piątek, 30 lipca 2021


Ośrodek analityczny DAIO (Defense AI Observatory) na Uniwersytecie w Hamburgu opublikował raport na temat wpływu (a właściwie braku wpływu) konfliktów w Syrii, Libii, Górskim Karabachu i wschodniej Ukrainie na sposób prowadzenia działań wojennych w przyszłości. Potwierdzono w nim rzadko podkreślaną ocenę, że cztery analizowane konflikty są prowadzone według zasad i w sposób odmienny od tego, jakie najprawdopodobniej byłyby zastosowane przy konfrontacji zbrojnej państw rozwiniętych.

(...)

Autorzy tej analizy podkreślają wyraźnie, że oceniane cztery konflikty, pokazują pewne aspekty przyszłych działań wojennych, ale wcale nie zmieniają obowiązujących obecnie reguł – najwyżej o nich przypominając (np. wskazując na częste zjawisko niedoceniania walki elektronicznej).

W ten sposób to, co we współczesnych konfliktach uważane jest powszechnie za nowatorskie, w rzeczywistości może nie mieć takiego wpływu, jak czynniki mniej widoczne, takie jak np. warstreaming lub tymczasowe przekazywanie siły militarnej za pośrednictwem tzw. WaaS („wojna jako usługa”). Tymczasem takie błędnie wyciągane wnioski mogą doprowadzić nawet do złego ukierunkowania sposobu rozwoju technologii, zdolności i koncepcji.

Autorzy wskazują (zresztą słusznie), że wojny na Ukrainie, w Syrii, Libii i Górskim Karabachu nie miały charakteru pełnowymiarowego konfliktu zbrojnego i toczyły się w bardzo specyficznych warunkach. Nie było więc tego, czym charakteryzowałoby się starcie państw zaawansowanych technologicznie – w tym przede wszystkim bezpośredniej konfrontacji lotnictwa i sił okrętowych oraz skoordynowanej, wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej. Wiele czynników było również tak specyficznych, że ich powtórzenie na innym teatrze operacji wojennych byłoby bardzo trudne.

W analizie DAIO wskazane np. na rosyjskie działania psychologiczne na Ukrainie, które polegały m.in. na wysyłaniu przez Rosję SMS-ów z groźbami dla członków rodzin ukraińskich żołnierzy. Było to jednak możliwe tylko dlatego, że operator Vodafone Ukraine jest spółką rosyjskiego koncernu telekomunikacyjnego Mobile TeleSystems. W ten sposób Rosjanie mieli ułatwiony dostęp do sieci i mogli z niej w miarę łatwo korzystać.

Podobna sytuacja była w przypadku ukraińskich systemów wojskowej łączności radiowej, które pochodziły z Rosji i jak się okazało można je było z Rosji wyłączyć. W momencie gdy Ukraińcy zaczęli używać zachodnie radiostacje (firm Harris i Aselsan), skuteczność rosyjskich systemów walki elektronicznej drastycznie się obniżyła. W przypadku skonfrontowania nowoczesnych urządzeń elektronicznych krajów zachodnich z rosyjskimi systemami zakłócającymi, sytuacja wcale już więc nie jest taka oczywista. Z jednej strony Rosjanie w miarę skutecznie utrudniali użycie przez Ukrainę amerykańskich minidronów RQ-11 Raven, z drugiej zaś strony nie radzili sobie z latającymi w okolicy Syrii średnimi i dużymi bezzałogowcami ze Stanów Zjednoczonych i Izraela (takimi jak np. amerykański MQ-9 Reaper).

