środa, 16 listopada 2022


W pobliżu Zamościa znajduje się stacja radiolokacyjna wyposażona w tzw. trójwspółrzędny radar dalekiego zasięgu typu Backbone. Urządzenie to przeznaczone jest do kontroli obszaru powietrznego. Radar umożliwia wykrywanie obiektów powietrznych, określanie ich współrzędnych (azymut, odległość, wysokość), identyfikację "swój – obcy".

— Radary typu Backbone to polsko-NATO-wska konstrukcja. Stoją one na ścianie wschodniej i patrzą na wschód — mówi gen. Tomasz Drewniak, były dowódca sił powietrznych.

To właśnie jeden z tych radarów, dokładnie ten znajdujący się niedaleko Zamościa, jak twierdzą nasi rozmówcy, we wtorek wieczorem wykrył rakietę lecącą z terytorium Ukrainy w stronę powiatu hrubieszowskiego.

Tomasz Szatkowski, polski ambasador przy NATO, przyznał dziś publicznie, że systemy radiolokacyjne sojuszu minuta po minucie śledziły lot rakiety, która spadła w Przewodowie, zabijając dwie osoby. "To robiło wrażenie" — powiedział. Dodał jednak, że "są również środki tego typu, które polska udostępnia sojuszowi".

Informacje z polskich systemów radiolokacyjnych w czasie rzeczywistym zostały przesłane do Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych, odpowiedzialnego za dowodzenie siłami zbrojnymi. Równocześnie, jak informowała stacja CNN, spłynęły tam też dane z NATO-wskiego samolotu wczesnego ostrzegania AWACS, który patrolował strefę powietrzną wokół wschodniej granicy Sojuszu.

Na podstawie tych danych wojskowi eksperci niemal od razu ocenili, że w Przewodowie spadła ukraińska rakieta przeciwlotnicza S-300. Jest to system rakiet ziemia-powietrze przeznaczony do zwalczania celów powietrznych (samolotów, śmigłowców, dronów) oraz taktycznych rakietowych pocisków balistycznych.

Rakieta ta miała zwalczać rosyjskie pociski podczas środowego zmasowanego ataku na infrastrukturę cywilną na całym terytorium Ukrainy. Z nieznanych jednak powodów pocisk ukraiński nie trafił w cel i już w powietrzu zmienił trajektorię lotu.

— To widzieliśmy na radarach. Te dane trzeba było jednak jeszcze potwierdzić. Dlatego na miejsce został wysłany zespół ekspertów wojskowych, składający się głównie z przeciwlotników — mówi nasz rozmówca, zastrzegając swoją anonimowość.

Gen. Tomasz Drewniak nie ma wątpliwości, że polskie stacje radiolokacyjne wykryły rakietę, która spadała w Przewodowie. Dodał jednak, że wojsko nie miało ani czasu, ani możliwości, aby zareagować. — Nie ma takiego systemu obrony powietrznej, w żadnym zresztą państwie na świecie, który ochroniłby całą granicę — podkreśla były dowódca sił powietrznych.

Dziś przyznał to także ambasador Szatkowski. "W Przewodowie miał miejsce nieprzewidziany incydent i nie było możliwości skutecznego przeciwdziałania" — podkreślił.

Dlaczego? — To nie był problem świadomości sytuacyjnej. Nad Polską latają samoloty rozpoznania radioelektronicznego NATO, mamy też własne systemy. Moim zdaniem wiedzieliśmy, że ten pocisk spadnie na naszym terytorium — mówi Mariusz Cielma, redaktor naczelny miesięcznika "Nowa Technika Wojskowa". Jego zdaniem zabrakło jednak sprzętu, by go strącić, czasu, a także warunków prawnych do podjęcia takiej decyzji.

— Jeśli to był ukraiński pocisk, to nie leciał przez całą Ukrainę. Został odpalony w pobliżu, a należy pamiętać, że pociski przeciwlotnicze są dużo szybsze niż pociski manewrujące. Poruszają się z prędkością kilku tysięcy kilometrów na godzinę, żeby dogonić wrogi cel. Czasu na reakcję było więc niewiele. Po drugie, żeby zareagować, to cały obieg informacji musiałby się zamknąć, kiedy pocisk był jeszcze nad Ukrainą — wyjaśnia Mariusz Cielma. Zdaniem redaktora naczelnego "Nowej Techniki Wojskowej" byłoby to po prostu niewykonalne.

