niedziela, 1 kwietnia 2018


Oficjalna reakcja amerykańskiego establishmentu na protesty irańskiej młodzieży na ulicach Teheranu przeciwko sfałszowanym wyborom z czerwca 2009 uderzająco przypominała kampanię reklamową Facebooka, Google’a albo Twittera. Przypuszczam, że jakiś dzielny dziennikarz śledczy – do których niestety się nie zaliczam – mógłby dostarczyć twardych, namacalnych dowodów potwierdzających to wrażenie.

„The Wall Street Journal” ogłosił autorytatywnie: „Bez Twittera nie mogłoby się to wydarzyć!”. Andrew Sullivan, wpływowy i dobrze poinformowany amerykański bloger, wskazał na Twittera jako „kluczowy instrument organizacji oporu w Iranie”, a szacowny „New York Times” uderzył w liryczne tony, pisząc o starciu pomiędzy „bandziorami, którzy strzelają kulami, a protestującymi, których amunicją są wpisy na Twitterze”.

(...)

Ed Pilkington przywołuje Marka Pfeifle’a, doradcę George’a Busha, który zgłosił nominację Twittera do Nagrody Nobla, a także cytuje Jareda Cohena, urzędnika amerykańskiego Departamentu Stanu, który opisał Facebook jako „jedno z najbardziej naturalnych narzędzi demokracji, jakie widział świat”. W telegraficznym skrócie: Jack Dorsey, Mark Zuckerberg i ich towarzysze broni są generałami Armii Bojowników o Demokrację i Prawa Człowieka – a my wszyscy, „twittując” i wysyłając wiadomości na Facebooku, jesteśmy jej żołnierzami. Medium tak naprawdę jest przekazem – a przekaz mediów cyfrowych to „zdarcie informacyjnej kurtyny” i tym samym uruchamianie globalnego potencjału społeczeństw i uniwersalnych praw człowieka.

To właśnie ten niezdrowy rozsądek amerykańskiej elity politycznej i opiniotwórczej oraz innych nieopłacanych komiwojażerów usług cyfrowych napiętnował, obśmiał i potępił – jako „sieciowe złudzenie” – Jewgienij Morozow, 28-letni student, który niedawno przybył z Białorusi do Ameryki, w książce pod taki właśnie tytułem – The Net Delusion, wydanej jakiś czas temu przez Allen Lane.

Wśród wielu argumentów, jakie udało się Morozowowi zgromadzić w tym czterystustronicowym studium, jest na przykład taki, że według Al-Jazeery w Teheranie było około sześćdziesięciu aktywnych kont na Twitterze, a zatem organizatorzy demonstracji najczęściej używali zawstydzająco staromodnych technik przyciągania uwagi, jak dzwonienie przez telefon albo chodzenie po sąsiadach. Natomiast sprytni włodarze autokratycznego Iranu, nie mniej obeznani z internetem, za to bezwzględni i pozbawieni skrupułów, zaglądali na Facebooka, aby znaleźć linki do wszystkich możliwych dysydentów i wykorzystać te informacje w celu izolacji, aresztowania i rozbrojenia potencjalnych przywódców buntu – i zdławienia demokratycznego zagrożenia dla autokracji (gdyby takowe się pojawiło) w zarodku. Morozow wskazuje mnóstwo rozmaitych sposobów, za pomocą których autorytarne reżimy mogą wykorzystać internet dla własnej korzyści – wiele z nich faktycznie je stosowało i wciąż stosuje.

Można zacząć choćby od tego, że sieciowe społeczności oferują tańsze, szybsze, dokładniejsze i zarazem łatwiejsze sposoby ustalenia tożsamości i lokalizacji obecnych bądź potencjalnych dysydentów niż którakolwiek z tradycyjnych technik inwigilacji. Jak próbuje pokazać David Lyon w naszym wspólnym opracowaniu (Liquid Surveillance, Polity Press, ukaże się wkrótce), inwigilacja poprzez społeczności sieciowe jest dużo bardziej skuteczna dzięki współpracy jej potencjalnych obiektów i zarazem ofiar.

