czwartek, 23 stycznia 2020


Dlaczego starsze gospodarki są mniej wydajne? Nie wynika to z faktu, że – jak można by przypuszczać – starsi pracownicy są mniej produktywni. Chociaż z wiekiem pogarszają się niektóre zdolności, zwłaszcza fizyczne, ogólny efekt tych zmian nie jest duży. W opublikowanym w 2016 roku badaniu niemieckiego sektora wytwórczego nie stwierdzono spadku wydajności u pracowników w wieku do 60 lat. Firmy mogą dostosowywać realizowane przez pracowników zadania w miarę ich starzenia się, aby jak najlepiej wykorzystać zalety zaawansowanego wieku, takie jak duże doświadczenie i kontakty zawodowe.

Ponadto, gdyby słaby wzrost wydajności wynikał z faktu, że starsi pracowników mniej produkują, powinno to znaleźć odzwierciedlenie w płacach. Zarobki rosłyby wówczas na początku kariery i spadały bliżej jej końca. Według badania opublikowanego niedawno przez ekonomistów z firmy konsultingowej Moody’s Analytics, w firmach z dużą liczbą starszych pracowników wszyscy pracownicy mają niższe płace. Wydaje się, że gospodarkę hamuje nie spadająca wydajność starszych pracowników, ale wpływ, jaki wywierają oni na swoje otoczenie. Oddziaływanie to jest bardzo silne: autorzy uważają, że starzenie się społeczeństwa może odpowiadać za nawet jeden punkt procentowy niedawnego spadku rocznego tempa wzrostu produktywności w Stanach Zjednoczonych.

Nie jest do końca jasne, jaki jest tego mechanizm. Autorzy badania sugerują jednak, że przedsiębiorstwa z większą liczbą starszych pracowników mogą być mniej skłonne do stosowania nowych technologii. Może tak być dlatego, że firmy niechętnie podejmują się inwestycji, które wymagałyby przekwalifikowania pracowników, zważywszy na krótszy okres, w którym mogłyby liczyć na uzyskanie zwrotu z takiego szkolenia w przypadku osób dobiegających końca swojej kariery. Odpowiadać za to mogą również starsi szefowie. Badania wskazują, że młodzi menedżerowie są bardziej skłonni do wdrażania nowych technologii niż starsi. Może się to wydawać dość oczywiste: stwierdzenie, że ludzie starsi wykazują większą niechęć do nowych technologii jest truizmem. Obserwacje „z życia” wskazują, że „siwiejące” branże rzeczywiście wydają się bardziej niechętne zmianom.

obserwatorfinansowy.pl

Po raz pierwszy WHO klasyfikuje zaburzenia związane z graniem w gry komputerowe, jako uzależnienie. Kategorie związane z transpłciowością zostały usunięte z rozdziału o zaburzeniach psychicznych i behawioralnych. Umieszczono je w nowym rozdziale „Warunki związane ze zdrowiem seksualnym”. Wypalenie zawodowe zostało uznane przez Światową Organizację Zdrowia za "oficjalną diagnozę medyczną" i wymienione wśród zjawisk związanych z pracą lub bezrobociem. W zespole stresu pourazowego (PTSD) ograniczono liczbę kryteriów diagnostycznych, co ma ułatwić stawianie rozpoznania. Wprowadzono też nową kategorię kPD7Z, która oznacza bycie uderzonym przez statek kosmiczny. Wśród innych decyzji dotyczących ICD-11 znajduje się włączenie do klasyfikacji, tradycyjnej medycyny chińskiej (co ułatwi klasyfikację na terenie Azji).

naukawpolsce.pap.pl

Problem w tym, że nikt nas nie słucha. Sam to widziałeś. Jeździłeś po kraju, zanim Trump został wybrany. I prawie przewidziałeś, że wygra.

