niedziela, 30 października 2022


Jeśli ktoś zastanawia się, jak Władimirowi Putinowi udało się z jednej strony awansować z prostego oficera wywiadu na potężnego przywódcę państwa, a z drugiej przez tyle lat zwodzić Europę i Zachód, to odpowiedź tkwi właśnie w okresie, który nastąpił po upadku komunizmu. W czasie, kiedy powstał Intercommerz.

Prawie wszystkie dokumenty dotyczące firmy zostały zniszczone — istnieje podejrzenie, że zrobiono to celowo, żeby zatarzeć ślady. Zachowała się jednak nazwa: Intercommerz Handels— und Marketinggesellschaft mbH.

Kiedy gadatliwy dotąd Peter Maukel słyszy pytanie o nią, gwałtownie zmienia ton. — Intercommerz? Hm..., to skomplikowane — mówi. — Nie było tam żadnych nielegalnych rzeczy.

— Naprawdę? A co z anonimowymi fundacjami w Księstwie Liechtenstein? — dopytują dziennikarze. — Nic mi na ten temat nie wiadomo — słyszą w odpowiedzi.

Gdy reporterzy zaznaczają, że jego podpis widnieje na oficjalnym dokumencie z nazwami tych fundacji, Maukel reaguje nerwowo: — Nie mam ochoty na dalszą rozmowę.

Najwyraźniej nie chce ujawniać informacji na temat Intercommerzu. I nie wynika to z jego małomówności — przez pół godziny ochoczo odpowiadał na pytania dotyczące jego i znajomych. Później gorzko tego żałuje. Jest zirytowany tym, że zdradził tyle informacji na swój temat.

Nie powiedział wprawdzie nic szczególnie prywatnego. Mówił jednak o swoim życiu w Rosji i o spotkaniach z Putinem, o jego niemieckim powierniku. — To nie kto inny, tylko były agent Stasi i szef Nord Stream Matthias Warnig — stwierdził.

Matthias Warnig jest dziś w Niemczech uważany za jednego z najbardziej prominentnych przedstawicieli Gazpromu. Zbudował gazociągi Nord Stream 1 i Nord Stream 2. Przed inwazją Rosji na Ukrainę federalni i lokalni politycy wydzwaniali do Warniga, by dowiedzieć się od niego, co myśli Putin i na czym mu właściwie zależy.

Peter Maukel mówi o Warnigu, jak o starym, dobrym przyjacielu. Twierdzi, że poznał go jeszcze w czasach NRD, mniej więcej pod koniec lat siedemdziesiątych. Maukel upiera się jednak, że w przeciwieństwie do Warniga, nie miał nic wspólnego ze Stasi. Pytanie o to, kiedy zorientował się, że Warnig pracuje dla tajnych służb NRD i co myśli o takim zaangażowaniu, Maukel pozostawił bez odpowiedzi.

Obawia się, że swoją bezmyślną gadaniną mógł nieświadomie powiedzieć za dużo na temat Intercommerzu. Nie daje mu to spokoju. Nie odpowiada na maila z dodatkowymi pytaniami, o którego sam prosił, nie odpowiada też na SMS-y. Kilka miesięcy później niespodziewanie odbiera telefon.

Jest wyraźnie zdenerwowany. Być może w międzyczasie konsultował się z Warnigiem i jego byłą żoną. Mówi, że od tej pory zabrania dziennikarzom jakichkolwiek prób kontaktowania się z nim. Nigdy więcej mają nie wchodzić na jego posesję. To brzmi jak groźba.

Jaki to wszystko ma związek z Putinem? Maukel poznał go w burzliwych czasach. Epokowe wstrząsy związane z upadkiem ZSRR mocno zachwiały planami agenta KGB. Trafił on wówczas do nowego dla siebie świata — polityki. To etap, który miał się okazać kluczowy dla jego późniejszej kariery.

Ledwie zaczął się 1990 r., gdy tajne służby nakazały Putinowi powrót do ZSRR. Po upadku reżimu SED (Socjalistyczna Partia Jedności Niemiec) jego rodzina, mieszkająca dotąd w wygodnym dwuipółpokojowym mieszkaniu w prefabrykowanym budynku przy Radeberger Strasse 101 w Dreźnie, musiała w pośpiechu pakować dobytek.

Przez pięć poprzednich lat Putin pracował w rezydenturze KGB w saksońskiej metropolii. Była to prowincjonalna posada, ale oferująca przyjemne życie agenta. Putin awansował do stopnia podpułkownika, być może także dlatego, że objął sprzyjającą karierze funkcję sekretarza organizacji partyjnej.

W tym czasie obywatele NRD wychodzili na ulice, niosąc transparenty z hasłami wyśmiewającymi ówczesny porządek: "Naród potrzebuje SED, jak ryba potrzebuje roweru".

Putin najpierw był przerażony. Mając 37 lat, stanął wobec niepewnej przyszłości.

Musiał wrócić do rodzinnego miasta, wtedy jeszcze nazywanego Leningradem. Panował tam wówczas ogromny chaos i przestępczość, Dziki Zachód na głębokim wschodzie. Putin, który widział siebie jako przedstawiciela światowego mocarstwa w Dreźnie, odbierał tę sytuację jako hańbę. Los okazał się jednak dla niego łaskawy.

Pomocną dłoń wyciągnął do niego stary znajomy, dawny profesor Anatolij Sobczak, rektor Uniwersytetu Leningradzkiego. Zatrudnił swojego byłego ucznia jako osobistego asystenta. Niedługo potem Sobczak został pierwszym demokratycznie wybranym burmistrzem miasta. Nie zapomniał o swoim asystencie. Dał Putinowi posadę w swojej administracji. Przyszły prezydent był szefem komisji do spraw stosunków międzynarodowych.

Było to kluczowe stanowisko. Inwestorzy z Zachodu, chcący zdobyć przyczółek na rosyjskim rynku, przyjeżdżali właśnie do Leningradu i byli uzależnieni od Putina. Bez jego pieczątki obcokrajowcy nie mogli otworzyć nawet budki z kiełbaskami.