Żyjemy w ekshibicjonistycznym społeczeństwie, które publicznemu wystawianiu się na pokaz nadaje rangę podstawowego i najłatwiej dostępnego, a zarazem być możne najbardziej skutecznego i jedynego naprawdę niezawodnego dowodu społecznego istnienia. Miliony użytkowników konkurują ze sobą na ujawnianie i wystawianie na widok publiczny najbardziej intymnych, inaczej  niedostępnych aspektów swej tożsamości, społecznych powiązań, myśli, uczuć i działań. Portale społecznościowe stanowią pola dobrowolnej – „zrób to sam” – inwigilacji, bijąc na głowę (zarówno pod względem skali działania, jak i kosztów) fachowe agencje wypełnione specjalistami od szpiegowania i wykrywania.

(...)

Morozow tropi, w jaki sposób autorytarne czy wręcz tyrańskie reżimy mogą pobić domniemanych bojowników o wolność na ich własnym polu, stosując te same technologie, w których swe nadzieje pokładali apologeci i piewcy „demokratycznego zwrotu” internetu. Nic nowego, jak przypomina nam artykuł na łamach „The Economist” – w podobny sposób do pacyfikowania i rozbrajania ofiar dyktatorów używane były dawne technologie: badania pokazują, że wschodni Niemcy mający dostęp do zachodniej telewizji byli mniej skłonni do wyrażania niezadowolenia z ustroju. A co do rzekomo potężniejszej informatyki cyfrowej: „Internet dostarcza tak wiele taniej i łatwo dostępnej rozrywki ludziom żyjącym w warunkach autorytaryzmu, że skłonienie ich, żeby w ogóle zainteresowali się polityką, stało się o wiele trudniejsze”. Przynajmniej dopóki polityka nie zostanie przekształcona w kolejny pełen furii i wrzasku, ale bezzębny, bezpieczny i nieszkodliwy rodzaj rozrywki.

krytykapolityczna.pl

Ilan Pappé pisze, że jeśli Zachodni Brzeg jest “więzieniem na świeżym powietrzu”, to druga palestyńska enklawa - strefa Gazy - jest więzieniem o najostrzejszym rygorze. Izrael utrzymuje, że nie prowadzi okupacji Gazy. Jednak w praktyce kontroluje granice - w tym morską i powietrzną.

W Gazie szczególnie silny jest Hamas, organizacja uznawana za terrorystyczną. Wdaje się ona w konflikty z Izraelem, jest odpowiedzialna za zamachy i odpowiada na niektóre działania Izraela wystrzeliwaniem rakiet. Szczególnie na te ostatnie Izrael reaguje określanym jako "koszenie trawy" atakiem wojskowym na szeroką skalę. Ataki z powietrza i lądu, bombardowania - w tym także cywilnych budynków - mają za zadanie nie tylko eliminować terrorystów, ale "ukrócić" opór wśród społeczności. Jakie są efekty blokady i "koszenia trawnika" w Gazie?

Pracujący w Gazie psycholog Mohammed Mansour opisuje rzeczywistość enklawy jako "dystopię". W rozmowie z Izraelskim "Haazetz" mówi, że warunki życia w strefie, ciągła przemoc, brak perspektyw i zamknięcie na świat powadzą do rozpadu tkanki społecznej, przemocy seksualnej, uzależnień i epidemii chorób psychicznych.

Na pasie ziemi o powierzchni nieco większej od Krakowa mieszkają prawie dwa miliony ludzi. Według ONZ w przeciągu 10 lat Gaza stanie się “niezdatna do życia”. Zagranicznym dziennikarzom trudno jest się tam dostać i opisać sytuację. Można jednak opierać się na relacjach. Tak - według palestyńskiego lekarza i polityka Mustafy Barghoutiego - wygląda typowy scenariusz problemów młodej osoby w Gazie:

