poniedziałek, 23 stycznia 2023


Z komunikatów ukraińskiego Sztabu Generalnego wynika, że siły rosyjskie zaciskają kleszcze wokół Bachmutu. Wrogie pododdziały mają być powstrzymywane na północno-zachodnich obrzeżach miasta (Krasna Hora, Paraskowijiwka, Jahidne) oraz na południe od drogi Bachmut–Konstantynówka, także już po zachodniej stronie kanału Doniec–Donbas (Predteczyne, Stupoczky). Rosjanie poszerzają również obszar natarcia na północny zachód od Sołedaru, gdzie przekroczyli drogę Bachmut–Siewiersk (Wasiukiwka). Natarcie agresora ma być powstrzymywane na południe i wschód od Siewierska, w rejonie Awdijiwki oraz w łuku na zachód od Doniecka, gdzie wciąż trwają walki o kontrolę nad Marjinką. Do starć dochodziło także w obwodzie ługańskim – na pograniczu z obwodami charkowskim i donieckim – walki toczą się tam głównie pomiędzy Kreminną a Siewierskiem.

Niejasne są doniesienia o wznowionych w połowie stycznia walkach w obwodzie zaporoskim. Według dowództwa ukraińskiego przeciwnik prowadzi rozpoznanie bojem i próbuje poprawiać swoją sytuację taktyczną. Do rosyjskich ataków na pozycje obrońców ma dochodzić regularnie, jednak mają być one prowadzone małymi grupami, a działań zaczepnych w większej skali nie odnotowano. Jako główne kierunki rosyjskiego uderzenia wskazywane są rejony węzłowych miejscowości Kamjanśke (nad Dnieprem, 30 km na południe od Zaporoża), Orichiw i Hulajpole. Agresor miał osiągnąć postępy terenowe na południe od nich, najprawdopodobniej przez zajęcie części wcześniejszego pasa ziemi niczyjej.

Rosjanie kontynuują ostrzał i bombardowania pozycji i zaplecza sił ukraińskich wzdłuż linii styczności i w rejonach przygranicznych, zwłaszcza w obwodzie sumskim (21 stycznia był on ostrzeliwany 115 razy). Agresor nie zaprzestaje niszczenia miejscowości w prawobrzeżnej części obwodu chersońskiego, a pod permanentnym ostrzałem znajduje się jego stolica. W rejonie nikopolskim głównym celem stał się natomiast Marganiec. Ze względu na powtarzający się ostrzał rejonu Oczakowa lokalne władze zwróciły się z apelem do mieszkańców gmin oczakowskiej i kucurubskiej o wstrzymanie się z powrotem do opuszczonych domów. Rosjanie powtarzali także ataki rakietowe m.in. na Kramatorsk, Hulajpole i obrzeża Zaporoża.

20 stycznia odbyło się ósme spotkanie grupy kontaktowej państw wspierających wojskowo Ukrainę (tzw. grupy Ramstein), w trakcie którego nie podjęto oczekiwanych przez Kijów decyzji w kwestii dostaw zachodnich czołgów dla armii ukraińskiej. Prowadzący spotkanie amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin potwierdził część wcześniej złożonych zobowiązań, wyszczególniając przekazanie Ukrainie systemów obrony powietrznej Patriot z Holandii i NASAMS z Kanady (zakupionych u amerykańskiego producenta). Amsterdam – wbrew informacjom strony ukraińskiej o dostarczeniu przez Holendrów trzeciej (po amerykańskiej i niemieckiej) baterii Patriotów – ma przekazać tylko dwie wyrzutnie tego systemu.

Polski resort obrony zapowiedział wyposażenie i wyszkolenie do końca marca ukraińskiej brygady pancernej (w oparciu o pozostałe w dyspozycji polskiego wojska czołgi T-72 i bojowe wozy piechoty BWP-1). Warszawa poinformowała także o zamiarze rozpoczęcia szkolenia ukraińskich czołgistów w zakresie obsługi czołgów Leopard 2. Portugalia ma w planach przekazanie Ukrainie 14 transporterów gąsienicowych M113 (wyposażenie drugiej kompanii, analogiczną liczbę M113 Lizbona przekazała w 2022 r.) oraz amunicji 120 mm. Cypr wyraził gotowość dostarczenia armii ukraińskiej czołgów T-80U w przypadku pozyskania w zamian czołgów Leopard 2. Włochy i Francja mają natomiast finalizować przygotowania do przekazania Ukrainie systemów obrony powietrznej SAMP/T.

Zadowolenie z rezultatów spotkania grupy Ramstein wyraził ukraiński minister obrony Ołeksij Reznikow. Podkreślił on, że poza upublicznionymi informacjami „niektóre pakiety zostały ogłoszone za zamkniętymi drzwiami”. Powiedział, że kilka państw ma rozpocząć szkolenie ukraińskich czołgistów w zakresie obsługi czołgów Leopard. Potwierdził także dotarcie na Ukrainę trzech śmigłowców Sea King z Wielkiej Brytanii. O rozpoczęciu formowania w armii ukraińskiej jednostek przystosowanych do użytkowania zachodnich czołgów i bojowych wozów opancerzonych poinformował dowódca Połączonych Sił Zbrojnych Ukrainy generał Serhij Najew.

Algierski portal branżowy Menadefense powiadomił, że w połowie stycznia armia ukraińska rozpoczęła użytkowanie blisko 20 czołgów T-72B pozyskanych z Maroka, których remont i ograniczoną modernizację przeprowadził czeski Excalibur. Równocześnie przypomniano, że w 2022 r. Maroko w ramach porozumienia z USA dostarczyło Ukrainie części zamienne do posowieckich czołgów. Rabat nabył 148 posowieckich czołgów pod koniec XX wieku z Białorusi.

Według szacunków władz ukraińskich Rosjanie deportowali ponad 2 mln Ukraińców z terytoriów czasowo okupowanych od lutego ub.r. Trwa przymusowa paszportyzacja – osoby odmawiające przyjęcia rosyjskiego dokumentu nie mogą otrzymywać żadnych świadczeń socjalnych ani podjąć pracy. Rosyjska taktyka zakłada stworzenie warunków kryzysu humanitarnego na terenach okupowanych, terroryzowanie miejscowej ludności bombardowaniami, wywołanie paniki, a następnie skierowanie zastraszonych mieszkańców do Południowego Okręgu Federalnego Rosji (głównie do Kraju Krasnodarskiego i Stawropolskiego).

21 stycznia odbyło się wspólne szkolenie sił wykonujących zadania w strefie czarnobylskiej w zakresie ochrony elektrowni atomowej. W ćwiczeniach wzięły udział jednostki Sił Zbrojnych Ukrainy, Gwardii Narodowej, Państwowej Straży Granicznej, Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) i Policji Narodowej. Tego samego dnia pod nadzorem SBU prowadzono działania kontrwywiadowcze na terenie jednej z podmiejskich dzielnic Kijowa. Podkreślono, że celem operacji było wzmocnienie ochrony przeciwsabotażowej obiektów infrastruktury krytycznej.

Również 21 stycznia przedstawiciel ukraińskiego wywiadu wojskowego Andrij Jusow stwierdził, że rozpowszechniane w mediach informacje o bezpośrednim zagrożeniu militarnym ze strony Białorusi są elementem rosyjskiej operacji psychologicznej. Dodał, że obecnie nie istnieje możliwość realizacji operacji lądowej na pełną skalę z kierunku północnego.

22 stycznia prezydent Wołodymyr Zełenski powiedział, że dowództwu wojskowemu polecono utworzenie rezerw mających pozwolić „zregenerować się” żołnierzom dotąd angażowanym w działania wojenne. Przyznał, że jest to trudne m.in. z powodu kontuzji, jak i stanu psychicznego walczących na froncie. Zaznaczył, że nie może ujawnić szczegółów procesów mobilizacyjnych. Podkreślił również, że najważniejszym zasobem armii ukraińskiej są ludzie, których należy chronić.

