niedziela, 29 marca 2026



„Obserwator Finansowy”: - Od marca 2022 r., jeśli chodzi o ceny diamentów naturalnych, trwa wielka bessa. Według notowań IDEX kamienie potaniały o mniej więcej połowę. Jaka jest przyczyna tego zjawiska? Czy chodzi tylko o rozwój rynku diamentów sztucznych, które w warunkach laboratoryjnych powstają w kilka godzin?

Erez Jacob Rivlin: Na początku muszę się nieco pochwalić, bo w dniu, w którym Rosja napadła na Ukrainę – to był czwartek 24 lutego 2022 r. – opublikowałem bardzo pesymistyczną prognozę dla rynku diamentów. Wtedy panowały bardzo „bycze” nastroje. I okazało się, że to był właściwie szczyt hossy na rynku diamentów. W mojej prognozie stwierdziłem, że spodziewam się spadku cen od 30 proc. do 50 proc. od szczytu. Niestety, pomyliłem się. Moja prognoza okazała się zbyt optymistyczna.

Branża, którą kocham od dekad, bardzo cierpi. Są dwie główne przyczyny tego zjawiska. Pierwszą jest oczywiście pojawienie się syntetycznych, czy też sztucznych diamentów. Czasami określa się je mianem „lab-grown diamonds” – diamenty wyhodowane w laboratorium – ale w wielu krajach stosowanie tego terminu w punktach sprzedaży jest nielegalne. Generalnie ten termin mija się z prawdą, bo one są po prostu masowo produkowane w fabrykach. Te sztuczne kamienie są bardzo tanie i zastąpiły te prawdziwe w wielu produktach znanych marek.

Drugą przyczyną jest znaczny spadek popytu po tym, jak wzrósł on dynamicznie w okresie pandemii COVID-19. Otóż w trakcie lockdownów – gdy dla wielu ludzi domy i mieszkania stały się swego rodzaju więzieniem – konsumenci zaczęli wydawać pieniądze na diamenty, zamiast na takie przyjemności, jak wakacje czy wypady do restauracji. Najlepszym w historii okresem, jeśli chodzi o kwoty wydane na biżuterię diamentową, był 2021 r. Gdy jednak skończył się lockdown, to nastąpiło odwrotne zjawisko i doszło do potężnego odpływu pieniędzy z rynku kamieni szlachetnych. Z dwóch powodów: po pierwsze rynek się nasycił, bo przecież ile można mieć pierścionków czy naszyjników, a po drugie – konsumenci zapragnęli znów podróżować.

- Popyt na diamenty w Chinach spadł w sześć lat o połowę. Dlaczego?

Myślę, że nawet o więcej niż połowę. Według moich szacunków, spadł o szokujące 90 proc. Chiny podczas panowania koronawirusa nie płaciły swoim obywatelom „za nic”. Musieli oni korzystać ze swoich oszczędności, jeśli chcieli kupować luksus. Chińczycy to naród, który musi mieć najpierw oszczędności, by wydawać na zbytki – to inna mentalność konsumencka niż na Zachodzie. Sporo oszczędności wydatkowali na inne rzeczy niż luksus. 

(...)

- Podobno popyt na duże diamenty jeszcze jest, a to głównie małe padają ofiarą bessy? Dlaczego tak jest?

W ostatnich 2–3 latach najbardziej potaniały kamienie średnie, czyli w przedziale 0,20 karata do 1,5 karata. Oczywiście to „zasługa” wpływu kamieni syntetycznych. Tego rodzaju kamienie to nie są kamienie inwestycyjne, tylko biżuteryjne, na kieszeń średnio zamożnego człowieka. Niestety, klasa średnia coraz częściej zastępuje prawdziwe kamienie tymi syntetycznymi, bo to tańsza opcja. Ponadto, bardzo mocno tanieją kamienie o niskiej czystości, bowiem właściwie nie da się ich odróżnić od syntetycznego kamienia.

Największe diamenty to wciąż jest forma aktywów inwestycyjnych. Przy czym one nie są dostępne nawet dla kasy średniej, bo mowa tu o kamieniach, których ceny zaczynają się od 30 tys. dol. Według mojej wiedzy takie kamienie wciąż drożeją po kilka procent rocznie.

