czwartek, 27 lutego 2020


Początek lat 90. XX w. był momentem, w którym Niemcom, mimo zjednoczenia, przestawał wystarczać własny potencjał, a coraz częściej myśleli o posiadaniu zaplecza gospodarczego, do którego będzie można oddelegować prostsze i bardziej pracochłonne części łańcucha produkcji. Jak się okaże dalej, nie mogły się nim stać Niemcy wschodnie.

Gdy pewnego razu zapytałem jednego z niemieckich przedsiębiorców, jakie były odczucia środowisk gospodarczych RFN względem Europy Środkowej po upadku żelaznej kurtyny, bez zastanowienia odpowiedział: „wreszcie mamy swoją Koreę”. Nawiązywał tym do relacji łączącej Japonię i Koreę Południową. Kraj Kwitnącej Wiśni od lat jest istotnym konkurentem Niemiec w kluczowych sektorach, takich jak motoryzacja, elektrotechnika czy konstrukcja maszyn. I pomimo że Japonia, podobnie jak RFN, od lat 80. XX wieku zmagała się z problemem silnej waluty, która ograniczała konkurencyjność cenową eksportu, mogła liczyć na swoich tanich i bardzo efektywnych pracowników z Korei Południowej.

Oba azjatyckie państwa żyły zatem w symbiozie, w ramach której Japonia mogła eksportować do Korei swój kapitał i wiedzę technologiczną, a w zamian za to znacząco zwiększać swój potencjał produkcyjny za pośrednictwem koreańskich pracowników i poddostawców.

Dodatkowego smaku całej relacji dodawało to, że oba kraje miały trudną historię wzajemnych stosunków i wiele niezabliźnionych ran z okresu II wojny światowej. Japońska narracja na temat własnej roli w tym konflikcie, a także relatywizowanie japońskich zbrodni do dziś wywołuje bardzo silne emocje społeczne w Korei Południowej i jest nieraz przedmiotem tarć politycznych między dwoma krajami.

Od początku lat 90. Niemcy na masową skalę zaangażowały się kapitałowo w Europie Środkowej, tworząc własne spółki, a także biorąc udział w prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Niemiecki kapitał popłynął szerokimi strumieniami do bankowości, energetyki czy handlu detalicznego. Do dziś to firmy z Niemiec są w czołówce największych inwestorów i pracodawców w Europie Środkowej.

Tak silne związki kapitałowe musiały też wpływać na handel zagraniczny: w latach 1995-2003 wymiana handlowa z RFN stanowiła dominującą część obrotów handlowych państw Grupy Wyszehradzkiej: średnio 38% dla Czech, po 35% dla Węgier i Polski oraz 26% dla Słowacji. Dopiero po przystąpieniu do Unii Europejskiej gospodarki tych krajów stanęły na nogi, rozwinęły własny potencjał przemysłowy i zaczęły bardziej dywersyfikować strukturę geograficzną handlu, co skutkowało obniżeniem o kilka punktów procentowych udziału Niemiec w ich obrotach handlowych.

Niemieckie przedsiębiorstwa liczyły, że podobnego wsparcia konkurencyjności, jakiego doświadczyła dzięki Koreańczykom Japonia, doświadczą one same – właśnie dzięki zacieśnieniu relacji gospodarczych z Europą Środkową. W tej części równania Niemcy się nie pomyliły, a efekt być może przerósł ich najśmielsze oczekiwania.

Po przystąpieniu państw Europy Środkowej do Unii Europejskiej okazało się bowiem, że wspólne uczestnictwo w jednolitym rynku, a także wysoka jakość kapitału ludzkiego Europy Środkowej pozwala na rozwinięcie bardziej zaawansowanych form współpracy i pełne wprzęgnięcie tych krajów w niemiecki łańcuch dostaw.

Już nie chodziło o prostą wymianę handlową podstawowych zasobów i surowców z państw regionu w zamian za niemieckie maszyny i pojazdy. Przedsiębiorstwa Europy Środkowej weszły do niemieckiego łańcucha tworzenia wartości jako istotni dostawcy, wprawdzie nie najwyższego rzędu, ale jednak wnoszący istotną wartość dodaną do niemieckich maszyn, urządzeń elektrotechnicznych i samochodów.

krytykapolityczna.pl

Bombki przedstawiające postacie z radzieckiego film animowanego "Cebulek" z końca lat 50. XX wieku. Szklana figurka pieska z tej serii na aukcji osiągnęła cenę 120 tys. rubli (ponad 7,3 tys. złotych). Koszt całego kompletu, obejmującego wszystkie postacie z filmu, to 600 tys. rubli (ponad 36,7 tys. złotych).