22 stycznia prezydent Zełenski, komentując dymisję wiceministra ds. rozwoju wspólnot, terytoriów i infrastruktury Wasyla Łozynskiego (który został zatrzymany podczas przyjmowania łapówki w wysokości 400 tys. dolarów), wskazał na rosnące zagrożenie zjawiskami korupcyjnymi wśród wysokich urzędników państwowych. Zapowiedział, że władze dokonają kontroli kwestii finansowych w relacjach między rządem a regionami, a także zamówień dla wojska. Dzień wcześniej ukraińskie media obiegła informacja o aferze korupcyjnej w resorcie obrony, który zawarł umowę na zakup produktów żywnościowych dla sił zbrojnych po cenach dwa–trzy razy wyższych niż rynkowe. Niekorzystny kontrakt miał podpisać dyrektor Departamentu Zamówień Publicznych Ministerstwa Obrony, który jest podejrzany we wszczętej w sierpniu ub.r. sprawie o defraudację 580 tys. dolarów ze środków przeznaczonych na zakup amunicji. Minister obrony Ołeksij Reznikow odrzucił stawiane zarzuty, określając je celową manipulacją i wprowadzaniem w błąd. Dodał, że zwrócił się do SBU o przeprowadzenie dochodzenia w sprawie publikacji oczerniającej jego resort. 23 stycznia szef frakcji parlamentarnej Sługa Narodu Dawyd Arachamija oświadczył, że skorumpowani urzędnicy zostaną pociągnięci do odpowiedzialności zgodnie z prawem stanu wojennego, a władze zintensyfikują działania antykorupcyjne.

Komentarz

Po wyjściu sił rosyjskich w rejon głównych dróg na północ i zachód od Bachmutu miasto znalazło się w operacyjnym okrążeniu. Wojska ukraińskie zachowują względną swobodę ruchu drogami lokalnymi do Kramatorska przez Czasiw Jar, jednak także to połączenie znalazło się w zasięgu wrogiej artylerii. Przy uwzględnieniu wcześniejszych zdobyczy agresora na północnym wschodzie (zwłaszcza zajęcia Sołedaru) oraz presji na pozycje obrońców na zachód od kanału Doniec–Donbas utrzymanie Bachmutu będzie dla Ukraińców coraz większym problemem. Należy jednak przyjąć, że siły ukraińskie będą kontynuowały obronę miasta i podejmą działania na rzecz utrzymania przynajmniej jednej z głównych dróg zaopatrzenia, a w miarę rosnących możliwości sprzętowych – jego odblokowania. Kijów konsekwentnie stara się bowiem nie dopuścić do utraty kolejnych terytoriów w Donbasie i utrzymać obraz skutecznie prowadzonej obrony w przekazie informacyjnym (strona ukraińska nadal na przykład nie potwierdziła oficjalnie utraty Sołedaru), traktując je jako warunek utrzymania wysokiego morale w szeregach obrońców.

Ujawniane w ostatnich dniach informacje o aferach korupcyjnych i nadużyciach finansowych sygnalizują zagrożenie zwiększania się tego rodzaju przestępczości wśród urzędników państwowych. Władze Ukrainy zaniepokojone tą tendencją deklarują podjęcie zdecydowanego przeciwdziałania korupcji. Należy oczekiwać, że w najbliższym czasie służby odpowiedzialne za wykrywanie i ściganie przestępstw gospodarczych i korupcyjnych będą prowadzić szeroko zakrojone działania weryfikujące uczciwość kadr administracji centralnej. Jednym z warunków skuteczności będzie szybkie wyłonienie – w ramach toczącego się konkursu – nowego szefa Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy. Ten współdziałający ze Specjalną Prokuraturą Antykorupcyjną urząd ponosi szczególną odpowiedzialność za proces oczyszczania kadr państwowych z osób skorumpowanych.

osw.waw.pl

Mateusz Zimmerman: Wiemy w ogóle, ilu Polaków walczy w Ukrainie?

Dr Kacper Rękawek: Jeśli ktoś spróbuje panu podać konkretną liczbę, od razu będzie pan wiedział, że ten ktoś zmyśla. Dziś to nie do ustalenia.

Rosjanie jakiś czas temu opowiadali, że przyłączyło się do walki 1831 Polaków, z czego 400 już zginęło. Obie te liczby są wzięte z sufitu. Ta pierwsza miała się chyba niby przypadkiem kojarzyć z datą powstania listopadowego – a co do drugiej: gdyby w ciągu ostatnich 10 miesięcy odbyło się w Polsce 400 pogrzebów ochotników, którzy zginęli w Ukrainie, nikt by nie był w stanie takiej liczby ukryć, choćby przed mediami.

Ale o pogrzebach słychać. Zwłaszcza ostatnio.

Janusz Szeremeta i Krzysztof Tyfel, którzy zginęli niedawno, to były nietypowe przypadki: pierwszy był aktywny w mediach społecznościowych, drugi – widoczny w swoich materiałach wideo. Ale znakomita większość Polaków, którzy pojechali tam walczyć, niechętnie rozmawia z dziennikarzami czy naukowcami. Nie znamy ich twarzy i nazwisk – i oni chcą, aby tak zostało.

Dalsza część artykułu znajduje się pod materiałem wideo

Dlaczego jeszcze trudno tych ochotników zliczyć?

Z zagranicznymi ochotnikami w Ukrainie jest ten problem, że oni cały czas są w ruchu. Nie służą tylko w legionie międzynarodowym, są rozsiani po różnych batalionach armii ukraińskiej. Ona jest zresztą bardzo liberalna, pozwala im zmieniać jednostki – jednoosobowo lub grupami.

Poza tym ochotnicy wykonują różne role: część walczy na linii, inni organizują pomoc humanitarną lub szkolenia na tyłach. Ktoś może przez pewien czas wykonywać jedną z tych ról, a potem inną.

Inny problem: ktoś wyjeżdża do domu, potem wraca do Ukrainy, znów wyjeżdża… Ukraińcy nie robią z tego problemu – tym bardziej że ktoś taki wraca z reguły z kilkudziesięcioma kilogramami ekwipunku m.in. medycznego albo z zebranymi środkami z różnych zrzutek. Ukraińcy rozumieją, że każdy ochotnik może im pomóc nie tylko poprzez siedzenie w okopie.

Dopiero pod koniec grudnia pojawił się w Sejmie projekt abolicji dla Polaków, którzy pojechali walczyć w tej wojnie bez wymaganych prawem zgód. Czyli: przez 10 miesięcy ich sytuacja prawna była dwuznaczna – przepisy przepisami, ale władza wysyłała niejasne sygnały: jakoś to będzie. O czym to świadczyło i świadczy?

O tym, że trwa u nas debata, w jaki sposób obchodzić się z własnymi obywatelami, którzy jadą na zagraniczną wojnę. Każde państwo stoi przed takim problemem i rozwiązuje go na swój sposób. Zachód zderzył się z tym czołowo mniej więcej dekadę temu, kiedy tysiące ludzi zaczęły wyjeżdżać na wojnę do Syrii – i dołączały do ISIS. W pewnym momencie cały europejski aparat kontrterrorystyczny się tym zajmował.

Pod pewnymi względami sprawa była tutaj prosta. Pojawiła się rezolucja ONZ zakazująca dołączania do organizacji terrorystycznych. Pozostało przeniesienie tych przepisów do prawa w poszczególnych krajach.

Natomiast ogólnie w krajach anglosaskich, czy szerzej: zachodnich, foreign fighting uznawany jest de facto za prawo człowieka. Innymi słowy: możesz jechać na zagraniczną wojnę, walczyć i wrócić do kraju. Jeśli nie popełnisz zbrodni wojennych albo nie dołączysz do organizacji terrorystycznej, nie będziemy ci robić kłopotów.

A Polska?

Przepisy mamy podobne do innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Polskie prawo mówi komuś, kto chce jechać na wojnę: możesz jechać, ale po spełnieniu określonych warunków. Dostarczysz parę dokumentów, państwo cię prześwietli i da ci błogosławieństwo – albo i nie. Będzie wiedzieć o twoim wyjeździe i o twoim powrocie.

W praktyce część państw regionu, zwłaszcza państwa bałtyckie, przyjmuje zasadę: im mniej będziemy o tym mówić, tym lepiej dla wszystkich. Jeśli chcesz pojechać na tę wojnę i walczyć po "właściwej" stronie, nie będziemy ci robić przykrości. Nie będziemy pokazywać twojej twarzy i postaramy się, żeby nie mówiono o tobie za wiele w mediach. I to jest też jedno z wyjaśnień tego, że o Polakach walczących w Ukrainie wiemy tak mało.

Ta planowana abolicja to dobry pomysł?

Tak uważam. Czesi już się z tym uporali: prawo mają podobne do naszego, ale prezydent po ustaleniach z rządem już dawno ogłosił, że obywatele, którzy pojadą walczyć do Ukrainy po "właściwej" stronie, będą objęci abolicją – oczywiście na podstawie kontraktów czy innych oficjalnych danych na temat ich służby w ukraińskiej armii.

To pozwoli też Czechom na zgromadzenie wiedzy na temat ludzi, którzy wyjechali. I tę wiedzę powinny mieć też państwa, które zakazują foreign fightingu i nie przyjęły jeszcze abolicji, czyli Bałtowie i Polska.

