niedziela, 3 marca 2019


W ciągu tych nieco ponad dwóch lat Polska kompletnie zniszczyła kapitał, który kolejne, różne polskie rządy gromadziły w Europie przez ostatnich dwadzieścia pięć lat. Nie jestem w stanie panu opisać, jak bardzo politycy na Zachodzie są Polską zawiedzeni. Jeszcze trzy lata temu politycy w Paryżu byli zaniepokojeni dobrymi stosunkami polsko-niemieckimi, bo bali się, że Francja może stracić wpływy w Berlinie właśnie na rzecz Polski. Mówiło się o tym, że Francja potrzebuje więcej dyplomatów mówiących po polsku. Francuzi nagle zorientowali się, że Europa Środkowa staje się bardzo ważna.

Ale od czasu zerwania umowy na helikoptery z Airbusem, a potem na skutek rozmontowywania przez Polskę własnego wymiaru sprawiedliwości, cały ten nastrój prysł. Dziś ludzie mówią, że Polska przestała być potrzebna, bo nie wiadomo nawet, jak długo zostanie w Unii Europejskiej i czy to kraj, który chce być częścią tej Europy. Odżywają wszystkie negatywne stereotypy na temat Polski, które – jak sądziłam – zostały już pokonane. Wiele z nich jest niesprawiedliwych i nieuzasadnionych – o tym, że Polacy są zacofani, radykalnie prawicowi, że powszechny jest antysemityzm – ale prowadzą do przekonania, że tego narodu nie da się zintegrować z resztą zachodniej Europy.

kulturaliberalna.pl

Żyjemy w epoce…

Kapitalizmu inwigilacji.

Jakiej?

Do niedawna trwał kapitalizm informacji. Ale szybko się wyczerpał, a przejście od informacji do inwigilacji dokonało się dla większości w sposób niezauważony. Jednak zacznijmy od kapitalizmu informacji, zwanego także kapitalizmem wiedzy. Ten termin pojawił się w latach 90. XX w., gdy zaczęły się rozwijać nowe technologie komunikacji. To właśnie dzięki nim wiedza i informacje miały stać się fundamentem gospodarek. Przy czym przyjęło się uważać, że to po prostu kolejna forma tradycyjnego kapitalizmu. Dużo szkody narobiły prace Manuela Castellsa, hiszpańskiego socjologa, badacza społeczeństwa informacyjnego, który uspokajał, że przejście do nowej ery nie wiąże się z żadnymi wielkimi zmianami. Że wszystko pozostanie po staremu, prócz tego, że w epoce informacji będziemy wykonywać pracę szybciej, wydajniej oraz przy niższych kosztach. Przyjęliśmy bezkrytycznie tę narrację i dopiero po jakimś czasie okazało się, jak błędne było to myślenie. Okazało się, że mieliśmy do czynienia z rewolucją.

Czyli?

Na początku powstały nowe zjawiska rynkowe wymyślone na potrzeby mediów cyfrowych, niezdolne istnieć poza nimi. Zaczęły także obowiązywać nowe reguły gry – pojawiły się niezbyt jeszcze efektywne praktyki śledzenia naszej aktywności w internecie, jak ciasteczka (cookies). Wraz z tym doszło też do pierwszych debat, a nawet prób legislacyjnych, by chronić prywatność oraz dane użytkowników sieci. Niestety, nie przykładaliśmy wtedy do tego należytej wagi, bo w latach 1996–2001 internetowa branża wciąż szukała na siebie pomysłu, a inwestorzy nie mieli pewności, czy w ogóle może ona na siebie zarabiać. Temu przepoczwarzaniu – z ery informacji w epokę inwigilacji – pomogło też to, że zachodnia gospodarka w tamtym czasie przybrała wyjątkowo odrażającą formę. Była nastawiona na skrajną eksploatację konsumenta, nic nie dając mu z zamian. Podsumowując – nie tylko kapitalizm informacji okazał się czymś o wiele istotniejszym, niż myśleliśmy, ale kolejne jego wcielenie – kapitalizm inwigilacji, zaczął rozwijać się, nie napotykając przeszkód i w efekcie stając się dominującą formą dla całej ekonomii, nie tylko tej związanej z siecią.

Z pani prac można się dowiedzieć, że przełomowy dla kapitalizmu inwigilacji był 2001 r. Dlaczego?