Putin zdawał sobie sprawę z tego, jakie ma wpływy i jak wykorzystać je na swoją korzyść. A Sobczak mu na to pozwalał. Putin działał sprawnie, na drugim planie, i nie angażował się publicznie. To ktoś, kto "nie lubi się wyróżniać", osoba "bez próżności, ale z osobowością lidera" — tak wówczas oceniali go jego przełożeni.

Prawdopodobnie Sobczak pomylił się w ocenie Putina —albo nie docenił jego możliwości. Jego rzekomo lojalna prawa ręka nie dbała o niego, a o siebie. Władimirowi zależało przede wszystkim na własnym rozwoju. W tym celu gromadził wokół siebie krąg powierników — ludzi, na których może polegać do dziś. W kwestiach politycznych, gospodarczych, społecznych. "Klika Petersburska".

Należy do niej m.in. były prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew, niegdyś uchodzący za liberalnego reformatora, obecnie jeden z większych zwolenników wojny w Ukrainie. Ale nie tylko on. Świtę Putina zasilają też takie osoby, jak m.in. szef Gazpromu Aleksiej Miller, multimiliarder Arkadij Rotenberg, potentat naftowy Giennadij Timczenko czy kolega z czasów działalności agenturalnej Siergiej Czemezow, stojący na czele Rostecu, potężnego państwowego holdingu działającego w przemyśle zbrojeniowym.

Amerykański politolog i znawca Rosji William Taubman zauważa, że Putin już w dzieciństwie był zadziornym bandytą. Jeśli tylko czuł się niesprawiedliwie potraktowany lub zdradzony, działał impulsywnie, nie dało się go zatrzymać. KGB przeniosło te młodzieńcze instynkty w świat dorosłych. To sprawia, że dla Putina polityka jest "walką na śmierć i życie". Wszyscy kłamią, oszukują i kradną. Wszyscy są podejrzani. Zawsze trzeba być na straży, gotowym do zwalczania ognia ogniem.

Droga Putina do władzy nie była jednak wyłącznie usłana różami. Jak powiedziała w jednym z wywiadów Catherine Belton, dawna moskiewska korespondentka "Financial Times", w czasie urzędowania Putina w Petersburgu toczyły się gwałtowne walki o tereny najlepszych przychodów w mieście, zwłaszcza o port. Putinowi nie raz grożono i to do tego stopnia, że pewnego dnia musiał nawet wywieźć swoje córki w bezpieczne miejsce w Niemczech.

Znalazł jednak wyjście z tej sytuacji. Połączył siły z gangiem z Tambowa, lokalną odnogą rosyjskiej mafii. Razem objęli kontrolę nad całym handlem ropą w mieście.

Założenie firmy Intercommerz przypada właśnie na ten okres. W tym czasie Putin i Matthias Warnig byli już najlepszymi przyjaciółmi. Na krótko przed upadkiem NRD Warnig dostał pracę w Dresdner Banku. W pewnym momencie bank postanowił otworzyć placówkę w Rosji. A że Warning ceniony był za znajomość socjalistycznego systemu gospodarczego, postanowiono jemu powierzyć to zadanie.

Udał się na spotkanie z Putinem. Spotkanie Stasi i KGB. Mistrzowie podstępu, oszustwa i kamuflażu od razu dostrzegli, jakie korzyści może im przynieść założenie oddziału Dresdner Banku w Petersburgu. Spotkanie z 1991 r. zdecydowanie zmieniło życie Warniga. Przy Putinie jego kariera potoczyła się błyskawicznie.

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ani Warnig, ani i Putin nie znajdowali się jeszcze w centrum uwagi opinii publicznej. Dlatego założenie Intercommerzu w 1994 r. nie zwróciło niczyjej uwagi. Celem miał być oficjalnie import i eksport towarów i surowców oraz pośrednictwo w transakcjach handlowych. Nie można jednak z całą pewnością stwierdzić, w jakie transakcje zaangażowana była spółka. Te informacje wspólnicy zachowali dla siebie.

Tajemnicza spółka od dawna budziła zainteresowanie rozmaitych dociekliwych. Jednym z nich był wróg Rosji numer jeden: Aleksiej Nawalny, opozycjonista uparcie demaskujący i piętnujący różne machinacje kliki Putina. Nawalny już od dawna próbował zwrócić uwagę społeczeństwa na enigmatyczną firmę.

W styczniu 2021 r., kiedy Nawalny po raz kolejny przebywał w areszcie śledczym, jego "Fundacja Walki z Korupcją" wypuściła film dokumentalny "Pałac dla Putina" . Opublikowany w sieci materiał obejrzano ponad 100 mln razy. Nawalny opowiada w nim o nielegalnych źródłach majątku prezydenta Rosji oraz o jego pilnie strzeżonej, ociekającej przepychem posiadłości nad Morzem Czarnym.

W materiale pojawił się również list, datowany na 13 grudnia 1996 r. i napisany odręcznie w języku niemieckim. Jego autorką jest ówczesna żona Putina, Ludmiła. Napisała w nim znajomemu w Niemczech, "że wszystko jest w porządku" i że obecnie przebywa w Petersburgu. List ma przy tym ciekawe oznaczenie: "Od: Intercommerz Warnig".

W filmie Nawalny tak wyjaśnił nazwisko w kodzie faksu: — To Matthias Warnig, bankier i były pracownik Stasi. Do Petersburga przyjechał w latach dziewięćdziesiątych "jako szef Dresdner Banku". Zaraz potem widać na filmie kolejny dokument, który ma dowodzić, że Warnig przejął w tym czasie "koszty i organizację rodzinnego urlopu Putina".

W dokumencie mowa jest o zimowych wakacjach, które rodziny Putina i Warniga spędziły razem w kilka tygodni po wysłaniu listu. Na przełomie lat 1996/1997 przebywali w zacnym szwajcarskim kurorcie Davos. — To się nazywa łapówka w naturze — mówi Nawalny. — Putin pracuje w administracji prezydenckiej, a niemiecki bankier i były oficer wywiadu opłaca jego prywatne wydatki.

(...)

Nawalny nie może kontynuować swoich badań nad Intercommerzem. Ale jest przecież ówczesna niemiecka przyjaciółka Ludmiły Putin, która otrzymała faks z Petersburga z adresem zwrotnym "Intercommerz Warnig". Czy wie coś więcej o podejrzanej firmie?

