z atakiem bronią D na polskiej granicy, nie ustała na Bliskim Wschodzie i wpisuje się w schemat obwiniania świata zewnętrznego za własne problemy i błędy. Narracja ta jest powielana przez liczne media związane z bliskowschodnimi reżimami, co teoretycznie może się wydawać dziwne (bo przecież jeśli migranci na granicy polsko-białoruskiej byliby uchodźcami tzn. że rządy krajów, z których wyjeżdżali były opresyjne), jednakże tamtejsza logika rządzi się innymi prawami. Przekaz ten ma skłaniać do posłuszeństwa sugestią, że prawa człowieka i demokracja to kłamstwa rasistów.

Nieco inaczej wygląda rozłożenie akcentów wśród sunnickich monarchii skonfliktowanych z Iranem oraz pozostałych państw arabskich. Niemniej, również i w tym wypadku dominuje postrzeganie konfliktu przez pryzmat równowagi sił, przy całkowitym niezrozumieniu jego wymiary aksjologicznego. Znajomość historii regionu jest również niezwykle mała, co sprzyja rozpowszechnianiu przekonania, że Ukraina to w zasadzie część Rosji lub przynajmniej jej naturalnej strefy wpływów. To prowadzi do często przewijającej się konkluzji, że powodem wojny nie była uległość Zachodu wobec Rosji, co wpłynęło na jej błędną ocenę, że zachodni pacyfizm spowoduje brak zdecydowanej reakcji NATO i UE, lecz było nią jakoby to, że Zachód nie poszedł na ustępstwa wobec żądań Rosji. To z kolei zdeterminowało przekonanie, że rozwiązaniem konfliktu jest doprowadzenie do kompromisu zaspokającego część „obaw" Rosji w zakresie bezpieczeństwa (czyli cofnięcie się NATO z flanki wschodniej i uznanie Ukrainy za rosyjską strefę wpływów). Taki był właśnie cel misji dyplomatycznej delegacji Ligi Arabskiej, która na początku kwietnia odwiedziła Moskwę i Warszawę. Mimo bardzo wysokiego szczebla tej delegacji, w której skład wchodził Sekretarz Generalny Ligi Arabskiej, a także szefowie dyplomacji Egiptu, Jordanii, Iraku, Algierii i Sudanu, misja ta nie odegrała praktycznie żadnej roli i była całkowitym fiaskiem. Również w mediach arabskich widać było przekonanie o tym, że konieczne jest przywrócenie stanu równowagi i jak najszybsza normalizacja relacji polityczno-gospodarczych miedzy Zachodem i Rosją, a także skłonność do uznawania deklaracji Kremla za wiarygodne. Dzień po ujawnieniu ludobójstwa w Buczy brałem udział w dyskusji na antenie jednej z telewizji ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, w trakcie której sugerowano, powołując się na wypowiedź Pieskowa, że kompromis, pokój i rekoncyliacja rosyjsko-ukraińska są na wyciągnięcie ręki. Rozmowa zatem została sprowadzona na temat rzekomej konieczności i nieuchronności uznania rosyjskich „obaw" dotyczących jej bezpieczeństwa oraz powrotu do normalnych relacji gospodarczych, gdyż jakoby sankcje i embargo są zbyt szkodliwe dla globalnych stosunków handlowych by można taką politykę kontynuować. Nie był to przypadek odosobnimy. Takie podejście zdominowało narrację w świecie arabskim, a zrozumienie psychologicznego wpływu na europejską opinię publiczną rosyjskich zbrodni na Ukrainie, zburzonych miast i trupów, było znikome w regionie, w którym wojna, zbrodnie, terror, masakry itp. nie są niczym nadzwyczajnym.

Polityczne stanowisko państw arabskich opierało się nie na aksjologii, lecz na kalkulacjach politycznych. Wprawdzie w głosowaniu nad potępieniem rosyjskiej agresji, poza wcześniej omówionymi państwami, tylko Sudan i Maroko wstrzymały się od głosowania (lub w nim nie wzięły udziału) ale już w głosowaniu nad zawieszeniem Rosji w Radzie Praw Człowieka jedynym państwem, które zagłosowało za była Libia. Większość, w tym Arabia Saudyjska, Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Jordania i Egipt, wstrzymały się od głosu lub nie wzięły udziału w głosowaniu. Autorytarne reżimy arabskie, które tradycyjnie były sojusznikami Zachodu, zaczęły dywersyfikować swoją politykę zagraniczną (tj. równoważyć ją relacjami z Rosją) w okresie rządów Obamy, co było związane z naciskiem w kierunku przestrzegania praw człowieka oraz amerykańską wizją demokratyzacji świata arabskiego w oparciu o kluczową rolę Bractwa Muzułmańskiego. Za czasów Trumpa ta tendencja jeszcze bardziej się zwiększyła, co wynikało z zapowiedzi Trumpa wycofywania sił USA z Bliskiego Wschodu. W tym kontekście sygnałem alarmowym było czasowe wycofanie się USA z Syrii Północno-Wschodniej w końcu 2019 r. w celu umożliwienia inwazji tureckiej na sojuszniczych wobec USA Kurdów. W rezultacie Rosja zajęła część amerykańskich baz w regionie kluczowym z punktu widzenia powstrzymywania ekspansji wpływów irańskich, co skłoniło monarchie Półwyspu Arabskiego do konkluzji, że trzeba się ubezpieczyć i negocjować tę kwestię z Rosją. Po wyborze Bidena, obawy wielu państw arabskich jeszcze bardziej wzrosły, w związku z jego krytyką autorytarnych reżimów, naruszeń praw człowieka, a także dążeniem do reaktywacji JCPOA i rolą Demokratów (w tym Bidena) w wycofaniu wsparcia USA dla wojny w Jemenie po ujawnieniu bombardowania celów cywilnych, w tym dzieci, przez saudyjskie lotnictwo.

W 2016 r. OPEC rozpoczął współpracę z Rosją w ramach formatu OPEC+ i ta współpraca została utrzymana po wybuchu wojny na Ukrainie, mimo nacisków USA by zwiększyć wydobycie w celu zbicia cen. Kluczową rolę w wyznaczeniu takiej polityki odegrała Arabia Saudyjska i osobiście następca tronu Mohammad bin Salman, który nawet nie ukrywał, że chce uczynić afront USA w zemście za wcześniejszą krytykę ze strony Bidena (m.in. w kwestii zabójstwa Chaszukdżiego). Saudyjski książę wyraźnie liczy przy tym, że w 2025 r. do władzy powróci Trump, który zmieni politykę zagraniczną USA o 180 stopni, a kwestia rosyjska nie będzie dla niego priorytetem. (...)