Szczególnej analizie w raporcie DAIO poddane zostały trzy czynniki: bezzałogowe statki powietrzne UAV (Unmanned Aerial Vehicle), walka elektroniczna (WE) i obrona przeciwlotnicza. Wyciągnięto trzy główne wnioski:
  • walczące siły rzeczywiście wykorzystywały bezzałogowce, jednak przeważały wypróbowane i wcześniej przetestowane taktyki działania (większość dronów realizowała po prostu zadania wcześniej wykonywane przez systemy załogowe). Sygnałem nadchodzących zmian był jedynie jednoczesny atak trzynastu dronów 5 stycznia 2018 roku na bazę w Hmiejmim - tym bardziej, że przygotowały go siły nie stosujące wyrafinowanych technologii, a raczej prymitywne środki walki. Atak ten nie był jednak typowym działaniem „w roju” (nie było np. współdziałania dronów) i jak dotąd nie odnotowano powtórnie  takiego sposobu wykorzystania bezzałogowców;
  • słabym punktem u wszystkich walczących stron była zawsze obrona przeciwlotnicza. Było to szczególnie widoczne w Syrii, gdzie stare systemy nie dawały gwarancji skutecznej obrony, nowe środki obrony przeciwlotniczej działały poniżej oczekiwań (np. system Pancyr-S1), a rozwiązania reklamowane jako najbardziej efektywne w ogóle nie prowadziły aktywnej walki z celami powietrznymi (syryjskie kompleksy S-300 i rosyjskie S-400). Źle zorganizowana obrona przeciwlotnicza była również problemem Armenii w konflikcie z Azerbejdżanem o Górski Karabach. Wykorzystywane przez armeńskie siły zbrojne systemy 2K11 „Krug”, 9K33 „Osa”, „Tor-M2KM”, 2K12 „Kub”, 9K35 „Strela-10” i S-300 oraz przenośne zestawy przeciwlotnicze były praktycznie bezsilne - nawet w odniesieniu do dużych dronów Bayraktar TB2 (które dzięki temu mogły działać bez większych problemów – chociaż ze stratami);
  • najwięcej uwagi trzeba poświęcić niedocenianym w wielu państwach systemom Walki Elektronicznej (WE). To właśnie dzięki nim odnoszono bowiem sukcesy w zwalczaniu dronów na Bliskim Wschodzie, jak również to one służyły do naprowadzania rosyjskiej artylerii i realizowania na Ukrainie takich zadań, jak: sabotaż, zakłócania, podszywania się i groźby.
W raporcie DAIO zajęto się również czynnikami mniej zauważalnymi i z tego powodu niedocenianymi przez analityków we współczesnych konfliktach zbrojnych. Podkreślono przede wszystkim jak ważna jest integracja zasobów wojskowych w jednolitym systemie C4/5ISTAR. Zauważono, że te strony konfliktu, które lepiej zarządzały „złożonym ekosystemem militarnym” zwyciężały w konflikcie. Mogły bowiem odpowiednio gospodarować swoimi siłami, jak również błyskawicznie reagować na nagle pojawiające się zagrożenia. Według autorów analizy trzeba więc zwrócić większą uwagę na „zmiany koncepcyjno-organizacyjne dotyczące działania łańcucha C4/5ISTAR”, ponieważ idą one w parze z „ogólnym aspektem podejmowania decyzji wojskowych”.

(...)

Brak odpowiedniego systemu dowodzenia powodował, że nawet teoretycznie skuteczne uzbrojenie nie było w stanie realizować zadań. Przykładem tego było obezwładnienie obrony przeciwlotniczej Armenii, które doprowadziło do prawdziwego polowania dronów na zestawy rakietowe. Azerom udało się nawet zniszczyć samobieżną wyrzutnię Tor-M2KM na podwoziu kołowym rozstawioną pomiędzy budynkami mieszkalnymi, chociaż zestaw ten może również działać w pełni autonomicznie (mając własny radar wykrywania).

Z drugiej jednak strony, gdy system wczesnego ostrzegania i dowodzenia działał, osiągano sukcesy, czego przykładem może być Syria. Ocenia się, że właśnie dzięki współdziałaniu środków rozpoznania i systemów ogniowych udało się zestrzelić aż dwadzieścia tureckich dronów przez rakietowe zestawy przeciwlotnicze Buk-M2E.

(...)

Ważnym czynnikiem w raporcie DAIO, który coraz bardziej decyduje o sposobie postrzegania każdego konfliktu ma być warstreaming, tj. zdolność walczących stron do dostarczania na żywo przekazów z pola walki. Te przekazy są przydatne dla rozpoznania i dowodzenia siłami, ale ujawnione i opublikowane np. na oficjalnej stronie ministerstw obrony (jak w przypadku Azerbejdżanu) mogą wypaczyć rzeczywistość. Trzeba bowiem pamiętać, że o wiele ważniejsze elementy działań, takie jak walka elektroniczna i poziom integracji systemów dowodzenia, kierowania, łączności i rozpoznania C4/5ISTAR, są trudne do zademonstrowania. Natomiast bardziej widowiskowe w filmowanych raportach okazują się drony, stając się swoistą „gwiazdą” mediów. A to może zachęcić dowódców do nadmiernego zaspokajania tzw. „głodu obrazów, których wcześniej nie pokazywano”.

(...)

