piątek, 16 maja 2025



Obecnie nie widać ani utraty kontroli nad sytuacją, ani szczególnego zamętu w gronie najwyższych państwowych menedżerów. Technokraci Putina oczywiście narzekają i lamentują, ale realizują plan, który powstał w ich głowach, kiedy zrozumieli, że w bieżącym roku wojna znów będzie kosztować więcej niż w poprzednim.

Jest on prosty — zakłada mocne podwyższenie stóp procentowych, co ma zatrzymać inflację, zahamować rozwój branż niemilitarnych i zmniejszyć realne wydatki społeczeństwa na konsumpcję prywatną. Środki wycofane z sektora cywilnego będzie można w takiej sytuacji przeznaczyć na cele militarne. Rosjanie nie będą wydawać "nadwyżek" swoich nominalnie podwyższonych dochodów, a ulokują je w bankach państwowych. Na koniec pieniądze gromadzące się na ich kontach przejmą władze — po oszczędnościach Rosjan nie zostanie ani śladu.

Wiele rzeczy idzie obecnie zgodnie z tym planem. W ostatnich miesiącach indeks przemysłowy w branżach wojskowych rośnie, a w cywilnych spada. Ponadto analitycy zbliżeni do rządu stwierdzili, że "inflacja gwałtownie spadła: teraz można o tym mówić dość jednoznacznie i (prawie) bez zastrzeżeń". Sami nie kryli zaskoczenia takim obrotem spraw.

Realne wydatki konsumpcyjne (z wyłączeniem sezonowości) w marcu i kwietniu spadały. Stało się to pomimo gwałtownego wzrostu dochodów nominalnych (o 17,9 proc. w pierwszym kwartale w ujęciu rok do roku). Rosjanie nie wydawali jednak "nadwyżek" pieniędzy, tylko odkładali je w bankach, a poziom ich oszczędności w pierwszym kwartale osiągnął rekordową wartość 10 proc.

Ogólne wydatki budżetu federalnego (których głównym kierunkiem pozostaje bezpośrednio lub pośrednio wojna) w okresie od stycznia do kwietnia wzrosły o 21 proc. (w ujęciu rok do roku). Wiele wskazuje na to, że władzom uda się w 2025 r. zrealizować deklarowany cel przeznaczenia 8 proc. PKB (18 bln rubli, 847 mld zł) na produkcję wojskową.

Jest też jednak druga strona medalu. Plan technokratów nie uwzględnia wielu kwestii, z którymi muszą zmagać się obywatele i władze.

Samo w sobie zwiększenie wydatków wojskowych do poziomu 200 mld dol. (757 mld zł), co planuje zrobić Kreml, wydaje się realistycznym celem. W latach 1960–1980 udział takich wydatków w PKB ZSRR również wynosił 8–10 proc. PKB. Towarzyszące wzmożonej militaryzacji zaciskanie pasa społeczeństwa cywilnego realizowane jest jednak według tymczasowego i niepozbawionego wad planu.

W rzeczywistości zmniejszają się tylko emerytury, wynagrodzenia nadal rosną. Najwyższe kręgi biurokratyczne mają nadzieję szybko położyć temu kres. — Najprawdopodobniej w tym roku, dosłownie w najbliższym kwartale, zakończy się wyścig podwyżek wynagrodzeń, który obserwowaliśmy w ostatnich latach — stwierdził główny rosyjski ekonomista Dmitrij Biełousow.

To jednak tylko oczekiwania — nie wiadomo, czy uda się Kremlowi osiągnąć ten cel. A co najważniejsze, Rosjanie mają już teraz znacznie więcej pieniędzy, niż może zaoferować rynek towarów i usług w Federacji Rosyjskiej. Wystarczy, że wpadną w panikę i rzucą się do banków, by wyciągać z nich oszczędności, a rynek się załamie. Zatrzymanie inflacji zależy nie tylko od wysokich stóp procentowych, ale także od nieoczekiwanego i raczej krótkotrwałego umocnienia rubla oraz dość irracjonalnych i również chwilowych wahań aktywności zakupowej społeczeństwa.

