środa, 15 kwietnia 2026



Dziesiątki tankowców należących do rosyjskiej "floty cieni" czekają w Zatoce Fińskiej na wznowienie działalności terminali naftowych, które zostały uszkodzone w wyniku ukraińskich nalotów. Zdaniem ekspertów zwiększa to ryzyko sabotażu lub szkód środowiskowych na jednym z najbardziej ruchliwych szlaków żeglugowych świata.

Od 30 do 40 tankowców z "floty cieni" skupia się wokół nieoficjalnych miejsc kotwiczenia na wodach rosyjskich, a także na pasie wód międzynarodowych o szerokości 6 mil morskich, czyli ok. 11 km, między Finlandią a Estonią.

(...)

Statki nie mogą zmienić kursu na pobliskie porty ze względu na ryzyko zatrzymania.

W styczniu 2025 r. NATO rozpoczęło operację Baltic Sentry w celu monitorowania podejrzanej aktywności żeglugowej w regionie po serii zdarzeń, w których statki "floty cieni" miały uszkodzić kable podmorskie w Zatoce Fińskiej.

Rosyjska "flota cieni" liczy ponad 3000 statków, a setki z nich zostały objęte sankcjami UE i USA. Stanowią one kluczowe źródło dochodów dla kasy wojennej Kremla w trakcie trwającej inwazji na Ukrainę.

(...)

Ceny ropy Urals, zazwyczaj sprzedawanej z rabatem w stosunku do ropy Brent, wzrosły na początku kwietnia do najwyższego od 13 lat poziomu 116 dol. (według aktualnego kursu 417 zł) za baryłkę, gdy globalni klienci gorączkowo poszukiwali alternatywnych dostawców. "Financial Times" oszacował, że wysokie ceny ropy generowały nawet 150 mln dol. (540 mln zł) dziennie dodatkowych dochodów dla rosyjskiego budżetu.

Zatoka Fińska ma kluczowe znaczenie dla tej ekonomicznej linii życia, ponieważ 42 proc. eksportu przechodzi przez porty w Ust-Łudze i Primorsku.

Jednak ukraińskie ataki dronów w ostatnich tygodniach spowodowały tak poważne zniszczenia, że przez kilka dni żadne statki nie mogły zacumować w żadnym z tych portów, co ograniczyło rosyjskie zyski z wojny z Iranem. Dane z otwartych źródeł sugerują, że w okresie od 16 kwietnia do 18 maja w Primorsku mają zacumować tylko dwa tankowce.

onet.pl\The Moscow Times


Trump, który kiedyś był prezbiterianinem, a obecnie nie należy do żadnej wspólnoty, zdobył 59 proc. głosów katolików w 2024 r. w porównaniu z 50 procentami w 2016 r. Były prezydent Joe Biden, katolicki prezydent, zdobył poparcie tej grupy wyborców, uzyskując 52 proc. głosów w 2020 r.

— Odpuść parę katolickich demonstracyjnych gestów, a być może zdobędziesz kilka miejsc w Izbie Reprezentantów — mówi Michael Caputo, wieloletni doradca Trumpa i były urzędnik administracji, obecnie robiący studia magisterskie z teologii w Ave Maria, katolickiej enklawie na Florydzie.

— Demokraci odnaleźli katolickie drzwi do podziału, którego potrzebowali przed wyborami śródokresowymi, a po spotkaniu z głównym doradcą Obamy papież pomógł im nacisnąć klamkę — dodaje, wskazując na niedawne spotkanie byłego doradcy Obamy, Davida Axelroda, z papieżem jako dowód, że opisywana przez niego strategia jest już w trakcie realizacji.

(...)

— To złe pod każdym względem — występuje z tyradą przeciwko papieżowi, a potem próbuje przywłaszczyć sobie Jezusa — komentuje republikanin zajmujący się zbieraniem funduszy na działalność partii, który jest katolikiem. — [Trump] spotkał się z ostrym sprzeciwem po obu stronach chrześcijańskiej sceny politycznej, zarówno ze strony ewangelików, jak i katolików. To zakazana strefa — dodaje.