Kluczowe znaczenie dla (przeważnie arabskich) państw Bliskiego Wschodu i Afryki Płn. ma też wpływ wojny na ceny żywności, w związku z drastycznie zmniejszoną podażą pszenicy. Rosja jest największym eksporterem pszenicy, a Ukraina znajduje się 5 miejscu. Największym importerem ukraińskiej pszenicy był dotąd Egipt, ale duży udział w imporcie tego kluczowego produktu miały też inne państwa arabskie: Maroko, Tunezja, Jemen, Liban, Jordania czy Libia. Egipt jest też największym odbiorcą rosyjskiej pszenicy, którą ponadto kupuje też Turcja, Sudan, Jemen i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Przytłaczająca większość pszenicy w Tunezji, Libii czy Libanie pochodzi z tych dwóch krajów. W Libanie ponad 60 % importu pszenicy pochodzi z Ukrainy, a 14 % z Rosji. Kraj ten znajduje się tymczasem od kilku lat w głębokim kryzysie ekonomicznym, mieszkańcy zaczynają uciekać na łódkach na Cypr, a za niespełna 2 tygodnie są tam wybory parlamentarne, przy głębokich podziałach etnosektariańskich i politycznych. W Iraku ceny żywności wzrosły o 20 %, a władze zostały zmuszone do podwyżki cen skupu pszenicy o 30 % by powstrzymać rolników do sprzedaży jej zagranicę. Podobna sytuacja kryzysowa ma miejsce w wielu innych krajach i tylko w niektórych z nich (a często też tylko częściowo) jest to rekompensowane wyższymi cenami ropy. Państwa te natomiast pamiętają, że w 2011 r. wzrost cen żywności był jednym z powodów wybuchu niezadowolenia społecznego i co za tym idzie tzw. Arabskiej Wiosny.

defence24.pl

Trwający konflikt w tej chwili można podzielić na trzy etapy, różniące się między sobą zarówno celami strategicznymi jak i działaniami na szczeblu operacyjnym i taktycznym. Różnice te w przypadku strony rosyjskiej są bardziej znaczące, aczkolwiek dotyczą również działań ukraińskich.

Przede wszystkim należy pamiętać, że w rzeczywistości konflikt ukraińsko-rosyjski nie zaczął się w lutym 2022 roku, ale trwa już od ośmiu lat. To pierwszy etap konfliktu, charakteryzujący się ze strony rosyjskiej tzw. działaniami pod fałszywą flagą (ang. false flag). Sam etap składał się z dwóch różnych pod względem taktyki i zaangażowania sił i środków operacji. Jedna to aneksja Krymu, do której Rosjanie użyli własnych wojsk, działając nie tyle pod fałszywą flagą, co w ogóle bez flagi. Sławne putinowskie „zielone ludziki" czyli żołnierze specnazu, wojsk powietrzno-desantowych i rozpoznawczych ubrani w „mundury, które można kupić w każdym sklepie z mundurami". Operacja ta przebiegła bardzo sprawnie, przy co najwyżej biernym oporze (niszczenie własnego sprzętu bojowego) armii ukraińskiej.

Operacja w Ługańsku i Doniecku miała inny charakter. Armia federacji rosyjskiej w większym stopniu wspierała zarówno kadrami jak i uzbrojeniem ruch separatystyczny. Działania po okresie intensywnych walk, finalnie przekształciły się w typowy konflikt pełzający, a linia walk ustabilizowała się na lata. Należy zauważyć, że i w tym wypadku armia ukraińska początkowo nie była w stanie podjąć działań adekwatnych do sytuacji. Wystarczy powiedzieć, że w 2015 roku zdolność do działań bojowych miało mniej niż dziesięć procent sił zbrojnych Ukrainy.

Dlaczego ta faza konfliktu nie powinna być rozpatrywana oddzielnie w stosunku do kolejnych, które datują się od lutego 2022 roku czyli otwartej inwazji wojsk Federacji Rosyjskiej na Ukrainę? Otóż obie strony wyciągnęły wnioski z jej przebiegu. Skutki obserwujemy od dwóch miesięcy.

Władze polityczne i wojskowe Federacji Rosyjskiej uznały że:

1\. Reakcja świata na działania wobec Ukrainy jest nieskuteczna i ma na celu bardziej uspokojenie własnej opinii publicznej. NATO trapione jest oddolnymi konfliktami i nie podejmie skonsolidowanych działań.
2\. Do projekcji siły wystarczą jednostki składające się z żołnierzy zawodowych (kontraktowych).
3\. Armia ukraińska nie jest w stanie podjąć równorzędnej walki i nie stawi zorganizowanego oporu.
4\. Można liczyć na wsparcie części społeczeństwa wschodniej Ukrainy.
5\. Działania propagandowe należy kierować przede wszystkim na użytek wewnętrzny, świat stawiać przed faktami dokonanymi, a jeżeli fakty nie są zgodne z propagandą to tym gorzej dla faktów.

W przypadku Ukrainy wysnute wnioski zostały przekute na bardzo konkretne działania:

1\. Trzeba dążyć do konsolidacji ze światem zachodnim zarówno militarnie jak i politycznie, ale budować własne zdolności.
2\. Siły zbrojne nie tyle zreformować, co zbudować od podstaw. Oprzeć własne zdolności obronne o trzy komponenty – armię czynną (zawodową i z poboru), przeszkolone rezerwy, gwardię narodową i jednostki o charakterze terytorialnym.
3\. Do walki z Federacją Rosyjską potrzeba czołgów i artylerii, ale niezbędna jest synergia różnych rodzajów wojsk oraz wysokie morale zmotywowanych żołnierzy.
4\. Przygotowywać się do walki z konkretnym wrogiem. Wykorzystać wsparcie szkoleniowe i zasoby instruktorskie NATO.

