poniedziałek, 20 lutego 2023


"Wizyta ta była rzadkim przypadkiem, kiedy prezydent USA udał się do strefy konfliktu, gdzie USA lub ich sojusznicy nie mieli kontroli nad przestrzenią powietrzną. Biały Dom nie chciał wchodzić w szczegóły, ale powiedział, że 'doszło do podstawowej komunikacji z Rosjanami w celu zapewnienia dekonfliktacji' krótko przed wizytą Bidena w celu uniknięcia jakichkolwiek błędnych kalkulacji, które mogłyby doprowadzić do bezpośredniego konfliktu dwóch mocarstw atomowych" - podaje Associated Press.

Z kolei "New York Times", powołując się na anonimowego urzędnika, który prosił o zachowanie anonimowości, potwierdził, że "po transatlantyckim locie do Polski Biden przekroczył granicę pociągiem, podróżując przez prawie 10 godzin do Kijowa, podobnie jak inni amerykańscy urzędnicy w ostatnich miesiącach". Jak dodał, lot do kraju objętego działaniami wojennymi byłby zbyt niebezpieczny.

gazeta.pl

Jacek Gądek: - Dlaczego Joe Biden przylatuje teraz do Polski?

Dr Sławomir Dębski: - W USA - a zwłaszcza wśród Demokratów - kultywowana jest tradycja wokół polskiej success story, upadku komunizmu i zbudowania demokratycznego państwa. Bo to także opowieść o sukcesie polityki amerykańskiej od 1989 r. Każdy prezydent USA miał więc w swoim kalendarzu wizytę w Warszawie i doniosłe programowe przemówienie. Teraz szczególny jest kontekst: rosyjska agresja na Ukrainę.

I stąd aż dwie wizyty prezydenta USA w Polsce w ciągu roku?

Pierwsze programowe przemówienie Joe Bidena wygłosił w marcu 2022 r. na Zamku Królewskim w Warszawie. Mija rok i Biden przyjeżdża, aby ogrzać się w cieple polskiej popularności. Nie dlatego, że lubi Polaków. Nie dlatego, że ma jakąś sympatię do miejsca. Przyjeżdża, bo Polska jest teraz wśród Amerykanów bardzo szanowana i popularna. Ilustracją tej popularności jest np. obecność gen. Rajmunda Andrzejczaka, Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, w "Morning Joe" telewizji MSNBC. Do takich programów są zapraszani bowiem najbardziej interesujący ludzie, którzy podbijają oglądalność.

Joe Biden, przylatując do Polski po raz drugi, zamierza skorzystać z naszej popularności. Biden rozważa możliwość ubiegania się o kolejną kadencję - w moim przekonaniu bardzo by chciał ponownie startować w wyborach. Wizyta w Polsce, która już przebija się na pierwsze strony gazet i czołówki programów telewizyjnych, bardzo mu służy, jego wizerunkowi i przyszłej kampanii wyborczej. To jest podstawowy powód tej wizyty.

Naprawdę? A nie wsparcie dla Ukrainy?

Rosyjska agresja na Ukrainę zmienia świat. Bez wsparcia Bidena Ukraina nie miałaby szans się obronić. Zaangażował się w tę sprawę osobiście i zwycięstwo Ukrainy będzie częścią jego legacy, dziedzictwa. Ale w tym samym kontekście Polska okazała się ważnym sojusznikiem. Dlatego jego wizyta w Warszawie łączy wszystkie wątki. Podkreśla wartość sojuszy i roli Bidena we wspieraniu prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego.

Joe Biden już bardzo zainwestował w pokazanie swojego wsparcia dla Kijowa. Raptem dwa miesiące temu Biden zaprosił Zełenskiego do Waszyngtonu, a Kongres dał mu możliwość wygłoszenia historycznego przemówienia. Administracja USA w ostatnich tygodniach forsowała wśród europejskich sojuszników, by przekazywali więcej nowoczesnego uzbrojenia, w tym czołgów. Ta polityka Bidena wobec Ukrainy również się mocno przebiła w USA do mediów i wyborców.