Materiały wideo gromadzone przez drony były i są również powszechnie wykorzystywane przez Turcja i Rosję w Syrii do celów propagandowych oraz przez Izrael – m.in. by zdyskredytować rosyjskie systemy przeciwlotnicze i pochwalić się swoim uzbrojeniem precyzyjnym. Należy bowiem pamiętać, że wszystkie strony ukrywają prawdziwą wartość bojową wykorzystywanego wyposażenia najczęściej ją wyolbrzymiając. Przykładem tego może być rosyjski system walki elektronicznej krótkiego zasięgu, który podobno miał strącić na ziemię sześć z trzynastu dronów atakujących w roju bazę lotniczą Hmieimim w Syrii. Nie ma praktycznie żadnych możliwości by to sprawdzić, w odróżnieniu od tak niezbitego dowodu jak film, pokazujący pocisk zbliżający się i uderzający w bezskutecznie broniącego się rakietami „Pancyra”.

(...)

Nową, mało podkreślaną cechą współczesnych konfliktów jest możliwość skorzystania przez walczące strony z szybkiej, zewnętrznej pomocy: nie w ramach sojuszy (takich jak NATO), ale dzięki „biznesowi wojennemu” - w ramach tzw. usługi wojennej WaaS (War as a Service). Jest to nowy polityczno-strategiczny „model biznesowy”, który polega na czasowym, międzyrządowym przekazaniu kompleksowej siły wojskowej. „Kompleksowej”, ponieważ nie polega to jedynie na szybkim uzupełnieniu zasobów technologicznych (np. dostawie nowych czołgów lub precyzyjnej amunicji), ale również na udzieleniu pomocy planistycznej, szkoleniowej i operacyjnej – w tym na wysłaniu gotowych do działań pododdziałów lub operatorów.

WaaS daje więc możliwość uzyskania nagłej przewagi nad rywalem, o ile oczywiście odbiorca jest przygotowany na przyjęcie tej pomocy, a dawca jest zdecydowany na ryzyko związane z tą pomocą (to ryzyko po prostu musi się opłacać finansowo - poprzez uzależnienie odbiorcy usług lub politycznie – poprzez uzyskanie wpływów i baz). Takie zewnętrzne wsparcie ze strony Rosji okazało się czynnikiem decydującym o ciągłym trwaniu rebelii na wschodniej Ukrainie. Bez rosyjskiej pomocy separatyści nie byliby w stanie prowadzić działań wojennych i podtrzymywać istnienia samozwańczych republik: ługańskiej i donieckiej. Z drugiej strony niestabilność panujących tam władz sprzyja ukrywaniu wpływu Rosji na podtrzymywanie wojny domowej, toczącej się w tamtym regionie.

Podobną sytuację można było zaobserwować w Górskim Karabachu. Wyraźna asymetria sprawności operacyjnej na korzyść Azerbejdżanu wynikała najprawdopodobniej ze strategicznego wsparcia tureckiego oraz złego stanu sił zbrojnych Armenii, co było szczególnie widoczne w obronie przeciwlotniczej. Ta obrona była zresztą nieskuteczna w przypadku obu stron konfliktu, co ułatwiło działania systemom bezzałogowym: tureckim dronom Bayraktar TB2 i izraelskiej amunicji krążącej IAI Harop. Na ten sukces azerskich wojsk niewątpliwie złożyła się obecność 50 tureckich instruktorów, 90 doradców wojskowych i około 20 operatorów dronów.

Tym co może wpłynąć na sposób działania sił zbrojnych jest także coraz większy dostęp do bardzo dobrej jakości i tanich technologii komercyjnych. Oznacza to drastyczne zmniejszenie kosztów wielu rodzajów sprzętu wojskowego, który nie jest coraz częściej produkowany w pojedynczych sztukach z unikalnych części, ale składany z masowo produkowanych elementów. Żołnierze mają więc obecnie powszechny dostęp np. do systemów nawigacji satelitarnej, jak również do wcześniej bardzo drogich i skomplikowanych urządzeń termowizyjnych.

Takie pomieszanie rozwiązań wojskowych i komercyjnych C/MOTS (Commercial or military technology off-the-shelf) pozwoliło np. tureckiej firmie Bakyar na wyprodukowanie dronu bojowego Bayraktar TB2, który jest kilkanaście razy tańszy od swoich większych, amerykańskich odpowiedników MQ-9 Reaper (około 60 milionów dolarów za sztukę). Automatycznie pozwala to na zwiększenie floty dostępnych bezzałogowców, co daje możliwość ich powszechniejszego używanie przez dowódców oraz godzenia się na związane z tym straty.

