niedziela, 29 marca 2026



Obecnie na Bliskim Wschodzie USA dysponuje ok. 50 tys. wojsk. Jednakże nie mają możliwości wyprowadzenia ataku z żadnego kraju sąsiadującego, a zatem konieczny jest desant. W tym kontekście kluczowe znaczenie ma 82. Dywizja Powietrznodesantowa, której ok. 2-3 tys. żołnierzy zostało skierowanych do regionu. Ponadto na znajdujących się w pobliżu okrętach USS Boxer, USS Tripoli i lotniskowcu USS Abraham Lincoln znajduje się ok. 5 tys. marines. Mówi się też o przerzuceniu kolejnych 10 tys. marines. Może to wskazywać na to, że deklaracje Trumpa o wstrzymaniu ataków na irańską infrastrukturę oraz równie nieprawdziwe sugestie o prowadzonych z Irańczykami negocjacjach mają na celu zmylenie przeciwnika co do intencji USA. Nie wydaje się, by odnosiło to jakikolwiek skutek po stronie irańskiej, niemniej należy założyć, że przygotowywany jest jednak desant w Zatoce Perskiej.

Od dawna mowa jest o tym, że USA mogą próbować zająć kluczową z punktu widzenia irańskiego przemysłu naftowego wyspę Chark. Problem w tym, że nie odblokuje to Cieśniny Ormuz i jest niemal pewne, że Irańczycy w odpowiedzi zniszczą tę wyspę, doprowadzając do masakry kilku tysięcy amerykańskich żołnierzy. Warto w tym kontekście nadmienić, że według urealnionych szacunków Irańczycy zużyli zaledwie ok. 1/3 swojego arsenału balistycznego i dronowego i nie stracili zdolności produkcyjnych, podczas gdy USA i Izrael mają coraz większe problemy z uzupełnianiem zasobów pocisków przechwytujących.

Chark to nie jest jedyna opcja desantu. Możliwe jest też uderzenie na wyspy Abu Musa oraz Wielki i Mały Tunb. To sporne wyspy, do których pretensje zgłaszają Zjednoczone Emiraty Arabskie. Są one przy tym strategicznie położone w rejonie cieśniny. Na tę opcję mogło wskazywać nagłe zaostrzenie retoryki przez Zjednoczone Emiraty Arabskie i spekulacje, że gotowe są one do włączenia się do wojny. Niemniej wystarczyło irańskie uderzenie na Khalifa Economic Zone w Abu Dhabi oraz wypuszczenie filmiku propagandowego, na którym irańskie drony niszczą ikoniczny Burj al Arab w Dubaju oraz emirackie budynki Citibanku, a następnie kapitał w postaci duszków odlatuje w panice z tego kraju, by Emiraty złagodziły ton i stwierdziły, że media dokonały nadinterpretacji ich stanowiska, które niezmiennie optuje za rozwiązaniem pokojowym. Kolejną opcją jest opanowanie największej irańskiej wyspy, tj. Keszmu. To tam mają się znajdować kluczowe z punktu widzenia kontroli nad Cieśniną Ormuz instalacje militarne, w tym podziemne miasto rakietowe oraz bazy dronów i szybkich łodzi motorowych. Niemniej opanowanie tej ogromnej twierdzy z całą pewnością nie będzie łatwe i nie można przesądzać, że kilka tysięcy żołnierzy amerykańskich zdoła to w ogóle zrobić. Nie ma też wątpliwości, że straty po stronie amerykańskiej będą spore, a nawet jeśli ostatecznie atak zakończy się sukcesem, to nie tylko nie zakończy to wojny, ale oznaczać będzie eskalację.

Próba desantu na irańskie wyspy z całą pewnością będzie zatem wiązać się z dużymi stratami po stronie USA, a to (zwłaszcza w wariancie niepowodzenia) skłonić może Kongres do przyznania funduszy na wojnę, tak, by skierować tam znacznie większe siły. Póki co wojna już kosztowała USA ok. 36 mld USD, a Pentagon chce na razie dodatkowych 200 mld. To oczywiście tylko koszt działań militarnych, bo koszty ekonomiczne są znacznie większe. Nic na razie nie wskazuje też na to, by jakiekolwiek państwo chciało przyłączyć się do działań zbrojnych przeciwko Iranowi. Widać wprawdzie wyraźny podział wśród państw Półwyspu Arabskiego, gdzie Oman i Katar dążą do deeskalacji i obarczają Izrael winą za sytuację, podczas gdy Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie prezentują bardziej antyirańską postawę. Według różnych doniesień państwa te nie chcą, by USA na tym etapie wycofały się z wojny, gdyż doprowadziłoby to do wzmocnienia pozycji regionalnej Iranu i zmusiłoby je do dogadywania się z nim na jego warunkach. Z drugiej jednak strony zdają sobie sprawę z ryzyka związanego z wejściem przez nie w otwartą konfrontację z Iranem i dlatego wątpliwym jest, by nawet w przypadku inwazji lądowej na to się zdecydowały.

Natomiast Iran może liczyć nie tylko na wsparcie ze strony Hezbollahu, ale również Hutich, którzy właśnie rozpoczęli ataki na Izrael, oraz przynajmniej części ugrupowań zbrojnych funkcjonujących w ramach Al-Haszd asz-Szaabi. Status tej formacji budzi często nieporozumienia, więc warto wyjaśnić, że de facto funkcjonuje ona hybrydowo. Z jednej strony jako integralna część irackich struktur bezpieczeństwa, przy stanie osobowym 238 tys. żołnierzy, z rocznym budżetem 3,6 mld USD, dysponuje ciężkim uzbrojeniem i marynarką, z drugiej strony niektóre ugrupowania żyją równocześnie drugim życiem, prowadząc aktywność niemieszczącą się w ramach sankcjonowanych przez państwo. To jednak nie zmienia faktu, że ataki na nie stanowią atak na instytucje bezpieczeństwa państwa.

