piątek, 13 stycznia 2023


Walczące w Sołedarze zgrupowania obu stron są wyczerpane dwutygodniowymi, intensywnymi walkami prowadzonymi w bardzo trudnych warunkach. Temperatura spadała poniżej -15°C, odnotowano liczne przypadki odmrożeń, a nawet śmierci rannych z wychłodzenia. W dużo gorszej sytuacji byli Rosjanie, którzy atakowali umocnione pozycje ukraińskie w mieście, gdzie piwnice i kopalnie soli umożliwiały obrońcom zorganizowanie wypoczynku i zaopatrzenia. Ponadto wyposażenie indywidualne w oddziałach rosyjskich, kluczowe przy tak dużych mrozach, jest gorsze niż w brygadach ukraińskich walczących w Sołedarze.

Ukraińcy liczą się z oddaniem Sołedaru. Ewentualne opanowanie prawie całego miasta, zamieszkanego przed wojną przez ok. 10 tys. osób, będzie dla Rosjan sukcesem tylko w skali taktycznej, w dodatku okupionym bardzo dużymi stratami. Należy pamiętać, że walki o miasto trwają pół roku – w sierpniu atakujący zajęli obiekty przemysłowe w południowo-wschodniej jego części i od tego czasu przesunęli się do przodu o ok. 5 km. Najeźdźcy najprawdopodobniej nie dysponują obecnie rezerwami zdolnymi do przerwania obrony ukraińskiej i wyjścia na skrzydła i tyły zgrupowań walczących pod Bachmutem i Siewierskiem. Sukcesem jest wyjście z centrum Sołedaru większości ukraińskich jednostek w sposób zorganizowany, z zachowaniem wartości bojowej przez broniące miasto 46. i 77. brygady aeromobilne, które wymagają jednak wycofania na tyły dla odpoczynku i uzupełnienia strat.

Zapowiedź przekazania przez Polskę kompanii czołgów Leopard 2 to początek długiego procesu, którego końcowym efektem może być sformowanie ukraińskiej brygady pancernej liczącej ok. 100 wozów tego typu. W pierwszej kolejności wymagana jest zgoda Niemiec na reeksport sprzętu na Ukrainę, a następnie zadeklarowanie przez inne państwa gotowości do przekazania kolejnej partii czołgów. W przypadku spełnienia tych dwóch warunków do rozwiązania pozostaną skomplikowane kwestie związane z wyszkoleniem załóg i organizacją zaplecza logistycznego, co w najbardziej sprzyjających okolicznościach potrwa kilka miesięcy.

Wyznaczenie Gierasimowa na dowódcę zgrupowania wojsk walczących przeciwko Ukrainie jest decyzją o charakterze politycznym, mającą wykluczyć możliwość uzyskania przez Surowikina pozycji zasłużonego dowódcy, mogącego aspirować do najwyższych stanowisk. Świadczy też o tym, że jego nominacja jesienią na szefa operacji na Ukrainie stanowiła wybieg taktyczny obliczony na osłabienie negatywnych ocen ze strony środowisk nacjonalistycznych, którym nie podoba się sposób prowadzenia wojny. Surowikina osobiście popierali wszakże właściciel tzw. grupy Wagnera Jewgienij Prigożyn i lider Czeczenii Ramzan Kadyrow, posuwający się do bezpośredniej krytyki Sztabu Generalnego i jego szefa, co obniżało autorytet najwyższych rosyjskich wojskowych. W wymiarze wojskowym przejęcie kontroli nad operacją przeciwko Ukrainie przez szefa Sztabu Generalnego ma służyć uporządkowaniu systemu dowodzenia i poprawie koordynacji działań rodzajów wojsk. W wymiarze propagandowym wskazuje zaś na gotowość Kremla do wzmożenia posunięć ofensywnych na Ukrainie.

osw.waw.pl

Oglądając imprezę sylwestrową w rosyjskiej telewizji, można ulec wrażeniu przeniesienia się do legendarnego filmu Aleksieja Bałabanowa z 2007 roku Ładunek 200. W jednym pokoju psychopatyczny kapitan policji więzi przykutą kajdankami do łóżka i pojoną samogonem dziewczynę. Patrzy, jak się wije, gwałcona przez brudnego menela, aż w końcu wrzuca jej do łóżka trupa narzeczonego, który zginął w Afganistanie. W drugim pokoju matka kapitana, jakby w mieszkaniu nie było zapachu nieboszczyka ani wyjącej za ścianą dziewczyny, całymi dniami ogląda sowieckie festiwale piosenki estradowej. (Przypomnienie dla młodszych: piosenki estradowej słuchali wasi dziadkowie i babcie w czasach PRL-u, np. podczas Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu).

