Początek lat 90. XX w. był momentem, w którym Niemcom, mimo zjednoczenia, przestawał wystarczać własny potencjał, a coraz częściej myśleli o posiadaniu zaplecza gospodarczego, do którego będzie można oddelegować prostsze i bardziej pracochłonne części łańcucha produkcji. Jak się okaże dalej, nie mogły się nim stać Niemcy wschodnie.
Gdy pewnego razu zapytałem jednego z niemieckich przedsiębiorców, jakie były odczucia środowisk gospodarczych RFN względem Europy Środkowej po upadku żelaznej kurtyny, bez zastanowienia odpowiedział: „wreszcie mamy swoją Koreę”. Nawiązywał tym do relacji łączącej Japonię i Koreę Południową. Kraj Kwitnącej Wiśni od lat jest istotnym konkurentem Niemiec w kluczowych sektorach, takich jak motoryzacja, elektrotechnika czy konstrukcja maszyn. I pomimo że Japonia, podobnie jak RFN, od lat 80. XX wieku zmagała się z problemem silnej waluty, która ograniczała konkurencyjność cenową eksportu, mogła liczyć na swoich tanich i bardzo efektywnych pracowników z Korei Południowej.
Oba azjatyckie państwa żyły zatem w symbiozie, w ramach której Japonia mogła eksportować do Korei swój kapitał i wiedzę technologiczną, a w zamian za to znacząco zwiększać swój potencjał produkcyjny za pośrednictwem koreańskich pracowników i poddostawców.
Dodatkowego smaku całej relacji dodawało to, że oba kraje miały trudną historię wzajemnych stosunków i wiele niezabliźnionych ran z okresu II wojny światowej. Japońska narracja na temat własnej roli w tym konflikcie, a także relatywizowanie japońskich zbrodni do dziś wywołuje bardzo silne emocje społeczne w Korei Południowej i jest nieraz przedmiotem tarć politycznych między dwoma krajami.
Od początku lat 90. Niemcy na masową skalę zaangażowały się kapitałowo w Europie Środkowej, tworząc własne spółki, a także biorąc udział w prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Niemiecki kapitał popłynął szerokimi strumieniami do bankowości, energetyki czy handlu detalicznego. Do dziś to firmy z Niemiec są w czołówce największych inwestorów i pracodawców w Europie Środkowej.
Tak silne związki kapitałowe musiały też wpływać na handel zagraniczny: w latach 1995-2003 wymiana handlowa z RFN stanowiła dominującą część obrotów handlowych państw Grupy Wyszehradzkiej: średnio 38% dla Czech, po 35% dla Węgier i Polski oraz 26% dla Słowacji. Dopiero po przystąpieniu do Unii Europejskiej gospodarki tych krajów stanęły na nogi, rozwinęły własny potencjał przemysłowy i zaczęły bardziej dywersyfikować strukturę geograficzną handlu, co skutkowało obniżeniem o kilka punktów procentowych udziału Niemiec w ich obrotach handlowych.
Niemieckie przedsiębiorstwa liczyły, że podobnego wsparcia konkurencyjności, jakiego doświadczyła dzięki Koreańczykom Japonia, doświadczą one same – właśnie dzięki zacieśnieniu relacji gospodarczych z Europą Środkową. W tej części równania Niemcy się nie pomyliły, a efekt być może przerósł ich najśmielsze oczekiwania.
Po przystąpieniu państw Europy Środkowej do Unii Europejskiej okazało się bowiem, że wspólne uczestnictwo w jednolitym rynku, a także wysoka jakość kapitału ludzkiego Europy Środkowej pozwala na rozwinięcie bardziej zaawansowanych form współpracy i pełne wprzęgnięcie tych krajów w niemiecki łańcuch dostaw.
Już nie chodziło o prostą wymianę handlową podstawowych zasobów i surowców z państw regionu w zamian za niemieckie maszyny i pojazdy. Przedsiębiorstwa Europy Środkowej weszły do niemieckiego łańcucha tworzenia wartości jako istotni dostawcy, wprawdzie nie najwyższego rzędu, ale jednak wnoszący istotną wartość dodaną do niemieckich maszyn, urządzeń elektrotechnicznych i samochodów.
krytykapolityczna.pl