Hamburg, słoneczny, kwietniowy dzień. Irene Pietsch siedzi w salonie luksusowego hotelu Grand Elysée. Elegancko ubrana 77-latka jest żoną emerytowanego bankiera. Putinów poznała w 1995 r. w rosyjskim konsulacie generalnym, szybko zaprzyjaźniła się z jego żoną.

Kobieta nie jest pewna, czy w obliczu obecnych wydarzeń politycznych chce się ujawnić. Boi się, że jej bliskość z rodziną Putina może zostać wykorzystana przeciwko niej. Po chwili zgadza się jednak na rozmowę. Przyznaje, że razem z mężem złożyła raz Putinowi wizytę. Miło wspomina ten pobyt.

— Putin był bardzo zainteresowany wszystkim, co działo się w Niemczech i Hamburgu. Odebrałam go jako raczej powściągliwego. Był bardzo czarujący. Wielokrotnie powoływał się na wspólnotę Rosji i Europy. Inaczej wypowiadał się o USA, oddalonymi od Rosji nie tylko terytorialnie, ale i kulturowo.

Irene Pietsch mówi, że bliższe relacje łączyły ją z Ludmiłą, byłą żoną Putina. — Dużo rozmawiałyśmy o polityce, gospodarce. Zwierzałyśmy się sobie z wielu sekretów. Była szczęśliwa, że ma męża, który jej nie bije i nie jest pijakiem. Denerwowało ją jednak, że musi prosić męża, gdy potrzebuje pieniędzy — opowiada Pietsch.

Latem 1998 r. Irene odebrała telefon od podekscytowanej Ludmiły. Jej mąż został mianowany szefem FSB, Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Na tym stanowisku obowiązywały ścisłe przepisy bezpieczeństwa. Oznaczało to dla niej wiele zmian. "Spotkamy się w Wiedniu! Zapytam Wołodię." Ale do spotkania nie doszło. To była jej ostatnia rozmowa z żoną Putina.

Pietsch pokazała dziennikarzom "Welta" korespondencję z rosyjską przyjaciółką. Był tam faks z "Intercommerz Warnig". Pietsch mówi, że nie zna tej firmy. Inaczej z nazwiskiem Warnig. Pietsch wyjaśnia, że nigdy nie spotkała Warnigów osobiście, ale jej rosyjska przyjaciółka zawsze opowiadała o nich w samych superlatywach.

Wiosną 1991 r. Baerbel Warnig pojawia się w urzędzie meldunkowym, gdzie informuje urzędników o swoim nowym adresie: domek jednorodzinny przy Finkenstrasse w Roedermark, koło Frankfurtu. Uiszcza należną opłatę i legitymuje się dowodem osobistym z NRD. Dokument jest nadal ważny ze względu na okres przejściowy, choć państwo, które go wydało, już nie istnieje. Baerbel Warnig wyjaśnia, że jej zameldowanie dotyczy również syna i córki.

To już druga jej przeprowadzka ze Wschodu na Zachód. Kiedy Niemcy były jeszcze podzielone, Baerbel Warnig wraz z rodziną przeniosła się do Duesseldorfu. Jej mąż został wówczas wysłany przez Stasi do "obszaru operacyjnego", aby przechwytywać wrażliwe dane z kapitalistycznych firm. Podczas tego zadania szpiegował również swojego późniejszego pracodawcę — Dresdner Bank.

Matthias Warnig, kryptonim "Arthur", wszedł w posiadanie 37-stronicowego opracowania, w którym ekonomiści banku analizowali rozwój przemysłu. Dokument dotarł do siedziby Stasi w Berlinie Wschodnim w połowie stycznia 1989 r.

Jakieś pół roku później agent został sprowadzony do NRD. Po powrocie Warnig awansował na zastępcę szefa jednostki, a po upadku muru berlińskiego został usunięty ze Stasi. Ze względu na znajomość ekonomii kapitalistycznej i stosunków niemiecko-rosyjskich najpierw dostał pracę w Ministerstwie Gospodarki NRD, potem zatrudnił go Dresdner Bank.

Dalszy rozwój wydarzeń jest dobrze znany: Warnig spotyka się z Putinem w Petersburgu, co prowadzi do tego, że w grudniu 1991 r. bank jako pierwsza w historii niemiecka instytucja finansowa otrzymuje zgodę na otwarcie przedstawicielstwa w mieście nad Newą. Ten wspaniały sukces to także początek przyjaźni między rodzinami Warnigów i Putinów. Ale i współpracy.

Wkrótce po tym dochodzi do narodzin Intercommerzu. Umowa spółki zostaje podpisana 23 marca 1994 r., sześć miesięcy później firma zostaje wpisana do rejestru handlowego sądu okręgowego w Langen pod numerem 3388. Kapitał zakładowy wynosił 50 tys. marek niemieckich. Jako dyrektor zarządzający figuruje Baerbel Warnig.

To otwiera pole do spekulacji. Czy Baerbel Warnig była "słupem"? Skąd wzięła środki kapitał? Jaką rolę odegrał jej mąż i bliskość z rodziną Putina? W jaki sposób firma zaczęła działać w Rosji? Podobnie jak Peter Maukel, Baerbel Warnig nie odpowiada na żadne pytania. Obowiązuje omerta.

Między czerwcem a sierpniem 1997 r. w Księstwie Lichtenstein powstały trzy fundacje: Fundacja Ospray, Fundacja Rubinstar oraz Fundacja Riverdale. Nie wiadomo, kto stał za ich powołaniem, wiadomo jednak, że miały jedną wspólną cechę: wkrótce stały się udziałowcami Intercommerzu. Kapitał zakładowy niemieckiej firmy został podwyższony z 50 tys. do 130 tys. marek niemieckich.

Start-upy z Liechtensteinu miały bardzo szczególną formę prawną. Były to tak zwane "fundacje niezarejestrowane". Oznacza to, że przez wiele lat możliwe było utrzymanie w tajemnicy przed osobami trzecimi faktu ich istnienia. Były one wpisane do rejestru handlowego, ale bez prawa do ich kontroli.

Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy Księstwu Liechtenstein zaczął grozić międzynarodowy ostracyzm za bycie rajem dla ludzi piorących pieniądze i uchylających się od płacenia podatków. Od tego czasu Liechtenstein wdraża nowe przepisy i próbuje dogonić standardy przyjęte w państwach demokratycznych i dbać o przejrzystość.

Dzięki tym reformom dowiadujemy się, że te trzy fundacje miały powiązania z firmą Syndikus Treuhandanstalt. W 2006 r. spór prawny o nią toczył rosyjski biznesmen mający powiązania z przestępczością zorganizowaną i bliski powiernik Putina w Londynie.

Dokumenty dotyczące tego sporu dostarczają ciekawych spostrzeżeń. Ujawniają sieć, jaką biznesmeni z najbliższego otoczenia Putina stworzyli z zagranicznymi firmami fasadowymi i fundacjami.

Dwie z trzech fundacji, które miały udziały w Intercommerzie, zostały zlikwidowane — jedna w 2015 r., druga w 2019 r. Zniszczono też wszystkie dotyczące ich dokumenty. Ostatnia z nich — Fundacja Riverdale — pozostaje wciąż aktywna. Cel jej działania jest sformułowany niezwykle ogólnikowo — ma ona nabywać aktywa m.in. "w celu pokrycia wydatków na edukację".

Kto stoi za Fundacją Riverdale? Od kilku lat władze Liechtensteinu udzielają informacji o spółkach, ale tylko wtedy, gdy istnieje podejrzenie finansowania terroryzmu i prania pieniędzy. Musi być ono przy tym wystarczająco uzasadnione. Dziennikarze "Welta" przedstawili swoje podejrzenia i poprosili o informację, do kogo należy fundacja. Otrzymali jednak odpowiedź odmowną.

Jest oczywiste, że ujawnienie nazwisk faktycznych właścicieli Fundacji Riverdale oznaczałoby dla nich poważne konsekwencje — tym bardziej, że dochodzenie miało na celu przygotowanie publikacji dotyczącej podejrzeń o popełnienie przestępstw przez prezydenta Putina w związku z jego działalnością , gdy pełnił funkcję w Petersburgu.

Dawna cesarska ambasada niemiecka na Placu Isakijewskim w samym centrum Petersburga jest masywnym reprezentacyjnym budynkiem wykonanym w stylu epoki wilhelmińskiej. Po upadku żelaznej kurtyny, dzięki osobistej przyjaźni Warniga i Putina, Dresdner Bank otworzył tam swoje przedstawicielstwo.

Jeśli zajrzymy do rosyjskiego rejestru handlowego, znajdziemy jednak również inną niemiecką firmę, która miała siedzibę w budynku przy Placu Isakijewskim. Uwagę przyciąga nazwisko jej właściciela — МАУКЕЛЬ ПЕТЕР. To nazwisko Petera Maukela, zapisane cyrylicą.

Jak odkryły "Welt" i rosyjskojęzyczna stacja "Radio Swoboda", na ten adres 3 sierpnia 1993 r. została zarejestrowana przez putinowski Komitet Stosunków Zagranicznych firma o nazwie "Petro Clean Service". Oprócz Petera Maukela jako założyciel firmy figuruje Matthias Warnig.

Podczas rozmowy z dziennikarzami Maukel nieopatrznie zdradził tajemnicę znajomości z Warnigiem. Stwierdził, że poznał go przez swoją żonę. Na początku lat 90., Warnig, który pracował już w Dresdner Banku, pomógł mu zdobyć intratną posadę w Petersburgu.

W roku zjednoczenia Niemiec Maukel założył w Schwerinie firmę sprzątającą. Warnig zaproponował mu wówczas korzystne zlecenie — gruntowne oczyszczenie budynku Dresdner Banku w Petersburgu. Nie zastanawiając się długo Maukel, przystał na propozycję.

W tym czasie nie był jeszcze związany z Intercommerzem. Zmieniło się to w 1997 r. kiedy rodzina Warnigów wyjechała się z Roedermark i przeniosła do Moskwy. Warnig objął tam stanowisko wicedyrektora, a potem dyrektora Dresdner Banku w Rosji. Przeprowadzka miała swoje konsekwencje dla Intercommerzu. Baerbel Warnig wycofała się z firmy, a jej miejsce zajął Maukel.

— Nie musiałem płacić żadnych pieniędzy, zupełnie nic, przejąłem to — mówi. Po tym przeniósł siedzibę spółki do Schwerina. O fundacjach z Lichtenstainu rzekomo nic nie wie. — W Moskwie miałem tylko 45 proc. Resztę kontrolowali Rosjanie. Tam też nie byłem już dyrektorem zarządzającym.

Jednak w rejestrze handlowym sądu okręgowego w Schwerinie Maukel figuruje jako jedyny dyrektor zarządzający. Gdyby rzeczywiście zrezygnował z tej funkcji i przekazał ją innym osobom, musiałby poinformować o tym sąd okręgowy.

Jak mówi artykuł kodeksu o spółkach: "Każda zmiana w składzie osobowym członków zarządu, jak również wygaśnięcie pełnomocnictwa do reprezentowania spółki przez członka zarządu muszą zostać zgłoszone w celu dokonania wpisu do rejestru handlowego". Naruszenie tego wymogu jest karalne zgodnie z kodeksem karnym.

W grudniu 2002 r. zwołano w Schwerinie zebranie akcjonariuszy Intercommerzu. Podjęli wówczas decyzję o rozwiązaniu spółki do końca roku. Na spotkaniu zabrakło przedstawicieli fundacji z Liechtensteinu, posiadających większość udziałów. Maukel podpisał w ich imieniu uchwałę, w której stwierdził również, że bierze na siebie obowiązek likwidacji firmy.

Co jednak dziwne, przez pięć lat nic takiego się nie wydarzyło. Dopiero w czerwcu 2007 r. Maukel zlecił poświadczenie uchwały o rozwiązaniu przez notariusza. Stwierdzono w niej między innymi: "Księgi i pisma spółki po zakończeniu likwidacji będą przechowywane w bezpiecznym miejscu przez Petera Maukela". W grudniu 2008 r. pojawił się ostateczny wpis: "Zakończono likwidację. Firma jest skreślona z rejestru".