Jestem przekonany, że w tym samym czasie podejmowano w Białym Domu decyzję, aby w okolicach rocznicy rosyjskiej napaści - a w zasadzie pełnoskalowego wznowienia - ponownie zdefiniować politykę administracji Bidena i zrobić to właśnie w Polsce.

Co zatem powie Joe Biden?

Sądzę, że prezydent USA będzie chciał rozwiać rosyjskie nadzieje na to, że osłabnie determinacja wolnego świata w obronie wolnej Ukrainy. Każda wątpliwość co do wsparcia Zachodu napędza bowiem determinację Kremla, by wojnę kontynuować. Biden przyjedzie więc rozwiać złudzenia Putina.

Ponadto zbliża się kolejny szczyt NATO. Już na tym w Madrycie zapadła decyzja, by Sojusz zmieniał swoją doktrynę obronną z tej opartej na nieuchronności kary dla agresora (deterrence by punishment) w kierunku deterrence by denial, czyli obrony każdego cala ziemi NATO i to od momentu napaści. Biden sam zresztą wprowadził termin every inch of NATO territory, a teraz zapewne podkreśli determinację, by szczyt w Wilnie jeszcze mocniej pchnął NATO do realizacji tej nowej doktryny. Niezależnie od tego, jak wojna w Ukrainie się skończy, Ameryka dostosowuje siebie i NATO do realiów, że przez kolejne dekady będziemy mieli do czynienia z agresywną Rosją.

Powie, a czy tak się realnie stanie?

Wystąpienia prezydentów USA to nie są - jak to się u nas często lekceważąco mówi - słowa albo gadanie. Otóż każde słowo prezydenta USA ma znaczenie. Zwróćmy choćby uwagę na to, jak dziennikarze polują nawet na odpowiedź prezydenta w przypadkowych sytuacjach. Cały board prasowy w Białym Domu goni za nim i zadaje polityczne pytania, by odpowiedział tak albo nie. Bo każde takie słowo określi politykę USA.

A to, co powie prezydent USA w przemówieniu, to jest już polityczna dyrektywa dla całej amerykańskiej administracji.

W Pałacu Prezydenckim jest taka opinia: Niemcy, jak coś powiedzą, to jest problem, by to zrealizowali. A jak Amerykanie coś mówią, to potem robią nawet więcej. Tak to jest?

Wynika to z systemu politycznego w USA. Postacią dzierżącą władzę jest prezydent - jednoosobowo. A wszyscy inny - sekretarze, doradcy - wykonują mandat w imieniu prezydenta. Prezydent nie może się spotykać z tysiącami urzędników, by wydawać im polecenia. To, co prezydenci mówią publicznie, jest już bezpośrednią dyrektywą dla całej administracji. Bardzo trudno więc porównywać przemówienia prezydentów USA do wystąpień innych polityków na świecie. W Niemczech, w Wielkiej Brytanii przemówienia nie mają takiej wagi. Do Francji można by czynić jakieś analogie, ale i tak odległe.

Mowy prezydenta USA ma bardzo policy shaping charakter - kształtują politykę całego państwa. A w szczególności, jeśli są tak pieczołowicie przygotowane. Przemówienie Bidena w Warszawie zdefiniuje, co administracja USA będzie robić przez następne prawie dwa lata. Aż do końca kadencji Joe Bidena. Spodziewałbym się deklaracji, że w interesie USA jest wygrana Ukrainy w wojnie z Rosją, więc USA będą coraz mocniej wspierać Ukrainę.

Zewsząd słychać opinię, że punkt ciężkości w Europie przesuwa się na wschód, w kierunku Warszawy. Faktycznie czy to tylko retoryka?

Warto zwrócić uwagę, że takie opinie najpierw pojawiły się poza Polską - w analizach think tanków i w publikacjach prasowych.

Dlaczego?