Pękła internetowa bańka i Krzemowa Dolina wpadła w panikę. W opałach znalazł się też Google, wówczas firma raczkująca, oferująca bardzo dobrą wyszukiwarkę, lecz wciąż niegenerująca zysków – a więc pod presją ze strony inwestorów. W owym czasie relacje koncernu z reklamodawcami były tradycyjne. Firma kojarzyła ich produkt ze słowem kluczem wpisanym przez internautę do wyszukiwarki i pokazywała mu ogłoszenie. Inżynierowie Google’a zaczęli jednak przeglądać serwery z danymi pozostawionymi przez użytkowników i odkryli, że pozostawiają oni po sobie dużo więcej informacji niż tylko wpisana fraza. Że zostaje po nich ślad informacyjny, czyli dane o tym, kim są, w jakim wieku, gdzie mieszkają, co ich interesuje czy czego szukają w sieci. Pojawił się pomysł, by ten ślad wykorzystać do próby przewidzenia zachowania klientów – i od wyników tej projekcji uzależnić wyświetlanie reklam. To był całkowicie nowy rodzaj gry. Do tego Google zastrzegł, że nie wyjawi światu swojego „patentu”. Nikomu się to nie podobało, ale też nikt za bardzo nie narzekał, bo nowa strategia okazała się sukcesem. Między 2001 r. a 2004 r., kiedy to firma dopracowała technologię, jej przychody wzrosły o 4 tys. proc.

I zaczął się kapitalizm inwigilacji.

Dokładnie. Na rynku pojawił się nowy produkt, możliwy dzięki zupełnie nowemu surowcowi. Surowcem stał się ślad, jaki pozostawiamy po sobie w internecie, zaś produktem – przewidywanie naszych zachowań. Ten produkt jest sprzedawany na rynki, które skupił wokół siebie Google. Powszechnie myśli się, że to branża reklamowa, ale to błąd. Te rynki też są nowe. To rynki przewidywania przyszłych zachowań ludzkich (behavioral futures markets). Zostały stworzone, by służyć reklamie na podobnej zasadzie, co masowa produkcja branży motoryzacyjnej – taśmę wymyślono po to, by zwielokrotnić zyski. Dzisiaj już widzimy obecność tych nowych rynków w bardzo wielu sferach naszego życia: w ubezpieczeniach, handlu, bankowości, polityce – co pokazała nam afera związana z Facebookiem i firmą Cambridge Analytica. FB właśnie odpowiedział na pytanie rządowego US House Energy & Commerce Committee – w 750-stronicowym dokumencie przyznał się, że dane użytkowników przekazywał lub sprzedawał 52 firmom z branży IT. Warto także wiedzieć, że nad technologią będącą fundamentem kapitalizmu inwigilacji pracowała w Google’u Sheryl Sandberg, obecna szefowa operacyjna Facebooka, nie dziwi więc, że to te dwie firmy są liderami nowej formy gospodarki. Na bazie ich sukcesu ten model rynkowy stał obowiązujący. I gdziekolwiek spojrzymy, tam trwa wyścig o zbieranie danych o naszych zachowaniach w celu kreowania produktu zgodnego jak najbardziej z naszym pożądaniem. Kapitalizm inwigilacji wylał się z sieci nawet do świata offline’u. A to przecież nie koniec, bo rynek, jak natura, jest wciąż w ruchu, ewoluuje.

Dokąd więc zmierzamy?

Jak zawsze – toczy się odwieczna walka o to, kto będzie miał najlepszy produkt na rynku. Surowcem jest ślad informacyjny, wobec czego rynek poszukuje sposobów na usprawnienie metod projektowania naszych oczekiwań. A o wiele łatwiej coś przewidzieć, jeśli najpierw dokona się ingerencji w zachowanie tak, by przybrało ono pożądane formy. Co więc się dzieje? Dynamika kapitalizmu inwigilacyjnego prze coraz bardziej w kierunku wcielania w życie programów modyfikacji naszych zachowań. Mówiąc wprost – rynek usiłuje nas, jako klientów i konsumentów, coraz mocniej popychać w preferowanym przez siebie kierunku, próbuje wpływać na nasze opinie, niekiedy wręcz zaganiać w określone miejsca niczym owce na pastwisku. To jest obecny kierunek rozwoju rynku.

forsal.pl

Co się zdarzyło w Polsce po roku 1945? Czy to była wielka rewolucja społeczna? Jak to określić?

– Kiedyś prof. Tadeusz Łepkowski, znakomity historyk, twierdził, że w latach 1945-1946 zderzyły się dwie rewolucje: niepodległościowo-demokratyczna i komunistyczna. Ta druga zwyciężyła, bez wątpienia dzięki radzieckim bagnetom. Ale nie tylko. Wszak w Polsce pod koniec wojny narastały nastroje lewicowe, co widać chociażby w dokumentach AK, w tużpowojennej publicystyce. Przy czym wielu historyków dopowiada, że te przemiany rewolucyjne zaczęły się już w okresie II wojny. Zniknęli Żydzi, a wraz z nimi ich majątki. Wszystko, co zostało po nich, posłużyło bardzo silnej zmianie, która miała charakter rewolucji, oczywiście…

Sztetl został zasiedlony.

– Przez polski żywioł. Ludowy. I w związku z tym poziom życia tych ludzi się zmienił.