(...)

Wszystkie oceniane przez DAIO konflikty ponownie wykazały, że systemy walki elektronicznej stanowią nieodłączny element działań wojennych. Kto więc ma lepsze wyposażenie w tej dziedzinie i potrafi go skutecznie wykorzystywać, ten od razu uzyskuje przewagę, której nie można zrekompensować żadnymi, innymi środkami. Dobrym przykładem takiej przewagi uzyskanej dzięki systemom WE jest wschodnia Ukraina. Skuteczne wsparcie ogniowe artylerii dla sił separatystycznych byłoby bowiem niemożliwe, gdyby Ukraina posiadała odpowiednie środki przeciwdziałania dronom rozpoznawczym kierującym ogniem.

Tymczasem Rosjanie korzystali ze wschodniej Ukrainy jak ze swoistego poligonu doświadczalnego przekazując tzw. "separatystom" nawet tak nowoczesne rozwiązania jak kompleksy WE typu: RB-341W „Leer-3”, 1Ł269 „Krasucha-2”, RB-109A „Bylina” i zestaw do zakłócania dronów „Riepiellient-1” (najprawdopodobniej z rosyjskimi obsługami).

Wszystkie te rozwiązania aktywnie uczestniczyły w działaniach przyczyniając się do zwiększania świadomości sytuacyjnej (poprzez namierzanie źródeł promieniowania elektromagnetycznego – w tym telefonów komórkowych), utrudniając wykorzystanie przez Ukrainę systemów bezzałogowych, zakłócając systemy dowodzenia i kontroli, zagłuszając i podszywając się pod sygnał GPS oraz rozpowszechniając fałszywe informacje.

W Syrii działania były już bardziej ograniczone, ponieważ Rosjanie stosowali systemy WE głównie do zabezpieczania własnych sił. Trudno jest ustalić, jak było to skuteczne ze względu na niską wiarygodność rosyjskich przekazów.  (...)

Na bazie tych doświadczeń Rosjanie opracowali zupełnie nową taktykę elektronicznego wsparcia własnych operacji. Polega ona na dużym rozproszeniu systemów WE we wszystkich rodzajach sił zbrojnych i wszystkich lokalizacjach geograficznych. Jest to spowodowane m.in. uznaniem przez Rosjan, że to systemy walki elektronicznej będą jeszcze przez długi czas podstawowym środkiem przeciwdziałania dronom. Muszą się więc stać integralnym elementem systemu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Dodatkowo coraz częściej wskazuje się, że Rosjanie przygotowują się do walki elektronicznej również poza terenem działań wojennych. Ma to polegać m.in. na elektronicznym ataku w przemysł obronny przeciwnika. Zmusza to według analityków do przewartościowania tego, co kryje się pod pojęciem „obrona narodowa”.

Jest oczywiste, że w dziedzinie walki elektronicznej najwięcej uwagi poświęcano systemom rosyjskim, ale strona turecka również korzystała bardzo intensywnie z zakłóceń oraz rozpoznania radioelektronicznego. W Libii i Syrii Turcy używali np. systemy KORAL i REDET firmy Aselsan. Były one stosowane do rozpoznania i zakłócania systemów radiolokacyjnych (w tym by zabezpieczyć działanie dronów Bayraktar TB2) oraz śledzenia i atakowania telefonów komórkowych. Analitycy DAIO uważają nawet, że system KORAL był skuteczny przeciwko zestawom przeciwlotniczym „Pancyr-S1” co ułatwiało ich zwalczanie z powietrza.

Jednak za największy sukces Turcji uważa się specjalną taktykę działania wykorzystaną w Górskim Karabachu (oraz na mniejszą skalę w Syrii i Libii). Poprzez połączenie walki elektronicznej (rozpoznanie i zakłócanie) z masowo użytymi dronami udało się bowiem zneutralizować armeński system obrony powietrznej pomimo, że był on wyposażony w rosyjskie zestaw przeciwlotnicze oceniane wcześniej za dobre (w tym dywizjony S-300).

Najważniejszym wnioskiem z analizy DAIO jest jednak to, że wszystkie cztery oceniane konflikty nie są czymś na tyle reprezentatywnym, by kraje rozwinięte na tej podstawie mogły nakreślić nowe drogi rozwoju sił zbrojnych i zmienić generalnie koncepcję działań wojennych. To co się dzieje na wschodniej Ukrainie, w Syrii, Libii oraz między Armenią a Azerbejdżanem dla autorów analizy przypomina bardziej „wojskowe bezkrólewie”, w którym nie odchodzi się od tradycyjnych sposobów prowadzenia wojny, jedynie je wzbogacając o nowe technologie – i to najczęściej nie w pełnym zakresie ich możliwości.