Ceny w Rosji przestały rosnąć nie z powodu nadmiaru produktów. — Technicznie skomplikowanych towarów długotrwałego użytkowania – takich jak gadżety, samochody, sprzęt elektryczny – kupuje się mniej. Ponadto sam handel boryka się z problemami związanymi z zadłużeniem, wzrostem kosztów logistyki i podwyżkami czynszów – stwierdził Dmitrij Biełousow.

W każdej chwili Rosjanie mogą jednak zmienić zdanie i zechcieć kupować nie mniej, a więcej tego typu produktów. Łączna suma oszczędności na rachunkach osób fizycznych zbliża się do kwoty 60 bln rubli (2,8 bln zł) i szybko rośnie. Same tylko wypłaty odsetek od depozytów w tym roku prognozowane są na 9 bln rubli (423 mld zł) — w 2024 r. było to 7 bln rubli (329 mld zł).

W rzeczywistości depozyty te, wynoszące dziesiątki bilionów rubli, są niczym innym jak pożyczką wojskową. Rosyjska gospodarka raczej nie będzie w stanie wypłacić Rosjanom oszczędności bez ich znacznego zdewaluowania. Władze szukają sposobu, aby utrudnić, a jeszcze lepiej całkowicie zablokować Rosjanom dostęp do tych pieniędzy.

Nie trzeba do tego zamrażać depozytów. Można na przykład przenieść je do długoterminowych papierów wartościowych i przerzucić rozliczenia z nich na następne władze, kiedykolwiek one się pojawią. Rosjanie nie są jednak skłonni dobrowolnie zgodzić się na wymyślone dla nich rozwiązania, a władze nie są jeszcze gotowe do podjęcia przymusowych środków.

Dlatego na razie władze udają, że są hojne. Niezmierzone oprocentowanie depozytów irytuje menedżerów finansowych, ale potencjalna panika deponentów niechybnie wywoła gwałtowny wzrost inflacji i natychmiast zniweczy tak ciężko wywalczone zwycięstwo gospodarcze, które ogłosili rosyjscy analitycy.

To zwycięstwo i tak jest już wystawiane na próbę przez inny problem – niskie ceny ropy. Autorzy zaktualizowanej wersji budżetu obniżyli w niej spodziewane dochody z ropy naftowej o 2,6 bln rubli (122 mld zł) — z 10,9 bln do 8,3 bln rubli (z 512 mld zł do 390 mld zł). Planowane wydatki wojskowe zwiększyli jednak o 0,8 bln dol. Ich cięcie jest obecnie w Rosji zakazane.

Dlatego one rosną. W okresie od stycznia do kwietnia zwiększały się tak szybko, że deficyt sięgnął 3,2 bln dol. (12,1 bln zł), przewyższając deficyt z tego okresu w każdym poprzednim roku wojennym. Analitycy szacują, że w 2025 r. dochody wpływające do budżetu Kremla będą o kilka bilionów niższe, a wydatki wyższe niż zakładali. Deficyt budżetowy w Rosji może w ten sposób wzrosnąć do 5 bln rubli (234 mld zł).

Dotychczas menedżerom Putina udawało się zachować równowagę materialną i finansową. Stabilność gospodarki rosyjskiej jednak maleje i zbliża się do punktu krytycznego. Większość jego popleczników byłaby zadowolona z rozejmu. To nie oni jednak podejmują decyzje.

Putin z pewnością będzie mógł kontynuować wojnę, jeśli zechce. Dla jego reżimu zbliża się jednak moment wyboru: albo szukać pokojowego wytchnienia, albo przejść na tzw. model mobilizacyjny. Jeśli wybiorą to drugie, apel do członków rządu będzie prosty — przestańcie się bawić z oszczędnościami, otwarcie zwiększcie podatki, a może nawet przydzielcie pracowników do przedsiębiorstw. Myślę, że w 2025 r. Kreml stanie przed takim wyborem.

onet.pl/The Moscow Times


- Czy możemy z pełnym przekonaniem stwierdzić, że większość z nas jest obecnie uzależniona od telefonów, mediów społecznościowych i dopaminy związanej z ich używaniem?