Peter Maukel jest dziś ceniony w Meklemburgii-Pomorzu Przednim za swoją wiedzę na temat Rosji. W latach 2012-2014 pracował jako freelancer w porcie Sassnitz. Na konferencji w Moskwie wystąpił jako "przedstawiciel moskiewskiego biura" spółki portowej.

Port promowy w Sassnitz pojawiał się wielokrotnie na pierwszych stronach gazet w związku z budową kontrowersyjnego rurociągu Nord Stream 2, za którym stoi stary znajomy Maukela — Warnig. Krąg się zacieśnia.

Pewne światło na tajemnice Intercommerzu mogą rzucić akta sądowe. Niestety, kluczowych dokumentów już nie ma. Dziennikarze "Welta" po raz pierwszy natrafili na ślad firmy latem 2014 r. podczas śledztwa w sprawie Matthiasa Warniga.

W tym czasie jeden z dziennikarzy pobrał kilka dokumentów z elektronicznego rejestru sądu okręgowego w Schwerinie. Wśród nich znalazła się m.in. uchwała o rozwiązaniu spółki Intercommerz z nazwami fundacji z Liechtensteinu. To jedyny dokument wskazujący na ich powiązania z firmą.

W ostatnim czasie podejrzanie zniknął on jednak z elektronicznych archiwów. Dyrektor sądu okręgowego nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak się stało. Powiedział, że papierowe akta dotyczące Intercommerzu zostały całkowicie zniszczone podczas procesu digitalizacji. Nie utworzono żadnych kopii. Słowem — ślad o uchwale rozwiązującej firmę zaginął.

Czy to zagubienie wynikało jedynie z powodów technicznych? Dyrektor sądu okręgowego, mimo najlepszych chęci, nie jest w stanie wyobrazić sobie takiej sytuacji. To pozostawia tylko jedną możliwość: plik elektroniczny został usunięty celowo, być może po to, by ukryć ślady. To sprawia, że Intercommerz wciąż pozostaje tajemnicą.

onet.pl/Die Welt

W Czeczenii, ten ogolony weteran o posturze zapaśnika i ponurym wyrazie twarzy, przyrzekł "zabić trzech czeczeńskich bojowników za każdego poległego rosyjskiego żołnierza". W północnej Syrii jest gorzko wspominany za obrócenie w ruinę dużej części Aleppo.

56-letni generał sił powietrznych nadzorował również strzelanie rakietami w kliniki, szpitale i infrastrukturę cywilną w znajdującym się w rękach rebeliantów syryjskim mieście Idlib w 2019 r. Działał w ten sposób, chcąc złamać wolę przeciwników i wywołać falę uchodźców do Europy.

Jego 11-miesięczna kampania "wykazała bezduszne lekceważenie życia około trzech milionów cywilów na tym obszarze", napisała organizacja Human Rights Watch w skrupulatnym raporcie.

Teraz generał powtarza swój syryjski scenariusz w Ukrainie.

Dwa tygodnie temu Władimir Putin mianował Surowikina generalnym dowódcą "specjalnej operacji wojskowej" Rosji, ku uciesze moskiewskich jastrzębi. Czeczeński przywódca Ramzan Kadyrow chwalił Surowikina jako "prawdziwego generała i wojownika". On "poprawi sytuację", pisał Kadyrow w poście w mediach społecznościowych.

Ale odwrócenie serii oszałamiających zwycięstw Ukrainy i zmiana kierunku wojny może być poza zasięgiem nawet bezwzględnego Surowikina. Ukraińcy przez cały rok pokazywali, że są twardzi i nie dadzą się zastraszyć zbrodniami wojennymi. Już wcześniej znosili bombardowania ze strony równie pozbawionych skrupułów rosyjskich generałów.

Jednak zachodni wojskowi i analitycy zauważają, że już teraz widać oznaki większej spójności taktycznej, niż za czasów jego poprzednika, generała Aleksandra Dwornikowa. — Jego taktyka wojenna całkowicie narusza zasady wojny, ale niestety okazała się skuteczna w Syrii — powiedział POLITICO wysoki rangą oficer brytyjskiego wywiadu wojskowego. — Jako strateg wojenny jest skuteczny — dodał oficer.

Surowikin obrał za cel infrastrukturę energetyczną Ukrainy i w ciągu ostatnich tygodni już dokonał zmasowanych ataków. Uderzenia rakiet w weekend spowodowały przerwy w dostawach prądu w całym kraju, pozostawiając ponad milion gospodarstw domowych bez energii — informował w minioną sobotę Kyryło Tymoszenko, wiceszef kancelarii prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.

— To nikczemne uderzenia w obiekty infrastruktury krytycznej — mówił sam Zełenski w swoim nocnym przemówieniu. — Świat może i musi powstrzymać ten terror. Zasięg tego ostatniego masowego uderzenia jest bardzo szeroki. Oczywiście nie mamy możliwości technicznych, aby strącić 100 proc. rosyjskich rakiet i dronów uderzeniowych. Jestem jednak pewien, że stopniowo, z pomocą naszych partnerów, uda nam się to. Już teraz strącamy większość pocisków rakietowych, większość dronów.

Przechwycenie większości rosyjskich pocisków wystrzeliwanych w kierunku infrastruktury energetycznej Ukrainy nie wystarczy do powstrzymania zakłóceń, które Surowikin powoduje tymi atakami. Skala szkód wyrządzonych w systemie energetycznym Ukrainy w weekend przekroczyła wielkość zniszczeń z pierwszego uderzenia, które miało miejsce 10 października, podał państwowy operator sieci energetycznej Ukrenergo.

Jak twierdzą władze ukraińskie, od początku ataków zniszczono około jednej trzeciej elektrowni w kraju.

Dla Rosji koszt ataku z powietrza jest niewielki, ponieważ polega na irańskich bezzałogowych statkach powietrznych Shahed-136. Są to w zasadzie latające bomby nazywane "dronami kamikadze", ponieważ ulegają one zniszczeniu po uderzeniu w cel.