Po 16 latach od premiery Ładunku 200 metafora Bałabanowa pozostaje aktualna. W Ukrainie płoną zgliszcza, giną dzieci i gwałcone są kobiety, Rosją rządzi psychopata, który niby zamienił pagony KGB na garnitur, ale wciąż terroryzuje, znieczula, zobojętnia, spycha w otchłań siebie i Rosjan. A w noc sylwestrową w telewizji elita się bawi. Żeby chociaż zaprosili przebrzmiałe Black Eyed Peas. Ale nie. Wchodzimy w 2023 rok, a rosyjska elita bawi się przy sowiecko-włoskiej piosence estradowej. Tańczy.

(...)

Jeśli istnieje stopniowalność nekrofilii, to sylwestrowa noc nie stanowi jej ostatecznej formy. To zaledwie nekropląsy. Impreza rodziny Addamsów. Władimir Putin podniósł nekrofilię do rangi polityki państwowej. Zaproponował walczącym w Ukrainie żołnierzom – w zdecydowanej większości rekrutującym się z niższych warstw społecznych – niezliczone ulgi finansowe, wypłatę 12-krotnie przewyższającą płacę minimalna (którą na starcie otrzymują np. pielęgniarki i nauczyciele), a na wypadek śmierci odszkodowania dla ich rodzin, za które te kupiłyby mieszkanie w Warszawie bez zaciągania kredytu.

Putin wykreował zatem sytuację, w której śmierć Rosjanina na wojnie będzie dla jego bliskich nie tragedią, lecz drogą wyjścia z biedy. Dźwignią awansu społecznego i odskocznią do lepszego życia. W ten sposób śmierć stała się składową rosyjskiej gospodarki, życia rodzinnego i społecznego, a nade wszystko nowym spoiwem umowy społecznej między kremlowską autorytarną władzą a rosyjskimi nieobywatelami. To nic innego jak nekropolityka czy wręcz nekrosakralizacja rosyjskiej władzy, ponieważ ta ostania wciąga na sztandary państwowe przysięgę „póki śmierć nas nie rozłączy”, wymagając, by Rosjanie traktowali ją jak najbardziej dosłownie.

Doskonale zjawisko to opisał laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2021 roku Dmitrij Muratow, redaktor naczelny „Nowoj Gaziety”. Przed kilkoma miesiącami w wywiadzie dla wideoblogera Jurija Dudzia mówił:

„Państwo podeszło do tej kwestii niezwykle kompetentnie. Wypłaca Rosjanom miliony rubli, dzięki czemu ich inwestycja w śmierć okazuje się nadzwyczaj opłacalna. Teraz w każdym mieście ludzie powtarzają: «No tak, jest wojna, ale przecież płacą za to pieniądze!». […] Żołnierz kontraktowy z regionu władimirskiego dostaje 300 tysięcy rubli, a u siebie w fabryce 25–30 tysięcy”.

Dudź dopytywał: „Czyli dzięki temu Putin utrzymał poparcie i zagłuszył śmierć ludzi, a dodatkowo uczynił z wojny drabinę awansu społecznego?”.

„Absolutnie! Cerkiew stworzyła projekt pod nazwą «śmierć w zamian za odpuszczenie grzechów». Państwo z kolei otworzyło szczodrą aukcję zatytułowaną «śmierć jako rodzinny fundusz inwestycyjny». Jeśli człowiek zginie, jego rodzina otrzyma tyle pieniędzy, ile on zarabiałby przez ćwierć wieku”.