Inni lojalni zwolennicy Trumpa twierdzą, że osoby krytykujące prezydenta nie doceniają tego, co dla nich zrobił.

— Niektórzy ludzie są sfrustrowani wieloma innymi sprawami i dlatego mówią: "mam tego dość" — mówi jeden z wysokich rangą urzędników administracji i gorliwy katolik. — Jeśli sprawia im przyjemność mówienie: "Uważam, że to bluźnierstwo", to ok, ale nie ma to większego znaczenia, jeśli chodzi o realną zmianę sytuacji.

Zarówno rzeczniczka kierownictwa Partii Republikańskiej Kiersten Pels, jak i rzeczniczka Białego Domu Taylor Rogers powtórzyły ten argument w swoich oświadczeniach, twierdząc, że Trump wprowadził szereg prokatolickich rozwiązań, a także cofnął decyzje poprzedniego prezydenta Joego Bidena, m.in. w kwestiach aborcji i osób transpłciowych.

— Prezydent Trump położył kres wykorzystywaniu rządu federalnego przeciwko wierzącym, dumnie bronił i rozszerzył nasze prawa religijne, ułaskawił działaczy pro life, powstrzymał chemiczne okaleczanie dzieci naszego narodu i chronił prawa rodziców — powiedziała Rogers.

Rozpoczęcie przez Trumpa słownego ataku na papieża Leona XIV podczas lotu powrotnego z Miami w niedzielę wieczorem wprawiło wielu sojuszników w osłupienie. W poście, będącym najwyraźniej reakcją na fragment programu "60 Minutes", w którym trzech wybitnych katolickich kardynałów krytykowało wojnę z Iranem, Trump nazwał Leona "słabym", stwierdził, że powinien "wziąć się w garść" i przypisał sobie zasługi za jego wstąpienie na papieski tron.

"Nie figurował na żadnej liście kandydatów na papieża i został umieszczony na niej przez Kościół tylko dlatego, że był Amerykaninem, a oni uznali, że to będzie najlepszy sposób na poradzenie sobie z prezydentem Donaldem J. Trumpem. Gdybym nie był w Białym Domu, Leon nie byłby w Watykanie" — napisał prezydent na Truth Social.

Jeden z sojuszników Białego Domu stwierdził, że "cel kłótni z papieżem nie jest do końca jasny". — Ludzie nie wiedzą, o co chodzi — mówi.

Wkrótce potem Trump opublikował na swoim koncie w serwisie Truth Social zdjęcie, na którym jest ubrany w białą szatę i owinięty czerwonym szalem, skąpany w świetle, sprawiając wrażenie, jakby uzdrawiał chorego mężczyznę w szpitalnym łóżku, otoczony klasycznymi symbolami Ameryki — Statuą Wolności, amerykańską flagą i bielikiem amerykański.

Niektórzy sojusznicy prezydenta potraktowali to jako żart — (według nich) Trump jest po prostu sobą. W końcu wcześniej opublikował grafikę siebie jako papieża.

— Publikowanie bzdur to jego styl, więc nie czuję się tym szczególnie urażony, ale uważam to po prostu za niepotrzebne. Po co to robić? To jak komar. Drażni mnie — komentuje jeden z katolików popierających MAGA blisko związany z Białym Domem.

— Nie sądzę, żeby to była wyjątkowa sytuacja, która rozbije koalicję — dodaje, choć według niego "ludzie, którzy są tym najbardziej zdenerwowani, są zirytowani z wielu powodów, a to kolejny z nich".

Niedawne badanie CBS News/YouGov wykazało, że ogólny wskaźnik poparcia dla Trumpa wynosi około 39 proc., przy czym 35 proc. popiera jego sposób zarządzania gospodarką, a 31 proc. sposób, w jaki radzi sobie z inflacją. Poparcie dla niego w kwestii wojny wynosi około 36 proc.

onet.pl\Politico