Mateusz Zimmerman: Granatowa policja i inne formacje, o których pan pisze, działały za wiedzą i zgodą polskiego rządu na uchodźstwie. Jak się do tego miały ich antyżydowskie aktywności?
Prof. Jan Grabowski: Wyjaśnijmy, dlaczego policjanci służący w II RP dostali zgodę polskich władz, by do tych służb wstępować. Pierwszym powodem było chronienie ich przed represjami – Niemcy z łatwością mogli zidentyfikować i wyłapać tych funkcjonariuszy, którzy sami by się nie zgłosili.
Drugi powód: ochrona polskiej ludności cywilnej. Po klęsce wrześniowej okupowana Polska była pogrążona w chaosie, m.in. z powodu szalejącego bandytyzmu – we wrześniu otwarto więzienia, więc tysiące kryminalistów znalazło się na wolności. Pozwalając funkcjonariuszom przedwojennej policji wstępować do służb kontrolowanych przez Niemców, władze emigracyjne ogłosiły jednocześnie nakaz, by policjanci kierowali przede wszystkim „dobrem narodu polskiego”. Rząd i podziemie w kraju nie lekceważyły przypadków, w których ktoś postępował wbrew temu nakazowi.
Tylko że nie obejmowało to Żydów?
Właśnie – „naród polski” już przed wojną definiowano na zasadach etnicznych. Między Polakami z krwi i kości a „obywatelami polskimi religii mojżeszowej” istniało głębokie pękniecie już w latach 30., a niemiecka polityka wobec Żydów zmieniła je w przepaść. To, że Żydzi także byli przed wojną polskimi obywatelami, miało drugorzędne znaczenie dla rządu na uchodźstwie, a więc także dla policjantów w okupowanym kraju.
Kiedy granatowy policjant wyrządzał krzywdę Polakowi, a już szczególnie związanemu z podziemiem – nie uchodziło mu to na sucho, a przynajmniej taki wybór był obarczony obawą przed konsekwencjami. Są takie historie: granatowi policjanci zabili Polaka, a jego rodzinie tłumaczyli, że to przez pomyłkę – bo wzięli go za Żyda. A więc kiedy się krzywdziło Żyda, raczej nie trzeba było się obawiać konsekwencji.
Z czasem Żydzi przestali być uważani nie tylko za polskich obywateli, ale w ogóle za ludzi. Stawali się, jak to ujął Ringelblum, „nieboszczykami na przepustce”.
To jedna okoliczność – ale gdzie szukać innych uwarunkowań i motywacji? Antysemityzm? Typowa dla wojny demoralizacja?
Splot czynników. Antysemityzm był czymś w rodzaju podściółki, na której to wszystko wyrastało. Nie można zapomnieć o silnej antysemickiej asocjacji, która się bardzo często pojawia w źródłach: Żyd równa się złoto. Wstrząsające są np. zapisy grabienia i mordowania ludzi, którzy zdołali się wydostać się z pociągów do Treblinki i próbowali uciekać przez okoliczne wsie czy lasy.
Jeśli pyta pan o demoralizację, to ważne według mnie jest pytanie: kim byli przed wojną ludzie, którzy to robili? „Bohaterowie” tej książki to policjanci często ze wspaniałą karierą i nieposzlakowaną opinią, a „kryminalni” to była elita policji II RP.
Moi zachodni koledzy, którzy badali zbrodnie wojenne popełniane przez rezerwowe formacje niemieckiej policji – jak Christopher Browning – zwracali uwagę na grupowe konformizmy, które znieczulały „zwyczajnych Niemców”, a potem pchały ich do własnoręcznego zabijania. Zapewne także w przypadku polskich policjantów musimy brać takie zjawisko pod uwagę.
Pokazuje pan biograficzne sploty, w które nieraz trudno uwierzyć.
Chciałem znaleźć takie postaci, które powracałyby w kolejnych rozdziałach – to pomaga opowieści, ale przede wszystkim pozwala pokazać bardziej uniwersalne zjawiska. Dotarłem do biografii, które żadną miarą nie pasują do wpajanego nam wzorca „pamięci narodowej”, prostego jak pałka milicyjna: Polacy ratowali Żydów, a ci, którzy ich mordowali, to właściwie nie Polacy. Ja się raczej zastanawiam – i nie mam łatwych odpowiedzi – w jaki sposób człowiek taki jak pan czy ja może się zmienić w bestię. I jak ciągle może potem uchodzić za porządnego człowieka.