Dmitrij Muratow przeszacował, ale nieznacznie. Szeregowy żołnierz otrzymuje miesięcznie 195 tysięcy rubli (ok. 12 tysięcy złotych), a zmobilizowani więźniowie 100 tysięcy rubli. Pensja wzrasta wraz z podniesieniem rangi wojskowej. Dlatego oficerowie mogą zarabiać 300 tysięcy rubli i więcej, a po masowych stratach rosyjskiej armii i wciąż prowadzonej mobilizacji oficerem niższej rangi można zostać dość szybko. Walczącym w Ukrainie przysługują dodatkowo regionalne bonusy, np. na Czukotce jednorazowo dodatkowe 300 tysięcy rubli, a w Nienieckim Okręgu Autonomicznym darmowa działka. Federalna Służba Komornicza zawiesiła ściąganie długów od zmobilizowanych, a na początku grudnia banki zatwierdziły wakacje kredytowe dla 100 tysięcy z nich. W wielu regionach status zmobilizowanego oznacza priorytetowy dostęp dla członków rodziny do przedszkoli, żłobków i opieki zdrowotnej. Władza złożyła też obietnice na przyszłość: zwolnienie z podatku dochodowego oraz status „weterana operacji wojennych” po powrocie do domu, co zapewni różnorakie ulgi, chociażby 50-procentowe zniżki na opłaty mieszkaniowe i komunalne.

Najważniejsze w putinowskim projekcie „śmierć to dopiero początek” są odszkodowania. 3 miliony rubli (185 tysięcy złotych) przysługuje za odniesione rany. W przypadku śmierci państwo początkowo wypłacało bliskim poległego żołnierza 7,4 miliona rubli, a od marca 2022 roku w wyniku dekretu Putina 12 milionów rubli (740 tysięcy złotych). W Polsce wystarczyłoby to na 40-, 50-metrowe mieszkanie w Warszawie, Krakowie, Gdańsku lub Wrocławiu i 50-, 70-metrowe w mniejszych miastach. Albo na całkiem dobry nowy samochód – rodzinną Toyotę, BMW czy Mercedesa klasy E – i jeszcze ponad połowa by została na kilka wyjazdów do Kataru i Argentyny, ewentualnie na oszczędności dla dziecka, by wyjechało na studia, nauczyło się angielskiego, chińskiego czy hiszpańskiego. Lub na otwarcie własnej firmy.

Wariacji jest sporo, zasadniczo chodzi o to, że jeśli „twój chłop” zginie – bo „twoja baba” sporadycznie – a ty masz głowę na karku, dzięki odszkodowaniu wsiadasz do windy i jedziesz kilka pięter z Nędzowa Małego w górę hierarchii społecznej, do lepszego życia. A jeśli jeszcze „twój chłop” był bezrobotnym alkusem, robił awantury, bił żonę i dzieci, to przecież nie tylko ogromna ulga i jedna pijacka gęba do wykarmienia mniej. To wysoka stopa wzrostu inwestycji, której dokonało za ciebie państwo. Co wtedy czujesz, ale nie mówisz głośno?

Putinowi niech będą dzięki.

W Polsce putinowskie programy wywołują pogardę i niedowierzanie, które zawiera się w stwierdzeniu: „I tak nie zapłacą”. Ale to bardziej przypuszczenia niż fakty, a kto wie czy nie myślenie życzeniowe. Bo owszem, „Nowaja Gazieta Europe” w reportażu z 11 listopada opisywała bunt żołnierzy z Czuwaszi, którzy początkowo nie otrzymywali wypłat, ponieważ władze regionalne przeczesywały budżet, by zdecydować, komu zabrać, żeby dać zmobilizowanym (w wyniku buntu pieniądze dla żołnierzy się znalazły). Russkaja Slużba BBC także w listopadzie donosiła o przypadkach niewypłacania 195 tysięcy rubli, ale nie było to działanie systemowe. Dziennikarze BBC pisali również, że aby otrzymać pieniądze i ulgi, trzeba podpisać kontrakt na co najmniej rok, więc część rosyjskich prawników sądzi, że jeśli państwo odeśle kogoś przed terminem albo Putin ogłosi wcześniej demobilizację, żołnierze nie dostaną pieniędzy. Ani „Nowaja Gazieta” i BBC, ani portale The Bell czy Meduza nie donosiły jednak o masowym, zorganizowanym procederze niewypłacania żołnierzom honorariów i odszkodowań.

(...)

Putin przecież odrestaurowuje imperium. Dlatego ustanawia gospodarkę wojenną i ani myśli przestać pompować w nią pieniądze. Co więcej, w nosie ma, czy zapłacą za to rosyjskie dzieci i wnuki, czy za 5–10 lat w miejscu państwowego budżetu będzie ziać czarna dziura, a na rachunkach państwowych będzie hulać porywisty wiatr. Come on, trwa pełnoskalowa wojna o imperium! I Putin zamierza ją kontynuować, o czym mówi bez ogródek. Wprost do kamery, kilka razy w tygodniu. On już nie kalkuluje zysków i strat, tylko przerzuca koszty wojny na budżety regionów, klasę średnią i przedsiębiorstwa. Do machiny wojennej potrzebuje jako tako zmotywowane mięso armatnie, więc nie bardzo może sobie pozwolić na powszechne i ostentacyjne złamanie swojej nekrofilskiej umowy społecznej.