Podobnego zdania jest też gen. Drewniak. — Nie bardzo dałoby się ten pocisk zestrzelić, ponieważ musielibyśmy mieć na granicy ustawione rakiety w gotowości do startu. Dziś, jeśli chodzi o obronę powietrzną, mamy tylko starą Newę i praktycznie na tym koniec. Natomiast amerykański system Patriot dopiero do wojska wchodzi — wyjaśnia były dowódca polskiego lotnictwa wojskowego.

Polska obrona powietrzna składa się dziś właściwie tylko z zestawów Newa, produkcji radzieckiej. Pierwsze dotarły do Polski w 1969 r. W latach 90. wojsko je modernizowało. Są to systemy rakietowe średniego zasięgu do obrony obiektów i terytorium kraju. Zestaw może strzelać rakietami typu 5W27U i D. Ich zasięg wynosi 25 km, natomiast pułap 18 km.

— Newa może zestrzeliłaby taki pocisk, jaki spadł w Przewodowie, ale nie da się ukryć, że są to zestawy, które zostały wprowadzone do wojska w latach 60. i 70. Potem były modernizowane, ale nie sama rakieta — mówi Mariusz Cielma.

— Przejęliśmy kilka tygodni temu pierwszą baterię Patriot czy pierwszą brytyjską jednostkę ogniową CAMM, ale to nie są jeszcze systemy operacyjne. Jesteśmy na etapie uczenia się ich, integracji. Można powiedzieć, że nasza obrona powietrzna na dziś jest skromna i ciągle przestarzała — podkreśla redaktor naczelny "Nowej Techniki Wojskowej".

onet.pl

Siły rosyjskie przeprowadziły największy atak rakietowy na ukraińską infrastrukturę krytyczną od początku wojny. Rzecznik Dowództwa Sił Powietrznych Ukrainy Jurij Ignat poinformował 15 listopada, że siły rosyjskie wystrzeliły około 100 pocisków manewrujących Kh-101 i Kh-555 na cele na Ukrainie, głównie na ukraińskie obiekty infrastruktury krytycznej. Ukraiński Sztab Generalny poinformował również, że siły rosyjskie zaatakowały ukraińską infrastrukturę za pomocą dziesięciu dronów. Źródła ukraińskie i rosyjskie podały, że siły rosyjskie uderzyły w cele w Kijowie, a także w obwodach rówieńskim, żytomierskim, lwowskim, chmielnickim, dnipropietrowskim, połtawskim, winnickim, odeskim, kirowohradzkim, czerkaskim, wołyńskim i charkowskim.

Rosyjskie wojsko prawdopodobnie wykorzystało znaczną część pozostałych precyzyjnych systemów uzbrojenia w skoordynowanych atakach rakietowych 15 listopada. Ukraiński Sztab Generalny poinformował, że 15 listopada ukraińska obrona powietrzna zestrzeliła 73 rosyjskie pociski manewrujące i wszystkie drony. Ukraińska obrona powietrzna zestrzeliła wcześniej 43 z 84 pocisków manewrujących i 13 z 24 dronów podczas skoordynowanych rosyjskich ataków rakietowych 10 października. Zwiększony odsetek zestrzeleń na Ukrainie ilustruje poprawę ukraińskiej obrony powietrznej w ostatnim miesiącu, a ukraiński Sztab Generalny przypisał tę poprawę skuteczności systemom obrony powietrznej dostarczanym przez Zachód. ISW ocenia również, że siły rosyjskie znacznie wyczerpują swoje zapasy precyzyjnych systemów uzbrojenia i prawdopodobnie będą musiały zwolnić tempo swojej kampanii przeciwko krytycznej ukraińskiej infrastrukturze. Uszkodzenia infrastruktury energetycznej Ukrainy raczej nie złamią ducha Ukraińców, biorąc pod uwagę poprawiającą się obronę powietrzną Ukrainy i niedawne zwycięstwa naziemne w obwodzie chersońskim.

(...)

Kreml przygotował dzisiejszą masową kampanię rakietową, zanim prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przedstawił swoją 10-punktową propozycję pokojową na szczycie G20 15 listopada. Zełenski powtórzył, że Ukraina będzie negocjować z Rosją, jeśli Kreml całkowicie wycofa swoje siły z Ukrainy, przywróci integralność terytorialną Ukrainy i zapewni kary za zbrodnie wojenne, a także inne przepisy dotyczące bezpieczeństwa nuklearnego, energetycznego i żywnościowego. Kreml prawdopodobnie celowo zaplanował zmasowany atak rakietowy na Ukrainę w oczekiwaniu na przemówienie Zełenskiego na szczycie G20, biorąc pod uwagę, że wielokierunkowa kampania rakietowa wymaga znacznego przygotowania wojskowego. Rosyjska prowojenna społeczność na Telegramie twierdziła, że Kreml zemścił się za „rusofobiczne” wypowiedzi Zełenskiego wkrótce po jego przemówieniu, ale niemożność przeprowadzenia tak masowego ataku w krótkim czasie podkreśla brak zainteresowania Kremla przygotowaniem gruntu pod negocjacje z Ukrainą.

