Tradycyjnie w Białym Domu koncepcje polityczne i pomysły na konkretne działania płyną z góry na dół, a ludzie starają się wcielać w życie życzenia prezydenta – w każdym razie to, co na temat tych życzeń przekazuje im szef kancelarii. W Białym Domu pod rządami Trumpa koncepcje polityczne – począwszy od pomysłu Bannona na rozporządzenie wykonawcze w sprawie imigracji – płynęły z dołu w górę. Istota tego procesu sprowadzała się do sugerowania, podpowiadania rozwiązań i wspominania o tym, czego prezydent mógłby chcieć – w nadziei, że dojdzie on do wniosku, iż sam na to wpadł (w tym celu podczas rozmowy należało wspomnieć, że prezydent przecież myślał już wcześniej o danej sprawie).
Walsh zaobserwowała u Trumpa pewien zestaw przekonań i impulsów, których większość funkcjonowała w jego umyśle od lat. Niektóre z nich były w znacznym stopniu sprzeczne z innymi, generalnie też nie dawały się wpisać w konwencje i formy właściwe dla legislacji czy polityki.
Ona i wszyscy pozostali mieli więc za zadanie stworzyć program na podstawie pragnień i impulsów, co wymagało sporych zdolności interpretacyjnych. W ocenie samej Walsh było to jak „domyślanie się, czego chce dziecko”. Formułowanie sugestii okazywało się bardzo skomplikowane. Zasadniczy problem prezydentury Trumpa, wpływający na każdy aspekt jego polityki i przywództwa, polegał na tym, że on nie przetwarzał informacji w sposób konwencjonalny. W pewnym sensie nie przetwarzał ich wcale.
Trump nie czytał, nawet nie przeglądał tekstów pisanych. Jeśli coś zostało mu przedstawione na piśmie, to równie dobrze mogło nie istnieć. Zdaniem niektórych w praktyce wychodziło na to, że był co najwyżej półanalfabetą (kwestia ta stała się przedmiotem sporów, ponieważ Trump czytał nagłówki i artykuły na swój temat – a przynajmniej nagłówki artykułów na swój temat, jak również co ciekawsze teksty publikowane na Page Six przez „New York Post”). Niektórzy przypuszczali, że może mieć dysleksję, na pewno miał ograniczoną zdolność rozumienia informacji. Inni wychodzili z założenia, że Trump nie czyta, bo nie musi – i że to w istocie jeden z jego głównych wyróżników jako populisty: był człowiekiem postalfabetycznym, w pełni polegającym na telewizji.
Trump jednak nie tylko nie czytał, ale też nie słuchał. Wolał mówić. We własne doświadczenie, choćby zupełnie mizerne i niezwiązane z tematem, wierzył bardziej niż w cudze. Poza tym potrafił się skupić na jednej kwestii jedynie przez bardzo krótki czas, nawet jeśli coś wydawało się mu godne zainteresowania.
W związku z tym członkowie jego organizacji musieli wypracować zbiór wewnętrznych uzasadnień, pozwalających im darzyć zaufaniem człowieka, który pomimo bardzo ograniczonej wiedzy całkowicie polegał na swoim instynkcie i odruchach, zupełnie się nie przejmując tym, jak często się one zmieniają.
W Białym Domu za rządów Trumpa zapanowało przekonanie, że doświadczenie – jako cnota liberalna – jest przereklamowane. W końcu ludzie, którzy z wielkim trudem zdobywali wiedzę, często podejmowali nietrafione decyzje. Może zatem instynkt pozwala badać istotę sprawy równie skutecznie, albo wręcz lepiej, niż typowe dla dotychczasowej amerykańskiej polityki intelektualne rozważania i analizy danych, które często przesłaniają tę prawdziwą rzeczywistość. Być może.
Miejmy nadzieję.
Oczywiście poza samym prezydentem tak naprawdę nikt w to nie wierzył.
Michael Wolff - Ogień i furia. Biały Dom Trumpa