Poza tym w putinowskiej nekropolityce chodzi tak samo o kotlety armatnie, jak o wizję i obietnicę. O psychospołeczną nadbudowę. Nawet jeśli państwo nie wypłaci ani rubla – choć to mało prawdopodobne – Putin wręcza Rosjanom do ręki kupon totolotka, mówiąc: Nie bójcie się i wyślijcie swojego Mężczyznę na wojnę (słowo „Mężczyzna” propaganda odmienia przez wszystkie przypadki). Może przeżyje, a może nie, dla was i tak każdy wariant jest dobry: albo zwycięska walka za wielką Rosję, albo śmierć bohatera i bilet wstępu do lepszego życia. A jeśli się wam poszczęści, dostaniecie jedno i drugie: urwana ręka to 3 miliony, a – co tu dużo mówić – miejsca w przedszkolu same się nie znajdą, podobnie jak same nie opłacą się woda, gaz i wywóz śmieci. To jak będzie? I biedniejsza część ludzi nie ucieknie za granicę, tylko zaryzykuje na takiej samej zasadzie, na jakiej sprzedaje się jedną nerkę z nadzieją, że ta druga posłuży jeszcze długie lata.

Można trywialnie skonstatować, że wakacje kredytowe, milionowe odszkodowania i 195 tysięcy rubli to zabieg gwarantujący Putinowi poparcie, dopóki nie wyschną pieniądze z budżetu. I będzie to prawda, ale bardzo powierzchowna. Putninowska nekropolityka to łamanie Rosjanom kręgosłupa (lub, jak sami by powiedzieli, łamanie przez kolano). Formalnie odbywa się na zasadach rynkowych. 

(...)

Na głębszym poziomie nekropolityka i nekrosakralizacja władzy to kolejny etap patologizacji Rosjan przez ich własne państwo. Państwo się tobą zaopiekuje, może nawet poprawi twój los, jeśli oddasz mu w nieograniczone użytkowanie członka swojej rodziny. Powracają dobrze znane z historii układy: faraon–niewolnik, Talib–kobieta, chłop–możnowładca, farmer i jego indyki przed świętem dziękczynienia; władza jeszcze zobaczy, który trafi na stół. Rosjanie godzą się z tym, że państwo wedle uznania rozporządza życiem i zdrowiem najbliższych im osób: wyśle na samobójczą misję, oddeleguje do sprzątania szpitali polowych albo zrzuci żołnierzy bez spadochronu, jeśli zajdzie taka konieczność. A przy tym władza wmawia Rosjanom, że nie powinni, a właściwie nie mają prawa narzekać, krzyczeć i protestować, bo byłaby to niewdzięczność. Przecież hajsy się zgadzają, a NNW jest wysokie.

Pytacie w listach, dlaczego Rosjanie są tacy bezwolni, tacy posłuszni? Jeśli masz złamany kręgosłup, ty i twoi bliscy stanowicie teatralne rekwizyty władzy, to przystosowujesz się, bierzesz wszystko, co przyniesie los, zwłaszcza hajsy i NNW. Bo osiągnąłeś harmonię wewnętrzną nieobywatela.

Nie ma już nic skończył się tlen
Nakurwiam zen, nakurwiam zen.

new.org.pl

BiznesAlert.pl: Wiele państw Zachodnich w ostatnich tygodniach podjęło decyzje o wsparciu na rzecz armii ukraińskiej. Wśród tych nowych form pomocy są np. transportery opancerzone, wozy wsparcia ogniowego czy nawet czołgi. Skąd wynika ta zmiana podejścia Zachodu? 

Jarosław Wolski: Powód jest banalny. Po prostu powoli kończy się wyposażenie produkcji sowieckiej, które dotychczas masowo przekazywaliśmy. Nie chodzi tutaj tylko o czołgi, ale też transportery opancerzone, systemy artyleryjskie czy inne pojazdy wsparcia. I nie mówię tutaj tylko i wyłącznie o samym sprzęcie. Coraz większym problemem jest organizowanie części zamiennych do tych pojazdów, które trafiły już na Ukrainę. Na światowym rynku uzbrojenia trudno dziś dostać elementy, które są potrzebne do serwisowania czołgów czy innych pojazdów, będących obecnie na wyposażeniu armii ukraińskiej. Część z producentów takich podzespołów, np. Indie czy Iran, w pierwszej kolejności wolą reeksportować je do Rosji niż na Ukrainę. To jest pierwszy powód.