Weźmy na przykład sierżanta Piotra Sałabuna, szefa policji w Działoszycach pod Miechowem. Ten człowiek jedną ręką współpracuje z konspiracją, opiekuje się nawet dwiema czy trzema rodzinami żydowskimi, które poleciło mu krakowskie podziemie. Miejscowi będą mu po wojnie wystawiać świadectwo patrioty, oddanego sprawie wolnej Polski. Zarazem Sałabun – jak wynika z wielu świadectw – to wielokrotny morderca Żydów, okrutny i bezwzględny.
Albo plutonowy Władysław Królik spod Węgrowa – filar wywiadu lokalnej AK, tyle że z rękami unurzanymi w żydowskiej krwi po łokcie i z pochwałami od niemieckich zwierzchników. Te ostatnie zachowały się w jego teczce. Albo Czesław Zander z Ciężkowic pod Tarnowem – kolejny zwykły przedwojenny policjant, który zabija Żydów w samym centrum miejscowości, w której pracuje. Nie wstydzi się, nie kryje, mało: cieszy go to i po egzekucjach chodzi sobie na piwo.
Uderzające są „patriotyczne” motywy niektórych zbrodni.
Zamordowanie Żyda, który szukał pomocy, próbował uciec czy się ukryć, traktowano jako formę samoobrony polskiej „substancji narodowej”. Usuwano w ten sposób ze wspólnoty czynnik zagrożenia – bo gdyby o takim Żydzie dowiedzieli się Niemcy, to mogliby węszyć: kto mu pomagał? czy ktoś nie przywłaszczył sobie tego, co uciekinier miał przy sobie?
Jeśli się takiego Żyda zabiło bez wiedzy Niemców, to taka groźba znikała. Bezpieczniej było donieść policjantom, bo to byli „nasi”: wujowie, mężowie, bracia, czyli ludzie względnie przewidywalni. Miejscowym raczej nic z ich strony nie groziło – nie to co w przypadku pojawienia się niemieckich żandarmów. Po wojnie granatowi policjanci nieraz się w ten sposób tłumaczyli w sądach: tak, zabiłem tego Żyda – ale na prośbę sołtysa Nowaka czy Kowalskiego…
…żeby ochronić miejscową ludność przed odwetem Niemców?
Ludobójczy system, który Niemcy zaprojektowali i wprawili w ruch, był w tym znaczeniu genialnie skuteczny. Angażował do mniej lub bardziej świadomego wsparcia lokalne społeczności, z sołtysami, burmistrzami, policjantami czy strażakami. To działało w prawie każdym okupowanym kraju i Polacy nie byli wyjątkiem.
Ci, którzy włączali się w zabijanie Żydów, rzadko robili to z zamiarem pomocy Niemcom. Najczęściej albo chcieli się wzbogacić na grabieży, albo sami oczyścić własną miejscowość z Żydów, albo jedno i drugie. A więc machina pozostawiała przestrzeń na morderczą inicjatywę – zresztą miejscowi aktorzy okazywali jej tym więcej, im mniej było na miejscu Niemców. Jeśli ich nie było, to większy wpływ na sytuację miała granatowa policja. Ale jeśli i ona nie była liczna, to asystowali jej lub wręcz zastępowali ją np. członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej.
W niektórych miejscowościach – czytałem o tym z przerażeniem – strażacy ruszali na poszukiwania Żydów. Aresztowali ich, wydawali, czasem zabijali – czasem bez nadzoru Niemców, czasem nawet na ochotnika. Tak było np. w okolicach Markowej.
Pokazuje pan biograficzne sploty, w które nieraz trudno uwierzyć.
Chciałem znaleźć takie postaci, które powracałyby w kolejnych rozdziałach – to pomaga opowieści, ale przede wszystkim pozwala pokazać bardziej uniwersalne zjawiska. Dotarłem do biografii, które żadną miarą nie pasują do wpajanego nam wzorca „pamięci narodowej”, prostego jak pałka milicyjna: Polacy ratowali Żydów, a ci, którzy ich mordowali, to właściwie nie Polacy. Ja się raczej zastanawiam – i nie mam łatwych odpowiedzi – w jaki sposób człowiek taki jak pan czy ja może się zmienić w bestię. I jak ciągle może potem uchodzić za porządnego człowieka.
