„Obserwator Finansowy”: - Od marca 2022 r., jeśli chodzi o ceny diamentów naturalnych, trwa wielka bessa. Według notowań IDEX kamienie potaniały o mniej więcej połowę. Jaka jest przyczyna tego zjawiska? Czy chodzi tylko o rozwój rynku diamentów sztucznych, które w warunkach laboratoryjnych powstają w kilka godzin?
Erez Jacob Rivlin: Na początku muszę się nieco pochwalić, bo w dniu, w którym Rosja napadła na Ukrainę – to był czwartek 24 lutego 2022 r. – opublikowałem bardzo pesymistyczną prognozę dla rynku diamentów. Wtedy panowały bardzo „bycze” nastroje. I okazało się, że to był właściwie szczyt hossy na rynku diamentów. W mojej prognozie stwierdziłem, że spodziewam się spadku cen od 30 proc. do 50 proc. od szczytu. Niestety, pomyliłem się. Moja prognoza okazała się zbyt optymistyczna.
Branża, którą kocham od dekad, bardzo cierpi. Są dwie główne przyczyny tego zjawiska. Pierwszą jest oczywiście pojawienie się syntetycznych, czy też sztucznych diamentów. Czasami określa się je mianem „lab-grown diamonds” – diamenty wyhodowane w laboratorium – ale w wielu krajach stosowanie tego terminu w punktach sprzedaży jest nielegalne. Generalnie ten termin mija się z prawdą, bo one są po prostu masowo produkowane w fabrykach. Te sztuczne kamienie są bardzo tanie i zastąpiły te prawdziwe w wielu produktach znanych marek.
Drugą przyczyną jest znaczny spadek popytu po tym, jak wzrósł on dynamicznie w okresie pandemii COVID-19. Otóż w trakcie lockdownów – gdy dla wielu ludzi domy i mieszkania stały się swego rodzaju więzieniem – konsumenci zaczęli wydawać pieniądze na diamenty, zamiast na takie przyjemności, jak wakacje czy wypady do restauracji. Najlepszym w historii okresem, jeśli chodzi o kwoty wydane na biżuterię diamentową, był 2021 r. Gdy jednak skończył się lockdown, to nastąpiło odwrotne zjawisko i doszło do potężnego odpływu pieniędzy z rynku kamieni szlachetnych. Z dwóch powodów: po pierwsze rynek się nasycił, bo przecież ile można mieć pierścionków czy naszyjników, a po drugie – konsumenci zapragnęli znów podróżować.
- Popyt na diamenty w Chinach spadł w sześć lat o połowę. Dlaczego?
Myślę, że nawet o więcej niż połowę. Według moich szacunków, spadł o szokujące 90 proc. Chiny podczas panowania koronawirusa nie płaciły swoim obywatelom „za nic”. Musieli oni korzystać ze swoich oszczędności, jeśli chcieli kupować luksus. Chińczycy to naród, który musi mieć najpierw oszczędności, by wydawać na zbytki – to inna mentalność konsumencka niż na Zachodzie. Sporo oszczędności wydatkowali na inne rzeczy niż luksus.
(...)
- Podobno popyt na duże diamenty jeszcze jest, a to głównie małe padają ofiarą bessy? Dlaczego tak jest?
W ostatnich 2–3 latach najbardziej potaniały kamienie średnie, czyli w przedziale 0,20 karata do 1,5 karata. Oczywiście to „zasługa” wpływu kamieni syntetycznych. Tego rodzaju kamienie to nie są kamienie inwestycyjne, tylko biżuteryjne, na kieszeń średnio zamożnego człowieka. Niestety, klasa średnia coraz częściej zastępuje prawdziwe kamienie tymi syntetycznymi, bo to tańsza opcja. Ponadto, bardzo mocno tanieją kamienie o niskiej czystości, bowiem właściwie nie da się ich odróżnić od syntetycznego kamienia.
Największe diamenty to wciąż jest forma aktywów inwestycyjnych. Przy czym one nie są dostępne nawet dla kasy średniej, bo mowa tu o kamieniach, których ceny zaczynają się od 30 tys. dol. Według mojej wiedzy takie kamienie wciąż drożeją po kilka procent rocznie.
A czemu najmniejsze kamienie nie tanieją? Bo są skupowane przez producentów luksusowych zegarków. Nie idą oni w syntetyki, tylko kontynuują produkcję z naturalnymi kamieniami.