Drugi powód jest bardziej złożony. Ukraińcy w 2022 roku stracili bezpowrotnie, czyli w sposób nie pozwalający na odremontowanie danego sprzętu, około 530 czołgów. To stanowi około 60 procent stanu wyjściowego kadrowej armii ukraińskiej z lutego 2022 roku. To bardzo poważne straty sprzętowe. Te straty były przez ostatni rok uzupełniane w głównej mierze dostawami z Zachodu oraz tym, co udało się pozyskać z porzuconego sprzętu rosyjskiego.

Z Polski na Ukrainę trafiło około 270 maszyn, ponad setka trafiła z innych krajów, w przypadku czołgów ex-rosyjskich udało się pozyskać i wcielić do służby około 150 maszyn. Stan zatem wyszedł na równo, nawet z pewnym okładem, ponieważ w tym czasie sformowano nowe związki taktyczne w ramach ukraińskich sił zbrojnych, czyli tzw. korpus rezerwowy w składzie trzech brygad pancernych i pięciu zmechanizowanych.

Ta ilość nie pozwala jednak w pełni uzupełnić kolejnych związków taktycznych formowanych w ramach armii ukraińskiej, a formowanych jest około 10 nowych brygad, ale nie pozwala to na uzupełnienie strat ponoszonych w walce. Obecny sprzęt ciężki pozwala na uformowanie około 35 brygad, w których walczy około 200 tys. żołnierzy. Cała armia ukraińska liczy obecnie ponad 750 tys. ludzi. Widzimy tu dysproporcję, której nie da się uzupełnić w krótkim czasie, a zwłaszcza jeżeli mówimy o tym sprzęcie, który pamięta czasy Związku Sowieckiego. Licząc dzisiaj ze sprzętem opancerzonym (od czołgów po patrolowe pojazdy kołowe) otrzymanym z Zachodu, trafiło na Ukrainę ponad 1500 sztuk maszyn, co pozwoliło uzupełnić straty 27 „kadrowych” brygad oraz rozwiać korpus rezerwowy. Niestety dla dziesięciu nowo formowanych brygad brakuje sprzętu ciężkiego, zaś z 30 brygad Obrony Terytorialnej zaledwie sześć ma odpowiednie wyposażenie. Łącznie zatem sprzętu jest dla około 300 tys. żołnierzy.

Rosjanie cały czas atakują i mimo potwornych strat, sami zadają je Ukraińcom…

Tak, Rosjanie stosują strategię na wyniszczenie materiałowe. To jest prawdziwy powód, dlaczego z taką determinacją i takim uporem atakują Bachmut i Soledar. Przy czym pamiętajmy, że ich pojmowanie strat jest całkiem odmienne od naszego, cywilizowanego, zachodniego. Rosjanie rzucają szereg jednostek, słabo przeszkolonych i zdemotywowanych po to, aby zadawać jak najwięcej strat Ukraińcom. Te straty dla strony ukraińskiej są bardzo bolesne. Rosja w tym czasie szkoli swoje jednostki rezerwowe, formowane w Rosji a składające się ze zmobilizowanych żołnierzy, oraz odbudowuje potencjał sprzętowy.

Po drugie, taka taktyka powoduje wiązanie zasadniczych sił ukraińskich, które w innych okolicznościach byłyby skierowane do prowadzenia kolejnych kontrofensyw w innych obszarach Ukrainy. Dzisiaj muszą one stanowić odwód w Donbasie i brać udział w ciężkich walkach. Rosjanie narzucają inicjatywę prowadzenia wojny, która jest kosztowna dla obu stron. Z tym, że jedna ze stron w ogóle nie liczy się z nimi. Podobna taktyka była już zastosowana na łuku Dońca, kiedy Rosjanie szturmowali Popasną, Liman, i Siewierodonieck. Gdyby nie dostawy HIMARSów, które zdziesiątkowały rosyjską logistykę, armia ukraińska dzisiaj miałaby znacznie mniejszy potencjał bojowy niż ma.