Na początku kampanii podszedłem do Trumpa na konferencji prasowej. Powiedziałem, że ma spore szanse na wygraną. Moja diagnoza mile go połechtała, więc zapytałem, czy mogę zostać wiceprezydentem. Ale nie zrozumiał żartu.

Okazało się, że miałem rację. Moja rodzina głosowała na Trumpa. I wiem dlaczego.

Dlaczego?

Ponieważ ciężko pracujący ludzie szli za Republikanami przez lata, nawet kiedy było to wbrew ich interesowi. Republikanie obiecywali, że zniosą akcję afirmacyjną [chodzi o politykę, która daje Afroamerykanom dodatkowe punkty np. przy przyjęciu na studia - przyp. red.]. Wprowadziliśmy ją, ponieważ przez 400 lat wykorzystywaliśmy czarnych i próbujemy naprawić ten błąd. Ale takie stawianie sprawy obrażało białych ludzi. Republikanie nigdy nie dotrzymali słowa, nie znieśli akcji afirmacyjnej. Zrobili dla białego wyborcy wiele innych rzeczy: sprawili, że jego dom jest dziś gówno wart, a czynsz pochłania połowę wypłaty. Wysłali jego fabrykę do Meksyku. Wysłali go na wojnę, z której wrócił bez nogi. W Phoenix żołnierze umierali w kolejce do centrum zdrowia dla weteranów. Mam to wszystko w książce.

Aż przyszedł Trump i powiedział: "Amerykański sen umarł. Przywrócimy wielkość USA". I ludzie zakrzyknęli: "O, ten Donny to ma gadane! Sam jest bogatym gościem, oszukiwał na podatkach, migał się od służby wojskowej, ale to nieważne. Jest zabawny. Zamienił głupi, nudny, pusty show telewizyjny pod nazwą 'wybory prezydenckie' w coś ciekawego".

A co myśli czarny człowiek? Od Demokratów przez lata dostawał okrągłe zero. W zeszłym roku Demokraci sparaliżowali rząd przez walkę o nielegalną imigrację [chodzi o "goverment shutdown" - paraliż administracji federalnej. Ostatni rozpoczął się pod koniec 2018 roku, kiedy Kongres odmówił Trumpowi pięciu miliardów dolarów na budowę muru na granicy z Meksykiem, w efekcie prezydent nie przyjął prowizorium budżetowego; był to najdłuższy shutdown w historii USA - przyp. red.]. Mówię do czarnych braci i sióstr - nie "zamknęli" rządu nawet w czasie wojny domowej, a zrobili to teraz? Co, do ku**y? Wywołali burzę o mur na granicy, a co takiego zrobili dla obywateli USA przez lata? A co wcześniej Demokraci zrobili dla Detroit? I pytasz, dlaczego Trump wygrał? Dlatego.

(...)

Czy po Trumpie mainstream zrozumiał, co robił źle?

Nieeee... Demokraci nie mają nic do zaoferowania. Żadnego przekazu. A media? Obiecały, że będą utrzymywać łączność z "amerykańskim społeczeństwem". Przed Trumpem tak bardzo się pomylili! Więc miało być więcej ludzkich historii. Dziennikarze bliżej społeczeństwa. Zamiast tego dostaliśmy telewizyjny ekran podzielony na kwadraty, a w każdym gadające głowy ekspertów. Co, ku*wa? Przecież mieliście pojechać w teren! Teraz czytam w "New York Timesie" - a wybory są za rok, przypominam - "Zobaczycie wielu z nas [dziennikarzy - przyp. red.] w Michigan". Bo Michigan to ogromny wstyd Demokratów. Stan, który kiedyś był niebieski [tradycyjny kolor Demokratów - przyp. red.], teraz poszedł za Trumpem. Dziennikarze piszą więc: "Tam właśnie nas zobaczycie". A ja się pytam: Gdzie byliście w zeszłym roku? Mój kolega Bartek przyjechał do Detroit aż z Polski, ale was tam jakoś nie widziałem. A jak już tam dotrzecie, to wybierzecie się na przejażdżkę autobusem z Hamtramck? Czy uderzycie do politycznej elity w Detroit, zrobicie kolejny wywiad z burmistrzem... bla, bla, bla. To właśnie będą robić do wyborów. I wciąż niczego nie zrozumieją.