Nie powiedziałabym, że wszyscy. Ale znacznie więcej osób, niż zdajemy sobie sprawę, stało się kompulsywnie zależnymi od jakiegoś bodźca, czy to kofeiny, nikotyny, czy cyfrowych substancji uzależniających. Wszyscy stymulujemy się w sposób prowadzący do coraz większego poczucia nieszczęścia.

- Jak można sprawdzić, czy jest się uzależnionym od cyfrowej dopaminy?

Trzeba zwrócić uwagę na cztery rzeczy: kontrolę, kompulsję, pragnienie i konsekwencje. Kontrola to sytuacja, w której planujemy obejrzeć tylko jedną rolkę na TikToku, a dwie godziny później nadal oglądamy - to jest brak kontroli. Używanie kompulsywne oznacza, że dużo czasu myślimy o używaniu, a nasze źródła przyjemności się zawężają. Mówiąc krótko, nie cieszą nas już rzeczy, które kiedyś sprawiały nam przyjemność, tylko cyfrowe media lub inny nasz narkotyk.

Pragnienie to natrętne myśli i obrazy dotyczące używania, w tym skomplikowane narracje, które tworzymy, by usprawiedliwić używanie, nawet gdy nie jest ono uzasadnione. Konsekwencje to wszelkiego rodzaju skutki psychiczne, fizyczne, interpersonalne, społeczne, zawodowe i duchowe wynikające z nadmiernego używania, np. brak snu, utrata innych możliwości, pogorszenie relacji, słabsze zdrowie fizyczne, narastająca depresja i lęki.

- Wiemy, że media społecznościowe mogą mieć zgubny wpływ na naszą psychikę. Da się to opowiedzieć za pomocą liczb?

Wiemy, że każda dodatkowa godzina korzystania z mediów społecznościowych zwiększa ryzyko depresji o 13 proc. Jest już bardzo wiele danych wskazujących, że im więcej korzystamy z mediów społecznościowych, tym bardziej prawdopodobne są depresja, lęki i inne problemy psychiczne. Drugą rzeczą, na którą trzeba zwrócić uwagę, jest tolerancja, czyli adaptacja neurologiczna w naszym mózgu, wymagająca coraz większej dawki bodźców lub silniejszych form treści, by osiągnąć ten sam efekt. Algorytmy mediów społecznościowych właśnie to robią, podsuwając coraz bardziej ekstremalne treści.

- W efekcie uzależniamy się, potrzebujemy coraz bardziej stymulujących treści, sięgamy po nie i wpadamy w spiralę uzależnienia?

Właśnie. Dobrym przykładem jest papieros i telefon. Kiedyś ludziom wystarczało zapalenie papierosa lub przewijanie ekranu telefonu. Dziś wszyscy robią obie te rzeczy naraz. Albo kiedyś wystarczało oglądanie filmu na Netflixie, a teraz ludzie jednocześnie oglądają film, jedzą popcorn i przewijają treści w telefonie. Samo oglądanie filmu już ich nudzi. To nasilająca się potrzeba coraz mocniejszych bodźców, czyli tolerancja, powodująca zmiany w mózgu, a następnie zespół abstynencyjny.

money.pl


Jeśli coś naprawdę nowego wydarzyło się w ciągu ostatnich trzech miesięcy, to tym czymś jest uwiąd polaryzacji. Socjolog Marcin Duma ma na to dobre określenie: polaryzacja jest na OIOM-ie. W jednym z sondaży (IPSOS) Trzaskowski ma 28 procent, Nawrocki 22 procent, co oznacza, że starcie PiS-PO organizuje wyobraźnię zaledwie 50 procent Polaków. Drugie 50 procent coraz częściej takiej polaryzacji - Kaczyński kontra Tusk - ma po dziurki w nosie, bo rozumie, że spór przestał być funkcjonalny dla ich przyszłości i względnego dobrobytu.

Jeśli spór PiS-PO organizuje obecnie tylko połowę elektoratu (w porywach 60 procent), to znaczy, że rośnie jakaś zmiana. Nie żadna depolaryzacja, o której marzą ludzie poczciwi albo naiwni, ale raczej INNA POLARYZACJA - być może równie ostra i męcząca, za to zorganizowana nie wokół Tuska i Kaczyńskiego.