Po co ta wiedza?

Powrót z takiego konfliktu to nie jest powrót z wyjazdu do pracy za granicę. Ci ludzie czasem są straumatyzowani, potrzebują pomocy w znalezieniu pracy, niekiedy spotkali kogoś nieprzyjemnego i weszli w kontakty ze zorganizowaną przestępczością. Trzeba się jakoś zmierzyć z tymi wyzwaniami, żeby oni mogli się zaadaptować do normalnego życia. Państwa zachodnie to przerabiały.

Poza tym powinniśmy być gotowi na gorsze scenariusze. Teraz mamy do czynienia z wojną, która z punktu widzenia polskiej racji stanu i społecznych odczuć jest czarno-biała. Ale kiedyś może dojść do sytuacji, w której grupa polskich obywateli pojedzie walczyć w konflikcie, który będzie dla polskiej opinii publicznej kontrowersyjny.

Rozwinie pan?

Nasza struktura demograficzna będzie się zmieniać, będzie przybywać polskich obywateli pochodzących z miejsc, które uważamy dziś za "egzotyczne". Nagle gdzieś wybuchnie wojna domowa i okaże się, że kilkuset czy kilka tysięcy Polaków pojedzie walczyć w ojczyźnie swoich rodziców. Niektórzy mogą walczyć po przeciwnych stronach. Niektórzy – niekoniecznie po tej stronie, z którą większość Polaków by sympatyzowała. To jest scenariusz, na który państwo powinno być przygotowane.

Wróćmy do Ukrainy. W 2014 r. na tamtejszą wojnę pojechali inni ludzie niż teraz – pisze pan w podtytule swojej nowej książki "Foreign Fighters in Ukraine" o "brunatno-czerwonym koktajlu".

Tylko szczególny typ ludzi uznał już dziewięć lat temu, że jest gotów jechać tam i walczyć. Nie oszukujmy się: to była wtedy dla wielu Europejczyków "dziwna wojna". Większość z nas dobrze się czuła z iluzją, że Donbas jest gdzieś daleko i to nie nasza sprawa. Cała Europa była znacznie bardziej podatna na narrację, że to trochę wojna domowa, że rosyjska mniejszość walczy o swoje prawa itd. To, że wszyscy tam mówili po rosyjsku, dodatkowo zaciemniało sytuację.

Tak. Jedni mówili: jadę walczyć za konserwatywną Rosję, która się bije z liberalnym, zepsutym Zachodem. Inni: powstały Doniecka i Ługańska Republika Ludowa, a ja jako komunista powinienem wesprzeć "władzę ludu". Jeszcze inni jechali walczyć w obronie Ukrainy, ale i Europy przed azjatyckimi hordami.

Te uzasadnienia nie są wolne od sprzeczności, ale to nam mówi dwie rzeczy. Jedna: ci ludzie często niewiele wiedzieli o Rosji i Ukrainie, zanim tam trafili. Druga: że każdy projektował swój światopogląd na to, co się na wschodzie Ukrainy rzeczywiście działo.

A po 24 lutego to się zrobiło prostsze?

Jasne. Wszyscy widzieli w telewizji albo internecie rosyjskie helikoptery lecące na Hostomel, trupy w Buczy, bombardowanie teatru w Mariupolu. Mnóstwo ludzi zaczęło to postrzegać jak walkę Dawida z Goliatem. Albo: rebeliantów z imperium.

Ochotnicy z szeroko pojętego Zachodu mówią: trzeba bronić demokracji przed tyranią, słabszych – czyli ukraińskich kobiet i dzieci – przed mordercami i gwałcicielami.

Łatwo się z tym emocjonalnie utożsamić.

U ludzi z naszej części świata dochodzi jeszcze jedno: poczucie, że Ukraina to nie jest ostatnie danie, które Moskwa chce zobaczyć na swoim stole. Skoro konflikt już wybuchł, to pojawiła się szansa, żeby Rosję zatrzymać i osłabić – tak, żeby przez 10-15 lat nie miała siły się porwać na nic podobnego. Bałtowie, Czesi czy Polacy mają to z tyłu głowy.

To są motywacje, można powiedzieć, obiektywne – a subiektywne?

Zawsze mówimy o wyborach powiązanych z tym, że ktoś ma taki, a nie inny moment w życiu. Jeden ma dosyć pracy, chce ją rzucić, ale nie ma pomysłu na inną. Drugi miał przerwę w życiorysie. Trzeci jest byłym wojskowym, ma umiejętności, a zarazem brakuje mu życia w mundurze.

Ktoś inny chce się sprawdzić w "trudnych warunkach". Jeszcze ktoś inny uznaje, że swoje już zrobił – zarobił pieniądze, zbudował dom – i może jechać na wojnę, pomagać innym.

Decyduje też impuls, trigger. Widzą w telewizji obrazek, jak ojciec wsadza dwójkę dzieci do autobusu, a sam chwyta za broń. Albo masowe groby czy zwłoki na ulicach. I wtedy się myśli: ja też powinienem coś zrobić. To niezależne od narodowości.

A narodowościowo jak to wygląda?

Cała ta rzesza ochotników dzieli się na równoległe światy. W jednym z nich są Białorusini i Gruzini — największe grupy ochotników, co zresztą widać po poziomie ich strat. To specyficzne kontyngenty: często walczą w jednonarodowych jednostkach, część żołnierzy ma też paszporty ukraińskie, co oznacza, że mogą dowodzić jako oficerowie ukraińskiej armii. Wielu z nich jest tam od 2014 r. Białorusinów walczy w Ukrainie kilkuset, może tysiąc. Gruzinów – znacznie mniej.

Druga duża grupa to ci, którzy przyjechali w tym roku. Najwięcej jest Anglosasów: Amerykanów i Brytyjczyków, sporo ludzi z Kanady i Australii. Oni się trzymają razem. Mniej jest za to Niemców, Francuzów, Włochów i Hiszpanów. Silną grupę stanowią stroniący od mediów obywatele państw Europy Środkowej: Bałtowie, Polacy, Czesi.

Są również ludzie z krajów odległych, jak Tajwan czy Korea Południowa, którzy musieli włożyć wielki wysiłek organizacyjny i finansowy, żeby się dostać na taką wojnę. U tych, którzy pochodzą np. z Ameryki Południowej, ma też znaczenie specyficzny światopogląd – opinia publiczna w tych państwach jest często antyamerykańska i jeśli coś w ogóle wie o wojnie w Ukrainie, to uważa ją za "wojnę zastępczą" Waszyngtonu.

Kilka tygodni temu pojawiły się informacje, że istotną rolę w ukraińskich oddziałach międzynarodowych odgrywa niejaki Broda – były pruszkowski gangster. To nie jest wizerunkowo dobra informacja ani dla Polski, ani dla Ukrainy – ale czy ona nam mówi coś większego?

Wyszło na jaw coś, co już wcześniej było tajemnicą poliszynela: do legionu międzynarodowego trafili także ludzie, za którymi ciągnęły się różne nieciekawe historie. Co gorsza, niektórzy z nich odgrywali w legionie istotne role. Ale po prawdzie pytania o to należałoby kierować do Kijowa.

Pospieszny sposób tworzenia tych oddziałów chyba miał tu znaczenie?

Legion międzynarodowy jest obciążony "grzechem pierworodnym". Pierwszy apel prezydenta Zełenskiego do zagranicznych ochotników, by przyjeżdżali i wstępowali do armii ukraińskiej, był z PR-owego punktu widzenia bardzo sensowny.

To był jeden ze sposobów, by umiędzynarodowić sprawę ukraińską. Ale także: sprawić, by na Ukrainie pojawili się żołnierze z doświadczeniem w armiach NATO, skoro było jasne, że Sojusz jako całość się w tę wojnę nie włączy.

Tylko że formowanie tych oddziałów było operacją na żywym organizmie w warunkach wojennych. Ujawniło się mnóstwo problemów: administracyjnych, logistycznych, ludzkich – i wszystkie trzeba było rozwiązywać, co udawało się lepiej lub gorzej. Ukraińcy przede wszystkim szybko się zorientowali, że powinni byli uściślić to wezwanie: potrzebujemy ludzi z doświadczeniem wojskowym, a najlepiej wojennym. Bo przyjechało mnóstwo takich, którzy się po prostu na wojnę nie nadawali.

Z jakich powodów?

Oprócz braku doświadczenia – wiek czy stan zdrowia. Albo ktoś znalazł się w ośrodku szkoleniowym w Jaworowie akurat wtedy, kiedy spadły tam rosyjskie rakiety – i zrozumiał, że nie da rady. Ale byli też tacy, którzy się nie nadawali z innych powodów: wprawdzie potrafią trzymać karabin, ale szukali np. okazji do zrobienia jakichś nieuczciwych interesów.