Agresja na Ukrainę wytworzyła ogromny deficyt bezpieczeństwa w Europie. Fakt, że Polska stała się dostarczycielem bezpieczeństwa, po części uzupełniając ten deficyt, zwiększa wagę państwa. I mówię tu o całym spektrum polskiego zaangażowania. Nie chodzi tylko o przekazywanie Ukrainie sprzętu wojskowego, ale także o tym, że byliśmy pierwszym bezpiecznym krajem dla milionów uchodźców z Ukrainy. Jesteśmy hubem bezpieczeństwa, najbardziej deficytowego dobra w Europie Wschodniej. Jesteśmy też państwem odważnym - widać to było w marcu 2022 r., gdy premier Mateusz Morawiecki, wicepremier Jarosław Kaczyński, premier Czech Petr Fiala i premier Słowenii Janez Janša udali się do Kijowa, choć Rosjanie wciąż próbowali zdobyć to miasto.

Stanowisko wobec Ukrainy stało się kryterium przynależności do wolnego świata, a polscy przywódcy byli tam pierwsi. Wsiedli do pociągu i pojechali, a świat przecierał oczy ze zdumienia, że tak można.

Liczy się jednak broń. O to Ukraińcy apelują najbardziej.

Wiele czołgów, haubic, transporterów opancerzonych i innego sprzętu wojskowego Polska już wysłała. Naciskaliśmy na decyzje wielu państw o przekazaniu czołgów Leopard, co również się udało. Gotowość do przekazania samolotów MiG-29 polski rząd deklarował już dawno. Nieprzypadkowo rzecznik Pentagonu mówi więc, że Polska w stosunku do potencjału, którym dysponuje, robi o wiele więcej, niż można oczekiwać. Zwłaszcza w kontekście tego, że Niemcy - państwo o kilkukrotnie większym potencjale i najważniejszy sojusznik USA w Europie - owszem, angażuje się w pomoc Ukrainie, ale jęczy przy tym i płacze.

Pan mówi, że Niemcy są najważniejszym sojusznikiem USA w Europie. I to się nie zmieni? Mimo bezprecedensowych wizyt Joe Bidena, mimo pochwał ze strony Pentagonu i ogromnej skali polskiego zaangażowania w pomoc Ukrainie?

Od ponad 30 lat - od upadku Muru Berlińskiego - Niemcy są ich sojusznikiem nr 1. Po roku od wybuchu wojny na pełną skalę nie zaryzykowałbym tezy, że to może się zmienić. Oczywiście, w Waszyngtonie jest duża irytacja polityką Niemiec. USA w jakimś stopniu próbują jednak ochronić Niemcy przed gwałtowną utratą autorytetu i pozycji. Ukraina nie otrzymywała wystarczająco dużo i szybko niektórych rodzajów uzbrojenia, bo wynikało to w jakiejś części z próby ochraniania Niemiec. Amerykanie nie chcieli, aby Niemcy nazbyt widocznie byli maruderem w tej całej koalicji wspierającej Ukrainę.

Biden wyznaczył administracji w zasadzie dwa cele: utrzymanie jedności w udzielaniu wsparcia Ukrainie i - po drugie - takie jej wspieranie, aby nie wplątać NATO w wojnę. Te dwa cele są realizowane, ale to jednocześnie oznacza wolniejszą pomoc dla Ukrainy, aby Niemcy nie odpadli z koalicji.

gazeta.pl

Byłeś więźniem obozu koncentracyjnego w Doniecku. Co to za miejsce?

To tajne więzienie, które powstało w budynku dawnej fabryki metali izolacyjnych, zamkniętej w latach 90. Od 2010 roku do momentu przybycia tam separatystów mieściła się przestrzeń artystyczna o nazwie Izolacja. W czerwcu 2014 roku obiekt zajęli prorosyjscy bojownicy i przekształcili w bazę wojskową sił specjalnych, a piwnice oraz pomieszczenia administracyjne dawnego zakładu zamieniono w cele dla więźniów. Dziś to nielegalne więzienie. Nowoczesny obóz koncentracyjny.