Przeanalizujmy najpierw jak Federacja Rosyjska przygotowała się do owego pierwszego na teatrze europejskim pełnoskalowego starcia XXI wieku. Dla ułatwienia zastosujmy porównanie z tego typu operacjami wcześniej prowadzonymi przez Związek Radziecki. Dlaczego? Ponieważ w swoich założeniach i sposobach realizacji inwazja na Ukrainę stanowi w rzeczywistości kontynuację polityki jeszcze z czasów ZSRR. Związek Radziecki stosował w swojej historii operacje wojskowe zbliżone charakterem do inwazji na Ukrainę. Operacje „Wicher" w 1954 roku na Węgrzech, czy „Dunaj" w 1968 roku w Czechosłowacji w swoich założeniach i sposobie realizacji nie różniły się aż tak bardzo od pierwotnych założeń „specjalnej operacji wojskowej" na Ukrainie. Co więcej, schemat działania był wciąż taki sam. Każda z nich zaczynała się zajęciem lotnisk przez wojska powietrzno-desantowe i specjalne, których zadaniem była dekapitacja władz politycznych i wojskowych, zajęcie kluczowych obiektów takich jak budynki władz centralnych, rozgłośnie telewizyjne i radiowe itp. Nawet podczas wkroczenia wojsk rosyjskich do Afganistanu w 1979 roku, zastosowano zbliżony schemat działania (operacja „Sztorm 333"). Niemal równocześnie granice państwowe przekraczały radzieckie (w przypadku Czechosłowacji również sojusznicze) kolumny pancerno-zmechanizowane zajmując kolejno najważniejsze miasta, jako ośrodki administracji.

Rosyjski sztab generalny, planując inwazję na Ukrainę pozostał mentalnie w oparach czasów Układu Warszawskiego. Zignorował przy tym całkowicie odmienność sytuacji geopolitycznej Ukrainy w porównaniu z choćby Czechosłowacją w latach 60. Czechosłowacja była całkowicie izolowana właśnie geopolitycznie, pozostając w radzieckiej strefie wpływów. Pomimo tego radzieccy dowódcy nie byli pewni reakcji czechosłowackich sił zbrojnych oraz liczyli się z oporem społeczeństwa. Siły Układu Warszawskiego dedykowane do operacji „Dunaj" liczyły 450 tysięcy żołnierzy i 6500 czołgów, wobec kraju czterokrotnie mniejszego od Ukrainy i całkowicie izolowanego geograficznie i politycznie! Co więcej w odwodzie pozostawały dodatkowo dwie dywizje armii NRD.

Jak ma się do tego 115 batalionowych grup bojowych stanowiące ekwiwalent ok 80-90 tysięcy żołnierzy i 1600 - 1800 czołgów dedykowanych przez Rosję do zajęcia Ukrainy? Ukrainy z którą Rosja pozostawała de facto w konflikcie zbrojnym od 8 lat i dysponującą po mobilizacji ponad trzystutysięczną armią.

Dlatego analizując początkową fazę inwazji na Ukrainę można pokusić się o stwierdzenie, że na poziomie strategicznym czyli polityczno – militarnym nie jest to reprezentatywny przykład konfliktu nowego stulecia. Co więcej pod względem koncepcyjnym prezentuje raczej uwstecznienie zdolności planistycznych rosyjskich sztabowców, dodatkowo pokazuje fałszywość założeń tzw. „doktryny Gierasimowa". Sformułowane przez szefa sztabu generalnego sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej Walerija Gierasimowa założenia działań kinetycznych i niekinetycznych zostały opublikowane w 2013 roku. W swej treści łączyły działania hybrydowe odbywające się we wszystkich sferach politycznych, społecznych oraz cyberprzestrzeni z działaniami zbrojnymi. Ich synergia miała zapewniać dominację Rosji nad przeciwnikami nawet bez otwartego konfliktu zbrojnego. Doktryna zakulisowych działań asymetrycznych zarówno kinetycznych jak i niekinetycznych przestała działać, kiedy doszło do otwartego konfliktu zbrojnego, gdzie cele Rosji stały się oczywiste i wymagane było jasne opowiedzenie się opinii światowej po jednej ze stron konfliktu. Przy czym same założenia Gierasimowa w rzeczywistości nie stanowiły nowego otwarcia w ekspansywnej polityce Rosji, a jedynie w uproszczony sposób przedstawiły to co Rosja, a przedtem Związek Radziecki stosowały „od zawsze". Również z tej perspektywy rosyjskie założenia konfliktu XXI wieku się nie ziściły ponieważ nie doszło do izolacji politycznej Ukrainy, nie pojawiły się znaczące ruchy oddolnie dezorganizujące NATO, a politycy zachodni, wspierający mniej lub bardziej jawnie Putina, odcięli się od wcześniejszej narracji.

Ukraina podeszła do zbliżającego się konfliktu z zupełnie odmiennej perspektywy. Przede wszystkim realistycznie uznano, że próby wstąpienie do Unii Europejskiej a tym bardziej do NATO mogą zakończyć się niepowodzeniem. W związku z tym rozpoczęto intensywną budowę własnych zdolności obronnych tworząc jednak, na ile było to możliwe, synergię z NATO. Stąd obecność setek zachodnich instruktorów w ośmioletnim okresie po aneksji Krymu. Ukraińskie siły zbrojne bazowały z konieczności na poradzieckim sprzęcie starając się go jednak modernizować do współczesnych standardów. Natomiast w zakresie np. rozpoznania czy wyszkolenia, wyposażenia indywidualnego i uzbrojenia żołnierzy zaczęła w szerokim zakresie wprowadzać rozwiązania zachodnie. Duży nacisk położono na nasycenie związków operacyjnych czołgami i przede wszystkim artylerią, od początku uczącą się ściśle współpracować z rozpoznaniem (drony). Zachowywano przy tym synergię w rozwoju rodzajów broni i sił zbrojnych – poza marynarką wojenną, której Ukraina nie odtworzyła. Należy zauważyć, że z armii ukraińskiej zwolniono większość starszych oficerów, „odziedziczonych" po ZSRR. Nowe kadry dowódcze, nie tylko oficerskie, ale przede wszystkim podoficerskie, wykuwały się w ATO (operacja antyterrorystyczna w Donbasie) oraz na kursach NATO.