To niestety przygnębiająca rzeczywistość, którą obserwujemy na wschodzie Ukrainy, o której u nas mało się mówi, obawiając się bycia posądzonym o defetyzm.

Czy Ukraina jest w stanie szybko zaadaptować u siebie sprzęt od Zachodu? Czy nie jest za późno? 

Odpowiem tak. Po pierwsze, Niemcy najpierw muszą wyrazić zgodę na dostawę Leopardów. To co teraz się dzieje, to próba przekonania Niemców do dania zielonego światła. Druga kwestia jest bardziej skomplikowana. Do Leopardów w wersji A4 nie ma już części zamiennych. Nie są one produkowane. Stąd też m.in. decyzja o polskiej modernizacji Leopardów 2 A4 do wersji 2PL. Podobnie postępują inne kraje, użytkujące tą wersje czołgów. Nawet zatem jeżeli będzie zielone światło na dostawy A4 na Ukrainę, to ja zadam pytanie: A skąd części zamienne, kamery termalne, systemy stabilizacji, radiostacji i innych systemów, których nie ma już praktycznie od 7-8 lat? Uważam, że szybciej na Ukrainie zobaczymy Challanger 2 z Wielkiej Brytanii niż Leopardy.

Co z załogami?

Tu jest jeszcze gorzej. W NATOwskim standardzie szkolenia czołgistów szacuje się, że trening indywidualny załóg czołgów zajmuje co najmniej rok. I to przy szkoleniu z wykorzystaniem trenażerów, symulatorów itp. Dalsze szkolenie zgrywające na poziomie batalionów zajmuje kolejny rok. I mówimy tu o szkoleniu czołgistów z doświadczeniem. Wyszkolenie nowego, “zielonego” czołgisty według pancerniaków – instruktorów zajmuje cztery lata. Tyle zajmuje wyszkolenie żołnierza, który ma biegle posługiwać się sprzętem. Ukraińcy niestety nie mają lepszej bazy szkoleniowej niż Rosjanie. Stąd konieczność wysyłania tych żołnierzy na szkolenia do Polski, Wielkiej Brytanii czy innych państw. Brak odpowiedniej bazy szkoleniowej jest jedną z przyczyn braku odpowiedniego rozrostu armii ukraińskiej.

Skoro jest nacisk na Niemców w sprawie Leopardów, czemu decyzji o wysłaniu czołgów nie podejmują Amerykanie? Choćby czołgi rodziny M60, których w składach jest tysiące. 

M60 to czołg na poziomie technologicznym T-62M przywracanych w Rosji. Po drugie, o ile Rosjanie takich czołgów są w stanie przywrócić rocznie ponad 250 sztuk, o tyle Amerykanie na M60 dawno postawili krzyżyk i tam naprawdę bardzo źle wygląda sytuacja, jeżeli chodzi o części zamienne. Jest więc prawdopodobne, że Amerykanie fizycznie nie byliby w stanie dostarczyć i obsłużyć odpowiedniej ilości czołgów tego typu. W ogóle, jest mało czołgów na Zachodzie, jeżeli chodzi o realia takiego konfliktu, który widzimy na Ukrainie.

Tylko Amerykanie mają odpowiedni zasób mobilizacyjny M1 Abrams. Więc albo oni zaczną niebawem dostarczać te typy maszyn, albo Ukraińcom zaczną się kończyć czołgi pod koniec obecnego roku. Dlatego Ukraina nie może toczyć wojny materiałowej i dlatego NATO stara się przekazać Ukrainie zdolności do atakowania Rosjan w obszarach przynoszących skokowe porażenie sił rosyjskich, ale z minimalnymi stratami własnymi – np. rażenie logistyki, sztabów, etc.

biznesalert.pl

Michał Nowak: Jak oceniasz stan zawodowej ukraińskiej armii na tle armii rosyjskiej? Co jest Twoim zdaniem przewagą a co słabością obu stron?

Mariusz: W porównaniu z tym, jak wyglądała ukraińska armia w 2014 roku, różnica jest gigantyczna. Nie chodzi tylko o sprzęt, ale o samo podejście, sposób szkolenia, świadomość wojny XXI wieku. Ukraińcy umieją improwizować, działać w sposób nietypowy, przez co cały czas zaskakują betonową strukturę rosyjskiej armii. Nawet to, że pracują na sprzęcie z całego świata zmusza ich wręcz do dokładniejszych szkoleń.