Można powiedzieć, że to media wybrały Trumpa. Jeśli wybory stają się cyrkiem, to wygrywa największy klown.

O tak, oni go stworzyli, bez wątpienia. A najlepsze jest to, że wcale nie liczyli, że wygra. Pokazywali go, bo to był dobry show. Patrzyli, jak rosną im statystyki kliknięć i oglądalności. Jedyną osobą, która była bardziej zdziwiona po wyborach od dziennikarzy, był Trump. "Cooo? Robiłem wszystko, żeby to spieprzyć, i wygrałem? Teraz muszę wziąć tę fuchę".

gazeta.pl

Zacznijmy od kilku liczb. 100 – tyle osób przedawkowuje opioidy w USA każdego dnia. 400 tysięcy – tyle osób w latach 1999–2017 przedawkowało opioidy ze skutkiem śmiertelnym. 13 miliardów dolarów – tyle warta jest rodzina Sacklerów. 2000 – z tyloma pozwami musi się zmierzyć należąca do Sacklerów Purdue Pharma. Skąd pozwy? Sacklerowie odegrali główną rolę przy wybuchu epidemii uzależnień od opioidów.

Historia Purdue Pharma to typowa historia amerykańskiego sukcesu. Można by ją opowiadać jak podnoszącą na duchu przypowieść o geniuszu prostego pomysłu ułatwiającego życie – OxyContin, flagowy produkt firmy, miał być cudownym lekiem na ból, dzięki specjalnej formule rzekomo całkowicie bezpiecznym. Historia popadnięcia w niesławę jest z kolei równie typową amerykańską historią o chciwości, która popchnęła rodzinę lekarzy do złamania naczelnej zasady przysięgi Hipokratesa – po pierwsze nie szkodzić.

Purdue Pharma trafiła w ręce Sacklerów w połowie XX wieku. Kupiło ją wtedy trzech braci lekarzy – Mortimer, Raymond i Arthur. W latach 70. firma zaczęła wytwarzać leki przeciwbólowe na bazie opioidów. Niecałe dwadzieścia lat później zaczęła się w tym specjalizować, a prawdziwą żyłą złota – i początkiem problemów Purdue Pharma i Sacklerów – okazał się wprowadzony na rynek w 1995 roku OxyContin.

Substancją aktywną w OxyContinie jest oksykodon, pochodna morfiny popularnie zwana oxy. Sam oksykodon uzyskano po raz pierwszy w 1916 roku w Niemczech i od tamtego czasu razem z morfiną i podobnymi był używany jako środek znieczulający.

Brany doustnie oksykodon działa do sześciu godzin. Lek trzeba było brać w miarę często, ryzykując nieprzyjemności związane z efektami ubocznymi i uzależnienie. OxyContin miał być cudowną odpowiedzią na ten problem – kontrolowane uwalnianie substancji aktywnej miało powodować, że lek działa dłużej, tabletki należało łykać rzadziej. Firma twierdziła – popierając to badaniami – że dzięki temu groźba uzależnienia jest dużo mniejsza.

Lek przepisywano rutynowo, bo ze względu na rzekomą niską szkodliwość rekomendowano go nie tylko na bóle ostre, ale też średnie. Niby bezpieczniejszy oxy powszechnie wędrował do domowych apteczek, zyski spółki szły w górę, konta Sacklerów pęczniały.

(...)