Czy mówimy tutaj o przygotowywaniu się do konfliktu XXI wieku? Nie do końca. Armia ukraińska przygotowywała się do walki z konkretnym przeciwnikiem w uwarunkowaniach, więc i ograniczeniach, jakie miała. Patrząc na ukraińskich żołnierzy i dowódców - to z pewnością armia XXI wieku. Dobrze wyszkolona, zmotywowana, potrafiąca podejmować decyzje i wykazująca się inicjatywą od najniższych szczebli dowodzenia. Jest to tym bardziej widoczne, że strona przeciwna pozostała mentalnie w poprzednim stuleciu, a biorąc pod uwagę zachowania żołnierzy rosyjskich na terenach czasowo zajętych, w czasach średniowiecznych.

defence24.pl

Według informacji z Izraela Władimir Putin przeprosił premiera tego kraju Naftalego Bennetta za wypowiedzi swojego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, który w niedzielę stwierdził: "Mogę się mylić, ale Hitler też miał żydowską krew". Skąd wzięła się reakcja rosyjskiego dyktatora, który upokorzył Ławrowa? – Putin nie przypuszczał, że dojdzie do takiej reakcji ze strony Izraela – mówi "Bildowi" ekspert ds. Rosji Sergiej Sumlenny.

Te groteskowe wypowiedzi Ławrowa sugerują, że winę za Holokaust ponoszą sami Żydzi. We wtorek Ministerstwo Spraw Zagranicznych Ławrowa poszło dalej, oskarżając Izrael o wspieranie "neonazistowskiego reżimu w Kijowie". Rzeczniczka rosyjskiego MSZ stwierdziła, że u boku pułku Azow walczą "izraelscy najemnicy".

To nowy propagandowy cios poniżej pasa ze strony Moskwy, który jednak – jeśli wierzyć izraelskim oświadczeniom – został osobiście zanegowany przez Putina. Moskwa jak dotychczas nie potwierdziła oficjalnie przeprosin.

Zarówno premier Izraela Naftali Bennett, jak i minister spraw zagranicznych Jair Lapid głośno zaprotestowali po słowach Ławrowa. Ten ostatni powiedział nawet, że "linia została przekroczona". Rosyjski ambasador został wezwany na "rozmowę wyjaśniającą".

Rząd Izraela rozważa teraz, czy mimo wszystko nie wysłać broni do Ukrainy.

Byłby to punkt zwrotny w ich polityce wobec wojny, ponieważ – mimo że ludność Izraela solidaryzuje się z Ukrainą – rząd prowadzi ostrożną politykę, stawiając na pierwszym miejscu własne bezpieczeństwo i nie chcąc denerwować Rosji.

Wojska Putina znajdują się w sąsiedniej Syrii i do tej pory przymykały oko, gdy Izrael bronił się przed atakami Hezbollahu z Syrii i Libanu.

Stosunki między Izraelem a Rosją uważane są za dobre. Ekspertka ds. Rosji dr Margarete Klein na łamach "Bilda" ocenia: "Pod rządami Putina można było już wcześniej zaobserwować zbliżenie Rosji i Izraela oparte na pragmatyzmie. Stoją za tym względy społeczne, takie jak duża liczba ludności rosyjskiej i rosyjskojęzycznej wynikająca z emigracji żydowskiej do Izraela, interesy gospodarcze, ale przede wszystkim konieczność stworzenia niezawodnych kanałów komunikacji w kontekście rosyjskiej interwencji wojskowej w Syrii od 2015 r."

Przeprosiny Putina i cios w plecy jego ministra spraw zagranicznych byłyby bardzo niezwykłe. Czy ostra reakcja Izraela mogła to spowodować?

Ekspert ds. Rosji Sergiej Sumlenny uważa, że tak. – Putin nie przypuszczał, że dojdzie do takiej reakcji – mówi w rozmowie z "Bildem".

Putin przecenił swoją pozycję i sądził, że dzięki swoim osobistym koneksjom i pewnym podobieństwom ma Izraelczyków "w kieszeni", tak że nie będzie zbytniego sprzeciwu wobec obrzydliwej propagandy Ławrowa.

Sumlenny wyklucza scenariusz, w którym to oligarchowie i bogaci Rosjanie z podwójnym (rosyjskim i izraelskim) obywatelstwem mieli wpływ na Putina. – Putin nie postrzega ich jako przyjaciół, widzi w nich poddanych. A władca może zrobić wszystko ze swoimi poddanymi – wskazuje.

– Propaganda Ławrowa była skierowana nie do wewnątrz czy nawet na zewnątrz. Dlatego też udzielił wywiadu tylko mniejszej włoskiej stacji telewizyjnej – podejrzewa Sumlenny. Możliwym celem ataku mogło być zmobilizowanie sił antysemickich na Bliskim Wschodzie, ponieważ tam również żaden kraj, oprócz Syrii, nie poparł dotychczas Rosji, na przykład podczas głosowania w ONZ.

Dla Sumlennego jest jednak jasne, że antysemityzm jest częścią przekonań politycznych zarówno Ławrowa, jak i Putina. W międzyczasie antysemickie teorie spiskowe pojawiają się bez komentarza w najlepszym czasie antenowym w rosyjskiej telewizji państwowej. Są one bardzo popularne w rosyjskim społeczeństwie.

Jednak posunięcie się Ławrowa do oskarżenia Żydów o sympatyzowanie z nazizmem może wynikać z tego, że stał się on ofiarą własnej propagandy.

Rosyjski obraz swojego państwa odgrywa tu główną rolę, niemal decydującą o tożsamości. Mówi on: "To my sami pokonaliśmy nazistów". I dalej: "Tylko nazista może krytykować tak chwalebny kraj".

onet.pl

Eduard Rossel, senator z obwodu swierdłowskiego, wystąpił ostatnio z inicjatywą wprowadzenia nowych poprawek do ustawy medialnej, które zabraniałyby, jak to ujął, "wykorzystywania mediów do subiektywnej, pozasądowej oceny działań obywateli, a także zawierających publiczne apele o subiektywną, pozasądową ocenę przez osoby trzecie, które prowadzą do podziałów w społeczeństwie." Sam Rossel wyjaśnił to trudne do rozszyfrowania zdanie, prostymi słowami: — Nie możesz być niegrzeczny. Dziennikarze mają szerzyć kulturę w społeczeństwie, a nie być nieuprzejmymi.