Na to się jeszcze nakładają inne problemy. Nieporozumienia komunikacyjne. Chaos typowy dla czasu wojny. Ukraina to przecież nie było państwo idealnie wydolne także przed wojną.

Możemy to opisać na jakimś przykładzie?

Najpierw wyjaśnienie: legiony międzynarodowe w Ukrainie są w zasadzie dwa. Jeden należy do regularnych sił lądowych, drugi podlega wywiadowi wojskowemu, który wzdłuż całego frontu rozsyła niewielkie grupy operatorów. Ta druga formacja działa więc bardziej na zasadzie operacji specjalnych. Co istotne: okazało się, że oficerowie oddelegowani do dowodzenia tym pierwszym legionem to nie jest creme de la creme ukraińskiej armii.

Jak to?

Nic nadzwyczajnego – kwestia priorytetów. Przecież najlepszych oficerów Ukraińcy potrzebują w jednostkach liniowych. Do legionu międzynarodowego skierowano za to tych, którzy lepiej porozumiewają się po angielsku – a niekoniecznie najlepszych jako dowódcy.

W sensie czysto wojskowym dla Ukraińców legion nie jest priorytetem i trudno im z tego czynić zarzut. Jeśli mogą szybko przygotować na front oddział złożony z członków obrony terytorialnej, którzy mówią po ukraińsku, to zawsze pójdzie to sprawniej niż z obcokrajowcami. Ale z drugiej strony: czasem posyła się zagranicznych ochotników tam, gdzie front trzeszczy, również dlatego, że to podnosi morale.

Z punktu widzenia obcokrajowców ta służba bywa bardziej frustrująca niż się spodziewali – zwłaszcza jeśli ktoś przywykł do standardów armii lepiej zorganizowanej, nowocześniejszej. Zdarza się, że ktoś taki wraca do rodzinnego kraju, zaczyna rozmawiać z mediami i wygłasza litanię narzekań. Nie jestem zwiadowcą, a chcieli mnie wysyłać na zwiad. Nie było dla mnie karabinu snajperskiego. Wsparcie lotnicze nie istniało. Ewakuacja medyczna kulała. I tak dalej.

Tego rodzaju opowieści Ukrainie, delikatnie mówiąc, nie pomagają.

Właśnie. Kształtują obraz, że Ukraińcy sobie z wojną nie radzą, a to nie jest prawda. Zadajmy sobie pytanie, czy na ich miejscu radzilibyśmy sobie lepiej.

Poza tym zagraniczni ochotnicy mogą o chaosie czy o problemach w Ukrainie opowiadać "w domu" w inny sposób – na przykład spotykając się z ludźmi i zachęcając ich do udziału w zbiórkach, na zasadzie: byłem tam, widziałem na własne oczy, jest ciężko, ale będzie lżej, jeśli dorzucicie parę dolarów.

Doświadczony saper niekoniecznie będzie służyć w Ukrainie jako saper, a majorem marines będzie dowodzić miejscowy porucznik. Tak to działa. Pewien Amerykanin walczący w Ukrainie powiedział w wywiadzie dla "New Yorkera" coś, co mi zapadło w pamięć: nie przyjechałem tutaj, by wykonywać akurat tę robotę – ale to ta robota musi być wykonana. I to takich ludzi Ukraińcy potrzebują i doceniają.

Te kilka pogrzebów Polaków, którzy polegli niedawno w Ukrainie i o których było głośno, nasuwa inne jeszcze pytania: czy należą się tu od państwa jakieś świadczenia – poległym, rannym lub ich rodzinom? A jeśli tak – to od którego państwa?

Polacy, którzy tam dziś walczą, dostają żołd od państwa ukraińskiego i są przez nie ubezpieczani. To oczywiście nie musi być koniec świadczeń ze strony ukraińskiej – a Polska może próbować wpłynąć na to, jakie Kijów przyjmie rozwiązania w tym zakresie.

Przykład? W latach 90. Chorwaci dawali emerytury wszystkim walczącym w ich szeregach obcokrajowcom. Tu nikt cudów raczej nie będzie oczekiwać, zważywszy na to, że sytuacja gospodarcza Ukrainy po wojnie będzie skrajnie trudna. Chodzi o symboliczne uznanie. Czymś takim byłoby też przyznawanie zagranicznym weteranom obywatelstwa – ale podejrzewam, że na to Ukraińcy już wpadli.

A czy Polska powinna tutaj wziąć na siebie jakieś zobowiązania?

To jest ważna kwestia do publicznego przedyskutowania. Przypominam: państwa zachodnie miały dla powracających z zagranicznych konfliktów różne rozwiązania, głównie na poziomie wspólnot lokalnych. Chodziło o to, by uprzedzić problemy społeczne wynikające z takich powrotów.

My mamy dziś pewien komfort: dla większości Polaków walka w obronie Ukrainy to jest sprawiedliwa wojna. Ci, którzy na nią pojechali, nie będą po powrocie np. izolowani społecznie – większość rodaków pewnie trzyma dziś za nich kciuki. Walczą za sprawę istotną z punktu widzenia także naszego bezpieczeństwa.

Powstają więc pytania: Czy chcemy im pomóc? Czy chcemy ich uhonorować? – a jeśli tak, to w jaki sposób? To nie muszą być wielkie rzeczy – choćby dostępność doradztwa zawodowego czy pomocy psychologicznej. Być może łatwiej byłoby dziś o społeczne poparcie dla tego rodzaju rozwiązań. Nie mówiąc już o tym, że zapewne chcielibyśmy chronić ich i nas przed ewentualnymi złymi konsekwencjami ich udziału w tej wojnie.

onet.pl

Już w tytule swojej najnowszej książki – "Niedźwiedź w objęciach smoka. Jak Rosja została młodszym bratem Chin" określił pan stosunki, jakie łączą obecnie Chiny i Rosję. Ale jak właściwie rozumieć tę zależność?

Prof. Michał Lubina: – Te stosunki są skomplikowane i wieloaspektowe. Mają one w sobie coś paradoksalnego. Bo więzy łączące Rosję i Chiny nie są czarno-białe. Rosja, "młodszy brat" z podtytułu mojej książki, jeszcze za czasów ZSRR był tym "starszym", ale zależności w tej politycznej rodzinie się odwróciły, teraz jest odwrotna hierarchia. Rosja się z tym pogodziła, więc związek trwa. Ale ta rodzina polityczna jest tyleż sprawna, co toksyczna: na szczęśliwą wygląda tylko na zdjęciu, jest ze sobą, bo to się opłaca. Rosji i Chinom w tym związku nie jest idealnie, ale trwają w nim, bo dobrze wiedzą, że bez wzajemnego wsparcia miałyby jeszcze gorzej.

Na czym opierają się korzyści, o których pan wspomniał?

– Relacje rosyjsko-chińskie mają kilka filarów. Pierwszym z nich jest bycie dla siebie strategicznymi "tyłami". Oba kraje zrozumiały to już dobre 30 lat temu. Każde z nich ma problem z Zachodem. Stąd, jeśli będą miały zabezpieczone strategiczne tyły — Rosja ma spokój od wschodu, Chiny od północy — to łatwiej będzie im funkcjonować na świecie. Chińczycy nazwali tę strategię bèikàobèi, co dosłownie oznacza opierać się plecami w plecy. Jest to dość popularne określenie tego związku i dość trafne. Drugie, co łączy oba mocarstwa, to rewizjonizm wobec obecnego amerykańskiego porządku międzynarodowego. On falował, raz był silniejszy, raz słabszy. Od czasów Xi Jinpinga i jego politycznej przyjaźni z Władimirem Putinem zintensyfikował się, stając się wręcz pierwszorzędnym, w czym głównie zasługa Xi. Rosji i Chinom nie podoba im współczesny świat i amerykańska dominacja w nim, dlatego chcą ją podważyć na różne sposoby. Rosja trochę bardziej bezczelnie, Chiny nadal bardziej umiarkowanie, choć i tak są dużo bardziej asertywne niż były przed 2012 r., czego przykładem może być tak zwana dyplomacja "wilczych wojowników". Ten drugi filar relacji, rewizjonizm, ma też wymiar ideologiczny. To sprzeciw wobec demokracji, praw człowieka, trójpodziału władzy, czyli ideologicznej nadbudowie obecnego amerykańskiego porządku międzynarodowego.