A czemu najmniejsze kamienie nie tanieją? Bo są skupowane przez producentów luksusowych zegarków.  Nie idą oni w syntetyki, tylko kontynuują produkcję z naturalnymi kamieniami.

- Jak wygląda bilans rynku diamentów w ostatnich latach?

Szacuję, że całkowita produkcja globalna spadła z około 110 mln karatów do około 80 mln. Nie wiadomo dokładnie, bo nie ma precyzyjnych danych z Rosji. Największym producentem jest De Beers, ale jeśli chodzi o kraje to jest Rosja, a dokładnie rosyjska firma Alrosa, która produkuje około 35 mln karatów rocznie. Botswana produkuje około 30–32 mln karatów rocznie.

W Rosji działa Gokhran – rosyjska instytucja państwowa, która w świecie diamentów pełni rolę unikalną na skalę globalną. Jest to bowiem połączenie skarbca narodowego, funduszu inwestycyjnego i regulatora rynku. To jest taka „skarbonka” Kremla na diamenty. Sprzedaż idzie firmie Alrosa bardzo dobrze, bo od czasu do czasu Gokhran potrafi kupić dajmy na to 10 mln karatów za 2 mld dol. Przelewają pieniądze do Alrosy i statystyki wyglądają fantastycznie. Problem w tym, że od czasu ataku Moskwy na Ukrainę właściwie nie wiadomo, co dzieje się na rosyjskim rynku. Strona internetowa Alrosy była atakowana i nie działała przed długi czas. Na Rosję nałożono sankcje, w tym również na jej diamenty, więc liczby nie są jasne. Ale szacuję, że Federacja Rosyjska wciąż produkuje między 10 a 15 mln karatów, czyli jednak znacznie mniej niż przed wojną.

Firma De Beers ścięła produkcję z około 40 mln karatów przed pandemią do około 25 mln karatów. Ta firma to właściwie cztery kraje: Botswana, RPA, Kanada i oczywiście Namibia. Namibia zapewnia około 2 mln karatów rocznie, ale daje kamienie bardzo wysokiej jakości, które bywają nawet około 10 razy droższe niż porównywalne kamienie z innych państw. Konkluzja jest taka, że nastąpiła duża redukcja produkcji w karatach od 2021 r., a wynika to głównie ze spadku popytu z uwagi na pojawienie się syntetyków.

- Jak rynek radzi sobie z sankcjami nałożonymi na produkty z Rosji? Stopniowo budowana jest cyfrowa identyfikowalność diamentów G7 Certificate, to rozwiązanie tworzy grupa krajów kontrolujących około 70 proc. globalnego rynku diamentów. Czy wejście w życie G7 Certificate oznacza upadek Procesu Kimberley? Przypomnijmy, że chodzi o Kimberley Process Certification Scheme – międzynarodowy system certyfikacji, który powstał, aby wyeliminować z globalnego handlu tzw. „krwawe diamenty”.

(...)

Istnienie nowego certyfikatu ma jednak ograniczony wpływ na Proces Kimberley, który zresztą nie jest skuteczny. Owszem, niektóre kraje zostały zablokowane i nie mogły eksportować diamentów, ale nie z powodu samego mechanizmu. Mam wiedzę o tym, że wpisywano w dokumentach fałszywe pochodzenie i diamenty, które powinny być objęte sankcjami, w rzeczywistości trafiały do obiegu. Bardzo trudno jest udowodnić pochodzenie kamieni. Eksperci z GIA (Gemological Institute of America – przyp. red.) i z De Beers prowadzili między sobą dyskusje na temat tego w jaki sposób można byłoby ustalać pochodzenie kamieni. Konkluzja była taka, że po prostu jest to niewykonalne.

Rynek „oczyszcza się” w inny sposób. Największe marki luksusowe są bardzo rygorystyczne, jeśli chodzi o pochodzenie diamentów. Zażądały audytowanej produkcji. Znam ich nazwy, ale nie chciałbym wymieniać ich publicznie, nie mam do tego mandatu. Największe firmy z branży dóbr luksusowych nie chcą podejmować ryzyka korzystania z diamentów objętych sankcjami czy pochodzących z przestępstwa, dlatego kupują tylko z pewnych źródeł, z audytowanej produkcji. Płacą za to około 20 proc. powyżej ceny rynkowej.