Impuls senatora jest na pierwszy rzut oka dość jasny: trzeba, by irytujący dziennikarze przestali być krytyczni wobec tych, którzy nie chcą być krytykowani. Rossel próbuje po prostu opisać swój stan emocjonalny językiem ustawowym, a rezultatem jest, jak zawsze, labirynt niezręcznych sformułowań.

Rzecz w tym, że Eduarda Rossela nie oburzają jacyś zagraniczni agenci, co by nikogo nie dziwiło, ale oburza go główny propagandzista kraju Władimir Sołowiow — a to już jest szokujące.

Dzień wcześniej Władimir Sołowiow nazwał Jekaterynburg, stolicę obwodu swierdłowskiego, którym Rossel kierował jako gubernator przez wiele lat, "centrum nikczemnego libertarianizmu", które zrodziło "wiele szumowin ukrywających się za granicą", począwszy od współpracownika Nawalnego Leonida Wołkowa (wpisanego na listę Ministerstwa Sprawiedliwości jako zagraniczny agent), a skończywszy na "różnych neonazistach".

Pełniący obowiązki gubernatora Jewgienij Kujwaszew bronił regionu, radząc Sołowiowowi, by "uważał na swój język". Sołowiow wziął się w garść i zaczął otwarcie wyzywać gubernatora: — Czy próbujesz się na mnie odegrać za pomocą jakiegoś terminu prawnego? Taki jesteś silny, odważny?

Po tym wydarzeniu cała grupa sławnych mieszkańców regionu, od burmistrza Jekaterynburga po boksera Jegora Miechoncewa i barda Aleksandra Nowikowa, wyszła, by zrugać Sołowiowa. Rossel radził mu: — Nie obrażaj nas, zwłaszcza nieracjonalnie.

Ten konflikt okazał się bardzo odkrywczy. Sołowiow zajmuje w nim znacznie wyższą pozycję niż gubernator. Jest kimś w rodzaju hunwejbina, który jest gotów otworzyć ogień nawet do własnych dowódców. Zdaje sobie sprawę, że teraz jego praca — propaganda — jest o wiele ważniejsza dla państwa niż działalność gospodarcza w regionach i dlatego może robić prawie wszystko. I nagle spotyka się z dość ostrą reprymendą ze strony niektórych dość lojalnych polityków i celebrytów, którzy oczywiście sami nie lubią Nawalnego, ale mimo to są wyraźnie wściekli z powodu bezkarności i statusu Sołowiowa.

Przypomina to inny konflikt słowny, który miał miejsce kilka tygodni temu — między przywódcą Czeczenii, Ramzanem Kadyrowem, a sekretarzem prasowym Putina, Dmitrijem Pieskowem. Mówiąc dokładniej, był to nie tyle konflikt, ile atak: Kadyrow skrytykował Pieskowa za jego pozytywną ocenę pewnego celebryty, który po wybuchu wojny wyjechał z Rosji. Kadyrow postawił wprost pytanie o to, czy patriotyzm samego sekretarza prasowego Kremla jest wystarczająco silny.
Sprawy rozwijają się więc tak, jak powinny w takich przypadkach. Kiedy władze rozprawią się z jasno określonymi wrogami, następuje ferment w samej władzy. Znaczna siła inercji zmusza awangardę antyzdrajców do wdzierania się we własne szeregi w poszukiwaniu "zdrajców", szukając nie tych, którzy są przeciwko niej, ale tych, którzy nie są za nią, do poświęcenia w imię rewolucyjnej konieczności.

Aby być sobą w oczach tych, którzy uważają się za tę awangardę, nie wystarczy już tylko rysować "Z" i podążać wszędzie za ogólną linią polityczną — teraz trzeba wykazać się własną wściekłością i inicjatywą. Możliwe, że właśnie dlatego Dmitrij Miedwiediew demonstruje to znacznie bardziej i częściej podczas "operacji specjalnej" niż nawet opatentowane "jastrzębie": Miedwiediew rozumie, że jako człowiek o "liberalnym" pochodzeniu jest numerem jeden na liście tych, po których jego koledzy sięgną w pierwszej kolejności, kiedy zabraknie im opozycjonistów.

(...)

Pytanie brzmi, czy wszyscy są gotowi na tak szybką radykalizację. Reakcje Rossela i Kujwaszewa pokazują, że nie wszyscy są. To jasne, że Jekaterynburg (albo Swierdłowsk, bo pod taką nazwą pamiętają je ludzie tęskniący za ZSRR) jest bardzo szczególnym miastem. Tu urodził się Borys Jelcyn i dlatego wciąż istnieje tu Centrum Jelcyna, które rozwścieczyło narodowych konserwatystów. Tu w latach 90. szalała prawdziwa polityka, tu do niedawna był taki protest przeciwko budowie kościoła w centrum miasta, że nawet Putin nie zdecydował się mu sprzeciwić. Tu przecież mieszka jeden z liderów antyputinowskiej opozycji Jewgienij Rojzman. Jest więc jeszcze, na co naciskać.

Szybkość zmian jest dla wielu niepokojąca. Zbyt gwałtownie kraj zostaje przestawiony na tryb mobilizacji, podczas gdy wielu z tych, którzy byli ważną częścią poprzedniej epoki, jak Rossel, wciąż żyje i ma się dobrze. Oczywiście woleliby teraz pozostać w cieniu, bojąc się, że teraz przypomni im się przeszłość. Sołowiow już to zrobił, z jakiegoś powodu przypisując Kujwaszewowi powiązania z lokalnym gangiem.

Nie wiadomo, po co to Sołowiow zrobił, ale może to jest część jakiegoś planu, by sprawdzić, kto jest teraz w Rosji ważniejszy: tacy jak Kadyrow, czy tacy jak Pieskow. Pamiętamy przy tym, że od jakiegoś czasu Putin zapowiada czystkę wśród elit.

W czasach Związku Radzieckiego istniał rozgałęziony aparat kontroli ideologicznej z mniej lub bardziej ustalonymi zasadami, ale teraz nie ma czegoś takiego. Nowe zasady ideologiczne są tworzone na bieżąco. Jednak wydaje się, że umiarkowana część elity zaczyna próbować wyznaczać granice obrony; nawet kontratakuje, oskarżając radykałów o podział społeczeństwa, co jest tą samą rzeczą, o którą władza oskarża opozycję.

onet.pl

Amnesty International zebrała relacje świadków o dokonywanych przez Rosjan zabójstwach cywilów w Buczy; w ogłoszonym w piątek raporcie organizacja odtworzyła, jak w zaledwie jednym miejscu w Buczy zginęło w marcu pięciu mieszkańców sąsiednich domów.