Trzecim filarem jest współpraca gospodarcza, która zasadniczo sprowadza się do tego, że obecnie Rosja jest zapleczem surowcowym dla Chin. Gdy spojrzymy na bilans handlowy obu krajów, to przeważają w nim właśnie surowce, głównie nieprzetworzone. Absolutnie na pierwszym miejscu jest ropa, potem gaz, węgiel, drewno itd. Wprawdzie Moskwa jeszcze 15-20 lat temu miała o to pretensje, bo chciała, żeby wymiana była bardziej zrównoważona, ale w końcu spasowała, najwidoczniej godząc się ze stanem rzeczy, zgodnie z zasadą "jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma". W końcu zarabia na tych surowcach, co ma dla niej niebagatelne znaczenie, szczególnie teraz. W tej współpracy gospodarczej jeszcze 10-15 lat temu rdzeniem była sprzedaż broni z Rosji do Chin. Ale w ostatnich latach to mocno osłabło, prawdopodobnie dlatego, że Chińczycy kupili już prawie wszystko, co chcieli od Rosji kupić. Ostatnie duże umowy były podpisane po pierwszej inwazji na Ukrainę.

Nie jest jakaś wspólnota państw powodowana wzajemną sympatią. To są w dużej mierze obce dla siebie kraje, które wprawdzie zbliżyły się do siebie w ostatnich dwóch czy trzech dekadach, ale w niczym nie zmienia to faktu, że dalej pochodzą z dwóch różnych światów. Chiny są starą i ważną cywilizacją, Rosja, należy do europejskiej, choć jest specyficzną jej odmianą. To są dwa różne światy, mimo że umieją się ze sobą jakoś porozumieć, zmniejszyć niechęć, odsunąć resentymenty na dalszy plan, to nie jest taka społeczność, jak Zachód.

Przejdźmy do wojny w Ukrainie. Czy Pekin był przygotowany na taką formę kryzysu, czy był nią zaskoczony?

– W tym przypadku możemy mówić o potrójnym szoku. Po pierwsze, że Rosja zaatakowała pełnoskalowo i nie wygrała od razu. Po drugie Ukraina, która broniła się bardzo mężnie – to było bardzo dziwne dla Chin, bo oni ogólnie rzecz biorąc mało wiedzą o Ukrainie, uważają, że są to tacy trochę Małorosjanie, więc zakładali słaby opór, a wręcz witanie Rosjan chlebem i solą. I po trzecie, skala pomocy Zachodu. Choć z naszej perspektywy wygląda ona niespecjalnie pokaźnie, to z chińskiego punktu widzenia Zachód pomógł Ukrainie nieprawdopodobnie. To są takie trzy rzeczy, które Chiny mocno zaskoczyły, wręcz zszokowały i sprawiły, że Państwo Środka trochę nie wiedziało, co zrobić po tym, co się wydarzyło. Szczególnie po pierwszym tygodniu, w którym Rosja zaczęła ofensywę i po którym było już jasne, że nie zdobędzie błyskawicznie Kijowa. Wtedy Chińczycy się zorientowali, że plan Putina był inny i trochę rakiem zaczęli się wycofywać ze zbyt bliskiego utożsamienia się z Rosją, ale też nie na tyle wyraźnie, żeby ją obrazić. W konsekwencji była to postawa trochę na zasadzie "i zjeść ciastko, i mieć ciastko". To może trochę dziwić kogoś, kto nie zna się na Chinach i ich dyplomacji. Bo jak czyta się chińskie komunikaty, to można odnieść wrażenie, że nic z nich nie wynika. Jeżeli na przykład minister spraw zagranicznych Wang Yi mówi, że "historia przyzna rację Chinom" i że ich "stanowisko jest obiektywne", to jest piękne pustosłowie. Takimi frazesami Chiny są w stanie wiele zamieszać, zamącić i to im się udaje. Dlatego były w stanie wykaraskać się z bycia z Rosją w jednym obozie w sprawie Ukrainy, bo pół świata ostatecznie nie wiedziało, czy Chiny są za wojną, czy przeciw.

A czy wspomniany brak natychmiastowej wygranej nie sprawi, że jednak Chiny przestaną postrzegać Rosję jako mocne państwo i zweryfikują swojego stanowiska wobec niej?

– To jest pytanie za sto punktów. Cały świat się nad tym zastanawia, dlatego, że chińskie przytulenie się do Rosji bierze się z rozczytania sytuacji międzynarodowej, w której Stany Zjednoczone chcą zablokować globalny rozwój Chin i jej powrót na należne im miejsce. No i teraz, jeśli założymy, będąc Chińczykami, że amerykański hegemon jest nieprzejednany w swoim działaniu i prędzej czy później czeka nas konflikt z nim, to w tym momencie, czegokolwiek głupiego Rosja by nie zrobiła, to i tak będziemy ją przy sobie trzymać. Dlatego, że ma broń atomową i to taką broń atomową, która może zniszczyć Amerykę. A broni w takiej skali Chiny jednak jeszcze nie mają. Poza tym Rosja to bezpieczeństwo od północy. Jeżeli natomiast Chińczycy uznają, że a nuż da się trochę ułożyć z USA, może z tym Bidenem nie będzie tak źle, to w tym momencie już pewne dystansowanie się od Rosji byłoby możliwe.

Która z tych dróg jest pana zdaniem bardziej prawdopodobna?

– To o czym powiedziałem, to takie dwa "metarozwiązania", ale oczywiście pomiędzy nimi mamy dużo pośrednich i mam wrażenie, że Chiny balansują w ich obrębie. Radek Pyffel miał takie fajne powiedzenie, interpretujące chińskie stanowisko: shé xíng yùndòng, czyli dosłownie ruch węża. W Polsce odczytujemy dyplomatyczne komunikaty na takiej zasadzie, że albo ktoś jest "za" albo "przeciw" – poparli albo nie poparli. A Chiny są jak wąż, który pełzając, rusza się raz w jedną, raz w druga stronę. To nie są gwałtowne ruchy, to nie jest atak kobry, żeby zostać już przy serpensowych porównaniach, tylko pełzanie i lekkie skręcanie na boki. Dlatego też chińskie komunikaty są właśnie tak niejednoznaczne. Raz będą bardziej prorosyjskie, raz będą bardziej dystansujące się, ale nigdy nie będą skrajne. Będą raczej utrzymane w duchu balansowania. Telefon do Putina w dniu urodzin Xi w czerwcu 2022 r. to jest właśnie ruch bardziej w stronę rosyjską. Ale to nie jest całkowite postawienie się po stronie rosyjskiej, dlatego, że jak wsłuchamy się w to, co Xi wtedy powiedział, to okaże się, że nie była to jakaś wyraźna i twarda deklaracja. Więc gra się toczy. Proszę też zwrócić uwagę, że gospodarczo Chiny nie za bardzo pomogły Rosji. Także znowu wracamy ruchów węża, balansowania.

Czy rosyjska agresja nie wpłynęła na chińskie plany budowy nowego jedwabnego szlaku i nie pogrzebała tego projektu?

– To zależy, co rozumiemy przez nowy jedwabny szlak. Jeżeli ma pan na myśli ogólnie pojętą nić tranzytową z Chin do Europy przez Wschód i Polskę, to jest to część koncepcji z 2013 r. Ale trzeba zaznaczyć, że nowy jedwabny szlak wyrósł pierwotnie z myśli o Azji Środkowej i nie bez powodu został ogłoszony w Astanie. Dopiero potem Chińczycy przebąkiwali coś o Europie, w tym o Polsce, a w międzyczasie była jeszcze Indonezja. I tak na dobrą sprawę nowy jedwabny szlak, ponieważ jest pomysłem Xi Jinpinga, to z powodu panującego w Chinach kultu jednostki (czyli: tak, jak przywódca mówi, tak ma być) został rozdmuchany do takich rozmiarów, że tak na dobrą sprawę zatarła się granica w mówieniu o jedwabnym szlaku i polityce zagranicznej Chin. Dlatego, że każdy projekt chiński i to zarówno w przyszłości, jak i z przeszłość – na przykład port Gwadar w Pakistanie, był i jest nazywany nowym jedwabnym szlakiem. Stąd mamy jedwabny szlak prowadzący do Chile, mamy jedwabny szlak prowadzący na Arktykę, mamy jedwabny szlak prowadzący w kosmos, a nawet cyfrowy jedwabny szlak. W ogóle wszystko jest jedwabnym szlakiem. Stąd jedwabny szlak jako taki nie może się skończyć, ponieważ nie wiadomo właściwie, czym on jest i czego miałby dotyczyć. Rozmyto tutaj granicę między konkretnym pomysłem infrastrukturalnym, który wyrósł z logiki regionalnej a polityką zagraniczną w jej ogólnym ujęciu – oraz jej nadbudową ideologiczną. A ponieważ sam Xi firmuje ten projekt, to zapewniam, że nowy jedwabny szlak na pewno nie umrze, no, chyba że jego autor straci władzę. Natomiast dopóki Xi jest u władzy, to Chińczycy dalej będą mówić o nowym jedwabnym szlaku, bo to jest pomysł szefa.

