Ukraiński pułkownik powiedział portalowi Polskiego Radia, że jeśli patrzeć na stronę rosyjską, trudno analizować jej posunięcia, gdyż nie kierują nimi tylko i wyłącznie kwestie wojskowe. Liczą się osobiste interesy i wybory nie tylko samego Władimira Putina, ale także np. szefa wagnerowców Jewgienija Prigożyna.
- Po raz pierwszy w historii rosyjskiego państwa mamy do czynienia z tego rodzaju zastosowaniem nieregularnych formacji wojskowych. Nawet gdy Armia Czerwona napadała na Polskę, była to formacja, owszem, terrorystyczna, ale i państwowa. Tu mamy nie do końca zrozumiałe zjawisko: armię prywatną, organizację, która wykonuje swoje zadanie w nie do końca określonym statusie. To ważna nowość - mówił pułkownik.
Ekspert dodał, że Jewgienij Prigożyn próbuje udowodnić, że jest samodzielną siłą polityczną na terytorium Federacji Rosyjskiej.
- Wcześniej Grupa Wagnera wykonywała bardzo specyficzne zadania, jakimi, powiedzmy, nieco gardziły i zbrojne siły Rosji, i specjalne służby Federacji Rosyjskiej. Miało to miejsce poza granicami państwa, w Afryce, w Azji, w innych miejscach, gdzie tego wymagała sytuacja. Teraz Prigożyn, absolutnie nie licząc się ze stratami, robi wszystko, co możliwe, aby dowodzić, że ma osiągnięcia i pokazać swoją rosnącą siłę polityczną - powiedział ekspert.
Czemu właśnie Prigożyn przeprowadza atak i właśnie tam? - To pytanie o to, po co tworzona była organizacja, zwana Grupą Wagnera, firma. Chodzi o wzbogacenie się. Nieprzypadkowo Prigożyn fotografował się na tle kopalnianych szybów. Pokazuje w ten sposób, że działa jak złoczyńca, maruder, pirat za dawnych czasów, gdy tylko zajął jakieś dobro - powiedział nasz rozmówca.
Płk Hrabskij dodał, że straty wśród wagnerowców są relatywnie nieduże, ale za to znaczne są benefity finansowe. Podkreślił, że Grupa Wagnera otrzymuje lepsze uzbrojenie, pieniądze, których się nie kontroluje, z budżetu Federacji Rosyjskiej.
- Widać, że przebiegiem tych walk zainteresowany jest zarówno Putin, jako główny terrorysta, jak i Prigożyn. Rosyjska armia w tej operacji podporządkowania jest politycznym decyzjom Kremla. Nie ma szczególnego wyboru - zauważył wojskowy.
Jak ocenił płk Hrabskij, "atak na Sołedar nie przyniesie Rosji żadnych wojskowych korzyści" militarnych.
- Nawet jeśli wojska Ukrainy po długim okresie obrony, ostatecznie odstąpią od Sołedaru, to nie przyczyni się do osiągnięcia politycznego celu, jaki postawiono na początku, czyli zajęcia terenów do administracyjnych granic obwodu donieckiego. Tutaj widzimy, że w Rosji czasem nie ma potrzeby działania z punktu widzenia logiki wojskowej, a jednak używane są siły zbrojne. Działają nie wedle kryteriów celowości, a wedle tego, czego życzy sobie ich szef, główny terrorysta zasiadający na Kremlu - zauważył.
- Dlatego bardzo trudno ocenić i zrozumieć, kiedy to wszystko, ta operacja, może się skończyć. Może bowiem skończyć się w każdą sekundzie. Nie wiemy, jakie straty ponosi rosyjska armia, jaki jest jej próg bólu - zaznaczył pułkownik.
Pułkownik Serhij Hrabskij dodał, że Ukraina próbuje osłabić przeciwnika. To jest jej główny cel.
- Dla ukraińskiej armii utrzymanie pozycji jest niezwykle ważne, ponieważ przy prowadzeniu operacji obronnej, jaka właśnie ma miejsce, jednym z zadań jest osłabienie przeciwnika do takiego stopnia, żeby zrezygnował z prowadzenia działań ofensywnych. Przykładem takiej operacji były swego czasu działania wojenne, które trwały w Siewierodoniecku i Lisiczańsku. Wówczas w konsekwencji szalonych szturmów przeciwnikowi udało się zająć Siewierdonieck i Lisiczańsk. Ale potem oni de facto stracili potencjał bojowy i linia frontu po 2 lipca pozostawała niezmieniona - przekazał nasz rozmówca.
- Prawdopodobne jest, że taka sytuacja będzie miała miejsce i na tej części frontu, i w wyniku dużych strat oraz wielkiego natężenia wysiłków, rosyjska armia po prostu nie będzie mogła przejść do ataku - zaznaczył.
- Bezsprzecznie, Rosjanie mogą obwieścić, że oto ich udziałem jest jakieś "wielkie zwycięstwo", ale proszę wybaczyć, zajęcie miejsca, które kiedyś było nie tak dużą miejscowością, z populacją do 10 tysięcy - to nie jest żadne strategiczne zwycięstwo - mówił pułkownik, nawiązując do zajmowania przez Rosjan Sołedaru.
- To wydarzenie może być przedstawione jako zwycięstwo wyłącznie na użytek wewnętrzny w Rosji - dodał.
- Tymczasem wojska ukraińskie, kierowane militarną celowością takiego działania, prowadzą obronę swoich pozycji. I opuszczają je dopiero, gdy obrona tych miejsc staje się po prostu niemożliwa - powiedział pułkownik rezerwy.
- Mieliśmy wcześniej podobną sytuację. Były takie miejscowości jak Nowotoszkiwskie, Popasna, Wołnowacha. Te miejscowości były po prostu starte z powierzchni ziemi i tam fizycznie nie było gdzie, czym i jak prowadzić operacji obronnej. Nie było możliwe utrzymanie się tam, gdyż na zwale gruzu, kamienia, nie jest możliwe prowadzenie walki obronnej. Tylko wówczas, po wykorzystaniu wszystkich zasobów, wszystkich możliwości, ukraińskie dowództwo podejmowało decyzję o wycofaniu oddziałów z pozycji - tłumaczył ukraiński pułkownik rezerwy Serhij Hrabskij.
Jak podkreślił, chodziło o wypełnienie zadań operacji obronnej. - Rozumiemy bowiem, że jeśli przeciwstawia się znacznie silniejszemu przeciwnikowi, pięć razy silniejszemu, inaczej postępować się nie da - dodał.
- Trzeba dodać, że, działając w ten sposób, osiągnęliśmy taki rezultat, że przeciwnik wykazuje objawy wydrenowania z zasobów, wyczerpania. I po prostu nie może prowadzić działań bojowych z taką siłą i taką częstotliwością, jak robił to kiedyś - podsumował nasz rozmówca płk Serhij Hrabskij.
polskieradio24.pl