środa, 16 września 2020
Adam Andruszkiewicz, wiceminister cyfryzacji, wsławił się dotychczas trzema rzeczami: ma stawiać maszty na biało-czerwone flagi (takie prawdziwe maszty, żadne tam maszty 5G), zdaniem wielu załatwił swojej żonie posadę w państwowej fundacji (zdaniem Andruszkiewicza - nie załatwił) oraz zapowiada od kilku już lat, że polski rząd rozprawi się ze złymi korporacjami cyfrowymi. YouTube, Facebook i Google ponoć bardzo boją się aktywności pana ministra.
Szkopuł w tym, że to rozprawianie się idzie powoli. Na co dowodem jest nowy projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji. Stanowić on w znacznej mierze będzie implementację unijnej dyrektywy. Rząd proponuje, by dostawcy platform udostępniania wideo musieli zgłosić, iż prowadzą działalność, Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Zgłoszenie to będzie miało na celu przede wszystkim umożliwienie polskim urzędnikom szybkie dotarcie do osób decyzyjnych w danej platformie, jako że będzie musiało zawierać dane do tzw. szybkiego kontaktu. Ponadto platformy będą musiały wdrożyć rozwiązania techniczne uniemożliwiające małoletnim widzom dostęp do przekazu zagrażającego fizycznemu, psychicznemu lub moralnemu rozwojowi dziecka. Chodzi przede wszystkim o to, by małolat nie mógł samodzielnie odpalić filmów porno oraz klipów, w których krew bryzga po ścianach.
(...)
Oczywiście ktoś teraz może powiedzieć, że przecież YouTube też będzie podlegał pod pewne wymogi, zbliżone do tych obowiązujących w Polsce, tyle że w Irlandii. I tak, i nie. Formalnie bowiem rzeczywiście niemal wszyscy cyfrowi giganci podlegają i będą podlegać pod prawo irlandzkie. W praktyce jednak to iluzja, o czym doskonale wiedzą wszyscy, którzy śledzą model ochrony danych osobowych w Europie. Po ponad dwóch latach od wejścia w życie RODO widać, że technologiczni giganci doskonale sobie poradzili z unijnymi przepisami i w najlepszym razie są w stanie przewlekać prowadzone wobec nich postępowania w nieskończoność.
Dziwnym trafem to właśnie w Irlandii swe europejskie siedziby mają Facebook (wraz z powiązanymi z nim Instagramem i WhatsAppem), Google, Twitter, Apple, Huawei oraz wiele innych znanych, choć może nie tak wielkich korporacji. I całkowitym przypadkiem to właśnie tam funkcjonuje jeden z najmniej wydolnych organów ds. ochrony danych osobowych w Europie. Do niedawna jego siedziba mieściła się w domu-bliźniaku, którego część zajmował sklepik sieci SPAR. Teraz irlandzki urząd się rozrósł. Ma już budżet równy temu, który posiada irlandzki związek wyścigów chartów.
dziennik.pl
Naukowcy analizują bezprecedensowe wysiłki rządu USA podejmowane w czasie II wojny światowej w celu zmobilizowania nauki do działania na rzecz wojny za pośrednictwem nowo utworzonego Biura Badań Naukowych i Rozwoju (Office of Scientific Research and Development, OSRD). OSRD zawarło ponad 2200 umów badawczo-rozwojowych z wykonawcami przemysłowymi i akademickimi, wydając na nie ok. 7,4 mld ówczesnych dolarów. Nakłady OSRD ponad dwukrotnie przekroczyły wcześniejsze wydatki rządu na badania naukowe. Naukowcy wskazują, że inwestycje te miały duży wpływ na kierunek i miejsce powstawania amerykańskich wynalazków oraz na zatrudnienie w sektorze zaawansowanych technologii przemysłowych, wprawiając w ruch siły wynikające z funkcjonowania w dużych skupiskach, które ukształtowały klastry technologiczne epoki powojennej.
Naukowcy korzystają z archiwalnych rejestrów w celu stworzenia zbioru danych dotyczących umów OSRD, zawierającego szczegółowe informacje nt. wykonawców oraz wynalazków i publikacji naukowych, których byli autorami. Łączą te dokumenty z danymi dotyczącymi pełnego rejestru patentów w Stanach Zjednoczonych oraz patentów zagranicznych. Porównują przedwojenne i powojenne patenty w różnych dziedzinach technologii, które otrzymały istotne wsparcie w związku z prowadzonymi działaniami wojennymi. Porównują także stosowanie tego typu patentów w USA i w innych krajach, a także porównują aktywność patentową w okręgach USA, które otrzymały duże i małe zastrzyki finansowe.
Badanie wskazuje na widoczną rozbieżność między USA a innymi krajami sojuszniczymi w ukierunkowaniu technologicznym patentów po II wojnie światowej. Do roku 1970 liczba opatentowanych w USA technologii, na których koncentrowały się badania wspierane przez OSRD, była o ponad 50 proc. większa niż w Wielkiej Brytanii i Francji.