Lekarze przepisywali lek często, bo jedną ze strategii Purdue Pharma był agresywny marketing, na który firma wydała od sześciu do dwunastu razy więcej pieniędzy niż jej konkurenci na swoje produkty. Lekarze zapraszani byli na opłacane przez firmę „sympozja”. Purdue Pharma, korzystając z dostępnych jej informacji, zapraszała na te „szkolenia” lekarzy wystawiających wiele recept na opioidy. Przedstawiciele Purdue Pharma namawiali ich, aby nie tylko przepisywali OxyContin zamiast innych leków przeciwbólowych, ale też by chętniej go przepisywali w innych przypadkach niż ostre bóle wywołane nowotworami. Purdue Pharma stosowała również program darmowych miesięcznych zapasów leków dla pacjentów. Biorąc pod uwagę amerykański system ochrony zdrowia – w tym niejednokrotnie konieczność współpłacenia za leki – miesięczny zapas pigułek mógł być istotną ulgą dla domowego budżetu.

W 2007 roku Purdue Pharma przyznała, że „bezpieczny opioid” to pic na wodę, a potwierdzające to badania są metodologiczną fuszerką. Troje kierowników przyznało się do zarzutów wprowadzania w błąd. OxyContin był dużo bardziej uzależniający, niż wcześniej twierdzono, i wcale nie był bezpieczniejszy od generycznego oxy. Firma zapłaciła 634 miliony dolarów kary. Z ujawnionych w 2018 roku poufnych materiałów Departamentu Sprawiedliwości wynika, że Purdue Pharma zdawała sobie sprawę ze szkodliwości leku. Już w wewnętrznych dokumentach firmy z 1997 roku pojawiają się określenia takie jak „wartość uliczna” – pracownicy Purdue Pharma musieli wiedzieć, że ich lek sprzedawany jest nielegalnie na ulicy.

Ale w 2007 roku było już za późno. Radykalny wzrost przypadków uzależnień od leków przeciwbólowych na receptę, zwłaszcza OxyContinu, zanotowany został pięć lat wcześniej.

Tam, gdzie przepisywano dużo OxyContinu, ludzie częściej się uzależniali i – gdy nie było ich stać na opioidy przepisywane na receptę – częściej się przerzucali na heroinę lub śmiercionośny fentanyl (który, swoją drogą, Purdue Pharma również produkuje).

krytykapolityczna.pl

To mamy komara tygrysiego w Polsce.

– Jeszcze niezupełnie. Mamy doniesienia o jego pojawianiu się w naszym kraju, ale chyba jeszcze u nas się nie zadomowił. Natomiast z dużym prawdopodobieństwem możemy powiedzieć, że jego obecność przyczyniła się do pierwszego przypadku śmierci na chorobę tropikalną w Czechach. Osoba, która zmarła na dengę, została ukłuta przez komara tygrysiego, który przenosi tę chorobę. A wiadomo, że ten ktoś nigdy nie wyjeżdżał za granicę. Najprawdopodobniej komar został w ubiegłym roku zawleczony do Czech, może w samolocie. Istotne jest jednak to, że w związku z ociepleniem się klimatu możemy wkrótce się spodziewać komara tygrysiego w naszej części Europy. Warunki już sprzyjają przenoszeniu się tutaj zwierząt i roślin, a także chorób, które dotąd występowały tylko w tropikach.

Jak zmiany klimatu będą oddziaływały na zmiany w przyrodzie? Czy prowadzi się na ten temat badania i obserwacje?

– Instytucja, w której pracuję – Katedra Ochrony Środowiska SGGW, prowadzi badania w tym zakresie. Natomiast Koalicja Klimatyczna, która jest organizacją pozarządową, bada, jak zmiany klimatu będą wpływały na bezpieczeństwo żywności w Polsce.

Jakie są wyniki?