Ruska armia to horda – mają wielkie zasoby ludzkie, mają sporo sprzętu, przez długi czas dominowali artylerią i lotnictwem. Mają oczywiście również bardzo dobre wyposażenie i profesjonalistów, którzy znają się na swojej pracy, ale większość to mięso armatnie, bezmyślne. Są natomiast bezwzględni, co pokazują od początku tej wojny, zwłaszcza w stosunku do cywilów. Dla nich nie ma żadnych świętości. Pod Kijowem wjechali BWP na teren katolickiej parafii, rozwalając bramę, wypili wino mszalne, pokradli jakieś pozłacane klamki. O tych pokradzionych pralkach już nawet nie warto mówić, bo każdy widział nagrania. Jednak na dziś rosyjska armia jest coraz bardziej wyczerpana i widać, że mają ogromny problem, żeby zmienić strategię, bo przez długi czas ich dominacja opierała się wyłącznie na przewadze artyleryjskiej.

MN: Jak odbierane są informacje o mobilizacji prowadzonej w Rosji? Czy traktujecie ją jako dopływ mięsa armatniego, czy też szykujecie się na ciężkie walki?

M: I jedno, i drugie. Wszyscy szykują się na ciężkie walki do końca tego roku i być może jeszcze cięższe po zimie. Jednak ogólne nastawienie jest takie, że im ich więcej, tym łatwiej będzie nam w nich strzelać. Strachu w nikim mobilizacja nie wywołała.

(...)

MN: Jak wyglądają stosunki między polskimi ochotnikami a ukraińskimi żołnierzami? Miałeś może do czynienia na froncie z formacjami ochotniczymi ukraińskich nacjonalistów? Czy wspólna walka pozwoliła odrzucić zaszłości historyczne?

M: Miałem dużo styczności z różnymi ukraińskimi nacjonalistami, zarówno z formacji ochotniczych, jak i z regularnej armii, to mogę się tu szerzej wypowiedzieć. Mówiąc szczerze, nie miałem nigdy nieprzyjemności z tym związanych, paradoksalnie znacznie łatwiej było mi się z nimi dogadać. Po pierwsze czuło się, że motywacja jest w nas podobna, że podobnie chcemy aktywnie walczyć. W przypadku osób mobilizowanych nie zawsze było tak samo wyraźne. Po drugie nie było w ich myśleniu takich post-sowieckich naleciałości, które zwłaszcza dla Polaka będą strasznie nieznośne. Ogólnie jeśli chodzi o nacjonalistów ukraińskich, to ich jest naprawdę wiele „rodzajów” i od jednego można usłyszeć pochwałę Bandery, od innego krytykę. Ale to właśnie od nacjonalistów słyszałem najwięcej „ciepłych słów” – dla nich wojna z Rosją jest częścią większej historii, historii, która ma swoje korzenie w historii I Rzeczypospolitej. Ogólnie ze sporym podziwem podchodzili również do naszego państwa, do tego, że produkujemy swoje karabiny (zresztą to tutaj GROTy przechodzą realny test bojowy), że kupujemy Abramsy, ogólnie było w nich takie myślenie, że Polska „dba o swój interes”, a Polacy są dumnym narodem.

Jeśli chodzi o naszą wspólną historię, to najlepsze słowa usłyszałem od pewnego pułkownika z symbolem ukraińskich nacjonalistów na ramieniu (tryzub z mieczem), zresztą powiedział mi to po polsku: „Kiedy poznałem naszą historię, zrozumiałem jedno – jeśli Polacy i Ukraińcy walczyli, to zawsze wygrywała Moskwa”. Rozmawiałem z wieloma o tym, co wydarzyło się na Wołyniu, nigdy też nie musiałem się kryć ze swoją opinią na temat Bandery, Szuchewycza itp. I zauważyłem jedno – szczerością zdobywa się szacunek.