- Wyobraź sobie taką sytuację. Żyjesz w Gazie, jesteś młodym człowiekiem, skończyłeś szkołę. Ale od lat nie możesz znaleźć pracy, tak, jak 80 proc. absolwentów w Gazie. Idziesz do domu, gdzie prąd jest tylko przez dwie godziny dziennie. Mama pogania cię, żebyś wniósł baniaki z wodą na 8. piętro, bo przez brak prądu nie działa pompa. Gdy wniesiesz wodę, okazuje się, że jest ona słona - dostęp do czystej wody jest tam bardzo ograniczony. Kiedy myjesz się, sól podrażnia twoją skórę. Potem twój młodszy brat nieupilnowany pije tę wodę i dostaje infekcji. Sąsiad poszedł wykąpać się w morzu, dostał zapalenia opon mózgowych i zmarł. Woda w morzu też jest zanieczyszczona. Masz tego dosyć i chcesz się wydostać, studiować gdzieś albo pracować. Ale nie możesz przekroczyć granicy. Chcesz się pobrać z dziewczyną, ale żadne z was nie ma pieniędzy, nie będziecie mieli mieszkania. Jesteś zupełnie sfrustrowany. Idziesz do apteki i prosisz o tabletkę tramadolu (opioidowy lek przeciwbólowy - red.), wpadasz w uzależnienie. To typowa historia z Gazy.

gazeta.pl

Czy ZSRR jak pierwszy w nowożytnej historii posługiwał się skutecznie i świadomie swoją soft power?

ZSRR mówiło otwarcie, że jest gotowe przebudować społeczeństwo, ale nie byli w tym pierwsi. Pierwszą soft power była rewolucja francuska. Model sowiecki był bardzo atrakcyjny dla zapóźnionych, słabo rozwiniętych krajów w Europie i zwłaszcza poza nią, krajów, które chciały dogonić pozostałych i przeskoczyć 200 lat europejskiej historii poprzez zmianę reżimu. Przed II wojną komunizm poza Związkiem Radzieckim nie wykraczał poza określone grupy społeczne, ale wszystko zmieniło się po zwycięstwie nad Hitlerem. Komunizm oferował powszechną edukację, darmową opiekę zdrowotną, sprawiedliwość społeczną… Wszystko to było atrakcyjne dla krajów słabo rozwiniętych.

Dzisiejsza Rosja nie posiada już tej siły przyciągania, skupia się na hard power, rozwijaniu swojego przemysłu zbrojeniowego, na tworzeniu negatywnych koalicji, propagandowym mobilizowaniu różnych grup i wskazywaniu im wspólnego wroga. Nic więc dziwnego, że Rosjanie finansują zarówno radykalną prawicę jak i lewicę. Ale nie posiadają już spójnej wizji. Model rosyjski nie mógłby istnieć bez ropy i gazu, nie jest to więc system w tym znaczeniu, w jakim posiadał go Związek Radziecki. Wtedy chodziło o znacjonalizowanie środków produkcji i całą resztę, stała za tym ideologia. Dziś chodzi tylko o wykorzystanie antyglobalistycznego momentu, żeby umocnić pozycję Rosji na świecie. Nie jest to wpływ ideologiczny tylko państwowy. Kiedyś bycie w określonej strefie wpływów określało naturę reżimu politycznego, przynależność do wojskowych paktów itd. Dziś wygląda to inaczej. Wielu sojuszników Rosji posiada inne reżimy i nie jest w bezpośredniej zależności handlowej czy gospodarczej. Krajom takim jak Rosja czy Chiny zależy raczej na zapanowaniu nad przestrzenią informacji, nie chcą być zależne od Google czy Facebooka, chcą posiadać własną infrastrukturę cyfrową.

Chińczykom się to udaje.

Chińczykom tak, Rosjanom nie. Do niedawna wierzono, że big data i social media uniemożliwią istnienie reżimów autorytarnych, ponieważ wzmacniają rolę i znaczenie jednostki. Paradoksalnie, social media mogą wzmacniać autorytaryzm, a to dlatego że służą jako narzędzie dezinformacji. Bardzo interesujące jest jak Chińczycy sprawują kontrolę nad mediami społecznościowymi. Czytałem, że jeśli zamierzasz krytykować porażki rządu albo lokalnych urzędników w internecie, twoje wypowiedzi nie zostaną zbanowane, tylko przeanalizowane i mogą odnieść jakiś efekt. Jeśli natomiast zaczniesz nawoływać ludzi do zbiorowych protestów, wtedy spotkasz się z natychmiastową reakcją. A zatem social media są używane do zbierania wiarygodnych informacji na temat tego, co dzieje się w społeczeństwie. Nie potrzebują już aparatu policyjnego, który znamy z okresu komunistycznego ani siatki donosicieli, ponieważ to ludzie sami dostarczają im informacji.