– Przede wszystkim negatywne: obniży się poziom bezpieczeństwa żywnościowego Polski, znacząco zmniejszy się pewność produkcji rolnej. Wciąż jednak nie wszystko o tym wiemy. Powinno się prowadzić badania nad modelem prognostycznym, który powie, jakie skutki zmiana klimatu będzie miała dla poszczególnych sektorów gospodarki. Takie próby, co prawda, zostały podjęte, ale ich efekty nie do końca odpowiadają obecnym realiom, bo zmiana klimatu postępuje szybciej, niż przypuszczaliśmy jeszcze kilka lat temu. Badania powinny być prowadzone w dwóch kierunkach. Po pierwsze, by wskazywać metody redukcji emisji gazów cieplarnianych, które doprowadziły do dzisiejszego stanu. Po drugie, by określić, jak postępować, aby zaadaptować się do tych zmian.

Jakie są skutki zmian klimatycznych?

– Skutkiem bezpośrednio zagrażającym zdrowiu i życiu człowieka jest wzrost częstotliwości występowania ekstremalnych zjawisk pogodowych. W atmosferze zatrzymywane jest więcej ciepła, a więc energii, która musi się rozładować. Dzieje się to za pośrednictwem tych zjawisk ekstremalnych, które obserwujemy. Są to ulewne deszcze, huraganowe wiatry, długotrwałe susze. Niestabilność pogody nasila się, w związku z czym nie można tworzyć długotrwałych prognoz, a stare modele do prognozowania pogody zawodzą, są nieprzydatne. Innym skutkiem zmian klimatycznych jest to, że zamiast sześciu pór roku mamy dwie. Po prostu wzrasta ilość ciepła, w związku z większym stężeniem gazów cieplarnianych nasza planeta staje się cieplejsza. Jednym z efektów jest to, że mamy w Polsce wydłużenie okresu wegetacyjnego – wcześniej się zaczyna, później się kończy.

To może nie tak źle…

– Niektórzy mówią, że to świetnie, przecież widzimy, jak Polska staje się krajem winnym – na coraz większym obszarze powstają winnice i jest produkowane wino. W coraz większej części naszego kraju rośnie kukurydza, stajemy się jej producentem, a 50 lat temu uprawiano ją na niewielkiej powierzchni.

Jest też druga strona medalu…

– Coraz trudniej będzie w Polsce uprawiać ziemniaki, bo one są zimnolubne. Zmieni się zasięg występowania niektórych roślin dziko żyjących. Przykładem jest wycofywanie się świerka z Puszczy Białowieskiej, bo robi się dla niego za ciepło. Inna zła wiadomość: już pojawiły się nowe choroby roślin i zwierząt, które wcześniej nie występowały w Polsce. Wśród nowych szkodników upraw mamy omacnicę prosowiankę, szkodnika kukurydzy, który potrafi zniszczyć uprawy nawet w 80%. Mamy też pierwsze przypadki wystąpienia choroby niebieskiego języka u bydła.

A czy zaobserwowano jakieś niebezpieczeństwa dla zdrowia człowieka?

– Mamy ewidentny wzrost liczby zachorowań na boreliozę, którą przenoszą kleszcze. W ciągu ostatnich 15 lat odnotowano czterokrotny wzrost tych zachorowań. I nie jest to tylko spowodowane większą wykrywalnością tej choroby. To samo bowiem dzieje się w krajach skandynawskich i na Syberii – gdzie w ogóle nie było kleszczy.

tygodnikprzeglad.pl

Wyniki wyborów europejskich i obecny kryzys idei europejskiej to bezpośredni wynik debaty, która przetoczyła się przez nasz kontynent ćwierć wieku temu. 25 lat temu spór o przyszłość lewicy toczyli ze sobą przywódca brytyjskiej Partii Pracy Tony Blair oraz przywódca francuskiej Partii Socjalistycznej Lionel Jospin.

Blair uważał, że lewica, aby przejąć władzę po epoce dominacji prawicy, musi przesunąć się do centrum. Jospin był zdania, że lewica przesuwając się do centrum, straci swą tożsamość i że taktycznie co prawda może się to opłacać, ale koszty z czasem okażą się bardzo duże. Zwyciężyła koncepcja Blaira. Nastąpiła dekada rządów lewicy w Europie. I tylko wyborcy coraz mniej rozumieli, po co mają iść do wyborów, skoro niezależnie od tego, czy głosują na chadeków, socjalistów, czy socjaldemokratów i tak mieli w efekcie turboliberlizm i turbokapitalizm. Póki co Blair był jednak na fali.