Wracając jeszcze do pomocy gospodarczej, której Chiny Rosji bezpośrednio nie udzieliły. Na Rosję nałożono sankcje, ale są one długoterminowe, więc ich wyraźnych efektów jeszcze nie ma. Wspomniał pan o wymianie handlowej opartej na surowcach, za które Państwo Środka płaci. Więc może to było kluczowe i mieliśmy tutaj dwa w jednym — Chiny skorzystały wizerunkowo, bo nie udzieliły bezpośredniej pomocy, ale tak naprawdę nie udzieliły jej, bo nie musiały?

– Myślenie, że sankcjami Rosję rzuci się na kolana, było z założenia naiwne. Iranu nie dało się rzucić restrykcjami na kolana, a co dopiero Rosję. Mam doświadczenie w badaniach krajów, które poddano sankcjom. Weźmy taką Birmę, w której pierwsze ograniczenia były wprowadzane w 1988 r. I to nic nie dało. Część z przywódców Zachodnich naiwnie myślała, że to poskutkuje, nie mniej większość z nich wiedziała, że to nic nie da, ale trzeba było podjąć jakieś działania, bo ich społeczeństwa oczekiwały, żeby "coś zrobić". I mam wrażenie, że z Rosją też tak jest. To znaczy, była społeczna presja, żeby działać, więc powiedziano, że wprowadzamy sankcje, bo co innego?

A teraz, wracając do chińskiej pomocy. Chiny zrobiły to, co zawsze robią. Oni owszem, kupili więcej rosyjskiej ropy, ale kupili ją po zniżce. Były komunikaty mówiące o tym, że dostali spory upust. Więc przy ówczesnych cenach jak najbardziej to był dobry interes dla Chin, zresztą zawsze tak robili i to żadna nowość. Natomiast rzeczywiście nie weszli kapitałowo do Rosji, nie udzielili kredytów, nie zrobili nowych inwestycji bezpośrednich, nie robili jakiś wielkich operacji ratowania rubla, a przynajmniej nie wiadomo o tym publicznie. Nie zrobili niczego, co by sprawiło, że sami oberwaliby sankcjami wtórnymi. Zrobili po prostu to, co ich nic nie kosztuje, bo nie da się nałożyć restrykcji na większość handlu ropą między Rosją a Chinami. A skoro to ich nic nie kosztuje, no to czemu nie mieliby na tym zarobić? Z kolei tam, gdzie mogliby coś stracić, przyhamowali. I znowu, w tym wszystkim postawa chińska jest niejednoznaczna. To nie jest takie czarno białe, że pomogli albo nie pomogli… No niby pomogli, ale zasadniczo tam, gdzie sami na tym zarobili i mało kto na ich miejscu postąpiłby inaczej. Oczywiście Rosja na tym nie tylko nie straciła, ale nawet zyskała. Natomiast nie był to jakiś super gest w stylu rzucenia koła ratunkowego tonącemu. Więc sam pan widzi, że obraz sytuacji jest mocno szary, niejednoznaczny. Dlatego stosunki rosyjsko-chińskie są tak trudne do interpretacji, jak chce się być uczciwym, bo oczywiście można lecieć zero jedynkowymi hasłami, ale w rzeczywistości jest to wszystko bardziej skomplikowane.

Są głosy, które mówią, że jeżeli przegrałaby wojnę na Ukrainie, to mogłaby się nawet rozpaść. Czy w takim wypadku Chiny wchłonęłyby część jej terytorium, szczególnie tę, którą kiedyś na jej rzecz straciła?

– Rosja w przypadku przegranej raczej się nie rozpadnie. Ale dobrze, pomarzyć można, więc rozważmy taki scenariusz, że Rosja się rozpada. Nawet w takim przypadku, znaczna część jej obszarów dalej jest rosyjska, mówiąc etnicznie. Kto mógłby się odłączyć? Mógłby to być Tatarstan (który zresztą jest otoczony przez żywioł rosyjski), a także Kaukaz, Jakucja, Kamczatka, Czukocja, które są absolutnie bez znaczenia w sensie strategicznym. Natomiast reszta to dalej są Rosjanie. Owszem, możemy sobie pomarzyć, bo byłoby wspaniale, gdybyśmy mieli zamiast jednego mocarstwa 15 krajów rosyjskich. To byłaby pewna forma deimperializacji Rosji. Natomiast to są dalej Rosjanie. Tam w zbyt wielu obszarach jest przewaga żywiołu rosyjskiego.

I teraz, przechodząc do pytania, żebyśmy mieli świadomość: chińska kolonizacja Syberii jest absolutnym mitem. W Polsce jest on bardzo popularny, na Zachodzie trochę też, ale w Rosji już nie, bo po 30 latach od jego narodzin już wiadomo, że Chińczyków na Syberii praktycznie nie ma. Etnicznie są małą grupą, a w dodatku ich liczba jeszcze się zmniejsza. Jeśli chodzi o mieszkańców Dalekiego Wschodu Rosji, to są nimi głównie Rosjanie i trochę innych narodów. Populacja Chińczyków wynosi tam ok. 200 tys. przy ośmiu mln Rosjan. Licząc całą Syberię, z Dalekim Wschodem, całość populacji wynosi 25 mln, a Chińczyków jest tam maksimum pół miliona, a pewnie znacznie mniej. Tak więc liczby są nieubłagane: rzekoma chińska kolonizacja Syberii to mit. Oczywiście w niczym nie zmienia to chińskiej pamięci historycznej, w której jest przekonanie, że wschodnia Syberia została im ona skradziona w XIX w., więc powinna do nich wrócić. Ale Chińczycy mogą poczekać, tym bardziej, że żeby tak się stało, to Rosja musiałaby być nieprawdopodobnie słaba. No a przede wszystkim musiałaby się rozpaść i utracić możliwość użycia broni atomowej.

Czyli Chiny nie będą się Rosji narażać, nawet jeśli będzie ona w słabszej formie?

– Chińczycy nie zaryzykują zagarnięcia tych obszarów, bo wiedzą, że Rosja ma broń atomową i w takiej sytuacji nie zawaha się jej użyć. Pamiętajmy, że w Chinach jest przekonanie, że Rosja jest wojowniczym narodem. W chińskim stereotypie Rosjanin to surowy człowiek, który lubi się bić, więc lepiej go nie ruszać, bo taki chłopak z siłowni; dresiarz, z którym lepiej dobrze żyć, nie patrzeć w jego stronę, a nawet jeszcze odpalać jakąś kasę, żeby przypadkiem nic głupiego nam nie zrobił. Więc ten dresiarz musiałby być bardzo słaby, żeby zabrać mu dom, w którym mieszka, a który dostał od swojego pradziadka po tym, jak ten go ukradł. Ale Chińczycy cały czas pamiętają o swojej własności, to bez dwóch zdań. Kiedyś sobie przypomną, ale mówimy o perspektywie wieku, nie dekady.

Te dywagacje to, jak wspomniałem, mówienie o sytuacji wymarzonej w polskiej perspektywie – że Rosja się rozpada. Natomiast dużo bardziej prawdopodobne jest sytuacja, w której Rosja słabnie, ale się nie rozpada. I w tym momencie w regionach mamy chaos, mamy biedę, mamy rosnącą przestępczość, która oczywiście odstrasza inwestorów, więc ogólnie rzecz biorąc same problemy. Przy tym wszystkim będziemy mieli narastający nacjonalizm. A to wszystko nie jest potrzebne Chinom.

A więc Rosja może czuć się bezpieczna nawet w przypadku bardzo niekorzystnego dla niej przebiegu wojny?