Drony, których zasięg lotu wynosi 2,5 tys. km, krążą nad celem, dopóki nie otrzymają rozkazu do ataku. Z rozpiętością skrzydeł 2,5 m mogą być trudne do zidentyfikowania przez radar i kosztują tylko około 20 tys. euro za sztukę. To bardzo niewiele w porównaniu do rakiet manewrujących, których koszt może sięgać nawet 2 mln euro.

W zeszłym tygodniu Biały Dom przekazał, że irańscy eksperci od dronów — szkoleniowcy i pracownicy wsparcia technicznego — zostali rozmieszczeni na przyłączonym do Rosji Krymie, aby pomóc w przeprowadzaniu ataków na Ukrainę. — Teheran jest teraz bezpośrednio zaangażowany w wojnę na ziemi oraz poprzez dostarczanie broni, która wpływa na cywilów i infrastrukturę cywilną na Ukrainie — powiedział rzecznik Pentagonu John Kirby.

Ale zwrócenie się o pomoc do Iranu świadczy też o słabości Rosji. Fakt, że używają irańskich dronów, sugeruje, że naprawdę kończą im się pociski — powiedział POLITICO pracownik Pentagonu. — Nie sądzę, że możliwości Rosjan są tak duże, jak twierdzi Kreml. Zawsze uważałem, że Rosjanie to trochę pusta siła. Nie mają wielkich możliwości i nie mogą ich skutecznie zastosować. Fakt, że idą do Irańczyków po technologię dronów, jest dość smutnym obrazkiem w kontekście wychwalanego niegdyś rosyjskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego.

I chociaż drony pomagają wyrządzić znaczne szkody, ich lekki ładunek wybuchowy o wadze 36 kg stanowi dla Rosjan problem, bo nie są one wystarczająco silne, aby wyrządzić poważne szkody w dużych elektrowniach.

Zamiast tego maszyny kierowane są na mniejsze podstacje. W końcu jednak zachodni i ukraińscy eksperci znajdą sposób na zakłócenie systemu GPS, od którego zależą drony, aby uniemożliwić im skuteczne celowanie. Drony mogą zatem już niedługo zostać całkowicie wyeliminowane z pola bitwy.

Brak wystarczających możliwości w zakresie uzbrojenia nie jest jedynym problemem, z jakim borykają się rosyjscy generałowie. Armię Putina osłabia brak skutecznego dowodzenia małymi jednostkami i kompetentnego nadzoru na polu walki.

Ukraińcy od 2014 r. są przesiąknięci amerykańską doktryną wojskową i szkoleniami, które koncentrują się na budowaniu profesjonalnego korpusu kaprali i sierżantów, którzy rozumieją duży obraz sytuacji i otrzymują uprawnienia do podejmowania decyzji na polu bitwy, gdy prowadzą swoje jednostki, mówi John Barranco, analityk w Atlantic Council, który nadzorował początkowe operacje amerykańskich marines w Afganistanie po atakach terrorystycznych z 11 września i służył też w Iraku.

Niepowodzenie Rosjan w budowaniu takich kadr nęka ich w Ukrainie i nie jest to niedociągnięcie, które Surowikin ma czas naprawiać. W rzeczywistości sytuacja może się pogorszyć, gdy Kreml rzuca teraz do walki niedostatecznie wyszkolonych poborowych z rozkazu Putina o częściowej mobilizacji.

Po zaledwie kilkudniowym szkoleniu poborowi już giną. A wysyła się ich na kluczowy na tym etapie wojny front — portowe miasto Chersoń — gdzie rosyjskie władze nakazały wszystkim mieszkańcom ewakuację, zanim Ukraińcy zamkną okrążenie.

Chersoń jest jedyną stolicą regionu, którą Rosja zdołała zająć od początku inwazji. Było ono kluczowe w tworzeniu mostu lądowego między Krymem a południem Ukrainy. Miasto otwierało drogę do potencjalnego ataku na główny port Morza Czarnego w Odessie.

Jednak ukraińska kontrofensywa, która rozpoczęła się w lecie, zmierza obecnie w kierunku Chersonia. Pozycja taktyczna Rosji w tym rejonie jest bardzo zagrożona, a jednostki spadochroniarzy okopały się na zachodnim brzegu Dniepru, gdzie są bardzo podatne na ataki.

— Z punktu widzenia geometrii pola walki jest to fatalna pozycja dla Rosjan — powiedział POLITICO Jack Watling, ekspert ds. wojny lądowej w brytyjskim Royal United Services Institute.

Watling, który przeprowadził analizę operacyjną ze sztabem generalnym Ukrainy, mówi, że Rosjanie na zachodnim brzegu należą do najlepszych oddziałów, ale nie mogą być zaopatrywani "w skali potrzebnej do uczynienia ich konkurencyjnymi" i nie będą w stanie kontratakować.

— Ukraińcy mają inicjatywę i mogą dyktować tempo — powiedział Watling. — Z czysto wojskowego punktu widzenia, Rosjanie byliby w o wiele lepszej sytuacji, gdyby wycofali się z Chersonia i skupili na utrzymaniu wschodniego brzegu rzeki, a następnie umieścili większość swoich sił na Zaporożu. Jednak z powodów politycznych działają powoli.

Wydaje się to zgodne z tym, co w weekend podał sztab generalny Ukrainy. Rosyjskie ruchy wojsk miały miejsce w regionie Chersonia, gdzie niektóre jednostki przygotowywały się do walki miejskiej, podczas gdy inne wycofywały się.

Krótko mówiąc, Surowikin jest zmuszony do podjęcia próby przeprowadzenia jednego z najtrudniejszych manewrów wojskowych — uporządkowanego odwrotu w celu zmiany pozycji sił, w tym poborowych o niskim poziomie wyszkolenia i jednostek, które nie są spójnie dowodzone. Gdy w zeszłym miesiącu bardziej doświadczone oddziały rosyjskie próbowały wykonać ten sam manewr w pobliżu Charkowa w północno-wschodniej Ukrainie, poniosły klęskę.