Oficjalna narracja Kremla dotycząca szczytu G20 dodatkowo potwierdza brak zainteresowania Rosji perspektywą negocjacji pokojowych z Ukrainą. Na szczycie nie pojawił się prezydent Rosji Władimir Putin, który zamiast tego podpisał liczne dekrety nadające honorowe tytuły okupowanym przez Rosję ukraińskim miastom. Rzecznik Putina Dmitrij Pieskow i minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow powiedzieli, że Rosja będzie kontynuowała „specjalną operację wojskową” na Ukrainie, zarzucając Zełenskiemu niechęć do negocjacji z Rosją. Ławrow nazwał warunki Ukrainy „nierealistycznymi i nieodpowiednimi”, co było powtarzającym się stanowiskiem Kremla przez całą wojnę. Pieskow zaznaczył również, że Rosja nadal będzie traktować wyzwolone miasto Chersoń jako stolicę okupowanego przez Rosję obwodu chersońskiego,

understandingwar.org

Kirył Stremousow urodził się we wschodniej Ukrainie w 1976 r. Pracował dorywczo, sprzedając psy gończe do Wielkiej Brytanii i Holandii, a później w państwowym inspektoracie rybołówstwa, gdzie zajmował stanowisko kierownicze.

Z tego zajęcia zrezygnował i wyjechał do Chersonia, gdzie założył organizację pozarządową Tavria News. Później, jak sam mówił, przyszedł czas na "epicką podróż w poszukiwaniu siebie" — w taki sposób opisywał redakcji "Guardiana" drogę na motocyklu przez Amerykę Łacińską śladami swojego bohatera, Ernesto Che Guevary. "Zawsze chciałem być kimś, jak Che. Udaje mi się to osiągnąć" — mówił.

Później zajął się propagowaniem teorii spiskowych. Szczególnie upodobał sobie neostalinowski i antysemicki ruch Koncepcja Bezpieczeństwa Społecznego, walczący m.in. z "ukraińskimi nazistami". Z kolei w czasie pandemii COVID-19 szerzył teorie antyszczepionkowe.

Przez lata angażował się w politykę. W grudniu 2013 r. założył organizację Dla Prezydenta, która jawnie wspierała Wiktora Janukowycza. W 2018 r. został szefem chersońskiego oddziału Socjalistycznej Partii Ukrainy, z której został wydalony po kilku miesiącach. W 2020 r. wystartował w wyborach na burmistrza Chersonia i otrzymał jedynie blisko 1 proc. głosów.

Szansą dla Stremousowa okazała się okupacja Rosji na Ukrainę. Otrzymał ją po tym, jak ukraińska administracja w Chersoniu uciekła lub odmówiła służenia Rosjanom. Wówczas Moskwa zaczęła obsadzać urzędy ludźmi takimi jak Kirył Stremousow, który w kwietniu został zastępcą szefa okupacyjnych władz obwodu chersońskiego. Stremousow zaczął codziennie publikować agresywne antyukraińskie filmy i szybko przyćmił szefa Wołodymyra Saldo.

Stremousow był poszukiwany przez ukraińską policję za zdradę. Odnajdywał się w roli marionetki Putina. Dziennikarze, którzy z nim rozmawiali, w tym Tim Whewell z BBC opisywał go jako "barwną postać, która zdawała się uwielbiać rozgłos i często pojawiała się przed kamerą nieogolona i w zwykłych ubraniach".

Stremousow wraz z rozpoznawalnością, nabrał pewności siebie i mówił m.in., że minister obrony Rosji Siergiej Szojgu, w obliczu rosyjskiej porażki militarnej w obwodzie charkowskim, powinien się zastrzelić.

"The Guardian" pisze o Stremousowie jako o "bezwzględnym oportuniście" z "ideologicznymi fantazjami". Rosyjski dziennikarz polityczny Andriej Percew ocenia, że gotowość Putina do promowania marginalnych postaci, takich jak Kirył Stremousow jest "symbolem ostatniego etapu jego dwudekadowych rządów".

Władimir Putin pośmiertnie przyznał mu Order Odwagi.

onet.pl