Weźmy na przykład sierżanta Piotra Sałabuna, szefa policji w Działoszycach pod Miechowem. Ten człowiek jedną ręką współpracuje z konspiracją, opiekuje się nawet dwiema czy trzema rodzinami żydowskimi, które poleciło mu krakowskie podziemie. Miejscowi będą mu po wojnie wystawiać świadectwo patrioty, oddanego sprawie wolnej Polski. Zarazem Sałabun – jak wynika z wielu świadectw – to wielokrotny morderca Żydów, okrutny i bezwzględny.
Albo plutonowy Władysław Królik spod Węgrowa – filar wywiadu lokalnej AK, tyle że z rękami unurzanymi w żydowskiej krwi po łokcie i z pochwałami od niemieckich zwierzchników. Te ostatnie zachowały się w jego teczce. Albo Czesław Zander z Ciężkowic pod Tarnowem – kolejny zwykły przedwojenny policjant, który zabija Żydów w samym centrum miejscowości, w której pracuje. Nie wstydzi się, nie kryje, mało: cieszy go to i po egzekucjach chodzi sobie na piwo.
Uderzające są „patriotyczne” motywy niektórych zbrodni.
Zamordowanie Żyda, który szukał pomocy, próbował uciec czy się ukryć, traktowano jako formę samoobrony polskiej „substancji narodowej”. Usuwano w ten sposób ze wspólnoty czynnik zagrożenia – bo gdyby o takim Żydzie dowiedzieli się Niemcy, to mogliby węszyć: kto mu pomagał? czy ktoś nie przywłaszczył sobie tego, co uciekinier miał przy sobie?
Jeśli się takiego Żyda zabiło bez wiedzy Niemców, to taka groźba znikała. Bezpieczniej było donieść policjantom, bo to byli „nasi”: wujowie, mężowie, bracia, czyli ludzie względnie przewidywalni. Miejscowym raczej nic z ich strony nie groziło – nie to co w przypadku pojawienia się niemieckich żandarmów. Po wojnie granatowi policjanci nieraz się w ten sposób tłumaczyli w sądach: tak, zabiłem tego Żyda – ale na prośbę sołtysa Nowaka czy Kowalskiego…
…żeby ochronić miejscową ludność przed odwetem Niemców?
Ludobójczy system, który Niemcy zaprojektowali i wprawili w ruch, był w tym znaczeniu genialnie skuteczny. Angażował do mniej lub bardziej świadomego wsparcia lokalne społeczności, z sołtysami, burmistrzami, policjantami czy strażakami. To działało w prawie każdym okupowanym kraju i Polacy nie byli wyjątkiem.
Ci, którzy włączali się w zabijanie Żydów, rzadko robili to z zamiarem pomocy Niemcom. Najczęściej albo chcieli się wzbogacić na grabieży, albo sami oczyścić własną miejscowość z Żydów, albo jedno i drugie. A więc machina pozostawiała przestrzeń na morderczą inicjatywę – zresztą miejscowi aktorzy okazywali jej tym więcej, im mniej było na miejscu Niemców. Jeśli ich nie było, to większy wpływ na sytuację miała granatowa policja. Ale jeśli i ona nie była liczna, to asystowali jej lub wręcz zastępowali ją np. członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej.
W niektórych miejscowościach – czytałem o tym z przerażeniem – strażacy ruszali na poszukiwania Żydów. Aresztowali ich, wydawali, czasem zabijali – czasem bez nadzoru Niemców, czasem nawet na ochotnika. Tak było np. w okolicach Markowej.
Tej Markowej, w której działa Muzeum Ulmów?
Tej samej. Swoją drogą warto zauważyć, że w oficjalnej narracji historycznej, której częścią jest to muzeum, nie sposób się doszukać informacji o licznym udziale mieszkańców tamtych okolic w polowaniach na Żydów. Mam na myśli nie tylko strażaków i granatowych policjantów, ale po prostu miejscową ludność.
To zresztą jeden z bardziej ponurych motywów, które przewijają się w źródłach: nieumundurowani, niezmobilizowani ludzie, właściwie gapie, którzy bez niczyjego rozkazu, na ochotnika przyłączali się do polowania.
Mówi pan, że granatowi policjanci mieli pewną samodzielność – czy mogli zatem w pewnym zakresie sabotować niemieckie plany zamiast w nich współuczestniczyć?