(...)

Z drugiej zaś strony bardzo „elastycznie” podchodzono do rygorystycznie przestrzeganej na zachodzie koncepcji „zero strat”. W żadnym z konfliktów nie podporządkowywano sposobu działań tak, by nie było strat w ludziach – starając się jedynie te straty zminimalizować. Najlepszym tego przykładem jest Rosja, która dopuszcza straty uboczne wśród ludności cywilnej i według raportu DAIO przekłada „interes narodowy nad prywatność i prawa człowieka, co powoduje, że względy etyczne i moralne związane z wojskowymi zastosowaniami sztucznej inteligencji i systemów broni autonomicznej raczej się nie pojawią jako główny czynnik ograniczający dalszy ich rozwój”.

defence24.pl

Jedną z firm, które odniosły wyjątkowy sukces w podłączaniu się do europejskiej administracji publicznej, jest Palantir, która zajmuje się analizą danych, założona przez twórcę PayPala Petera Thiela, od lat sympatyka Donalda Trumpa.

Choć ta amerykańska firma technologiczna wzbudziła kontrowersje z powodu zawierania kontraktów z wojskiem i związanych z kontrolą granic w USA, nie powstrzymało to europejskich urzędników przed zwróceniem się do niej w czasie pandemii COVID-19.

Firma zaoferowała europejskim rządom darmowe lub bardzo tanie umowy na wydajne platformy analizy danych, aby pomóc im w walce ze śmiertelną chorobą. Oferta Palantir obejmuje pomoc w analizie rozprzestrzeniania się choroby, a także monitorowanie reakcji lokalnych społeczności na wprowadzenie szczepionki.

Grecja, Holandia i Wielka Brytania są wśród krajów, które przeprowadziły próby technologii związane z pandemią, jak wynika z publicznie dostępnych danych.

Francja – kraj, który spierał się z Google i Apple o aplikację COVID-19 i który jest najgłośniejszym w Europie zwolennikiem strategicznej autonomii – również podpisał kontrakt z firmą Thiela (podobnie jak agencja policyjna bloku, Europol, która korzysta z usług firmy co najmniej od 2016r.).

Francuskie służby wywiadowcze zwróciły się do Palantira po atakach terrorystycznych w 2015 r., a lokalni przedstawiciele firmy mówili o roli, jaką odegrała w obronie Francji – a w istocie wzmacniając jej suwerenność.

– Kiedy pomagamy państwu takiemu jak Francja w walce z terroryzmem, myślę, że jest to akt suwerenności, a narodowość firmy nie ma znaczenia - powiedział szef francuskiego oddziału Palantir, Fabrice Brégier, podczas przesłuchania parlamentarnego na początku tego roku.

(...)

Gdy parlamenty i rządy europejskie szukały pomocy w śledzeniu osób, które mogą być nosicielami koronawirusa, wielokrotnie zwracały się do chińskiej firmy Hikvision.

Jako największy na świecie producent sprzętu do nadzoru wideo, firma ta zdobyła wiele kontraktów w całej wspólnocie, pomimo doniesień, że jej technologia była wykorzystywana do represjonowania muzułmańskiej mniejszości Ujgurów w Chinach – czemu firma zaprzecza.

Chociaż Hikvision znajduje się na liście sankcji USA z powodu powiązań z chińskim wojskiem, firma pozostaje jednym z największych dostawców technologii nadzoru w Europie.

W Brukseli zarówno Komisja Europejska, jak i Parlament korzystały z systemów Hikvision, aby sprawdzać, czy osoby wchodzące do budynków instytucji UE mają objawy COVID-19, jak wynika z dokumentów dotyczących zamówień publicznych Unii.

Po tym, jak niektórzy urzędnicy europejscy sprzeciwili się wykorzystywaniu skanerów Hikvision, Parlament usunął je i w zeszłym miesiącu podjął formalną uchwałę, aby nie używać ich w budynkach. Komisja zdecydowała się jednak zachować sprzęt ze względów budżetowych.

W Wielkiej Brytanii ustawodawcy wielokrotnie wzywali do wprowadzenia surowszych ograniczeń w zakresie działalności Hikvision. Ale kryzys związany z COVID-19 okazał się dobrodziejstwem dla jej interesów, gdy kilka lotnisk w kraju zakupiło jej czujniki termiczne, aby wyłapywać przypadki zachorowań wśród podróżnych.