Zresztą tutaj to wcale nie jest takie oczywiste, że ktoś mówi, że Bandera to bohater i jest nacjonalistą, bo równie dobrze może być liberałem. Rosjanie nazywali Ukraińców „banderowcami” w formie obelgi od czasów sowieckich i dlatego, tak na przekór, wielu z nich chętnie się z tym dziś obnosi. To widać, bo często ci sami ludzie w zasadzie nie byli w stanie nic o Banderze powiedzieć. Ale oczywiście nie można rozmawiać tylko o tym, co było złe w naszej historii, bo tak samo prawdziwe są momenty chwalebne. Jak pisał polski przedwojenny nacjonalista, który z członkami OUN siedział w Berezie Kartuskiej (specjalnie zapisałem sobie te słowa): „Łączy nas krew wspólnie przelana nad rzeką Worsklą, pod Grunwaldem, Kłuszynem i Chocimiem, ostatnio pod Kijowem. Dzielą nas Żółte Wody, Beresteczko, Humań. Dzieli nas moskiewski i pruski srebrnik”. Dziś możemy dopisać Wołyń i Małopolskę Wschodnią, ale też Charków, Chersoń, Izium i Bachmut i te słowa będą tak samo prawdziwe. Dla nacjonalistów ważne było też to, że Polacy nie mówią po rosyjsku, nie mówią „w języku okupanta”, w odróżnieniu od wielu ich własnych rodaków, zwłaszcza starszego pokolenia.

(...)

MN: Co cię zaskoczyło na froncie? Czy tak sobie wyobrażałeś sytuację przed przyjazdem?

M: Pełnoskalowa wojna – artyleria, lotnictwo, ostrzały rakietowe, czołgi. To jest coś, na co nie byli przygotowani nawet ludzie, którzy mieli doświadczenie ani z wojny od 2014 roku, ani zagraniczni ochotnicy, którzy mieli doświadczenie np. z Syrii czy Afganistanu. Powiedzmy sobie szczerze, Europa nie widziała czegoś takiego pewnie od drugiej wojny światowej.

Przewaga wroga, zwłaszcza w początkowym okresie, była duża, później wraz ze wsparciem zachodnim nasza strona mogła zyskać przewagę. Nie bez powodu Bayraktar, Javelin czy HIMARS to słowa, które zna pewnie dzisiaj każde ukraińskiego dziecko i pewnie zresztą tak nazwało swojego psa. Ten sprzęt naprawdę robi tu ogromną robotę i bez niego wojna byłaby znacznie cięższa. No i nie oszukujmy się, Ukraina to teraz ogromny poligon doświadczalny, bo dopiero tutaj ten sprzęt przechodzi realne testy. Jest jeszcze skala okrucieństwa Rosjan, która w XXI wieku jest dla większości ludzi niewyobrażalna, ale jeśli ktoś zna historię, to w ogóle się temu nie dziwi. Rosja zawsze była tak samo agresywna, okrutna i ślepa na śmierć, nawet swoich własnych ludzi.

(...)

MN: Już tak na koniec zapytam, jak teraz wygląda sytuacja? Czy zmobilizowani rosyjscy żołnierze zmienili sytuację na froncie? Obserwujemy właściwie dwa gorące odcinki – Bachmut i Kreminna/Swatowo. Pod tym pierwszym przebić przez ukraińską obronę nie mogą się Rosjanie, ale na drugim odcinku to Ukraińcy zostali zatrzymani. Kiedy Twoim zdaniem sytuacja może ulec zmianie i na czyją korzyść?

M: Szczerze mówiąc, oba te odcinki wydają mi się celowym zamrażaniem walk, więc nie będzie miało aż takiego znaczenia kto gdzie się przebije. Nie będą to moim zdaniem pozycje bronione za wszelką cenę. Jeśli chodzi o mobilizowanych Rusków, to dopiero zobaczymy, wszyscy tu na to czekamy.

MN: Wiele mówi się teraz o szerokich operacjach ofensywnych, do których przygotują się obie strony. Kto Twoim zdaniem uderzy pierwszy, kiedy i na jakim kierunku?

M: Tutaj też można sobie tylko spekulować, bo to są tak naprawdę szczelnie chronione informacje wywiadowcze. Logiczne kierunki wydają się dwa – dla Rosjan to ponowny atak od strony Białorusi, dla Ukrainy to uderzenie na Zaporoże, żeby odciąć drogę lądową z Krymu na Donbas. Wszystko będzie też zależało od pogody, bo np. zajść na Ukrainę od północy bez mrozów o tej porze roku to duży problem, tam wszędzie są bagna. Ale tak jak mówię, to są z mojej strony czyste spekulacje. Pół roku przygotowywaliśmy się i czekaliśmy na kontrofensywę na Chersoń, po czym dla wszystkich zaskoczeniem był blitzkrieg na Izium, a sam Chersoń wzięto bez walki. Trzeba być gotowym i czekać na decyzje dowództwa. Myślę, że w tym roku Rosjanie dopiero poczują, co to są poważne straty.

nlad.pl