AI, której pracownicy prowadzili badania w Buczy w kwietniu, zebrała relacje o zabójstwach cywilów w rejonie skrzyżowania dwóch ulic w Buczy: Jabłuńskiej i Wokzalnej. W domu przy Jabłuńskiej 203A zginął 4 marca Jewhen Petraszenko, zastrzelony w swoim mieszkaniu. Pociski i łuski, które znaleźli tam pracownicy AI mogły należeć tylko do broni używanej przez rosyjskie wojska powietrzno-desantowe i specnaz: karabinków AS Wał i Wintoriez.

Przed sąsiednim domem zginął 41-letni Dmytro Konowałow - powiedział AI jeden z jego braci. Opowiada on, że rodzina ukrywała się w piwnicy, ale mieszkańcy wychodzili na zewnątrz, by naładować telefony komórkowe czy pójść do łazienki. "4 bądź 5 marca - nie pamiętam dokładnie, którego dnia - krótko przed godziną policyjną, około 16.30-16.45, wyszliśmy z bratem na podwórko, żeby zapalić. On i nasz 15-letni sąsiad stanęli na roku domu, koło wejścia do piwnicy od strony Jabłuńskiej. Gdy zobaczyli, że z Jabłuńskiej nadchodzą żołnierze rosyjscy, cofnęli się na podwórze. Chłopiec wbiegł do piwnicy, a mój brat usiadł, paląc, na drugim schodku przy drzwiach do piwnicy. Żołneirze wyszli zza rogu budynku na podwórze i strzelili do niego kilka razy - w szyję, klatkę piersiową i w twarz" - powiedział brat zamordowanego. Dopiero piątego dnia rodzina zdołała pochować Dmytra w wykopanym na podwórzu płytkim grobie.

Na podwórzu przed jednym z sąsiednich domów zginął 12 marca 61-letni Ilja Nawalny. Troje sąsiadów opowiedziało pracownikom AI, co się wydarzyło. Z ich relacji wynika, że Nawalny mógł wyjść na krótko z domu, by sprawdzić samochód, uszkodzony w ostrzale. Znaleziono go na podwórzu, leżącego twarzą do ziemi. Został zabity strzałami w głowę i plecy. Obok leżał jego podarty dowód osobisty i sąsiedzi zastanawiają się, czy Rosjanie nie zabili go, bo nazywał się tak samo jak uwięziony rosyjski opozycjonista Aleksiej Nawalny.

Kolejny mieszkaniec domu przy Jabłuńskiej 203A, Leonid Bondarczuk zginął 22 bądź 23 marca. Jego sąsiad powiedział pracownikom AI, że było to wczesnym popołudniem. "Do naszej piwnicy przyszedł młody żołnierz i zażądał naszych telefonów. Zapytałem, czy chce, byśmy włożyli nasze telefony do torby, a on wycelował we mnie karabin. Był bardzo agresywny. Zabrał wszystkie telefony i dał je Leonidowi i powiedział, by niósł telefony i by szedł przed nim. Leonid wziął telefony, a gdy wchodził po schodach, usłyszeliśmy dwa czy trzy wystrzały. Po kilku minutach usłyszeliśmy wybuch, również ze schodów". Sąsiedzi znaleźli Leonida martwego, leżącego w kałuży krwi, z oderwaną częścią głowy; z jego nogi wystawały kości. Takie rany nie mogły pochodzić od kul, a od granatu.

Zaledwie 300 metrów dalej, na rogu ulicy Jabłuńskiej i Wokzalnej, żołnierze rosyjscy wdarli się do domu Iryny Abramowej. Z tyłu domu rzucili granat, a jej męża Ołeha zabrali za płot. Żołnierze ci, jak powiedziała Iryna, mieli pomarańczowo-czarne wstążki św. Jerzego, od kilku lat propagowane w Rosji jako symbol pamięci o II wojnie światowej. Opasali nimi broń i hełmy. "Dlaczego nie byliście na zewnątrz, by nas witać? Przybyliśmy, by was wyzwolić" - powiedzieli do Iryny. Kobiecie i jej ojcu kazali oddać telefony komórkowe. Gdy dom zaczął się palić i ojciec kobiety próbując gasić pożar poprosił żołnierzy, by pozwolili Ołehowi przyjść na pomoc, jeden z wojskowych spojrzał na ulicę i odparł ironicznym tonem: "on już nie wróci". Iryna znalazła krótko później ciało Ołeha leżące na chodniku; z głowy lała się krew. Wojskowi siedzieli nieopodal na murku, pijąc wodę. Później kazali Irynie opuścić dom. Ciało jej męża pozostało na ulicy.

Poza relacjami z Buczy AI zebrała też świadectwa z innych miejscowości obwodu kijowskiego. We wsi Zdwyżiwka, 20 km od Buczy, zginęli dwaj młodzi mężczyźni: Pawło Chołodenko i Wiktor Bałaj. Ich ciała, częściowo spalone, odnaleziono w lesie na skraju wsi. Mieli ręce związane na plecach, twarz i głowa Wiktora byla omotana taśmą. Obaj zginęli od strzału w głowę. W innej wsi, Nowyj Korochod, jeden z mieszkańców powiedział AI, że widział przez okno śmierć trzech młodych mężczyzn, zastrzelonych przez żołnierzy krótko po tym, jak podnieśli ręce do góry.

W Worzelu zginął 15-letni Ihor Denczyk. Jego dziadek opowiedział AI, że chłopiec znalazł się w grupie osób, którym żołnierze rosyjscy kazali położyć się na ziemi. "Gdy on i pozostali leżeli twarzą do ziemi, żołnierze otworzyli ogień" - powiedział mężczyzna. Ihor zginął od strzału w szyję. W tej samej grupie była ciotka chłopca - zmarła od ran następnego dnia.

