wtorek, 5 lutego 2019
I tak na przykład autor cytuje historię niejakiego Kurta, który pracuje dla podwykonawcy podwykonawcy podwykonawcy niemieckiej armii (to nie pomyłka, podwykonawca ma swojego podwykonawcę, który ma swojego podwykonawcę). Bundeswera zleciła zarządzanie sprawami komputerów firmie, która wynajęła inną prywatną firmę do tego, by zajęła się logistyką w tym zleceniu, a tamta firma zatrudniła kolejnego prywaciarza by przejął od niej część związaną z zarządzaniem personelem.
Skutek prywatyzacji, która miała w założeniu poprawić efektywność jest taki, że kiedy na przykład żołnierz A chce przenieść się do innego pokoju na tym samym korytarzu, zamiast wziąć komputer i ruszyć tam, wypełnia formularz. Trafia on do prywatnej firmy komputerowej, gdzie jest czytany, zatwierdzany i przesyłany do innej prywatnej firmy zajmującej się logistyką, która także zatwierdza przenosiny i wysyła wniosek do prywatnej firmy zajmującej się zarządzaniem personelem.
Tam szef Kurta zleca mu asystowanie przy przenosinach. Kurt dostaje maila z poleceniem: ”Bądź w barakach B o godz. C”. Te baraki oddalone są zwykle o jakieś 100-500 km od jego miejsca urzędowania. Kurt wsiada w samochód, specjalnie wypożyczany na tę okazję (zarobek dla kolejnej prywatnej firmy) jedzie kilkaset kilometrów do miejsca pracy żołnierza, któremu zachciało się przenieść do sąsiedniego pokoju. Tam wypełnia formularz, odłącza komputer, pakuje go do pudełka, pieczętuje pudełko, daje je pracownikowi z firmy logistycznej, by przeniósł je dwa pokoje dalej, gdzie rozpieczętowuje je i rozpakowuje.
Następnie wypełnia kolejny formularz, dzwoni to swojej centrali i informuje ją, ile mu czasu zajęła praca. Tak więc, zamiast żołnierz wziąć komputer i przenieść go pięć metrów dalej, dwie osoby spędzają sześć godzin na podróży autem i wypełniają piętnaście stron formularzy. Kosztuje to niemieckich podatników 400 euro.
obserwatorfinansowy.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