Dlaczego tam zostałeś zamknięty?

Do Izolacji trafiłem z powodu mojej działalności dziennikarskiej. Od 2015 do 2017 roku, kiedy zostałem schwytany, pracowałem dla Radia Swoboda. Robiłem materiały o tym, co dzieje się na terenie tak zwanej „Donieckiej Republiki Ludowej” (DRL). Zostałem aresztowany, kiedy kręciłem materiał o Dniu Republiki w centrum Doniecka. Nie wiem, jak mnie znaleźli, ale na pewno nie był to przypadek. Prawdopodobnie FSB miało o mnie jakieś informacje. Chociaż nie wiem, kto dokładnie wiedział, że tego dnia robię reportaż. Wszystko zaczęło się od wylegitymowania mnie przez patrol policji.

Cały czas rozumiałem ryzyko, ale nie spodziewałem się, że mnie zidentyfikują. Przedsięwziąłem cały szereg środków, które nie powinny były do tego doprowadzić. Przede wszystkim techniczne: korzystałem ze wszystkich sieci społecznościowych za pośrednictwem specjalnych, zaszyfrowanych przeglądarek, żeby nie dało się mnie namierzyć. Pisałem pod pseudonimem „Stanisław Wasin”. Miałem nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Jak długo byłeś w niewoli?

Początkowo wtrącono mnie do piwnicy tzw. Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego DRL na półtora miesiąca. To było w samym centrum Doniecka. Potem zostałem przeniesiony na 28 miesięcy do Izolacji. Tam przez pierwszy miesiąc trzymano mnie w piwnicy, potem przeniesiono do celi. Po 20 miesiącach trafiłem do więzienia, gdzie spędziłem jeszcze 18 dni. Następnie był znowu obóz na półtora miesiąca, wymiana i wolność.

Moi bliscy dowiedzieli się, że trafiłem do więzienia, dopiero po sześciu tygodniach. Mama cały czas mnie szukała, chodziła po wszystkich szpitalach, kostnicach, policji, nawet przychodziła do ministerstwa, gdzie przebywałem, ale nic jej nie powiedziano.

Jak wyglądało miejsce, w którym byłeś przetrzymywany?

Zależy od miejsca, w którym mnie trzymano. Cela, w której byłem po raz pierwszy, była czteroosobowa, 10 metrów kwadratowych. Dwupiętrowe prycze, zrobione przez samych więźniów, stół, dwa krzesła, toaleta z przegrodą, plastikowe okna. Metalowe drzwi i kraty.

Kto siedział z tobą?

Kogo tam nie było! Górnicy, hakerzy, blogerzy, prawdziwi przestępcy. Wszyscy zostali zatrzymani za szpiegostwo, ekstremizm i terroryzm. Siedzieli za posty w mediach społecznościowych, nawet za samo polubienie hasła „Donieck to Ukraina”. Wszystkie takie rzeczy były monitorowane przez specjalny oddział separatystów.

Podczas niewoli byłeś ciągle torturowany.

Głównie przez rażenie prądem elektrycznym. Przeszło przez to 99% więźniów, którzy trafili do Izolacji. Te tortury są specyficzne. Nie da się przyzwyczaić do bólu, do tego, jak prąd przepływa przez całe twoje ciało. Dochodziło też do bicia, poniżania godności ludzkiej i tortur psychicznych.

Bicie można wytrzymać, ale dla większości ludzi granicą nie do przekroczenia jest przemoc seksualna. To potężna broń psychologiczna, nie fizyczna. Egzekutorzy doskonale rozumieją jej wpływ na więzionych mężczyzn. To jedna z najgorszych tortur.

Kim byli egzekutorzy?

Było może siedmiu lub ośmiu. To nie byli Rosjanie, tylko miejscowi, z Doniecka, częściowo z SBU, częściowo z policji, nawet jeden były wojskowy. Współpracownicy organów ścigania, którzy przeszli na stronę okupanta. Podobało im się torturowanie nas. Klasyczni sadyści i psychopaci. Robią to od lat.