(...)

Sondaże falowały w rytm kolejnych debat, których mieliśmy w ostatnim miesiącu zatrzęsienie, nigdy żadna kampania nie była tak rozgadana, jak ta. Za każdym razem oglądały to miliony ludzi, mimo że debaty trwały po trzy godziny, co też jest nowością. Tak radosny rozkwit demokratycznej kultury dowodzi, że publiczność jest polityką zainteresowana, chce to oglądać, chce realnej rywalizacji i krwi. Wszyscy kandydaci mieli okazję zabłysnąć, łącznie z panem Maciakiem, który w prorosyjskim elektoracie (a w Polsce też taki istnieje) z pewnością zapunktował. Najciekawsza była debata Super Expressu, ponieważ pytań nie zadawali dziennikarze, tylko kandydaci sobie nawzajem, i były to pytania niezłe, trwało to niemal trzy godziny (2:40), a jednak się oglądało. To znamienne, że kiedy pytań nie zadają dziennikarze, rzecz wychodzi lepiej, kolejny to dowód degrengolady dużej części środowiska dziennikarskiego, upartyjnionego, kibolskiego, dmuchającego w dudy polaryzacji od rana do wieczora.

W tej kampanii wyraźnie zobaczyliśmy zmianę warty w mediach, o trendach, tematach, chwilowych nastrojach decydował Kanał Zero i gwiazdy YouTube’a (do których zaliczam też prof. Dudka), to oni meblowali wyobraźnię szerokiej publiki, a nie tradycyjne redakcje. Z jednej strony to dobrze, bowiem stare media nas zdradziły, stały się zakałą polskiej debaty publicznej dużo bardziej niż redakcje plotkarskie i tabloidy razem wzięte, bo dziarsko biorą udział we wrestlingu PiS kontra PO i stały się tubą dla oszołomów. Jeśli wartości dziennikarskie są codziennie gwałcone to nie w Kanale Zero tylko w szacownych tytułach. Ta zamiana warty spowodowała, że tym razem nie było żadnych zakazanych tematów, o których nie wypada mówić, bo się tak przyzwoici ludzie umówili, mniej było kiwania paluszkiem, górnolotnych apeli artystów scen polskich o dobro, uczciwość i prawość, listów otwartych oraz tego całego nieznośnego moralizowania, w którym specjalizowało się pokolenie robiące dawne media. Z drugiej strony brak tradycyjnych strażników debaty - choćby wkurzających i stronniczych - ma też przykre konsekwencje, trzeba znosić antysemityzm, antyukraińskie brednie, monstrualny zalew fejków i głupot, a wszystko to traktowane jak równoprawny głos. Tak czy inaczej polska debata publiczna w tej kampanii ostatecznie przeszła w tryb internetowy.

Platforma z bosmańskim wręcz rozmachem próbowała przechylić boisko w swoją stronę. Po pierwsze przy pomocy kasy: PiS nie dostał niemal żadnych pieniędzy z dotacji na partie. Odbieranie WSZYSTKICH środków głównej partii opozycyjnej - choćbyśmy nie wiem jak jej nie lubili - to jest coś, na co nie powinniśmy się godzić, niezależnie od naszych sympatii politycznych. Ukarać PiS za wałki w kampanii z 2023 roku to jedno, i zresztą ta kara została nałożona - cięcie dotacji o 10 mln zł rocznie do 2027 roku. Ale Platforma i jej polityczni przedstawiciele w PKW postanowili zabrać opozycji wszystkie pieniądze, co jest nową jakością, nawet PiS na coś takiego się nie poważył (teraz - jeśli odzyska władzę - oczywiście zrobi to samo Platformie). Najnowsza decyzja ministra Domańskiego, żeby jednak coś opozycji wypłacić na tydzień przed wyborami, to musztarda po obiedzie - w kampanii finansowo PiS miał pod górkę.