Prawie 30 lokalnych rad miejskich w Londynie również zainstalowało technologię nadzoru z Hikvision, w tym kamery i cyfrowe zapisy wideo, jak wynika z dokumentów uzyskanych w ramach ustawy o dostępie do informacji. Rady twierdzą, że chińskich urządzeń nie używają do rozpoznawania twarzy.

Aktywiści ostrzegają, że kontrakty otworzyły Hikvision i innym powiązanym z Pekinem firmom, takim jak Dahua Technology, przyczółek, który będą starały się rozbudowywać.

– Są wszędzie – powiedział Samuel Woodhams, analityk zajmujący się prawami cyfrowymi, który złożył wnioski o dostęp do informacji i podzielił się nimi z POLITICO. – Coraz bardziej stają większą częścią systemu nadzoru w Wielkiej Brytanii.

Yossi Carmil, dyrektor naczelny izraelskiej firmy Cellebrite, zajmującej się cyberbezpieczeństwem, w zeszłym miesiącu oświadczył śmiało na spotkaniu z inwestorami: – Jesteśmy niekwestionowanym liderem w dziedzinie wywiadu cyfrowego.

I przedstawił dowód: prawie 7 tys. kontraktów z rządami i prywatnymi organizacjami, w tym 25 z 27 "policji krajowych państw członkowskich Unii Europejskiej".

Izraelska firma, która specjalizuje się w odblokowywaniu urządzeń cyfrowych i łączeniu tych danych z innymi dowodami online, jest jedną z kilku izraelskich firm, które pracują nad działaniami Europy mającymi na celu śledzenie wszystkiego, od COVID-19 po migrantów przybywających z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Dostawca oprogramowania szpiegowskiego NSO Group od dawna jest wykorzystywany przez europejskie agencje wywiadowcze. Oferuje słynnego Pegasusa, którego używają również polskie służby do śledzenia przemieszczania się ludzi i wiadomości tekstowych wysyłanych przez ich smartfony.

Od czasu pandemii rozszerzyła swoją ofertę o oprogramowanie, które umożliwia dostęp do smartfonów w celu monitorowania rozprzestrzeniania się wirusa za pomocą danych o lokalizacji – narzędzie do śledzenia, które zdaniem obrońców prywatności może naruszać europejskie przepisy dotyczące ochrony danych osobowych.

NSO Group twierdzi, że jej produkt, który jest używany w Izraelu, jest legalny i niezbędny do utrzymania koronawirusa w ryzach. Ale europejskie rządy muszą jeszcze się na to zgodzić.

"Jako firma nadzorująca, dysponująca zaawansowanym oprogramowaniem do walki z cyberprzestępczością, NSO prawdopodobnie ma dostęp do prywatnych danych z zainfekowanych urządzeń użytkowników, które wykraczają poza zwykłe dane o lokalizacji", napisali analitycy z Goldsmiths, University of London, którzy przeanalizowali ofertę firmy.

onet.pl

- Jakie miejsce ma Bliski Wschód w strategicznych kalkulacjach Moskwy?

Bliski Wschód nie stanowi dla Rosji priorytetu – obszar ten nigdy takiego statusu nie miał. Ustępuje takim kierunkom jak Kaukaz, Europa, Stany Zjednoczone, a nawet Arktyka. Niemniej jednak w ostatniej dekadzie widać wzrost znaczenia Bliskiego Wschodu w geostrategicznych kalkulacjach Moskwy, czego przejawem jest operacja w Syrii. Istotna zmiana polega na innej perspektywie. Jeszcze niedawno Kreml patrzył na Bliski Wschód przed pryzmat relacji z Zachodem – nawet w momencie interwencji zbrojnej w Syrii w 2015 roku w Moskwie dominowało przekonanie, że poprzez wpłynięcie na sytuację w tym państwie można oddziaływać na Stany Zjednoczone. Sądzę, że obecnie Moskwa porzuciła tę nadzieje i nie traktuje ani wojny w Syrii, ani swej obecności na Bliskim Wschodzie, jako środka w relacjach z Amerykanami. Teraz Bliski Wschód jest dla Rosji istotny sam w sobie.

- Czy możliwe jest zidentyfikowanie zasadniczych celów, które Rosjanie starają się zrealizować?