Sam bandytyzm nie uchroni rosyjskich poborowych przed zmotywowanymi i sprawnymi siłami ukraińskimi. Liczy się to, czy Surowikin będzie miał na tyle umiejętności taktycznych, by przeprowadzić ten niebezpieczny odwrót.

onet.pl/Politico

W innym wywiadzie prasowym pytany o zbrodnie najemników na cywilach mówił pan, że w grupie Wagnera były osoby dojrzałe, zrównoważone psychicznie. Ale jednocześnie przyznaje pan, że np. przeszłość kryminalna nie jest przeszkodą, by do grupy dołączyć. Co niby miało gwarantować, że przy rekrutacji faktycznie wybierano ludzi zrównoważonych, bez sadystycznych skłonności?

Nie ma żadnych takich gwarancji. Znam kryteria rekrutacji grupy Wagnera. A teraz dodatkowo odbywa się ona masowo. Wielu członków różnych grup, które walczą obecnie w Ukrainie, to ludzie kompletnie nieprzygotowani. To często proste chłopaki, którzy naoglądali się filmików w internecie o groźnych najemnikach. Ich psychika jest niegotowa do tego, by szybko adaptować się do warunków wojennych.

Tak, sama przeszłość kryminalna nie była przeszkodą, by dołączyć do grupy Wagnera. Ja także należę do tej kategorii, siedziałem w więzieniu. Ale większość osób to profesjonalni wojskowi, weterani, oni stanowili początkowo trzon grupy. Jeśli ktoś z nich miał kryminalną przeszłość – to był to incydent w życiorysie, epizod, a nie "droga życiowa", nie to było ich doświadczeniem formacyjnym [sam Gabidullin jest absolwentem Riazańskiej Wyższej Szkoły Dowódczej Wojsk Powietrznodesantowych, służył w wojskach powietrznodesantowych – red.]. Do nich się odnosiłem, gdy mówiłem o doświadczonych, zrównoważonych najemnikach.

Ale jeśli mowa o tych, którzy dziś działają w Ukrainie, to trafiają tam prawdziwi bandyci.

Najbardziej problematyczni na wojnie są ludzie, którzy są na froncie po raz pierwszy. A jeśli mają jeszcze rozchwianą psychikę, to nie są w stanie kontrolować tych demonów, które każdy z nas ma w sobie. Wówczas wszystko się może zdarzyć. Jeśli taki człowiek trafia na wojnę, wszystkie patologie od razu wychodzą na wierzch.

(...)

Prigożyn w końcu przyznał publicznie, że to on założył grupę Wagnera, chociaż wcześniej pozywał dziennikarzy za takie twierdzenia. To by oznaczało koniec rutynowego odcinania się Kremla od związków z "firmą". Jak pan myśli, dlaczego teraz?

Myślę, że to jedna z odsłon walki wokół tronu. Prigożyn i Kadyrow zawarli sojusz, absolutnie tymczasowy, bo jest im zupełnie nie po drodze, by odsunąć od tronu konkurentów do eksploatowania dla własnej korzyści zasobów państwowych.

Jest też wojna w strukturach siłowych. Prigożyn ma tam wielu wrogów, ma złe stosunki z ministrem obrony Szojgu. Oni nigdy się nie dogadywali, to są zupełnie różne podejścia, antypody. I w tej walce Prigożyn zagrał va banque, by się zabezpieczyć, zdobyć poparcie społeczne. Dlatego podkreśla publicznie swoje zasługi.

Mówi się, że trwa walka nie tylko o pozycję wokół Putina, ale też o to, kto będzie jego następcą. Jak pan ocenia szanse Prigożyna w walce o schedę po Putinie?

Nie ma żadnych. Myślę, że Prigożyn też nie ma takich ambicji.

Pan zna Prigożyna osobiście.

Tak, cztery miesiące pracowałem jako jego asystent.

Jaki to jest człowiek?

Chodzi o krótką charakterystykę? Szorstki, na granicy grubiaństwa. Pewny siebie. Zdeterminowany. Jest też całkowicie przekonany, że tylko jego wizja patriotyzmu jest prawidłowa. Cała Rosja, jak już mówiłem wcześniej, jest w rękach takich właśnie "zawodowych pseudopatriotów", którzy dorabiają się na tej idei.

Ma pewne dobre cechy. To prawda, że on swoich ludzi nie zostawia. Ale też może z zimną krwią wysłać kogoś na śmierć, tak jak w lutym 2018 r. w Syrii, gdy oddziały Wagnera trafiły pod amerykański nalot [w nocy z 7 na 8 lutego Amerykanie zbombardowali pod Dajr az-Zaur kolumny sił proasadowskich, w tym kilkuset żołnierzy z grupy Wagnera, którzy zostali wysłani z misją zajęcia pola naftowego Conoco, kontrolowanego przez Syryjskie Siły Demokratyczne. Najemnicy zostali zdziesiątkowani. Kreml starał się zignorować, a następnie zbagatelizować sytuację, mówiąc o zabitych jako "ludziach z rosyjskim paszportem", bez związku z armią rosyjską, oraz zaniżając liczbę zabitych – red.].

Ja wówczas ledwo przeżyłem. To była źle przemyślana decyzja, na zasadzie: a nuż się uda. Po prostu wysłano nas na rzeź.

To jak w takim razie ocenia pan "rzeźnika z Syrii", Siergieja Surowikina, który objął dowództwo nad wojskami rosyjskimi w Ukrainie?

Oceniam go tak, jak większość rosyjskich generałów. Jest tak jak oni skorumpowany i niekompetentny. Surowikin odegrał swoją niechlubną rolę w nieudanej akcji ataku na zakład Conoco. Grupa Wagnera nie działała wówczas sama, szła w szyku z regularnym wojskiem. I to była jego odpowiedzialność, jego decyzja o ataku. Poza tym wszystkie zwycięstwa, jakimi chwalił się w Syrii, były tak naprawdę zwycięstwami najemników.

Jest to natomiast bardzo wygodna nominacja dla Prigożyna. Oni współpracowali wtedy i będą współpracować teraz. Prigożyn będzie mu doradzał, zabezpieczał go, konsultował decyzje, jednocześnie utrzymując iluzję, że to Surowikin jest dowódcą.

Czyli uważa pan, że de facto dowódcą wojsk rosyjskich w Ukrainie jest Prigożyn?

