sobota, 22 lutego 2020


Tradycyjnie w Białym Domu koncepcje polityczne i pomysły na konkretne działania płyną z góry na dół, a ludzie starają się wcielać w życie życzenia prezydenta – w każdym razie to, co na temat tych życzeń przekazuje im szef kancelarii. W Białym Domu pod rządami Trumpa koncepcje polityczne – począwszy od pomysłu Bannona na rozporządzenie wykonawcze w sprawie imigracji – płynęły z dołu w górę. Istota tego procesu sprowadzała się do sugerowania, podpowiadania rozwiązań i wspominania o tym, czego prezydent mógłby chcieć – w nadziei, że dojdzie on do wniosku, iż sam na to wpadł (w tym celu podczas rozmowy należało wspomnieć, że prezydent przecież myślał już wcześniej o danej sprawie).

Walsh zaobserwowała u Trumpa pewien zestaw przekonań i impulsów, których większość funkcjonowała w jego umyśle od lat. Niektóre z nich były w znacznym stopniu sprzeczne z innymi, generalnie też nie dawały się wpisać w konwencje i formy właściwe dla legislacji czy polityki.

Ona i wszyscy pozostali mieli więc za zadanie stworzyć program na podstawie pragnień i impulsów, co wymagało sporych zdolności interpretacyjnych. W ocenie samej Walsh było to jak „domyślanie się, czego chce dziecko”. Formułowanie sugestii okazywało się bardzo skomplikowane. Zasadniczy problem prezydentury Trumpa, wpływający na każdy aspekt jego polityki i przywództwa, polegał na tym, że on nie przetwarzał informacji w sposób konwencjonalny. W pewnym sensie nie przetwarzał ich wcale.

Trump nie czytał, nawet nie przeglądał tekstów pisanych. Jeśli coś zostało mu przedstawione na piśmie, to równie dobrze mogło nie istnieć. Zdaniem niektórych w praktyce wychodziło na to, że był co najwyżej półanalfabetą (kwestia ta stała się przedmiotem sporów, ponieważ Trump czytał nagłówki i artykuły na swój temat – a przynajmniej nagłówki artykułów na swój temat, jak również co ciekawsze teksty publikowane na Page Six przez „New York Post”). Niektórzy przypuszczali, że może mieć dysleksję, na pewno miał ograniczoną zdolność rozumienia informacji. Inni wychodzili z założenia, że Trump nie czyta, bo nie musi – i że to w istocie jeden z jego głównych wyróżników jako populisty: był człowiekiem postalfabetycznym, w pełni polegającym na telewizji.

Trump jednak nie tylko nie czytał, ale też nie słuchał. Wolał mówić. We własne doświadczenie, choćby zupełnie mizerne i niezwiązane z tematem, wierzył bardziej niż w cudze. Poza tym potrafił się skupić na jednej kwestii jedynie przez bardzo krótki czas, nawet jeśli coś wydawało się mu godne zainteresowania.

W związku z tym członkowie jego organizacji musieli wypracować zbiór wewnętrznych uzasadnień, pozwalających im darzyć zaufaniem człowieka, który pomimo bardzo ograniczonej wiedzy całkowicie polegał na swoim instynkcie i odruchach, zupełnie się nie przejmując tym, jak często się one zmieniają.

W Białym Domu za rządów Trumpa zapanowało przekonanie, że doświadczenie – jako cnota liberalna – jest przereklamowane. W końcu ludzie, którzy z wielkim trudem zdobywali wiedzę, często podejmowali nietrafione decyzje. Może zatem instynkt pozwala badać istotę sprawy równie skutecznie, albo wręcz lepiej, niż typowe dla dotychczasowej amerykańskiej polityki intelektualne rozważania i analizy danych, które często przesłaniają tę prawdziwą rzeczywistość. Być może.

Miejmy nadzieję.

Oczywiście poza samym prezydentem tak naprawdę nikt w to nie wierzył.

Michael Wolff - Ogień i furia. Biały Dom Trumpa

Przemówienie trwało 48 minut, ale już po upływie pierwszych kilku wiadomo było, że nie ma nic wspólnego z pierwotnym planem. W kółko powtarzały się te same wątki.