- Jak wygląda bilans rynku diamentów w ostatnich latach?
Szacuję, że całkowita produkcja globalna spadła z około 110 mln karatów do około 80 mln. Nie wiadomo dokładnie, bo nie ma precyzyjnych danych z Rosji. Największym producentem jest De Beers, ale jeśli chodzi o kraje to jest Rosja, a dokładnie rosyjska firma Alrosa, która produkuje około 35 mln karatów rocznie. Botswana produkuje około 30–32 mln karatów rocznie.
W Rosji działa Gokhran – rosyjska instytucja państwowa, która w świecie diamentów pełni rolę unikalną na skalę globalną. Jest to bowiem połączenie skarbca narodowego, funduszu inwestycyjnego i regulatora rynku. To jest taka „skarbonka” Kremla na diamenty. Sprzedaż idzie firmie Alrosa bardzo dobrze, bo od czasu do czasu Gokhran potrafi kupić dajmy na to 10 mln karatów za 2 mld dol. Przelewają pieniądze do Alrosy i statystyki wyglądają fantastycznie. Problem w tym, że od czasu ataku Moskwy na Ukrainę właściwie nie wiadomo, co dzieje się na rosyjskim rynku. Strona internetowa Alrosy była atakowana i nie działała przed długi czas. Na Rosję nałożono sankcje, w tym również na jej diamenty, więc liczby nie są jasne. Ale szacuję, że Federacja Rosyjska wciąż produkuje między 10 a 15 mln karatów, czyli jednak znacznie mniej niż przed wojną.
Firma De Beers ścięła produkcję z około 40 mln karatów przed pandemią do około 25 mln karatów. Ta firma to właściwie cztery kraje: Botswana, RPA, Kanada i oczywiście Namibia. Namibia zapewnia około 2 mln karatów rocznie, ale daje kamienie bardzo wysokiej jakości, które bywają nawet około 10 razy droższe niż porównywalne kamienie z innych państw. Konkluzja jest taka, że nastąpiła duża redukcja produkcji w karatach od 2021 r., a wynika to głównie ze spadku popytu z uwagi na pojawienie się syntetyków.
- Jak rynek radzi sobie z sankcjami nałożonymi na produkty z Rosji? Stopniowo budowana jest cyfrowa identyfikowalność diamentów G7 Certificate, to rozwiązanie tworzy grupa krajów kontrolujących około 70 proc. globalnego rynku diamentów. Czy wejście w życie G7 Certificate oznacza upadek Procesu Kimberley? Przypomnijmy, że chodzi o Kimberley Process Certification Scheme – międzynarodowy system certyfikacji, który powstał, aby wyeliminować z globalnego handlu tzw. „krwawe diamenty”.
(...)
Istnienie nowego certyfikatu ma jednak ograniczony wpływ na Proces Kimberley, który zresztą nie jest skuteczny. Owszem, niektóre kraje zostały zablokowane i nie mogły eksportować diamentów, ale nie z powodu samego mechanizmu. Mam wiedzę o tym, że wpisywano w dokumentach fałszywe pochodzenie i diamenty, które powinny być objęte sankcjami, w rzeczywistości trafiały do obiegu. Bardzo trudno jest udowodnić pochodzenie kamieni. Eksperci z GIA (Gemological Institute of America – przyp. red.) i z De Beers prowadzili między sobą dyskusje na temat tego w jaki sposób można byłoby ustalać pochodzenie kamieni. Konkluzja była taka, że po prostu jest to niewykonalne.
Rynek „oczyszcza się” w inny sposób. Największe marki luksusowe są bardzo rygorystyczne, jeśli chodzi o pochodzenie diamentów. Zażądały audytowanej produkcji. Znam ich nazwy, ale nie chciałbym wymieniać ich publicznie, nie mam do tego mandatu. Największe firmy z branży dóbr luksusowych nie chcą podejmować ryzyka korzystania z diamentów objętych sankcjami czy pochodzących z przestępstwa, dlatego kupują tylko z pewnych źródeł, z audytowanej produkcji. Płacą za to około 20 proc. powyżej ceny rynkowej.
To oczywiście bije w rosyjską produkcję i sprzedaż. Szacuję, że od 2022 r. sprzedaż kamieni z Rosji spadła o około 40 proc.
(...)