Biorąc poprawkę na ahistoryczność pytania, odpowiem: mogli te plany częściej komplikować, gdyby chcieli – a ze źródeł wiemy, że częściej nie chcieli. Widzimy to w innych sferach, w których działali granatowi policjanci.
Kiedy Niemcy próbowali się nimi posłużyć w walce z podziemiem, to ci stawiali bierny opór, nie angażowali się – z pewnością dlatego, że wielu należało do podziemia, a inni czuli się polskimi patriotami. Nieraz też zapewne ze strachu. Sami także informowali AK, co się dzieje w niemieckim aparacie terroru. Gdy przychodziło do ściągania kontyngentów czy dostarczania Polaków na roboty przymusowe do Rzeszy, często policjanci dogadywali się z lokalnymi władzami, aby dana wspólnota odniosła jak najmniejsze szkody.
Istniały więc pewne strategie łagodzenia skutków niemieckiej polityki – ale nie robiono tego, gdy przychodziło do tropienia, grabienia i mordowania Żydów. Piszę także o przypadkach dobrych, szlachetnych policjantów, którzy się wyłamywali z tego schematu, ale to były jednostkowe sytuacje.
To co wiemy o tych, którzy się wyłamywali? Jakie konsekwencje groziły tym, którzy nie chcieli polować na Żydów?
Jedną z najciekawszych relacji na ten temat złożył Franciszek Banaś, policjant z Krakowa. Podczas likwidacji tamtejszego getta Niemcy kazali polskim policjantom strzelać do Żydów, ale – według Banasia – strzelało najwyżej trzech-czterech z kilkudziesięcioosobowego posterunku.
Co z tej relacji wynika?
Że można było strzelać niecelnie, udawać, że nie było do kogo strzelać – a Niemcy w żaden sposób nie byli w stanie tego skontrolować, a więc nic nikomu z tego powodu nie groziło. Banasia, któremu zresztą wiele lat po wojnie przyznano tytuł Sprawiedliwego, spotkały inne konsekwencje. Kiedy któregoś razu powiedział młodszym funkcjonariuszom, że polski policjant nie powinien strzelać do Żydów, został przez nich nazwany „wujkiem żydowskim” – czyli kimś, kto Żydów broni i im pomaga. Gdyby o takiej etykietce dowiedzieli się Niemcy, to mogło się skończyć dla niego nawet wyrokiem śmierci.
Pamiętam też przykład z Racławic. Polski policjant słyszy od niemieckiego przełożonego: weź tę Żydówkę i zastrzel ją. Odpowiada: mowy nie ma. Ale tym momencie zgłasza się jego kolega i mówi, że on to załatwi… To zauważył już Browning: komuś, kto nie chciał strzelać, nic nie groziło – a jednocześnie zawsze znalazł się ktoś, kto chciał go zastąpić.
Niemcy zabijali polskich policjantów za różne wykroczenia, od zgubienia broni po podejrzenie udziału w konspiracji. Ale przez lata badań nie trafiłem na przypadek, by granatowy policjant zginął za odmowę strzelania do Żydów.
Polscy policjanci, którzy zabijali Żydów, odpowiadali za to po wojnie?
Zdarzyło mi się trafić na jeden wyrok śmierci – być może było ich więcej, ale raczej nie mówimy o wielkich liczbach. Procesów było kilkaset, więc wcale niemało, tyle że na ogół chodziło w nich o mordowanie Polaków, a zbrodnie na Żydach wychodziły jako element towarzyszący.
Także dlatego, że było niewielu żydowskich świadków – albo nie przeżyli, albo wyjechali z Polski tuż po wojnie, albo milczeli, bo podjęli świadomy wybór, że jeśli już zostają w Polsce, to nie będą się narażać, zeznając przeciw Polakom. Widać pewną prawidłowość: dopóki jacyś Żydzi są jeszcze w Polsce i chcą zeznawać, jakieś sprawy się toczą i jakieś wyroki zapadają – oskarżeni później są natomiast oczyszczani, bo nie ma kto przeciw nim zeznawać.
Druga prawidłowość: lokalne wspólnoty zwierały szyki w obronie granatowych policjantów. Sędziowie i prokuratorzy często w tym zresztą uczestniczyli. Jeśli ktoś „tylko” zabijał Żydów, ale miejscowym nie szkodził – ci wystawiali mu świadectwa patriotyzmu i moralności. Niczego nie widzieli, niczego nie słyszeli, nie zeznawali – nie było więc winnych i nie było wyroków.