– Podstawową i pierwszą kalkulacją chińską jest to, że istnieje jedno państwo na świecie, które może zatrzymać ich rozwój. I są to Stany Zjednoczone Ameryki. I dopóki USA są najsilniejszym państwem na świecie, to Chiny będą trzymały przy sobie Rosję i nie będą im robiły żadnych głupot w postaci dywersji i prób zabrania ziemi, ponieważ muszą najpierw poradzić sobie ze Stanami. Z chińskiej perspektywy, to USA muszą przestać blokować Chiny, Stany muszą przyjąć do wiadomości, że Chiny są im równe albo nawet do nich silniejsze. A jak się rozwiąże problem amerykański dla Chin, to wtedy... Wtedy różne rzeczy są możliwe. Na potencjalnej liście podbojów chińskich najpierw mamy Tajwan: to absolutnie numer jeden i to bez dwóch zdań. W priorytetach jego realizacja może być nawet przed rozwiązaniem problemu amerykańskiego. A potem mamy obszary, które wydają się łatwiejsze do podbicia niż Daleki Wschód Rosji, jak na przykład Mongolia, Północna Birma czy Laos, które najczęściej nawet nie mają się jak obronić. Daleki Wschód Rosji jest dopiero na czwartym czy piątym miejscu.

Na koniec przejdźmy jeszcze do Chin i USA, bo ta rywalizacja jest teraz na pierwszym miejscu. Czy czujność USA została w poprzednich latach podstępem uśpiona? Obecnie oba państwa rywalizują ze sobą na wszystkich płaszczyznach i brakuje tylko otwartego konfliktu militarnego...

– Nie wydaje mi się, żeby to był jakiś super chytry plan Chin, że uśpią Amerykanów, by ich zdominować, choć element schodzenia z oczu rywalowi oczywiście był. To nie jest też tak, że Chiny mają na 50 lat do przodu rozpisaną strategię, jak to niektórzy twierdzą. Cała idea reform chińskich streszczała się w powiedzeniu mozhe shitou guo he, czyli przechodzić przez rzekę stąpając po kamieniach. A więc były to zmiany bardzo taktyczne, minimalizujące ryzyko, na zasadzie: coś robimy i czekamy, żeby zobaczyć, co z tego wyszło. Zasadniczo, gdy Deng Xiaoping rozrysował plan reform, to w ogóle nie przypuszczał, że Chiny osiągną taki sukces i to tak szybko. Więc oczywiście był element głaskania Amerykanów po głowie, ale on wynikał bardziej z założenia, że Amerykanie mogą im zrobić krzywdę, a Chiny są wciąż za słabe, żeby móc coś zrobić, stąd lepiej uśpić ich czujność. Natomiast to nie był jakiś wielkiej chytry plan na 100 lat. Nikt nie wiedział i nie przypuszczał, że Chiny osiągną aż takie sukcesy i to tak szybko, że pójdzie to w taką stronę. Jeśli chodzi o Stany, to owo zaspanie wynikało z wielu rzeczy: buty, pewności siebie, przekonania o wspaniałości liberalnej demokracji i jeszcze kilku innych czynników. A także z czegoś, co nazywa się syndromem Empress of China. Empress of China to był statek, który w 1784 r. wyruszył z Bostonu do Kantonu. I gdy wrócił z rejsu do macierzystego portu, to z miejsca uczynił całą załogę bogaczami. To zbudowało w Stanach mit Chin jako biznesowego eldorado i ten mit co pewien czas w Stanach odżywa. Odżył on po wojnach opiumowych, odżył za Czang Kaj-szeka a stosunkowo niedawno, i to nas najbardziej interesuje, odżył także w latach 90., gdy Chiny otwarły się na Stany. Bo pamiętajmy o tym, że Chiny otwarły się na kapitał Zachodni po masakrze na Tian’anmen. To taka ciekawostka, bo u nas przez to, do czego tam doszło, uważa się chiński reżim za morderczy, ale Zachód właśnie po tej masakrze wszedł do Chin i mało komu to przeszkadzało. Tak więc w latach 90. mit Empress of China niesamowicie odżył, a Amerykanie na Chiny wręcz się rzucili. Pamiętajmy też o tym, że Amerykanie na kontaktach z Chinami świetnie zarobili, natomiast Chińczycy zyskali per saldo więcej. W stosunkach międzynarodowych mówi się, że państwa nie tyle dbają o swój interes absolutny, ile bardziej o interes względny, czyli owszem, ja zarabiam, ale on zarabia więcej, a to niedobrze. I tu jest sedno problemu USA-Chiny od strony amerykańskiej, bo Stany dalej zarabiają na kontaktach z Chinami, nie miejmy co do tego żadnych złudzeń, to dalej są kokosy, ale Chiny zarabiają więcej. I w efekcie tego amerykanie powiedzieli that's enough – dość i to była polityka Trumpa. Obecnie jest to kontynuowane przez Bidena, cele tej polityki są wspólne dla demokratów i republikanów. Mogą oni kłócić się na temat tego, jak w tej chwili powstrzymywać Chiny, ale zasadniczo zorientowali się, że mogą zostać przez nie zdominowani. Stąd mamy politykę pełnoskalowego powstrzymywania Chin, na różne sposoby, co owocuje konfrontacją i nową zimną wojną. Zobaczymy, co z tego będzie, bo to nie jest taka sama zimna wojna, jak w XX w., zresztą w historii nic dwa razy się nie powtarza w ten sam sposób. Xi Jinping powiedział, że czeka nas nowy Długi Marsz, a z kolei Michael Pillsbury, dyrektor Centrum Strategii Chińskiej w Hudson Institute w Waszyngtonie, w tytule swojej książki poświęconej Chinom pisze wprost o stuletnim maratonie ("The Hundred-Year Marathon: China's Secret Strategy to Replace America as the Global Superpower"). Myślę, że te dwa porównania są trafne.

onet.pl/Glos24.pl

Szczyt NATO w 2008 r. organizowali Rumuni. Wówczas nowe państwo Sojuszu poszło pod prąd trendom w przypadku tego typu spotkań.

Zazwyczaj odbywały się one na przedmieściach w centrach konferencyjnych (Ryga) czy na stadionach (Warszawa). Rumuni bizantyjsko postawili na przepych. Rozmowy odbywały się w zbudowanym w czasach Nicolae Ceaușescu Domu Ludowym, który po upadku dyktatora stał się siedzibą dwuizbowego parlamentu. W kwietniu 2008 r. na jego korytarzach można było spotkać Angelę Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego. Kręcił się po nim Michail Saakaszwili. W końcu pojawił się i sam Władimir Putin. Relacjonując tamto wydarzenie, z niedowierzaniem przysłuchiwałem się jego wykładowi, w którym wprost mówił o tym, że Ukraina jest – jak to określił – niedopaństwem (niesostojawszajasia strana).

Polska delegacja, której przewodniczył ówczesny prezydent Lech Kaczyński, a w której ze strony rządowej był Radosław Sikorski, razem z Amerykanami naciskała na szybką ścieżkę do NATO dla Kijowa i Tbilisi. Chodziło o przyznanie im MAP, Planu Działań na rzecz Członkostwa – poważnej gwarancji, że obydwa państwa w przewidywalnej przyszłości znajdą się w Sojuszu. Polska zdawała sobie sprawę, że wówczas – szczególnie nad Dnieprem – temat członkostwa był niejednoznaczny. Potwierdzały to sondaże. Niemniej jednak gra była warta świeczki. Te lata współpracy w ramach MAP pozwoliłyby stale i systemowo organizować wspólne ćwiczenia wojskowe i tym samym tylnymi drzwiami wprowadzać Ukrainę do Paktu. Niemcy były jednak przeciw.

Przy okazji szczytu w Bukareszcie zachowała się opinia Radosława Sikorskiego na temat stanowiska Berlina. I to zachowała się w bardzo dobrym źródle: depeszy amerykańskiego Departamentu Stanu ujawnionej w ramach WikiLeaks. Było to omówienie przez Amerykanów spotkania polskiego szefa MSZ z zastępcą sekretarza stanu USA, w którym czytamy: „Minister (Sikorski – red.) cierpko zauważył, że gdy Polska wchodziła do UE w 2004 r., wielu oskarżało, że jest koniem trojańskim USA w Europie. Ale w NATO jest inny koń trojański. W Bukareszcie Niemcy okazywały niezależność od USA w sprawie członkostwa Ukrainy i Gruzji w NATO”. W tej samej depeszy czytamy, że Sikorski postawił tezę, że Niemcy „zdają się mieć układ z Rosją” i „w zamian (za blokowanie Ukrainy i Gruzji – red.) niemieckie koncerny robią interesy w Rosji na setki miliardów euro”. Wszystko to mówił Sikorski – jeden z najbardziej sprzyjających Niemcom szef MSZ w historii III RP.