Dekadę temu, ale także i teraz, najważniejszym celem Rosji było bezpieczeństwo i stabilizacja, przez co rozumiem ochronienie samej Rosji i obszaru posowieckiego przed jakimkolwiek rozlaniem się ekstremizmu i terroryzmu z Bliskiego Wschodu. To w dużym stopniu spuścizna lat dziewięćdziesiątych i wojen w Czeczenii. Kwestia ta pozostaje dla Rosji istotna. To również uniemożliwianie wybuchu jakiejkolwiek „kolorowej rewolucji” – Rosjanie postrzegają je, chociażby „rewolucję róż” w Gruzji i „pomarańczową rewolucję” na Ukrainie – jako potajemne próby Zachodu wciągnięcia tychże państw we własną strefę wpływów. Wydarzenia w Libii w 2011 roku stanowiły dla Rosji sygnał ostrzegawczy. Rosja wstrzymała się wówczas od głosowania nad rezolucją nr 1973 Rady Bezpieczeństwa ONZ na temat użycia siły przeciwko Kadafiemu. Ostatecznie libijski reżim upadł, a Rosja uznała, że nie może pozwolić, aby taka sytuacja powtórzyła się.

To również coś, co ja określam mianem „celu pedagogicznego”. Rosja chce prezentować w regionie inny model stosunków wewnątrzpaństwowych i międzynarodowych. Ma to być alternatywa dla rozwiązań zachodnich, które – w rosyjskiej narracji – doprowadziły jedynie do chaosu i zniszczenia. Stanowi to element szerszego dyskursu w rosyjskiej polityce zagranicznej, który opiera się na stwierdzeniu, iż współczesny świat staje się bardziej wielobiegunowy, mniej skoncentrowany na Zachodzie, a państwa nie muszą opierać się na zachodnich rozwiązaniach systemowych, w tym na liberalizmie. Rosja promuje tę narrację, a Bliski Wschód to jeden z obszarów tych działań.

- A wymiar gospodarczy?

Tego celu również nie można zignorować. To osobny priorytet dla Rosji, która w tym wymiarze działa oportunistycznie – wyszukuje okazje, które można następnie wykorzystać. Niemniej jednak wpływy ze współpracy z państwami regionu mają niezmiennie niewielki wpływ na rosyjskie PKB. Tylko w kilku sektorach Rosja może być atrakcyjna. To broń oraz współpraca wojskowa, sprzedaż technologii jądrowych oraz mniej istotne aspekty, jak eksport zboża (głównie do Egiptu). Gospodarka ustępuje jednak interesom bezpieczeństwa. W większości przypadków obie te wartości nie są konfliktowe – sprzedaż broni do państw regionu daje pieniądze, a jednocześnie tworzy podstawę współpracy w zakresie bezpieczeństwa. Ilustracją tezy o prymacie bezpieczeństwa nad zyskiem ekonomicznym jest historia dostaw S-300 do Iranu. W 2010 roku Miedwiediew zatrzymał eksport, co wywołało niezadowolenie wśród przedstawicieli rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. W tamtym momencie dla Kremla ważniejsza była kwestia „resetu” w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi oraz współpraca z Izraelem. Wbrew interesowi gospodarczemu poparto sankcje na Iran.

- Na ile jest to spójna i długofalowa wizja osiągania z góry zidentyfikowanych celów?

Nie dostrzegam spójnej i długofalowej strategii rosyjskiej względem Bliskiego Wschodu – przynajmniej nie w rozumieniu amerykańskiej „grand strategy”. Co prawda niedawno przedstawili koncepcję bezpieczeństwa w Zatoce Perskiej, ale wątpię, aby Rosjanie uznawali ten pomysł za realistyczną i długofalową strategię. Są jednak określone elementy wokół których prowadzone są taktyczne działania. Pierwszym z nich jest elastyczność sojusznicza – Kreml gotów jest rozmawiać i współpracować dosłownie z każdym. Drugim jest zachowanie względnie równej odległości – Rosja stara się balansować pomiędzy różnymi aktorami na Bliskim Wschodzie i nie stawać po żadnej ze stron konfliktu.

defence24.pl

Jeśli chodzi o implikacje dla polityki publicznej, symulujemy kilka eksperymentów fiskalnych, które różnią się albo wielkością transferu do gospodarstw domowych, albo sposobem finansowania pakietu stymulacyjnego. Rozważamy fiskalne pakiety stymulacyjne o dwóch wielkościach, równych odpowiednio 0,5 proc. i 1 proc. PKB.