Więźniowie musieli też pracować, co to były za roboty?

Byle co. Od sprzątania śniegu po rozładunek amunicji. Więźniowie byli zabierani na budowę poligonu lub do prac na podwórku. Mnie nie zabierali do prac, co uratowało mi zdrowie. Bali się, że mogę uciec. Moja historia stała się znana na Ukrainie i na świecie, a uwolnienie było monitorowane przez Czerwony Krzyż i ONZ. Moja cena jako więźnia wtedy wzrosła, dlatego FSB zabroniło władzom Izolacji wysyłać mnie poza budynek.

W Izolacji przebywali nie tylko mężczyźni. Czy kobiety też poddawano torturom? Czy traktowano je inaczej?

Wiem o trzech celach z około 15–17 kobietami, nieznana mi liczba była przetrzymywana jeszcze w piwnicy.

Warunki miały nawet gorsze. Również wobec nich stosowano rażenie prądem. My, mężczyźni, byliśmy torturowani seksualnie dla groźby, na przykład kiedy nie chcieliśmy podpisać dokumentów, ale do kobiet oprawcy mieli naturalny pociąg. Przemoc seksualna wobec nich była stosowana o wiele częściej.

Czy w Izolacji zdarzały się przypadki syndromu sztokholmskiego, kiedy ofiara odczuwa przywiązanie do kata?

Izolacja jest zbudowana na syndromie sztokholmskim. Pomiędzy ofiarami a oprawcami istniały bardzo dziwne relacje psychologiczne, zarówno u mężczyzn, jak i kobiet. Widziałem to cały czas. Przejawiało się to ze strony więźniów wobec administracji, mogli z nimi żartować, zdawało się, że byli w przyjacielskich stosunkach, gdy byli wyprowadzani do pracy. Chociaż ci sami ludzie cały czas bili ich i torturowali.

Czy można przyzwyczaić się do strachu?

Zależy, jaki to strach. Podczas tortur zamiast strachu pojawia się szok, nie ma nawet czasu się przestraszyć. Strach pojawia się później, kiedy już użyją wszystkich swoich psychicznych środków przeciwko tobie. Tam uczą cię bać się. A podczas tortur to zupełnie inne emocje.

Czy myślałeś o samobójstwie?

Oczywiście, że o tym myślałem. W takim miejscu to norma. Istniały różne opcje, jak można to zrobić, ale pytanie brzmi, co cię przed tym powstrzymuje. Przede wszystkim są to krewni i bliscy, których chcesz zobaczyć. To wszystko, co masz. Pomogła mi wiara, że mimo wszystko zostanę wymieniony. Bez takiej wiary jest bardzo trudno.

W takich miejscach ludzie zwracać się ku religii, jak to u ciebie było?

To trudne pytanie. Ludzie w Izolacji stają się bardzo religijni. Wszyscy się modlili, widziałem muzułmanów, protestantów i prawosławnych. Ale ja mam coś przeciwnego: odsunąłem się od Boga z powodu cierpienia, jakie widziałam. To było subiektywne, irracjonalne uczucie. Przestałem wierzyć.

Czy mówili, że twoi bliscy mogą pojawić się w Izolacji?

Oczywiście. Stale. To metoda tortur psychicznych. Ciągle to mówili, gdy odmawiałem zrobienia czegoś. Na przykład nie chciałem udzielić wywiadu propagandowemu kanałowi Rosja 24. Powiedziano mi wtedy, że jeśli się zgodzę, moja mama będzie w pobliskiej celi i się z nią zobaczę. Więc zrobiłem, co chcieli. To był zainscenizowany wywiad o byciu szpiegiem, o tym, jak przyznaję się do szpiegostwa przed kamerą. Politycznie było to dla nich ważne, aby pokazać, że jestem cały i zdrowy – i abym przyznał się do zbrodni.