Po tej nominacji, tak, tak uważam.

Prigożyn mówi teraz, że to on założył grupę Wagnera, podkreśla też, że ją finansuje. Wzywa rosyjskich polityków, by robili to samo, czyli zakładali prywatne firmy wojskowe. Jaka była rola w tworzeniu grupy Wagnera Jewgienija Prigożyna, a jaka – Dmitrija Utkina?

W tym tandemie zdecydowanie to Prigożyn kieruje, Utkin jest jego podwładnym. Trzeba podkreślić, że tam nie ma żadnych prywatnych pieniędzy Prigożyna. Ta struktura powstała za pieniądze państwowe, płynące z Ministerstwa Obrony.

To szczegółowo opisuję w trzeciej książce, która ogólnie dotyczy fenomenu grupy Wagnera, opisuje strukturę grupy. Na razie nie mam jeszcze wydawcy. Wydawnictwa jakoś nie są nią zainteresowane. Widzę, że wolą współpracować z tzw. ekspertami w tej tematyce. Muszę stwierdzić z całym przekonaniem, że ludzie, którzy wypowiadają się jako "eksperci od rosyjskich prywatnych firm wojskowych", nie wiedzą, o czym mówią.

Są doniesienia, że Prigożyn rekrutuje w więzieniach, obiecując amnestię po pół roku walki.

To potwierdzona informacja. Prigożyn robi wszystko, żeby chronić swoich weteranów, nie chce ich tracić w Ukrainie. Są pewne informacje, że niektóre oddziały, niektóre osoby są przerzucane z Afryki. Ale jemu zależy na tym, by nie tracić pozycji w Afryce i tego, co udało się wywalczyć.

Prigożyn mówi, że buduje w obwodzie ługańskim Linię Wagnera – na wzór Linii Maginota z II wojny światowej. Czy budowanie tego rodzaju umocnień ma sens? Czy może to czysta propaganda, ruch obliczony na to, by Prigożyn mógł pokazać swoją sprawczość?

To dwa w jednym: propaganda i sposób na kradzież budżetowych pieniędzy. Ale sensu w tym absolutnie nie ma. Czytałem o tej linii, oglądałem dostępne w sieci zdjęcia satelitarne. To nie ma nic wspólnego z Linią Maginota.

Linia Maginota to sieć wzmocnionych bunkrów ze stanowiskami artyleryjskimi. Już będąc we Francji odwiedziłem jeden z nich – tam można przetrwać atak nuklearny. To, co buduje Prigożyn, może służyć jedynie spowolnieniu przemieszczania się wojsk ukraińskich, na pewno nie są to stanowiska obronne. Już w czasie II wojny światowej czołgi pokonywały takie zapory. Żeby miało to sens, musiałyby być one co najmniej trzy razy wyższe.

Ostatnio w obwodzie ługańskim członek grupy Wagnera miał zastrzelić podpułkownika armii rosyjskiej, ponoć to nie pierwszy taki incydent. Najemnicy Prigożyna czują się bezkarni?

Najemnicy już dawno przestali czuć jakikolwiek respekt wobec przedstawicieli regularnej armii. To zaczęło się już w Syrii. To nawet nie tyle, że nie mieliśmy szacunku do syryjskich generałów. My nie mieliśmy szacunku do rosyjskich generałów. Owszem, dotrzymywaliśmy zasad wojskowej etykiety, udawaliśmy, że jest jakaś hierarchia, ale to były tylko pozory. To poczucie szacunku do gwiazd i lampasów wagnerowcy stracili dawno temu. Dlatego myślę, że takie sytuacje są jak najbardziej możliwe.

onet.pl

Korpus został sformowany w 2016 r. przy okazji reorganizacji rosyjskich sił zbrojnych. W jego skład weszły m.in. 152. Brzesko-Warszawska Gwardyjska Brygada Rakietowa, 244. Niemeńska Brygada Artylerii, 7. Moskiewsko-Miński Gwardyjski Pułk Zmechanizowany oraz najsilniejsza jednostka – 18. Gwardyjska Dywizja Zmechanizowana.

"Korpus, wciśnięty między dwa kraje NATO wzdłuż strategicznego morza, miał dać siłom rosyjskim przewagę w globalnej wojnie. Zamiast tego stał się mięsem armatnim dla armii ukraińskiej, która na papierze była słabsza niż armia rosyjska. Teraz Kaliningrad jest prawie bezbronny, a zagrożenie, jakie niegdyś wojska obwodu stanowiły dla NATO… zniknęło" — czytamy.

Decyzja o skierowaniu jednostek z Kaliningradu do walk w Ukrainie zapadła na przełomie marca i kwietnia, gdy rosyjska armia odniosła porażkę podczas próby zdobycia Kijowa. Do kontynuowania inwazji na wschodzie potrzebowała świeżych sił.

Oddziały z 11. Korpusu Armijnego miały początkowo walczyć na Donbasie, a stamtąd zostały skierowane na front w obwodzie charkowskim.

"Trzy miesiące morderczej walki pozbawiły korpus sił" — pisze "Forbes". Powołuje się przy tym na ustalenia Reutersa, który w środę opublikował obszerny materiał o dokumentacji, jaką wojska rosyjskie pozostawiły w Bałakliji podczas panicznego odwrotu przed nacierającymi siłami ukraińskimi.

Znaleziony przez dziennikarzy arkusz, datowany na 30 sierpnia, czyli tuż przed rozpoczęciem ukraińskiej kontrofensywy na Charkowszczyźnie, wskazywał, że korpus dysponował 71 proc. składu osobowego. Niektóre bataliony zostały jednak ograniczone do zaledwie jednej dziesiątej ich pierwotnej siły.

Operacja charkowska ujawniła głębokie słabości sił rosyjskich na tym obszarze, w tym 11. Korpusu Armijnego, który miał ucierpieć bardziej niż większość rosyjskich formacji. Pod koniec września Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych w Waszyngtonie określiło korpus jako "poważnie poturbowany". Z kolei sztab generalny ukraińskiej armii informował, że oddziały 11. Korpusu Armijnego straciły ponad 50 proc. żołnierzy i ponad 200 jednostek sprzętu.

onet.pl