Ekonomista Dani Rodrik ujął dyskusję na temat stanu światowej gospodarki w trylemat, który dowodzi, że hiperglobalizacja, polityka demokratyczna i suwerenność narodowa są ze sobą sprzeczne. Można połączyć dowolne dwa z wymienionych elementów – przekonuje Rodrik – ale trzy nigdy nie będą występować jednocześnie i w pełni.
Dyskusję na temat globalnej przestrzeni informacyjnej warto uporządkować w analogiczny sposób. Można mieć demokrację, dominującą pozycję rynkową technologicznych gigantów i destrukcyjne modele biznesowe Big Tech – ale nie wszystko naraz.
Do funkcjonowania demokracji niezbędny jest dostęp do informacji, a także pluralizm źródeł wiadomości. Dlaczego? Jak piszą Reporterzy bez Granic w wydanej jesienią ubiegłego roku Deklaracji informacji i demokracji, „wiedza jest niezbędna, by ludzie mogli rozwijać swój biologiczny, psychologiczny, społeczny, polityczny i ekonomiczny potencjał”.
Infrastruktura informacyjna, którą mamy obecnie, zamiast informować i dostarczać wiedzę, osiąga coś przeciwnego. W dzisiejszym świecie kłamstwa rozprzestrzeniają się szybciej i sięgają dalej niż prawda. Propaganda i dezinformacja towarzyszyły ludziom od zawsze, ale nie w takim stopniu i w taki sposób – przynajmniej nie w prawidłowo działających demokracjach.
Zagrożenie dla demokracji bierze się z dwóch różnych, ale pokrywających się częściowo mechanizmów. Jednym jest model biznesowy sieci społecznościowych, a drugim – ich dominująca pozycja w naszej przestrzeni informacyjnej. Żaden z nich nie zaszkodzi demokracji w pojedynkę, ale w połączeniu mechanizmy te stają się zabójcze.
(...)
Reklama żywi się danymi. Żeby sprzedać klientom więcej precyzyjnie nakierowanych na nich reklam, trzeba podtrzymywać ich zaangażowanie i pozyskiwać od nich jak najwięcej danych. To stanowi bodziec dla firm, by rozwijały coraz precyzyjniejsze systemy śledzenia i coraz bardziej różnicowały swoje produkty, dostosowując je do indywidualnych użytkowników. A jakie są tego skutki? Zuckerman wskazuje na badania Gilada Lotana, w których poglądy uczestników z Izraela i Palestyny na wojnę w Strefie Gazy nazywa się „spersonalizowaną propagandą”
Zuckerman napisał swój esej pięć lat temu. Od tego czasu doszło do eskalacji – nie tylko w Gazie, ale i na całym świecie. Odkąd nienawiść, kłamstwa i propaganda są szyte na miarę dla indywidualnych profili internetowych, to rozprzestrzeniają się jak pożar w suchej ściółce. Ma to olbrzymie skutki w prawdziwym świecie – zarówno jeśli chodzi o sferę polityki, jak i życie zwykłych ludzi.
Lisa-Maria Neudert, badaczka z Uniwersytetu Oksfordzkiego, tak podsumowuje problemy cyfrowej gospodarki, gdzie towarem deficytowym jest uwaga użytkowników sieci: „Treści najbardziej dezinformujące lub spiskowe wywołują najwięcej dyskusji i najbardziej angażują użytkowników, a algorytmy są zaprojektowane tak, by na to reagować”.
Żyjemy w sferze publicznej, która doprowadziła do perfekcji wywoływanie w odbiorcach furii. Nie jest to jakaś drobna wada, którą można w prosty sposób usunąć. Ten problem jest głęboko zakorzeniony w modelach biznesowych, które generują rekordowe zyski dla właścicieli firm technologicznych.
Model biznesowy oparty na reklamach nie byłby jeszcze tak groźny, gdybyśmy żyli w świecie, gdzie w przestrzeni informacyjnej konkuruje ze sobą wiele różnych produktów. Tu jednak widzimy dziś dwutorowy proces zmian w przeciwnym kierunku.
Po pierwsze, Facebook i Google – właściciel portalu YouTube – stają się duopolem na rynku danych i reklamy. Wykupują rywali i ograniczają konkurencję, żeby wzmocnić własną pozycję. Drugi trend polega na osłabieniu dziennikarstwa, co jest konsekwencją tych samych zjawisk. Tam, gdzie wygrywają media społecznościowe, gwałtownie rosną „pustynie informacyjne” – wielkie obszary geograficzne bez żadnego źródła doniesień o lokalnych wydarzeniach.
Co miesiąc Facebooka odwiedza ponad 2,3 miliarda użytkowników, a w ubiegłym roku na YouTube zalogowało się 1,8 miliarda internautów. Większość Amerykanów czerpie już wiedzę o wydarzeniach w kraju i na świecie z mediów społecznościowych. Tak samo jest w większości państw europejskich.
/Producenci i wyznawcy szitsztormów padną ofiarą swojej pasji - red./
krytykapolityczna.pl
krytykapolityczna.pl