Jak przyzwyczaiłeś się do wolności po wymianie?

To proces, który trwa do dziś, chociaż zostałem zwolniony w 2019 roku. Nie wiadomo, czy to się kiedykolwiek skończy. Odciążam się bieganiem, na początku starałem się mniej czytać i oglądać materiałów o wojnie.

Zmieniłem okoliczności. Wyjechałem na rehabilitację do Czech, gdzie nie było mowy o wojnie.

Powrót do życia to kwestia czasu i przyzwyczajenia. Im więcej czasu mija, tym jest łatwiej. Na początku bałem się zejść do metra ze względu na tłok, teraz już nie mam tego strachu. Chociaż nadal nie do końca przyzwyczaiłem się do ludzi.

Zoriana Varenia jest politolożką z Ukrainy. Mieszkała w Kijowie. Obecnie współpracuje z polskimi mediami, w tym z Radiem 357.

Co robiłeś po rozpoczęciu wielkiej wojny?

24 lutego zabrałem mamę na Zakarpacie, następnego dnia wsiadłem do pociągu do Kijowa, a 26 lutego wstąpiłem do Obrony Terytorialnej.

Co było najstraszniejsze w tym czasie?

Kiedy weszliśmy do Buczy i Irpienia. Nawet po tym, co sam przeżyłem, nie byłem gotowy na zobaczenie togo, co tam ujrzałem.

new.org.pl

Za czasów Bismarcka w Niemczech obowiązywała zasada: "My Niemcy boimy się tylko Boga i niczego więcej na świecie". Ta sentencja już od dawna nie odpowiada rzeczywistości. Niemcy nie boją się już Boga, ale boją się niemal wszystkiego na świecie – zmiany klimatu, energii nuklearnej, wojny atomowej, kulturowego zawłaszczenia. W języku angielskim funkcjonuje nawet pojęcie "German Angst" – pisze Berthold Kohler w eseju opublikowanym w niedzielę na łamach "Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung" (FAS).

Na ten niemiecki strach liczył z pewnością także Władimir Putin, gdy wydawał rozkaz do ataku na Ukrainę. Groźba użycia broni atomowej miała odwieść Zachód od udzielenia Ukrainie pomocy. Perspektywa eskalacji konfliktu odniosła skutek – nawet supermocarstwo USA nie chce stać się stroną wojny.

"Jednak w żadnym innym kraju obawa przed wciągnięciem do wojny nie została tak głośno i wyraźnie podniesiona do rangi dyrektywy wyznaczającej politykę tak, jak w Berlinie" – zaznaczył Kohler. "Opieszałość w dostawach broni wynikała z obawy, że za pomocą niemieckiej broni Ukraińcy mogą zadać rosyjskim napastnikom upokarzający cios, który spowoduje, że Putin, który walczy przecież także o zachowanie swojego reżimu, może użyć broni masowego rażenia lub nawet zaatakować terytorium NATO" – czytamy w "FAS".

"Putin był wystarczająco długo agentem KGB w Dreźnie, żeby wiedzieć, że Niemcy niczego nie boją się bardziej niż wojny, i niczego bardziej nie pragną niż pokoju oraz możliwie dobrych relacji z Rosją" – pisze Kohler. Jego zdaniem Putin uznał datujące się od czasów Willy’ego Brandta zrozumienie dla rosyjskiego stanowiska za przejaw słabości, a nie siły. Pogłębiające się energetyczne uzależnienie od Rosji umocniło Putina w przekonaniu, że w przypadku opanowania Ukrainy nie musi obawiać się oporu Berlina.

Porozumienia z Mińska nie mogły powstrzymać Putina, podobnie jak konferencja monachijska nie była w stanie powstrzymać Hitlera – ocenia autor. Jeżeli Merkel twierdzi, że Niemcy chciały w ten sposób kupić czas, aby się dozbroić, to nasuwa się pytanie, dlaczego czas ten został zmarnowany, a Bundeswehra nie została przekształcona w silną armię.