- Jeśli chodzi o segment diamentów syntetycznych, to pojawiają się szacunki, które mówią, że ten rynek urośnie z 24 mld dol. w 2022 r. do 59 mld dol. w 2032 r., czyli w tempie blisko 10 proc. średniorocznie. Co takiego jest w sztucznych kamieniach, że podobają się konsumentom – chodzi tylko o cenę?
Tak, chodzi głównie o cenę. Poglądowo można powiedzieć, że diamenty syntetyczne są tańsze od naturalnych o około 90 proc., przy zachowaniu tych samych parametrów.
- Firma Tenoris podała, że ceny diamentów sztucznych spadły o około 70 proc. w ciągu 5 lat.
Owszem. I zapewne będą jeszcze tańsze.
- Ten trend może się odwrócić?
Nie. To nie są kamienie inwestycyjne. Tylko diamenty naturalne są kupowane po to, by schować je w sejfie.
- Kim są najwięksi producenci diamentów sztucznych? Gdzie produkuje się takie kamienie?
Obecnie największymi producentami diamentów syntetycznych są, niestety, wielcy producenci diamentów naturalnych. Mówię o szlifierniach. Istnieją firmy mające nawet do 50 tys. szlifierzy i oni obrabiają zarówno kamienie naturalne, jak i sztuczne. Takie firmy od kilku lat zarabiają bardzo dobre pieniądze. Marże były wysokie, więc wykorzystali okazję, ale to bardzo zaszkodziło rynkowi diamentów naturalnych.
(...)
- Czy obecny szok podażowy można porównać z tymi, które miały już miejsce kilka razy na rynku diamentów? Chodzi mi o sytuacje z 1725 r., gdy odkryto złoża w Brazylii, a także z 1867 r., gdy odkryto złoża w RPA. Po tamtych szokach, po pewnym czasie ceny kamieni wracały na dawne poziomy.
Można to porównywać, ale tylko do pewnego stopnia. Otóż przed XIX w. konsumpcjonizm nie istniał. Pojawił się dopiero z początkiem XX w., gdy Edward Bernays stworzył podwaliny pod nowoczesny marketing i public relations, a także odkrył, że można sprzedawać… styl życia i status.
Gdy w RPA pod koniec XIX w. odkryto diamenty, to globalny rynek kamieni dopiero się kształtował. Diamenty były niezmiernie rzadkie, to był rarytas, dziw natury. Dlatego w pewnym sensie można czynić porównania, ale one nie są w pełni uzasadnione.
(...)
- Jak w obliczu diamentowej bessy – która jednak na razie jeszcze trwa – wygląda kondycja najważniejszych firm operujących na tym rynku? Pytam zarówno o producentów, jak i dystrybutorów. Firma De Beers, która ponoć ma wielkie zapasy diamentów, znacznie ścięła produkcję, a jej właściciel – koncern Anglo American – wystawił ją na sprzedaż…
Odpowiadając krótko: głównym problemem przemysłu diamentowego są koszty produkcji, koszty wydobycia. W Angoli jest 15 dużych kopalni, w których Endiama – angolska państwowa firma wydobywcza – jest udziałowcem w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego i tam diamenty są wydobywane najtaniej na świecie, po około 20–30 dol. za karat. W Rosji natomiast warunki są bardzo trudne, koszt wydobycia przy -50 st. C jest wysoki, rośnie do 50 dol. za karat.
Gdy spojrzymy na De Beers, to koszt wydobycia wzrósł w ciągu ostatnich trzech lat z okolic 40 dol. do 70–80 dol. za karat, a ta podwyżka wynika z przejścia od wydobycia odkrywkowego do wydobycia podziemnego, które ogólnie kosztuje trzy razy więcej niż odkrywkowe. Właściwie nie ma już na świecie łatwo dostępnych diamentów, które wyniosły na powierzchnię erupcje wulkaniczne. Potrzebne są coraz większe inwestycje, jak ta o wartości 2 mld dol., której dokonał koncern De Beers w RPA, pogłębiając kopalnię Venetia. Dzięki tej inwestycji ma dostęp do kamieni przez kolejne 20–30 lat, ale po wyższym koszcie wydobycia.
Partnerstwa angolskie zbiły zatem ceny na rynku i mają do tego prawo. Wielu graczy – takich jak Botswana i Rosja – robi zapasy diamentów, bo sprzedaż im się teraz nie za bardzo opłaca, ale nie wiem, czy to jest mądre, zapewne nieco zaszkodzi całemu rynkowi w długim terminie.
obserwatorfinansowy.pl