To oczywiście bije w rosyjską produkcję i sprzedaż. Szacuję, że od 2022 r. sprzedaż kamieni z Rosji spadła o około 40 proc.

(...)

- Jeśli chodzi o segment diamentów syntetycznych, to pojawiają się szacunki, które mówią, że ten rynek urośnie z 24 mld dol. w 2022 r. do 59 mld dol. w 2032 r., czyli w tempie blisko 10 proc. średniorocznie. Co takiego jest w sztucznych kamieniach, że podobają się konsumentom – chodzi tylko o cenę?

Tak, chodzi głównie o cenę. Poglądowo można powiedzieć, że diamenty syntetyczne są tańsze od naturalnych o około 90 proc., przy zachowaniu tych samych parametrów.

- Firma Tenoris podała, że ceny diamentów sztucznych spadły o około 70 proc. w ciągu 5 lat.

Owszem. I zapewne będą jeszcze tańsze.

- Ten trend może się odwrócić?

Nie. To nie są kamienie inwestycyjne. Tylko diamenty naturalne są kupowane po to, by schować je w sejfie.

- Kim są najwięksi producenci diamentów sztucznych? Gdzie produkuje się takie kamienie?

Obecnie największymi producentami diamentów syntetycznych są, niestety, wielcy producenci diamentów naturalnych. Mówię o szlifierniach. Istnieją firmy mające nawet do 50 tys. szlifierzy i oni obrabiają zarówno kamienie naturalne, jak i sztuczne. Takie firmy od kilku lat zarabiają bardzo dobre pieniądze. Marże były wysokie, więc wykorzystali okazję, ale to bardzo zaszkodziło rynkowi diamentów naturalnych.

(...)

- Czy obecny szok podażowy można porównać z tymi, które miały już miejsce kilka razy na rynku diamentów? Chodzi mi o sytuacje z 1725 r., gdy odkryto złoża w Brazylii, a także z 1867 r., gdy odkryto złoża w RPA. Po tamtych szokach, po pewnym czasie ceny kamieni wracały na dawne poziomy.

Można to porównywać, ale tylko do pewnego stopnia. Otóż przed XIX w. konsumpcjonizm nie istniał. Pojawił się dopiero z początkiem XX w., gdy Edward Bernays stworzył podwaliny pod nowoczesny marketing i public relations, a także odkrył, że można sprzedawać… styl życia i status.

Gdy w RPA pod koniec XIX w. odkryto diamenty, to globalny rynek kamieni dopiero się kształtował. Diamenty były niezmiernie rzadkie, to był rarytas, dziw natury. Dlatego w pewnym sensie można czynić porównania, ale one nie są w pełni uzasadnione.

(...)

- Jak w obliczu diamentowej bessy – która jednak na razie jeszcze trwa – wygląda kondycja najważniejszych firm operujących na tym rynku? Pytam zarówno o producentów, jak i dystrybutorów. Firma De Beers, która ponoć ma wielkie zapasy diamentów, znacznie ścięła produkcję, a jej właściciel – koncern Anglo American – wystawił ją na sprzedaż…

Odpowiadając krótko: głównym problemem przemysłu diamentowego są koszty produkcji, koszty wydobycia. W Angoli jest 15 dużych kopalni, w których Endiama – angolska państwowa firma wydobywcza – jest udziałowcem w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego i tam diamenty są wydobywane najtaniej na świecie, po około 20–30 dol. za karat. W Rosji natomiast warunki są bardzo trudne, koszt wydobycia przy -50 st. C jest wysoki, rośnie do 50 dol. za karat.