Podczas gdy Rosja zaczęła gromadzić zapasy amunicji i rezerwy walutowe, niemiecka minister obrony (Ursula von der Leyen – red.) otwierała przedszkola i usuwała ślady po Wehrmachcie. Namalowany na ścianie pistolet maszynowy z czasów II wojny światowej stanowił jej zdaniem większe niebezpieczeństwo niż rosyjskie zbrojenia. Z punktu widzenia Putina Niemcy musiały wyglądać jak piesek salonowy, który pokazuje wilkowi brzuch, licząc na to, że zostanie przez niego oszczędzony – pisze Kohler.

"Nic dziwnego, że Kreml skoncentrował swoje propagandowe uderzenie na kraj, który w Europie odgrywa centralną rolę w pomocy dla Ukrainy i równocześnie z punktu widzenia Moskwy stanowi miękkie podbrzusze frontu Zachodu" – czytamy w "FAS".

Zmiana w podejściu Niemców jest wynikiem działań Putina – jego oddziały mordują, podpalają i gwałcą w Ukrainie. Niemal nikt nie wykazuje zrozumienia dla "uprawnionych rosyjskich interesów bezpieczeństwa", a dewiza, że bezpieczeństwo w Europie możliwe jest tylko razem z Rosją, a nigdy przeciwko niej, stało się stanowiskiem toksycznym.

Niemiecki błąd w myśleniu polegał na wierze, że wszystkie narody i państwa kochają i troszczą się o pokój tak jak Niemcy po dwóch przegranych wojnach. Perspektywa bezpośredniego bądź nawet pośredniego udziału Niemiec w wojnie przeciwko Rosji była tematem tabu.

"Na dzisiejszą Rosję Niemcy patrzą tak realistycznie, jak nigdy przedtem, od kiedy przejął tam władzę Putin (2000 r. – red.)" – podkreśla Kohler. Czy jednak Niemcy pozostaną niezłomni i będą wspierać Ukrainę dopóty, dopóki jej byt jest zagrożony? – pyta autor. Wojna może trwać długo. Putin, który nie przejmuje się stratami ludzkimi, może w każdej chwili doprowadzić do jej eskalacji, nie czekając na dostawy leopardów. Jego najskuteczniejszą bronią może być oferta zawieszenia broni. Niemiecki rząd może stać się przedmiotem presji, aby skłonić Kijów do negocjacji.

"Putin pozostanie wilkiem" – ostrzega Kohler. Niemcy muszą jego zdaniem postępować według antycznej dewizy – "Si vis pacem para bellum" (jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny). Tłumacząc na dzisiejszy język, Niemcy i zachodni sojusznicy muszą stać się wojskowo tak silne, żeby mogły odwieść Rosję od kolejnych wypraw wojennych i aby mogły w razie potrzeby się obronić.

dw.com

Rozpętując wojnę w Ukrainie, Władimir Putin osiągnął dokładne przeciwieństwo tego, co zamierzał zrobić. Chciał pokazać światu, że Rosja jest wielkim mocarstwem, a uczynił z niej pariasa. Próbował zapobiec ekspansji NATO, tymczasem sprawił, że Finlandia i Szwecja, które od dawna były neutralne, złożyły wnioski o przyjęcie do sojuszu. Zamierzał osłabić i podzielić "gnijący Zachód", a zjednoczył go jeszcze bardziej niż podczas zimnej wojny.

Jak pisze "Washington Post", skala strat jest dużym zaskoczeniem dla rosyjskich agencji wywiadowczych i poważnie osłabiła ich zdolność do prowadzenia operacji wpływu w Europie. Rosjanie zaczęli mieć problem z utrzymywaniem więzi z siecią swoich agentów, którzy dostarczają Kremlowi ważne informacje, w tym o gotowości Zachodu do kontynuowania pomocy wojskowej dla Ukrainy.