W kwietniu 2008 r. Niemcy rządzone przez chadecję i Angelę Merkel zablokowały MAP dla Ukrainy i Gruzji. Zdając sobie sprawę z tego, że w USA rządzi kończący drugą kadencję i osłabiony tzw. wojną z terroryzmem George W. Bush, rząd w Berlinie był bezwzględny. Obiecał mglistą wizję współpracy i przełożenie decyzji o MAP na grudzień 2008 r. W sierpniu tego samego roku Putin najechał Gruzję, no i siłą rzeczy kwestia MAP poszła na lata w odstawkę. Biorąc pod uwagę ten zaskakujący zbieg wydarzeń, nie sposób nie zgodzić się z tezą Sikorskiego o „układzie z Rosją”. Merkel dała w Bukareszcie Putinowi czas. Pozwoliła mu odczytać intencje Zachodu i przygotować się do wojny. Dziś Olaf Scholz, który reprezentuje lewicę, robi dokładnie to samo. Kropka w kropkę idzie śladem Merkel. W 2008 r. mogła mówić tak: „Jesteśmy za Ukrainą i Gruzją w NATO, ale jakoś później. Wróćmy do tego”. Minister obrony w rządzie Scholza w Ramstein mógłby z kolei zapewniać mniej więcej tak: „Leopardy? Czemu nie. Rozmawiajmy o tym. Najlepiej do czasu, aż Ukraina przegra”.

Bukareszt był hańbą Niemiec. Merkel, zasłaniając się strachem przed gniewem Rosji, otworzyła drogę do wprowadzenia w życie putinowskiej doktryny „ograniczonego użycia siły” w byłym ZSRR i uderzenia w Gruzję. Trzeba w końcu powiedzieć sobie to wprost: jedną z głównych przyczyn tamtej wojny było stanowisko Niemiec w sprawie MAP dla Tbilisi i Kijowa. Dziś Scholz przez blokowanie dostawy leopardów dla Ukrainy– czy szerzej: markując współpracę wojskową z Kijowem – ma szansę przyczynić się co najmniej do zamrożenia konfliktu w obecnych granicach, czyli z pasożytniczymi republikami separatystycznymi od Zaporoża przez Przyazowie do Donbasu.

Jeśli tak się stanie, Niemcy nie będą stratne. Berlin już dawno postawił krzyżyk na państwach takich jak Ukraina czy Gruzja. W najlepszym razie z pewną sympatią spogląda na prezydenturę Mai Sandu w Mołdawii. Ale też bez przesady. Na siłę do UE i NATO Niemcy nie będą wciągały Mołdawii. Bo i po co? Po co przesuwać centrum siły na wschód? Stabilna i dobrze prosperująca Mołdawia to wzrost znaczenia Rumunii. Bezpieczna i dynamiczna Ukraina to wzrost znaczenia Polski i Litwy, które od początku współpracują z nią wojskowo. Poza układem z Rosją, o którym mówił Sikorski, jest też prosta kalkulacja, że sukces Ukrainy w wojnie doprowadzi do ponownego podziału władzy w Europie. Takiego, w którym Niemcy będą stratne. Najlepiej byłoby, gdyby Ukraina była państwem półupadłym z zamrożonym konfliktem. Tak, aby nikt na poważnie nie zadawał przypadkiem pytań o jej integrację z UE i NATO. A Mołdawia? Niech sobie tkwi w poczuciu roli wiecznego klienta. Niemcy są bogate. Są centrum Europy. A kłopotliwe peryferia zawsze będą orientowały się na centrum, a nie na obrzeża centrum, np. Polskę. Co innego ich emancypacja i zwycięstwo w wojnie z Rosją, do niedawna głównym partnerem Berlina.

Aby zrozumieć kompromitującą politykę Olafa Scholza, warto zdać sobie sprawę, że jest ona w interesie Niemiec i nie wynika z głupoty. Pozostająca w szarej strefie bezpieczeństwa i poza sojuszami Gruzja, która nie chce dozbrajać Ukrainy (bo dziś Tbilisi współpracy z Kijowem odmawia), jest dla Niemiec korzystna. Ukraina z separatystycznym nowotworem też. Wojna do zwycięstwa jak najbardziej nie. Bo wtedy sprawy stają się klarowne i tworzą nowy układ sił. Do tego trzeba by odpowiedzieć na trudne pytania zwycięzcy: dlaczego w chwili próby Niemcy zawiodły? Przegrana Ukrainy lub brak rozstrzygnięcia wszystkie te problemy rozwiązuje.

dziennik.pl

Gwiazda finansisty Wagnera Jewgienija Prigożyna zaczęła zachodzić po miesiącach widocznego wzrostu po tym, jak nie dotrzymał obietnicy schwytania Bakhmuta własnymi siłami. Prezydent Rosji Władimir Putin prawdopodobnie zwrócił się do Prigożyna i rzekomego sojusznika Prigożyna, generała armii Siergieja Surowikina, aby kontynuowali wysiłki na rzecz zdobycia gruntu i złamania woli Ukrainy i jej zachodnich zwolenników do kontynuowania wojny po kulminacji konwencjonalnej armii rosyjskiej i rzeczywiście, poniósł fatalne klęski. Rosyjskie Ministerstwo Obrony (MON) i Sztab Generalny, na czele z odpowiednio Siergiejem Szojgu i generałem armii Walerijem Gierasimowem, zwróciły uwagę na mobilizację rosyjskich rezerwistów i poborowych oraz stworzenie warunków do poprawy wyników konwencjonalnej armii rosyjskiej, ale mieli niewielką nadzieję osiągnięcia czegoś decydującego jesienią i wczesną zimą 2022 roku. Putin najwyraźniej postanowił dać Prigożynowi i Surowikinowi szansę pokazania, co potrafią z jednej strony zmobilizowanymi więźniami, a z drugiej brutalną kampanią powietrzną wycelowaną w ukraińską infrastrukturę cywilną. Oba wysiłki zakończyły się niepowodzeniem, ponieważ próby przejęcia Bachmuta przez Prigożyna osiągnęły punkt kulminacyjny, a kampania powietrzna Surowikina przyniosła niewiele więcej niż zadawanie cierpień ukraińskiej ludności cywilnej, jednocześnie zużywając większość pozostałych rosyjskich zapasów pocisków precyzyjnych. Wydaje się, że Prigożyn zdecydował w tym okresie, że jego gwiazda naprawdę wschodzi i że może rzucić wyzwanie Gierasimowowi, a nawet Szojgu o prymat w rosyjskich sprawach wojskowych. Teraz te nadzieje wydają się złudne.

understandingwar.org

W Singapurze ropa z Rosji jest mieszana z surowcem z innych źródeł, a następnie ponownie eksportowana w świat; pomaga to ukryć jej pochodzenie i przynosi handlarzom duże korzyści – podała agencja Bloomberga, powołując się na źródła w azjatyckim państwie.

Popyt na magazynowanie ropy w Singapurze znacząco wzrósł, ponieważ mieszanie taniego surowca sprowadzanego z Rosji z ropą z innych krajów stało się bardziej opłacalne – przekazały źródła, operator zbiorników i konsultant doradzający firmom działającym w tej branży.

Marża osiągana przez podmioty zaangażowane w takie działania jest obecnie „bardzo dobra" – powiedział wiceprezes singapurskiej firmy doradczej Miyabi Industries William Tan. Wynika to z dostępności bardzo tanich produktów paliwowych z Rosji, które po zmieszaniu z surowcem z innych źródeł mogą być sprzedane po znacznie wyższej cenie.

Według szacunków Tana marża handlarzy może wynosić nawet blisko 20 proc., czyli więcej niż zwykłe 10 czy 12 proc. Taki trend jest obecny od października, a jego opłacalność może dodatkowo wzrosnąć, jeśli po wprowadzeniu kolejnych sankcji eksporterzy staną się jeszcze bardziej zdesperowani – ocenia Bloomberg.

Singapur nie zakazał importu rosyjskiej ropy ani produktów petrochemicznych, ale handel paliwem z Rosji jest w regionie kwestią wrażliwą, a niektórzy handlarze nie chcą jawnie go kupować – podkreśla agencja.

Rosyjskie paliwa zaczęły płynąć szerszym strumieniem do Azji i na Bliski Wschód, gdy zachodni klienci odwrócili się od Moskwy w odwecie za jej inwazję na Ukrainę. Coraz więcej rosyjskiej ropy trafia do miejsc, takich jak Singapur czy Fudżajra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie jest mieszana, przepakowywana, a następnie reeksportowana w świat.

Zdaniem Bloomberga ten proceder może się dodatkowo nasilić w nadchodzących tygodniach, ponieważ Europa przygotowuje kolejny pakiet sankcji wymierzonych w rosyjskie produkty petrochemiczne, który ma zostać ogłoszony 5 lutego. Obserwatorzy rynku zastanawiają się, gdzie trafiać będą rosyjskie produkty paliwowe, takie jak olej opałowy.

PAP