Gdy spojrzymy na De Beers, to koszt wydobycia wzrósł w ciągu ostatnich trzech lat z okolic 40 dol. do 70–80 dol. za karat, a ta podwyżka wynika z przejścia od wydobycia odkrywkowego do wydobycia podziemnego, które ogólnie kosztuje trzy razy więcej niż odkrywkowe. Właściwie nie ma już na świecie łatwo dostępnych diamentów, które wyniosły na powierzchnię erupcje wulkaniczne. Potrzebne są coraz większe inwestycje, jak ta o wartości 2 mld dol., której dokonał koncern De Beers w RPA, pogłębiając kopalnię Venetia. Dzięki tej inwestycji ma dostęp do kamieni przez kolejne 20–30 lat, ale po wyższym koszcie wydobycia.

Partnerstwa angolskie zbiły zatem ceny na rynku i mają do tego prawo. Wielu graczy – takich jak Botswana i Rosja – robi zapasy diamentów, bo sprzedaż im się teraz nie za bardzo opłaca, ale nie wiem, czy to jest mądre, zapewne nieco zaszkodzi całemu rynkowi w długim terminie.

obserwatorfinansowy.pl


Obecnie na Bliskim Wschodzie USA dysponuje ok. 50 tys. wojsk. Jednakże nie mają możliwości wyprowadzenia ataku z żadnego kraju sąsiadującego, a zatem konieczny jest desant. W tym kontekście kluczowe znaczenie ma 82. Dywizja Powietrznodesantowa, której ok. 2-3 tys. żołnierzy zostało skierowanych do regionu. Ponadto na znajdujących się w pobliżu okrętach USS Boxer, USS Tripoli i lotniskowcu USS Abraham Lincoln znajduje się ok. 5 tys. marines. Mówi się też o przerzuceniu kolejnych 10 tys. marines. Może to wskazywać na to, że deklaracje Trumpa o wstrzymaniu ataków na irańską infrastrukturę oraz równie nieprawdziwe sugestie o prowadzonych z Irańczykami negocjacjach mają na celu zmylenie przeciwnika co do intencji USA. Nie wydaje się, by odnosiło to jakikolwiek skutek po stronie irańskiej, niemniej należy założyć, że przygotowywany jest jednak desant w Zatoce Perskiej.

Od dawna mowa jest o tym, że USA mogą próbować zająć kluczową z punktu widzenia irańskiego przemysłu naftowego wyspę Chark. Problem w tym, że nie odblokuje to Cieśniny Ormuz i jest niemal pewne, że Irańczycy w odpowiedzi zniszczą tę wyspę, doprowadzając do masakry kilku tysięcy amerykańskich żołnierzy. Warto w tym kontekście nadmienić, że według urealnionych szacunków Irańczycy zużyli zaledwie ok. 1/3 swojego arsenału balistycznego i dronowego i nie stracili zdolności produkcyjnych, podczas gdy USA i Izrael mają coraz większe problemy z uzupełnianiem zasobów pocisków przechwytujących.

Chark to nie jest jedyna opcja desantu. Możliwe jest też uderzenie na wyspy Abu Musa oraz Wielki i Mały Tunb. To sporne wyspy, do których pretensje zgłaszają Zjednoczone Emiraty Arabskie. Są one przy tym strategicznie położone w rejonie cieśniny. Na tę opcję mogło wskazywać nagłe zaostrzenie retoryki przez Zjednoczone Emiraty Arabskie i spekulacje, że gotowe są one do włączenia się do wojny. Niemniej wystarczyło irańskie uderzenie na Khalifa Economic Zone w Abu Dhabi oraz wypuszczenie filmiku propagandowego, na którym irańskie drony niszczą ikoniczny Burj al Arab w Dubaju oraz emirackie budynki Citibanku, a następnie kapitał w postaci duszków odlatuje w panice z tego kraju, by Emiraty złagodziły ton i stwierdziły, że media dokonały nadinterpretacji ich stanowiska, które niezmiennie optuje za rozwiązaniem pokojowym. Kolejną opcją jest opanowanie największej irańskiej wyspy, tj. Keszmu. To tam mają się znajdować kluczowe z punktu widzenia kontroli nad Cieśniną Ormuz instalacje militarne, w tym podziemne miasto rakietowe oraz bazy dronów i szybkich łodzi motorowych. Niemniej opanowanie tej ogromnej twierdzy z całą pewnością nie będzie łatwe i nie można przesądzać, że kilka tysięcy żołnierzy amerykańskich zdoła to w ogóle zrobić. Nie ma też wątpliwości, że straty po stronie amerykańskiej będą spore, a nawet jeśli ostatecznie atak zakończy się sukcesem, to nie tylko nie zakończy to wojny, ale oznaczać będzie eskalację.