Naukowcy dostrzegają również mocny wpływ na rozkład geograficzny krajowych wynalazków. Kiedy porównują oni okręgi i obszary technologiczne, na których najbardziej koncentrowało się finansowanie OSRD, z tymi, w których działalność badawcza była w mniejszym stopniu wspierana przez OSRD, odkrywają, że liczba wniosków patentowych gwałtownie wzrosła w czasie II wojny światowej, a po zakończeniu konfliktu spadła do poziomu sprzed wojny, by następnie na trwałe poszybować w górę, utrzymując stały wzrost. Wydaje się, że wzrost ten koncentrował się w okręgach, które już przed II wojną światową wykazywały znacznie więcej patentów w tych obszarach technologicznych. Naukowcy dochodzą do wniosku, że wysiłek badawczy z czasów wojny sam z siebie nie stworzył tych klastrów technologicznych, ale uruchomił siły, które doprowadziły do coraz większej kumulacji i pogłębiania się różnic w tworzeniu wynalazków w różnych częściach kraju.
Lokalne systemy badawcze wyrastały w lokalizacji i obszarach technologicznych, w których OSRD koncentrowało swoją działalność, w tym na uniwersytetach, w centrach badawczych finansowanych ze środków federalnych oraz prywatnej wynalazczości. W sektorze telekomunikacji oraz produkcji urządzeń i podzespołów elektronicznych, tj. branżach ściśle związanych z wojennym wysiłkiem badawczym, podwojenie liczby patentów OSRD w latach 40. XX w. skutkowało 60-65 proc. wzrostem zatrudnienia w latach 70. Wydaje się, że wsparcie OSRD zbudowało lokalny potencjał naukowy i technologiczny, co pozwoliło rozwijać lokalną innowacyjność po wojnie, a także przyczyniło się do stworzenia miejsc pracy w powiązanych branżach produkcyjnych.
obserwatorfinansowy.pl
Ani jedna duża marka odzieżowa nie zapewnia godziwych płac wszystkim pracownicom i pracownikom w łańcuchu dostaw - nawet jeśli ci pracują w nadgodzinach. Niemal wszystkie ukrywają adresy fabryk, w których produkowana jest ich odzież. Mają powody.
(...)
Wszyscy zatrudnieni w chińskich fabrykach, łącznie 490 osób, powiedzieli badaczom, że w ostatnim miesiącu wypracowali ponad 100 godzin nadliczbowych (średnio 122) - de facto wszyscy pracują więc na dwóch etatach. Godziwie zarobiły dwie z tych osób.
A do tego normy - czyli minimum pracy, jaką trzeba wykonać, żeby otrzymać wynagrodzenie w pełnej wysokości. Wyśrubowane tak, że większość pracownic i pracowników w trakcie standardowego ośmiogodzinnego dnia pracy jest w stanie zrealizować zaledwie 80 proc. - zostają więc po godzinach, rezygnują z przerw, a nawet wyjść do toalety. Wiele z nich pracuje 27, a nawet 30 dni w miesiącu.
"W jednej z najlepiej zarabiających branż pracownice na końcu łańcucha dostaw nadal wykonują niewolniczą pracę" - piszą autorzy opublikowanego w czwartek przez CCC raportu "Fashion Checker".
(...)
CCC postanowiło zapytać o wynagrodzenia 108 marek odzieżowych. W końcu to dzięki pracy szwaczek w krajach azjatyckich mogą powstać takie fortuny jak np. ta należąca do Amancio Ortegi - twórcy Zary, większościowego udziałowca Inditexu, do którego należy też m.in. Bershka, Pull & Bear czy Massimo Dutti - warta blisko 67 miliardów dolarów (około 251 miliardów złotych).
Odpowiedzi? Aż 35 koncernów nie udzieliło żadnej. Reszta odpowiedziała, ale do powiedzenia miały niewiele.
Spośród 108 marek aż 100 nie ujawniło żadnych informacji o wysokości płac u swoich poddostawców. To m.in. znane sieciówki: Adidas, H&M, Zara czy Primark, który w sierpniu otworzył swój pierwszy sklep w Polsce. Siedmiu z nich udało się dowieść, że godnie wynagradzanych jest do 25 proc. pracowników (m.in. Jack Wolfskin). Tylko jedna - Gucci - twierdzi, że co najmniej 50 proc. jego dostawców płaci swoim pracownicom i pracownikom godnie. Problem? Gucci nie udostępnia publicznie żadnych dowodów, przekonuje za to, że w 95 proc. swoją odzież produkuje we Włoszech. Gdzie dokładnie? Tego Gucci też nie podaje.
A skoro jesteśmy przy fabrykach, w których modowi giganci szyją swoją odzież: łącznie aż 102 marki nie chcą podać nawet ich nazw i adresów. Zrobiło to tylko sześć firm: Benetton, Esprit, Nike, Adidas, H&M i G-Star Raw.
wyborcza.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