Do jednej bramki wspólnie z Platformą grała też publiczna TVP, nie tylko przeciwko PiS-owi, ale też przeciwko koalicjantom. Ciężko było oglądać niektóre programy, peany na cześć geniuszu Trzaskowskiego, jego znakomitych manier i ubioru, do tego zafundowano nam w TVP pochód platformianych radykałów w rodzaju Niesiołowskiego, usłużnie odpytywanych z tego, jak bardzo głupi jest elektorat Nawrockiego. Tym mocniej człowiek zgrzyta zębami, że za tę platformianą głupawą propagandę płaci w podatkach, tak samo jak płacił za „fur Deutschland" Kurskiego, tu się niestety nic nie zmieniło. Do tego TVP zaserwowała nam garść kremlowskich wrzutek polaryzacyjnych, że, panie dziejaszku, polski rząd (Morawieckiego) chciał w pierwszych dniach wojny dogadać z Rosją rozbiory Ukrainy (jest to - powtórzę - fejk jeden do jednego wzięty z propagandy telewizji kremlowskiej i powtarzany u nas bezwstydnie przez niektóre antypisowskie media, które jednocześnie szerzenie kremlowskiej propagandy nieustannie zarzucają innym). W gruncie rzeczy panowie Gorgosz, Sajór i Moskalewicz robią telewizję dla Silnych Razem, jest to telewizja toksyczna (miejscami, bo nie cała), schlebiająca prostym gustom najbardziej skrajnego elektoratu: Platforma - dobrze, wszystko, co nie jest Platformą - źle. Próba zorganizowania w Końskich debaty Trzaskowski-Nawrocki bez udziału innych kandydatów to przykład zupełnego już braku skrupułów, przecież na te media łożą w podatkach również wyborcy Hołowni, Mentzena, Biejat. Przez te hocki-klocki wyniki tych wyborów będą podważane przez PiS przez najbliższe pięć lat prezydentury Trzaskowskiego właśnie z powodu braku dotacji i upartyjnienia TVP. I choć to sytuacja w stylu „ubrał się diabeł w ornat i na mszę dzwoni", PiS bowiem po swoich wyczynach ma zerowe prawo uskarżania się na to, jak sam został potraktowany, ale jednak zastrzeżenia, że boisko zostało przechylone, nie są od czapy. Do tego dochodzi krzywe finansowanie kampanii Trzaskowskiego w internecie przez platformiane przybudówki w rodzaju fundacji Akcja Demokracja. Gdyby miał to oceniać niezależny sąd, musiałby te okoliczności przynajmniej wziąć pod uwagę. Trwale to osłabi mandat Trzaskowskiego w oczach dużej grupy wyborców i będzie pretekstem dla PiS - jeśli odzyska władzę - do próby unieważniania tego wyboru.

W tej kampanii społeczeństwo zobaczyło coś, co przed ludźmi w Polsce było skrzętnie ukryte: rzeczywiste różnice majątkowe. Polska klasa średnia w III RP dała sobie wmówić, że jest zamożniejsza niż w rzeczywistości, a w zasadzie, że jest klasą wyższą, lub do tej wyższej klasy niewiele im brakuje, jeszcze tylko trochę nadgodzin i już. Informacje, że pani Senyszyn ma sześć mieszkań „na inwestycje", i że w ogóle to przecież normalne, o co w ogóle chodzi, inni mają więcej, ktoś ma osiem, dwanaście, jeszcze inny trzydzieści - to nareszcie urealnienie Polaka-szaraka, w jakim kraju żyje. Tak, statystyczny poseł ma dwa razy więcej metrów kwadratowych niż wy, Szanowni Wyborcy, i - owszem - to pod panią Senyszyn, pana Kropiwnickiego, ich koleżanki i kolegów, pisane było w Polsce prawo i ustalane podatki. Również dlatego zamieszano wam w głowach i wmówiono, że podatek katastralny to Belzebub czyhający na staruszki, gdyż taki podatek właśnie klasę wyższą by zabolał. Nie jest to spisek, podkreślam, tylko normalna gra interesów. Dobrze, że po tej kampanii wyborczej będzie to bardziej jawne i rozumiane.

gazeta.pl