Próba desantu na irańskie wyspy z całą pewnością będzie zatem wiązać się z dużymi stratami po stronie USA, a to (zwłaszcza w wariancie niepowodzenia) skłonić może Kongres do przyznania funduszy na wojnę, tak, by skierować tam znacznie większe siły. Póki co wojna już kosztowała USA ok. 36 mld USD, a Pentagon chce na razie dodatkowych 200 mld. To oczywiście tylko koszt działań militarnych, bo koszty ekonomiczne są znacznie większe. Nic na razie nie wskazuje też na to, by jakiekolwiek państwo chciało przyłączyć się do działań zbrojnych przeciwko Iranowi. Widać wprawdzie wyraźny podział wśród państw Półwyspu Arabskiego, gdzie Oman i Katar dążą do deeskalacji i obarczają Izrael winą za sytuację, podczas gdy Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie prezentują bardziej antyirańską postawę. Według różnych doniesień państwa te nie chcą, by USA na tym etapie wycofały się z wojny, gdyż doprowadziłoby to do wzmocnienia pozycji regionalnej Iranu i zmusiłoby je do dogadywania się z nim na jego warunkach. Z drugiej jednak strony zdają sobie sprawę z ryzyka związanego z wejściem przez nie w otwartą konfrontację z Iranem i dlatego wątpliwym jest, by nawet w przypadku inwazji lądowej na to się zdecydowały.

Natomiast Iran może liczyć nie tylko na wsparcie ze strony Hezbollahu, ale również Hutich, którzy właśnie rozpoczęli ataki na Izrael, oraz przynajmniej części ugrupowań zbrojnych funkcjonujących w ramach Al-Haszd asz-Szaabi. Status tej formacji budzi często nieporozumienia, więc warto wyjaśnić, że de facto funkcjonuje ona hybrydowo. Z jednej strony jako integralna część irackich struktur bezpieczeństwa, przy stanie osobowym 238 tys. żołnierzy, z rocznym budżetem 3,6 mld USD, dysponuje ciężkim uzbrojeniem i marynarką, z drugiej strony niektóre ugrupowania żyją równocześnie drugim życiem, prowadząc aktywność niemieszczącą się w ramach sankcjonowanych przez państwo. To jednak nie zmienia faktu, że ataki na nie stanowią atak na instytucje bezpieczeństwa państwa.

Tymczasem od początku wojny z Irakiem trwa w nim konfrontacja między Kataib Hezbollah i innymi ugrupowaniami tworzącymi proirańską muqawamę, a USA. Celem ataków szyickich ugrupowań jest w szczególności bagdadzka baza Camp Victoria, w której pozostała niewielka liczba żołnierzy USA (po wycofaniu większości do Irbilu), a także cele w Regionie Kurdystanu. USA bombarduje natomiast cele związane z tymi ugrupowaniami, nie przejmując się przy tym, czy mają one status państwowych instytucji bezpieczeństwa. Skłoniło to premiera Sudaniego do podjęcia decyzji o daniu zielonego światła całej Al-Haszd asz-Szaabi na bronienie się przed atakami na nie, co może prowadzić do włączenia się Iraku (jako takiego, a nie ugrupowań działających poza ramami państwowymi) do wojny. Sytuacja wydaje się w tej chwili dość zagmatwana, gdyż 28 marca opublikowano wspólną deklarację ambasady USA w Iraku i irackiego Joint Operations Command o stworzeniu wspólnego komitetu mającego na celu „zapobieżenie atakom terrorystycznym i zapewnienie, że terytorium Iraku nie będzie wykorzystywane jako punkt wyjścia do jakiejkolwiek agresji przeciwko narodowi irackiemu, irackim siłom bezpieczeństwa, irackim obiektom i zasobom strategicznym, a także przeciwko personelowi USA, misjom dyplomatycznym i Globalnej Koalicji”. Oznaczało to zatem nie tylko zobowiązanie Iraku do powstrzymania muqawamy przed atakami na kurdyjskie i amerykańskie cele, ale również USA do nieatakowania baz al-Haszd asz-Szaabi. Niemniej już kilka godzin później doszło do zmasowanego ataku na cele w Regionie Kurdystanu, w tym na dom prezydenta Regionu Neczirwana Barzaniego, a potem do odwetowego uderzenia dronowego na szyicką dzielnicę Karrada w Bagdadzie, gdzie są liczne obiekty związane z al-Haszd asz-Szaabi. Warto dodać, że Kurdowie starali się jak dotąd dystansować od ataków na Iran, gdyż zdawali sobie sprawę, że w przypadku odwetu Iranu i jego sojuszników w Iraku nie mieli żadnych gwarancji, iż USA ich ochroni.