AI opisała też w raporcie przypadki, gdy ciała zabitych, odnajdywane w obwodzie kijowskim po wycofaniu się Rosjan, nosiły ślady tortur. W takim stanie znaleziono ciało Wasyla Nedaszkiwskiego, mieszkańca Buczy. Jego żona powiedziała AI, że oboje pomagali obronie terytorialnej kopać okopy i Rosjanie dowiedzieli się o tym. Zabrali Wasyla mówiąc jej, że biorą go na przesłuchanie. Ciało znaleziono potem w jednej z piwnic, z otwartymi ranami na rękach i w głowie.

W Buczy, w małej szopie w ogrodzie jednego z domów przy Wokzalnej, właściciel znalazł w kwietniu ciało nagiej kobiety z otwartymi ranami na brzuchu, udach i klatce piersiowej. Właściciel opuścił Buczę na początku marca, dom aż do kwietnia zajęli Rosjanie. Na polu sąsiadującym z ogrodem znaleziono porozrzucane skrzynki z amunicją.

PAP

Ukraińcy zaatakowali na terytorium Rosji już drugiego dnia wojny. Najprawdopodobniej za pomocą rakiet taktycznych Toczka-U 25 lutego uderzyli w rosyjskie lotnisko w Millerowie w obwodzie rostowskim. Zniszczyli myśliwce i śmigłowce stojące na płycie lotniska. W podobny sposób ukraińskie uderzenie rakietowe spadło na lotnisko w Taganrogu 1 marca. Zniszczony został m.in. samolot transportowy Ił-76. Miesiąc później ukraińskie śmigłowce szturmowe Mi-24 lecąc nisko wdarły się na terytorium Rosji, myląc rosyjską obronę przeciwlotniczą i ostrzelały rakietami niekierowanymi magazyn paliwa w Biełgorodzie.

Eksplozje ponownie wstrząsnęły Biełgorodem 27 kwietnia – zapłonął skład amunicji i paliwa w Starej Nielidowce koło miasta. Pożar w składzie paliwa wybuchł również w obwodzdzie briańskim. O ile wybuchy w odległości kilkudziesięciu kilometrów od granicy z Ukrainą można jakoś wytłumaczyć, na przykład uderzeniami ukraińskich rakiet taktycznych, czy brawurowymi akcjami lotnictwa, to już seria pożarów i eksplozji w całej Rosji budzi zdumienie. W ciągu ostatniego miesiąca „seryjny podpalacz” uderzył w co najmniej 24 obiekty na terenie Rosji. Niektóre z nich położone w pobliżu ukraińskiej granicy, inne w centralnej części Rosji, ale także w azjatyckiej części Federacji.

Ostatniego dnia kwietnia pożar ogarnął elektrownię w miejscowości Ilinskoje na Sachalinie. 1 maja w powietrze wyleciały zbiorniki z olejem opałowym w Mytiszczach pod Moskwą. Dzień później zapaliła się fabryka materiałów wybuchowych (m.in. potrzebnych do produkcji rakiet dla systemów artylerii rakietowej Grad i Smiercz) w Permie. 3 maja pożar wybuchł w kompleksie Atlant Park pod Moskwą, w magazynie wydawnictwa „Proswieszczenie”. To dom wydawniczy znany z wydawania książek fałszujących historię w duchu kremlowskiej propagandy i wypaczających np. historię Ukrainy.

Pożary i eksplozje zdarzały się w wielkich zakładach chemicznych w Kneszmie w obwodzie Iwanowskim, ale i w posterunkach policji w Nowosybirsku, czy Irkucku, albo w centrum handlowym w Iszimie w obwodzie tiumeńskim. Ważne, strategiczne obiekty, jak składy paliw i amunicji, czy istotne z uwagi na transporty wojsk mosty w obwodzie kurskim, czy rostowskim, ale i wydawałoby się nieistotne obiekty daleko na prowincji. W czasie trwającej wojny nie może to być seria przypadków. Kijów, mimo, że wyraża satysfakcję z wybuchów w Rosji, dystansuje się od nich.

(...)

Władimir Putin liczył, a nawet spodziewał się, że w momencie rozpoczęcia inwazji na Ukrainie wybuchnie prorosyjskie powstanie. A przynajmniej ogarnie wschodnie i południowe obwody. Powstaniem byłoby przynajmniej nazwane, bo w rzeczywistości na zapleczu walczącej z Rosjanami ukraińskiej armii miała działać potężna siatka dywersantów, szpiegów i prowokatorów. Siatka ta miała być organizowana przez rosyjskie służby specjalne kosztem miliardowych wydatków przez ostatnie osiem lat. Jej zadaniem było sparaliżowanie ukraińskiej władzy poprzez uderzenie w jej ośrodek centralny w Kijowie i regionalne za pomocą ataków na urzędników i polityków oraz niszczenie łączności, przecinanie szlaków zaopatrzenia, sabotaże w fabrykach i strategicznych magazynach, czy ujawnianie celów rosyjskiej armii. A także wzniecanie buntów i prorosyjskich manifestacji.

Tyle teorii. Słowo „miało” jest tu kluczowe. Nic takiego się nie zdarzyło. Owszem, Ukraińcy bardzo się obawiali dywersji, o czym świadczyła np. bardzo szeroka akcja poszukiwań dywersantów w Kijowie w pierwszych dniach wojny. Zdarzało się też, że zwerbowani przez Rosjan szpiedzy wskazywali cele militarne dla bombardowań i ataków rakietowych. Zagrożenie dywersją nie przybrało jednak ani razu takiej skali, by sparaliżować państwo ukraińskie. Stało się tak nie tylko dzięki potężnej pracy ukraińskich służb kontrwywiadowczych (SBU i GUR), ale i nieudolności, oraz korupcyjnej mistyfikacji w rosyjskich służbach. Jest bardzo prawdopodobne, że zdefraudowały one ogromne środki na budowę siatki agenturalnej na Ukrainie i Kreml otrzymywał sfałszowane raporty o tysiącach agentów gotowych do dywersji.

(...)