Do domków biedoty wprowadziła się jeszcze większa biedota.

– Dzisiaj, na 100-lecie niepodległości, będziemy pod pewnym przymusem pokazywać, jaka piękna była II Rzeczpospolita. Wszystkich zwolenników takich tez odsyłam do „Pamiętników chłopów” z 1935 r., które pokazują, jak zacofany był to kraj w sensie społecznym. Bohaterowie opisują swoje warunki życia. To wstrząsająca lektura, zwłaszcza dla ludzi młodych, dla których obecny świat jest czymś, co było zawsze.

Takie wsie, z takimi warunkami życia, z przeludnieniem, były na początku Polski Ludowej.

– Są badania z lat 50. Instytutu Budownictwa Mieszkaniowego. Oni badali nowe osiedla, które zaczęły wtedy powstawać w Mielcu, Stalowej Woli, Nowej Hucie. Są tam opisy hoteli robotniczych w Nowej Hucie… Że w jednej sali jest kilkadziesiąt osób, są dwie umywalki z zimną wodą. A potem pytano tych ludzi, jak oni to oceniają. Odpowiedź brzmiała: bardzo dobrze! W porównaniu z tym, co mieli u siebie na wsi, to, co nam się wydaje koszmarnymi warunkami życia, dla nich koszmarne nie było. Dla nich to był awans. I dlatego tak trudno nam dziś zrozumieć lata 50. Nie mamy tamtych doświadczeń.

Nie wiemy, jak w 14 osób można było żyć w dwuizbowej, drewnianej chałupie z glinianą polepą.

– Wielu chłopców, którzy z tych wsi spod Krakowa czy Rzeszowa szli przede wszystkim do Nowej Huty, wychodziło właśnie z takich warunków życia, gdzie w jednej chałupie nie wystarczało miejsc do spania. Spali w stodole, w komórce… I to są tego typu warunki, przeniesione z II Rzeczypospolitej. Oczywiście wieś wielkopolska była inna, ale mówimy o pewnej średniej.

Czyli industrializacja na wielką skalę to świadomy plan wyrwania Polski z tej nędzy?

– To był plan bardzo celowy. Są teorie mówiące, że to, co zdarzyło się w latach 50., było próbą siłowej, centralnie zaplanowanej modernizacji Polski, jako jednego z wielu na świecie obszarów peryferyjnych. Grzegorz Wójtowicz kiedyś zbadał tzw. produkt na osobę w Polsce od roku 1000 w stosunku do Europy Zachodniej. Oczywiście porównywać te wszystkie lata niemal nie sposób. Ale co mu wyszło? Że w 1950 r. w Polsce na statystycznego mieszkańca przypadało 54% dochodu przeciętnego mieszkańca Europy Zachodniej. W 1938 r. było to 50%, w 1978 – 48%, a w 1989 – 36%! Zgoda, że wskaźnik z 1950 r. to efekt stosowania w dużej mierze metod represyjnych w gospodarce, a postępujące od lat 70. zacofanie wobec Zachodu to głównie skutek zmiany filozofii gospodarowania – coraz bardziej liczyła się produkcja komputerów, a nie stali. Ale nawet przy tych zastrzeżeniach mówienie o tym jest dziś niepoprawne.

Projektowi modernizacji towarzyszył projekt awansu społecznego milionów.

– Awans społeczny w PRL szedł dwiema podstawowymi ścieżkami. Z jednej strony, był to awans do miasta i przede wszystkim do przemysłu, a z drugiej – awans oświatowy, przez szkołę. Jeżeli chodzi o ten pierwszy, był plan sześcioletni – industrializacji, szczególnie rozwoju przemysłu środków produkcji: ciężkiego i metalowego. To przedsięwzięcie potrzebowało mnóstwo siły roboczej. Są takie teksty propagandowe z lat 1949-1950, które mówią o tym, że wszyscy zbędni na wsi, młodzież, kobiety, powinni zasilić przemysł, bo tworzymy Polskę, jakiej nigdy nie było, Polskę wielkiego awansu, mocną gospodarczo.

Trudno stwierdzić, czy te teksty były skuteczne, ale faktem jest, że wieś się ruszyła.

– Jeżeli bada się migracje ze wsi do miasta, widać, że są dwa okresy w historii Polski, kiedy to wychodźstwo i awans z tym związany były najintensywniejsze. Otóż w latach 1951-1955 ze wsi do miasta przeniosło się na stałe ponad 1,8 mln osób. Podobna wielkość została uzyskana w Polsce w latach 1976-1980. Wszystko pośrodku było mniejsze. Duże, ale sporo mniejsze. Zwłaszcza migracja lat 50. jest interesująca. To jest migracja chłopska. Ona wchodzi w miasto z całym swoim kapitałem kulturowym, bardzo ograniczonym.

tygodnikprzeglad.pl