Ani siły izraelskie, ani arabskie nie będą garnęły się do uczestniczenia w inwazji lądowej, a następnie okupacji Iranu. Izrael będzie miał wymówkę, że prowadzi wojnę na odcinku libańskim. Natomiast udział Arabów w inwazji na Iran będzie budził bardzo złe konotacje historyczne i przez nikogo nie będzie postrzegany jako „wyzwalanie”. Stąd wzrosną naciski USA na europejskich sojuszników z NATO, by dołączyli do wojny. Byłby to absolutny błąd, nawet jeśli na koniec Islamska Republika upadłaby, gdyż negatywnie wpłynęłoby to na zdolności do odparcia ataku rosyjskiego w Europie. Niestety, już widać, że wpłynie to fatalnie na spójność NATO i relacje transatlantyckie, przynajmniej do zmiany władzy w Białym Domu. A do tego czasu może bardzo wiele nastąpić. Ani Rosja, ani Chiny nie będą przyglądać się bezczynnie rozwojowi sytuacji. (...)

Będąc zaangażowanymi w Iranie, USA stracą jakąkolwiek zdolność (zakładając, że administracja Trumpa miałaby w ogóle wolę) interwencji w Europie w przypadku ataku rosyjskiego na terytorium NATO. Zatem z tej perspektywy udział Europejczyków, w tym Polaków, w tej wojnie byłby pozbawiony sensu (z jakiejkolwiek innej również) i naraziłby tylko Europę na odwet. Wzrost zagrożenia terrorystycznego i nowy kryzys migracyjny wzmocnią ugrupowania skrajne w Europie, w szczególności prorosyjskie, otwierając im drogę do władzy. W takiej sytuacji Rosja może uderzyć na Estonię lub Łotwę albo przejść tam do kinetycznego stadium wojny hybrydowej (scenariusz „zielonych ludzików”). Również Chiny mogą skorzystać i podjąć działania wobec Tajwanu. W takiej sytuacji nawet zwycięstwo USA nad Islamską Republiką nie powstrzyma upadku ich supermocarstwowej pozycji. Niemcy przez całą I wojnę światową wygrywały, by na koniec przegrać, a Francja wygrała, ale wyszła z niej tak osłabiona, że 20 lat później błyskawicznie uległa niemieckiemu atakowi. Rosja zaś przegrała, choć była po stronie państw zwycięskich.

Alternatywa dla tego scenariusza nie jest dobra, ale jest ona mniejszym złem. Jednostronne wycofanie się z wojny przez USA będzie oznaczało zwycięstwo Iranu, a co za tym idzie, zmianę układu sił w regionie. Może to prowadzić do wypchnięcia militarnej obecności USA i rewizji polityki zagranicznej przez takie państwa jak Arabia Saudyjska czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Co do Saudów, to już przekonali się oni, że ich traktat z Pakistanem nic im nie dał. Pozostaje jeszcze Turcja, ale jej hegemonia regionalna też nie jest marzeniem Arabów. Niemniej w takim scenariuszu to właśnie Turcja i Iran będą rozdawać karty w regionie. I można się spodziewać, że oba te kraje dążyć będą do uzyskania broni nuklearnej, a USA będą wobec tego bezsilne. 

defence24.pl