Pakiet o wielkości 0,5 proc. PKB umożliwiłby rządowi wypłatę równowartości jednomiesięcznych dochodów dla najbiedniejszych 27 proc. gospodarstw domowych, przy średniej wartości transferu na poziomie 775 euro. Ponieważ gospodarstwa domowe w tej grupie wykazują średnią krańcową skłonność do konsumpcji na poziomie 0,52 (z niewielkiego przyrostu dochodów), a wypłata pakietów stymulacyjnych jest finansowana poprzez zadłużenie, wskazujemy, że w tym przypadku polityka państwa zwiększyłaby łączną konsumpcję o 0,43 proc.

Następnie rozważamy alternatywną politykę, która wykorzystuje pakiet stymulacyjny na poziomie 0,5 proc. PKB do wypłacenia ekwiwalentu rocznego dochodu gospodarstwom domowym z dolnych 7 proc. rozkładu poziomu gotówki posiadanej do dyspozycji, gdzie średnia wartość transferu dla tych 7 proc. rodzin wyniesie 3 744 euro. Polityka ta, która również jest finansowana poprzez zadłużenie, ma mniejszy wpływ na zagregowaną konsumpcję niż polityka w pierwszym przypadku – wynosi on około 0,37 proc. Powodem jest to, że polityka wiąże się tu z niższą średnią krańcową skłonnością do konsumpcji wynoszącą 0,46 (z dużego przyrostu dochodów).

Podobny wynik widać w przypadku pakietu stymulacyjnego o wartości około 1 proc. PKB. Tu polityka obejmująca transfer na poziomie jednomiesięcznych dochodów dla najbiedniejszych 41 proc. gospodarstw domowych, stymuluje łączny popyt bardziej niż pomoc publiczna, gdzie transfer odpowiada rocznemu dochodowi (obserwowany jest przyrost o odpowiednio 0,85 proc. oraz 0,68 proc.).

Badanie zawiera także rozpatrzenie scenariusza finansowania transferów z podatków. Rozważana jest polityka fiskalna, gdzie pakiet stymulacyjny jest finansowany z podwyżki podatków dla najbogatszych 4 proc. gospodarstw na poziomie odpowiadającym ich jednomiesięcznym dochodom, ze średnią płatnością sięgającą 6058,1 euro. Ponieważ polityka jest tu finansowana poprzez podnoszenie podatków, a nie przez zadłużanie, nie dziwi fakt, że ma ona mniejsze przełożenie na łączną konsumpcję. Jednak ze względu na znaczną różnicę między średnimi krańcowymi skłonnościami do konsumpcji gospodarstw usytuowanych na obu końcach rozkładu poziomu gotówki posiadanej do dyspozycji, polityka ta zapewniłaby znaczący bodziec dla zagregowanej konsumpcji, sięgający około 0,17 proc., zarazem nie powodując wzrostu długu publicznego.

Podobny wynik obserwujemy w panelu z pakietem stymulacyjnym odpowiadającym 1 proc. PKB. Finansowanie transferów poprzez podatki w dalszym ciągu daje pozytywny efekt netto w zakresie zagregowanej konsumpcji – na poziomie 0,27 proc. – ponieważ biedniejsze gospodarstwa domowe wykazują wyższą krańcową skłonność do konsumpcji niż bogatsze gospodarstwa domowe.

Wypłata bodźców fiskalnych o mniejszej wielkości i skierowanych do większego odsetka rodzin znajdujących się w niekorzystnej sytuacji zapewniłaby silniejszy impuls dla łącznej konsumpcji niż transfer o większej wartości wypłacany mniejszemu odsetkowi biedniejszych gospodarstw domowych.

Podsumowując, te eksperymenty fiskalne dają nam prostą lekcję w zakresie polityki publicznej – mniej znaczy więcej. Wypłata bodźców fiskalnych o mniejszej wielkości i skierowanych do większego odsetka rodzin znajdujących się w niekorzystnej sytuacji zapewniłaby silniejszy impuls dla łącznej konsumpcji niż transfer o większej wartości wypłacany mniejszemu odsetkowi biedniejszych gospodarstw domowych. Zarazem stwierdzamy, że chociaż interwencje finansowane zadłużeniem dają największy wpływ w zakresie łącznej konsumpcji, polityka fiskalna polegająca na redystrybucji zasobów z górnych części do dolnych części rozkładu dochodów także zapewniłaby istotną ekonomicznie stymulację dla całości gospodarki bez dodatkowych kosztów dla finansów publicznych.

obserwatorfinansowy.pl