„Może kiepsko im idzie z sondażami. A może są na bakier z prawem. Albo jedno, albo drugie.

Są naprawdę bystrzy. Są cwani. No i bardzo nieuczciwi… Podsumowując (choć mówić miał jeszcze przez 37 minut), to bardzo delikatny temat, a oni się denerwują, jak demaskujemy ich kłamstwa. Twierdzą, że Pierwsza Poprawka zabrania nam krytykowania ich nieuczciwych doniesień. Wiecie, oni zawsze się powołują – następne słowa wypowiedział nienaturalnie wysokim tonem – na Pierwszą Poprawkę. Ja uwielbiam Pierwszą Poprawkę. Nikt jej nie lubi bardziej niż ja. Nikt”.

Członkowie świty Trumpa usiłowali zachować pokerowe twarze. Rozluźnili się dopiero po chwili, gdy usłyszeli radosne okrzyki i śmiech na sali. Do tego momentu nie potrafili stwierdzić, jak zostaną odebrane te dość osobliwe rozważania prezydenta.

„Tak na marginesie. Was tu jest pełno, sala pęka w szwach, a kolejka ciągnie się na sześć przecznic. (Tak naprawdę poza zatłoczonym lobby żadnej kolejki nie było). Mówię wam o tym, bo nigdzie o tym nie przeczytacie. Ale są kolejki, które ciągną się na sześć przecznic… Łączy nas wspólny obowiązek wobec Ameryki, wobec Ameryki… Wszyscy z dumą salutujemy tej samej amerykańskiej fladze… Wszyscy jesteśmy równi, równi w oczach Wszechmogącego Boga…

Jesteśmy równi… I ja chciałbym, tak przy okazji, podziękować społeczności ewangelikalnej, społeczności chrześcijańskiej, wspólnotom wiary, rabinom, księżom i pastorom, duchownym, ponieważ jak wiecie, uzyskałem rekordowe poparcie, i to nie tylko jeśli chodzi o liczbę ludzi, ale o odsetek tych, którzy głosowali na Trumpa… To niesamowity zryw i ja was nie rozczaruję… Dopóki będziecie wierzyć w siebie nawzajem i ufać Bogu, nie ma takiego celu, którego nie moglibyśmy osiągnąć… nie ma zbyt ambitnego marzenia… nie ma zbyt wielkiego zadania…

Jesteśmy Amerykanami i przyszłość należy do nas… Ameryka tryska energią. Będzie większa, lepsza i silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej…”.

Ludzie w Zachodnim Skrzydle dla zabicia czasu zaczęli spekulować, jak długo Trump mógłby mówić, gdyby władał czasem tak sprawnie jak językiem. Wspólnie doszli do wniosku, że bez końca. Nie miał żadnych zahamowań i chętnie słuchał własnego głosu. Najwyraźniej nie musiał dbać o żaden logiczny ciąg myśli czy spójność przekazu, bo przypadkowe spostrzeżenia wywoływały zachwyt publiczności. Swobodne skojarzenia wydawały się tylko dodawać mu skrzydeł. Wszystko to sugerowało, że mógłby mówić bez końca, jeśli pozwalałyby mu na to czas oraz zdolność koncentracji uwagi jego słuchaczy. Te spontaniczne wystąpienia Trumpa zawsze były wielkim przeżyciem, jednak w większym stopniu dla ludzi z jego otoczenia niż dla niego samego. On sprawiał wrażenie całkowicie pochłoniętego i szczęśliwego. Napawał się przekonaniem o własnej wytrawności jako autora przemówień i mówcy. W tym czasie wszyscy inni wstrzymywali oddech. Jeśli w trakcie takiego wystąpienia dał się ponieść fali szaleństwa – a dawał się ponieść dość często – i jego rozważania zaczynały zmierzać w jakimś tajemniczym kierunku, to jego ludzie musieli czym prędzej szukać wyjścia z sytuacji. Trzeba było się wykazać absolutną dyscypliną, żeby udawać, że się nie widzi tego, co widzą wszyscy.

Michael Wolff - Ogień i furia. Biały Dom Trumpa