Rosyjskie media centralne mało, albo wcale nie wspominają o serii pożarów i eksplozji. Trudno jednak, by tematu unikały lokalne media, kiedy nad miastem unosi się przez kilka dni słup dymu i wszyscy go widzą. I tak np. portal properm.ru nie tylko opisał pożar w Permskich Zakładach Prochowych z 2 maja. Portal postawił hipotezę, że pożar może mieć związek z korupcją i aferą sprzed czterech lat. W 2018r. należące do państwa zakłady zawarły umowę na modernizację linii produkcyjnej z prywatnymi firmami. Jak w wielu tego typu przypadkach – modernizacja odbyła się w dużej mierze na fakturach, za pomocą których kilka osób zarobiło miliony. To popularny sposób wyprowadzanie państwowych pieniędzy z przemysłu obronnego. Ktoś z zarządu państwowej firmy bierze łapówki, by przetarg na modernizację wygrała konkretna firma. Ta nic nie robi, albo symuluje działania wstawiając do fabryki kiepskiej jakości sprzęt i bierze wielokrotnie zawyżone sumy.

Tyle, że kiedy w czasie wojny zakłady takie jak te w Permie pracują na pełnych obrotach, by szybko uzupełniać braki w armii, korupcja się mści. Fabryki uzbrojenia, amunicji i materiałów wybuchowych zwyczajnie nie są gotowe do produkcji na taką skalę, jaką wymaga teraz ministerstwo obrony. Okazuje się, że widniejące w dokumentacji linie produkcyjne nie działają, brakuje ludzi, albo personel jest niewykwalifikowany. Złodziejstwo na dużą skalę może być przyczyną pożarów magazynów paliwa i amunicji. Podpalenie zawsze było dobrym sposobem na ukrycie braków, „manka” w wojskowych składach. Kiedy magazyn spłonie, nikt przecież nie doliczy się, że brakuje kilkuset pocisków, sprzedanych pokątnie do Afryki, albo rakiet, których nigdy nie wyprodukowano, mimo że w papierach widnieją na stanie armii. W ten sposób ukrywane kiedyś były defraudacje w składach amunicji również na Ukrainie.

belsat.eu

Dziennik „Handelsblatt” pisze o nim „Mister Rosja niemieckiej gospodarki”. Nikt, tak jak 78-letni menadżer Klaus Mangold, nie angażował się na rzecz stosunków rosyjsko-niemieckich w myśl zasady „zmiana poprzez handel” i nikt nie ma tak dobrych kontaktów z rosyjskimi firmami. Mangold, który zasiadał w zarządach i radach nadzorczych wielkich niemieckich koncernów, jak Daimler, TUI, Knorr-Bremse, przez dziesięć lat stał na czele Komisji Wschodniej Niemieckiej Gospodarki, reprezentującej firmy działające w krajach Europy Środkowej i Wschodniej i Azji Centralnej. Do połowy marca był konsulem honorowym Rosji w Badenii-Wirtembergii. 

W opublikowanym w piątek (06.05.2022) wywiadzie dla dziennika „Handelsblatt” przyznaje, że się mylił w ocenie Władimira Putina i jego systemu, domaga się rozliczenia decyzji niemieckiego biznesu oraz ostrych sankcji.

„Pomyliłem się. Przyznaję się do tego. Nie uważałem, że napastnicza wojna jest możliwa i zawsze myślałem, iż Putin co najwyżej zabezpieczy militarnie to, co jego zdaniem osiągnął w Donbasie. Putin zawsze żądał europejskiej konferencji na temat bezpieczeństwa. Dlatego wierzyłem, że nie zaryzykuje otwartej wojny” – powiedział Klaus Mangold.

„Także grożenie wojną atomową przez jego ministra spraw zagranicznych nie pasuje już do moich doświadczeń z minionych 40 lat. Nastąpiła zmiana paradygmatu” – dodał.

Klaus Mangold przyznaje, że najpóźniej po opublikowaniu w 2020 roku przez Putina eseju, w którym otwarcie uznaje Ukrainę za część składową Rosji, „wszyscy powinniśmy byli zmienić nasze spojrzenie na Rosję. „To sobie także zarzucam. Była to błędna ocena. Ja zresztą zawsze mówiłem, że okupacja Krymu była sprzeczna z prawem międzynarodowym. Otwarcie mówiłem, że zachowanie Rosji, wykorzystywanie przebranych żołnierzy, jest niegodne wielkiego mocarstwa” – usprawiedliwia się niemiecki menadżer.

Według Mangolda w wielu sektorach rosyjskiej gospodarki „nastroje są katastrofalne”. „Putin ryzykuje ekonomiczną izolację swojego kraju. Przedsiębiorcy czują się całkowicie odcięci; wiedzą, że potrwa to lata, jeżeli nie dziesięciolecia” – twierdzi Mangold. Według niego nie można jednak oczekiwać żadnego sprzeciwu. „Strach przed represjami jest zbyt duży” – ocenia.

Wskazuje, że rozwijając relacje z Rosją „Niemcy miały na pewno na uwadze szanse gospodarcze i ogromy rynek zbytu z jego 140 milionami mieszkańców”. „I oczywiście żywiły także nadzieję, że ściślejsze więzi gospodarcze doprowadzą do otwarcia, liberalizacji. Rosja była strategicznym celem niemieckiej gospodarki, nie tylko w sektorze surowcowym. Ówczesny minister spraw zagranicznych Frank-Walter Steinmeier nazywał to ‚partnerstwem modernizacyjnym'. Naszą ideą była modernizacja rosyjskiej gospodarki. W wielu dziedzinach przemysłu i infrastruktury nie była ona jednak dość dynamicznie wspierana przez Rosję” – powiedział Mangold. 

Menadżer popiera embargo na rosyjski węgiel i ropę. „Obowiązuje prymat polityki. Jeżeli polityka chce bojkotować także gaz, to gospodarka musi się tym kierować i zaakceptować sankcje. Ale wątpię, czy całkowite wstrzymanie (importu gazu) zrobi wrażenie na Putinie” – ocenił.

Zdaniem Mangolda także niemiecki sektor gospodarki powinien poddać się rozliczeniom swej roli dla polityki Niemiec wobec Rosji. Jeżeli doszłoby do powołania komisji śledczej w tej sprawie, sektor gospodarki „nie powinien się od tego uchylać”.

„Należy tu też postawić pytanie, jak dalece sektor gospodarki poprzez swoje decyzje w obszarze energii forsował złe zależności. Przesłanką dla wszystkiego, co robiliśmy, była stabilność polityczna. To był aksjomat, który się nie spełnił. Wszyscy w równym stopniu ponosimy odpowiedzialność za te błędne oceny, zarówno politycy jak i sektor gospodarki” – ocenia Mangold.

dw.com