Tymczasem od początku wojny z Irakiem trwa w nim konfrontacja między Kataib Hezbollah i innymi ugrupowaniami tworzącymi proirańską muqawamę, a USA. Celem ataków szyickich ugrupowań jest w szczególności bagdadzka baza Camp Victoria, w której pozostała niewielka liczba żołnierzy USA (po wycofaniu większości do Irbilu), a także cele w Regionie Kurdystanu. USA bombarduje natomiast cele związane z tymi ugrupowaniami, nie przejmując się przy tym, czy mają one status państwowych instytucji bezpieczeństwa. Skłoniło to premiera Sudaniego do podjęcia decyzji o daniu zielonego światła całej Al-Haszd asz-Szaabi na bronienie się przed atakami na nie, co może prowadzić do włączenia się Iraku (jako takiego, a nie ugrupowań działających poza ramami państwowymi) do wojny. Sytuacja wydaje się w tej chwili dość zagmatwana, gdyż 28 marca opublikowano wspólną deklarację ambasady USA w Iraku i irackiego Joint Operations Command o stworzeniu wspólnego komitetu mającego na celu „zapobieżenie atakom terrorystycznym i zapewnienie, że terytorium Iraku nie będzie wykorzystywane jako punkt wyjścia do jakiejkolwiek agresji przeciwko narodowi irackiemu, irackim siłom bezpieczeństwa, irackim obiektom i zasobom strategicznym, a także przeciwko personelowi USA, misjom dyplomatycznym i Globalnej Koalicji”. Oznaczało to zatem nie tylko zobowiązanie Iraku do powstrzymania muqawamy przed atakami na kurdyjskie i amerykańskie cele, ale również USA do nieatakowania baz al-Haszd asz-Szaabi. Niemniej już kilka godzin później doszło do zmasowanego ataku na cele w Regionie Kurdystanu, w tym na dom prezydenta Regionu Neczirwana Barzaniego, a potem do odwetowego uderzenia dronowego na szyicką dzielnicę Karrada w Bagdadzie, gdzie są liczne obiekty związane z al-Haszd asz-Szaabi. Warto dodać, że Kurdowie starali się jak dotąd dystansować od ataków na Iran, gdyż zdawali sobie sprawę, że w przypadku odwetu Iranu i jego sojuszników w Iraku nie mieli żadnych gwarancji, iż USA ich ochroni.

Ani siły izraelskie, ani arabskie nie będą garnęły się do uczestniczenia w inwazji lądowej, a następnie okupacji Iranu. Izrael będzie miał wymówkę, że prowadzi wojnę na odcinku libańskim. Natomiast udział Arabów w inwazji na Iran będzie budził bardzo złe konotacje historyczne i przez nikogo nie będzie postrzegany jako „wyzwalanie”. Stąd wzrosną naciski USA na europejskich sojuszników z NATO, by dołączyli do wojny. Byłby to absolutny błąd, nawet jeśli na koniec Islamska Republika upadłaby, gdyż negatywnie wpłynęłoby to na zdolności do odparcia ataku rosyjskiego w Europie. Niestety, już widać, że wpłynie to fatalnie na spójność NATO i relacje transatlantyckie, przynajmniej do zmiany władzy w Białym Domu. A do tego czasu może bardzo wiele nastąpić. Ani Rosja, ani Chiny nie będą przyglądać się bezczynnie rozwojowi sytuacji. (...)

Będąc zaangażowanymi w Iranie, USA stracą jakąkolwiek zdolność (zakładając, że administracja Trumpa miałaby w ogóle wolę) interwencji w Europie w przypadku ataku rosyjskiego na terytorium NATO. Zatem z tej perspektywy udział Europejczyków, w tym Polaków, w tej wojnie byłby pozbawiony sensu (z jakiejkolwiek innej również) i naraziłby tylko Europę na odwet. Wzrost zagrożenia terrorystycznego i nowy kryzys migracyjny wzmocnią ugrupowania skrajne w Europie, w szczególności prorosyjskie, otwierając im drogę do władzy. W takiej sytuacji Rosja może uderzyć na Estonię lub Łotwę albo przejść tam do kinetycznego stadium wojny hybrydowej (scenariusz „zielonych ludzików”). Również Chiny mogą skorzystać i podjąć działania wobec Tajwanu. W takiej sytuacji nawet zwycięstwo USA nad Islamską Republiką nie powstrzyma upadku ich supermocarstwowej pozycji. Niemcy przez całą I wojnę światową wygrywały, by na koniec przegrać, a Francja wygrała, ale wyszła z niej tak osłabiona, że 20 lat później błyskawicznie uległa niemieckiemu atakowi. Rosja zaś przegrała, choć była po stronie państw zwycięskich.

Alternatywa dla tego scenariusza nie jest dobra, ale jest ona mniejszym złem. Jednostronne wycofanie się z wojny przez USA będzie oznaczało zwycięstwo Iranu, a co za tym idzie, zmianę układu sił w regionie. Może to prowadzić do wypchnięcia militarnej obecności USA i rewizji polityki zagranicznej przez takie państwa jak Arabia Saudyjska czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Co do Saudów, to już przekonali się oni, że ich traktat z Pakistanem nic im nie dał. Pozostaje jeszcze Turcja, ale jej hegemonia regionalna też nie jest marzeniem Arabów. Niemniej w takim scenariuszu to właśnie Turcja i Iran będą rozdawać karty w regionie. I można się spodziewać, że oba te kraje dążyć będą do uzyskania broni nuklearnej, a USA będą wobec tego bezsilne. 

defence24.pl