Według Antti Pelttari, szefa fińskiego wywiadu zagranicznego Finlandii, możliwości działania rosyjskich tajnych służb zostały poważnie osłabione. Powodem była wroga atmosfera w Europie, która doprowadziła do masowych aresztowań agentów i wydalania szpiegów, w tym tych pracujących pod dyplomatyczną przykrywką.

Zachodni urzędnicy stwierdzili w wywiadach dla "Washington Post", że w zwalczaniu moskiewskich agentów pomogła także zwiększona współpraca między europejskimi i amerykańskimi agencjami wywiadowczymi.

Dzięki tej wspłpracy Niemcy przeprowadziły pod koniec ubiegłego roku skuteczną operację mającą na celu ujawnienie kreta w Federalnej Służbie Wywiadowczej. Okazało się, że szpiegiem był wysoki rangą oficer. USA pomogły także Berlinowi w zatrzymaniu w styczniu niemieckiego kontaktu, który przekazywał tajne dane do FSB.

FSB i GRU są obecnie w dużej mierze pochłonięte problemami na froncie ukraińskim, które spowodowane są po części przez ich katastrofalne błędy popełnione w fazie przygotowań do inwazji.

Od 2018 r. rząd Wielkiej Brytanii ze względów bezpieczeństwa narodowego odrzucił ponad 100 wniosków o wizy dyplomatyczne, które napłynęły z Rosji. Była to odpowiedź Londynu na próbę otrucia Siergieja Skripala. Brytyjczycy w reakcji na tę akcję rosyjskich służb wydalili z kraju 23 podejrzanych o szpiegostwo Rosjan.

Starając się odbudować swoje sieci wywiadowcze, rosyjskie tajne służby podejmują działania, których unikały w przeszłości, a które zwiększają ryzyko wykrycia ich personelu.

"Poziom podejmowania ryzyka przez rosyjskie agencje rośnie, w niektórych przypadkach wydają się one działać z desperacji "— powiedział dziennikarzom "The Washington Post" urzędnik kontrwywiadu FBI. Rosjanie na przykład wysyłają pracowników, których wydalono z jednego europejskiego kraju, do innego i mają nadzieję, że różne agencje wywiadowcze nie podejmą spójnych działań na rzecz rozpoznania tych osób.

W ubiegłym roku na lotnisku w Amsterdamie pasażer z brazylijskim paszportem oświadczył, że podjął pracę jako stażysta w Międzynarodowym Trybunale Karnym w Hadze. W rzeczywistości, według zachodnich urzędników i akt sądowych, był to oficer GRU Siergiej Czerkasow, który ponad dekadę wcześniej został wysłany do Brazylii.

Mieszkał tam używając sfałszowanych dokumentów, ale zdołał podjąć studia w Trinity College w Dublinie i w Johns Hopkins University School of International Studies. Udało mu się dostać pracę jako stażysta w Trybunale Karnym w Hadze, który prowadzi śledztwo w sprawie rosyjskich zbrodni wojennych popełnionych m.in. w Ukrainie.

Holandia wydaliła Czerkasowa do Brazylii, w której obecnie odbywa on karę więzienia pod kilkoma zarzutami, w tym fałszowania dokumentów.

W grudniu władze NIemiec zatrzymały Carstena Linke, który pracował w niemieckiej Federalnej Służbie Wywiadowczej jako szef jednostki wywiadu elektronicznego, zanim pod koniec 2022 r. został mianowany szefem służby bezpieczeństwa wewnętrznego. Na drugim stanowisku nie popracował długo, ale miał dostęp do akt 6 tys. pracowników niemieckiego wywiadu, w tym tajnych agentów.

Jedna z zachodnich agencji wywiadowczych (niemieccy urzędnicy nie chcieli podać "Washington Post" jej nazwy) poinformowała Berlin, że odkryła dokumenty niemieckiego wywiadu posiadane przez rosyjskich służb specjalnych. We wrześniu 2022 r. rozpoczęła się operacja poszukiwania kreta, która szybko doprowadziła do Linkego.

onet.pl