Najwyżej cenione są te zabawki, których nie produkowano masowo, bo nie były zatwierdzone przez specjalną komisję - powiedział dziennikowi "Izwiestija" Siergiej Biełogłazow, redaktor katalogu ozdób choinkowych. Wysokie ceny osiągają też ozdoby wykonane z nietrwałych materiałów, jak wata czy papier, które mogły zachować się tylko w jednym egzemplarzu. Pasja kolekcjonowania radzieckich ozdób choinkowych u wielu ludzi wynika z miłych wspomnień z dzieciństwa; niektórzy szukają konkretnej zapamiętanej z tych czasów zabawki - uważa Biełogłazow.

Wartość, jakiej nabrały radzieckie cacka na choinkę wynika także z tego, że jeszcze w latach powojennych wydmuchiwane były ze szkła i malowane ręcznie. Prócz szklanych bombek robiono, jeszcze od lat 30. i 40. XX wieku, zabawki z kartonu i waty. Właśnie taka wykonana z waty ozdoba przedstawiająca stację arktyczną ZSRR osiągnęła na aukcji pod koniec 2018 roku cenę 75 tys. rubli (prawie 4,6 tys. złotych).

Zabawki, którymi w ZSRR strojono choinki - świeckie, ubierane na Nowy Rok, a nie na Boże Narodzenie - nierzadko bywały odzwierciedleniem swojej epoki, a nawet narzędziem propagandy. Gdy w 1961 roku Jurij Gagarin został pierwszym człowiekiem w przestrzeni kosmicznej, na choinkach zagościły rakiety kosmiczne, satelity i kosmonauci. Radzieckie choinki zdobiono także także szklanymi bombkami z czerwoną gwiazdą, czy w kształcie samolotów.

W latach 50. pojawiła się moda na akcenty chińskie. Wiele było jednak zabawek tradycyjnych: postaci z bajek i rosyjskiego folkloru, figurek zwierząt, dzieci okutanych w futra czy jeżdżących na sankach. Szklane bombki pojawiały się od 1946 roku, gdy pracę wznowiła najstarsza w Rosji fabryka ozdób choinkowych działająca w miejscowości Klin.

bankier.pl

Według danych GUS w 2001 r. pół litra 40-procentowej wódki czystej kosztowało 23,52 zł, a w 2018 r. było to 24,39 zł (podwyżka tylko o 3,6 proc.). W tym samym czasie piwo jasne pełne zdrożało tylko o 19 gr (z 2,67 do 2,86 zł, czyli o 7 proc.), a wino białe gronowe wytrawne w latach 2001-2016 o niecałe 4 proc.

W latach 2001-2018 przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło natomiast z 2061 zł do 4583 zł, czyli o 122 proc. To oznacza, że Polacy mogą kupić ponad dwa razy więcej wódki czy piwa niż jeszcze 17 lat temu. Co ciekawe, mimo znacznie bardziej destrukcyjnych dla społeczeństwa skutków spożycia alkoholu w porównaniu do papierosów (pokazuje to np. analiza „The Lancet” zatytułowana „Drug harms in the UK: a multicriteria decision analysis”) cena paczki papierosów wzrosła w podobnym okresie (lata 2001-2017) z 4,08 zł do 13,79 zł, czyli ponad trzykrotnie. Dlaczego ustawodawcy udało się odpowiednio zareagować na destrukcyjne działanie palenia, a w przypadku alkoholu nie ma takich działań?

Być może presja społeczna na zmianę prawa przez polityków wzrosłaby, gdyby powszechnie znane były np. badania Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA).

One dobitnie pokazują (np. „Narodowy Program Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych na lata 2011-2015”), że stosunkowo niewielki odsetek dorosłych (7,3 proc.) spożywa prawie połowę (46,1 proc.) sprzedawanego alkoholu. Choć trudno w to uwierzyć, ale 2 miliony osób może konsumować w Polsce każdego roku ok. 160 mln litrów czystego alkoholu. Oznacza to spożycie na poziomie 80 litrów na osobę rocznie, czyli ekwiwalent półlitrowej butelki wódki każdego dnia lub 7 piw.

Z kolei 46,9 proc. osób spożywa alkohol symbolicznie – do 1,2 litra rocznie czystego spirytusu lub w ogóle, a 34,4 proc. nie przekracza wartości 6 litrów rocznie. Mniej więcej 80 proc. społeczeństwa, chociaż jest daleka do ekstremalnie ryzykownego picia, ponosi większość kosztów generowanych przez 7 proc. obywateli spożywających „połówkę” dziennie. Dlaczego?

forsal.pl