Mniej więcej 10 lat później na europejskiej skrajnej prawicy zaczynają dochodzić do głosu politycy nowego, młodszego pokolenia, którzy widząc, jak lewica przestała być lewicowa, zaczynają zagospodarowywać retorykę i hasła lewicy, równocześnie mniej lub bardziej starannie maskując swoje faszyzujące oblicze. W Holandii sytuacja jest nieco inna. Oto pojawia się tam niezwykle charyzmatyczny polityk - Pim Fortuyn. Fortuyn nazywany był przez europejski mainstream przedstawicielem skrajnej prawicy, choć sam odżegnywał się od polityków takich, jak chociażby świętujący triumfy mniej więcej w tym samym czasie, tyle że w Austrii, Jorg Heider.

Głównym hasłem Fortuyna było zahamowanie fali imigracji muzułmańskiej. Fortuyn widział w islamie zagrożenie dla wolności obywatelskich, w tym praw kobiet i mniejszości seksualnych. Był przeciw przeregulowaniu Unii Europejskiej, a ostrze jego krytyki wymierzone było również w holenderskie elity, które oceniał jako wsobne i oderwane od rzeczywistości.

Równocześnie opowiadał się za dopuszczalnością małżeństw homoseksualnych, prawami LGBT, świeckością państwa, liberalizmem gospodarczym, deregulacją rynku, wolnością słowa rozumianą również jako brak krępującej tę wolność politycznej poprawności. Fortuyna z obecnie istniejącą skrajną prawicą – w tym też i polską – nie łączy więc, poza homoseksualizmem (w wypadku Fortuyna – otwarcie deklarowanym) – w zasadzie nic.

Jego karierę przerwało zabójstwo dokonane przez aktywistę na rzecz ekologii i praw zwierząt Volkerta van der Graafa, który uważał Fortuyna za faszystę. Dziś, gdy nawet Angela Merkel przyznała, iż mniejszość muzułmańska ma problemy z akceptacją europejskiej kultury, a multi-kulti się nie sprawdziło, Fortuyn byłby politykiem mieszczącym się nawet nie na skrajnej prawicy, ale takim, który śmiało pasowałby do centroprawicy. Być może zresztą dlatego dla mainstreamu był on zagrożeniem znacznie większym niż w Austrii kiedykolwiek mógłby stać się Jorg Heider.

Histora Fortuyna i obiektywna ocena tego, co głosił, każe zadać sobie pytanie, czy współcześnie debata przesunęła się aż tak bardzo na prawo, czy też może kiedyś była tak bardzo przechylona na lewo. Niestety obie odpowiedzi są prawdziwe.

Fortuyn nie był politykiem skrajnej prawicy. Europejskie elity przegapiły jednak ten moment, gdy można było polityków takich jak on włączać do systemu i dziś w efekcie mamy do czynienia z prawdziwą już skrajną prawicą.

Równocześnie z drugiej strony – jeśli choćby przyjrzeć się hasłom przywódcy Partii Pracy w Wielkiej Brytanii Jeremy’ego Corbyna czy – nieco bliżej – retoryce przywódców młodzieżówki SPD w Niemczech albo skrajnej młodej lewicy w Polsce widać, że w blokach startowych są już obok jawnych neofaszystów prawdziwi wielbiciele internacjonalizmu (cokolwiek to dziś znaczy), a czasem i wprost komunizmu.

Odpowiedzią na to byłby powrót tradycyjnej lewicy na nieco bardziej lewicowe pozycje, a prawicy – na pozycje prawicowe. Być może jednak 25 lat temu rację miał jednak Jospin, a nie Blair.

onet.pl