Potrzebują tylko dobrych analityków.

Dokładnie. Nowe technologie wzmacniają niedemokratyczne reżimy, ponieważ to sami ludzie mówią o tym, co robią, o czym myślą, z kim się spotykają.

Media społeczne są agenturą szpiegującą samą siebie.

Kolejną sprawą jest fakt, że w wielu z tych krajów teorie spiskowe są ważniejsze niż ideologia. Ideologię można atakować z pozycji idealnego wzorca, jak to robili dysydenci komunistyczni w latach 50 i 60. Teoria spiskowa nic nie obiecuje, po prostu opowiadamy historyjkę. Tu nie możesz być dysydentem, bo albo ją kupujesz albo nie. I nie bez powodu. Zaawansowanie technologiczne może się też stać czułym punktem. Fragmentaryzacja i polaryzacja społeczna są konsekwencją rozwoju technologicznego. Możesz szczęśliwie żyć w swojej bańce internetowej.

Rewolucja technologiczna zaskoczyła nawet tak zaawansowane gospodarki jak niemiecka. Według the „Economist” Niemcy faktycznie są już skazane na upadek przemysłu samochodowego, który nie zdąży przekwalifikować się na samochody elektryczne. Mercedes podzieli los wszechwładnej kiedyś, a następnie upadłej Nokii. Przyszłość samochodów pisze się dziś w Palo Alto i w Chinach.

Z drugiej strony, zaawansowanie technologiczne może stać się także najsłabszą stroną. Dlaczego wybory w Niemczech przebiegły bez problemu rosyjskiego wpływu? Jednym z powodów był brak dostępnych danych na temat niemieckich obywateli. Nie da się w Niemczech zorganizować podobnego mikrotargetingu dla rosyjskich fake newsów jak udało się w USA. Niemcy są zbyt tradycyjne, co czyni je tym samym lepiej zabezpieczonymi.

Skąd Rosja bierze swoje zaawansowanie technologiczne?

Rosja jest selektywnie silna i selektywnie słaba. W sprawach wojskowych Rosja nie tyle jest silna w przemyśle zbrojeniowym, co w nowych technologiach zbrojeniowych. Rosja już dawno udowodniła, że nawet, jeśli nie jest w stanie wyprodukować dobrze działającej lodówki, to może wyprodukować sputnika. Rosja inwestuje pieniądze ze sprzedaży surowców naturalnych w selektywnie wybrane obszary, np. w sztuczną inteligencję. Rewolucja przemysłowa w USA jest napędzana przez zapotrzebowanie rynkowe. Tak więc, gdy przedsiębiorstwa dokonują ważnych wynalazków, robią to, myśląc o konsumencie. W Rosji nowe technologie generowane są przez zapotrzebowanie państwa. Rosjanie nie mają złudzeń, że ich społeczeństwo będzie równie zaawansowane co zachodnie. Wierzą jednak, że w sprawach wybranych technologii są w stanie dogonić lub przegonić Zachód, co nie raz udowodnili. Rosja nie potrzebuje nowoczesnego społeczeństwa, wystarczy jej dobrze zorganizowana elita władzy uzbrojona w możliwości selektywnego rozwoju technologicznego. Obszar sztucznej inteligencji charakteryzuje się tym, że żywi ludzie przestają być potrzebni.

Elity rosyjskie nie muszą myśleć już o społeczeństwie, a przynajmniej nie bardziej niż tyle, żeby im ono nie przeszkadzało w rządzeniu.

Za czasów ZSRR ludzie byli niezbędni do rewolucji przemysłowej i do pracy przymusowej na rzecz przemysłu zbrojeniowego. Rosjanie pokonali Hitlera by było ich po prostu dużo więcej. Dzisiejsze czasy nie bez powodu charakteryzuje tak cyniczna postawa rosyjskich elit wobec społeczeństwa. Rosja dziś właściwie osiągnęła stan komunizmu. Nie eksploatuje się tam ludzi, tylko naturę, a następna ma być technologia. Ale nie popadajmy w skrajności. Piętnaście lat temu mówiło się, że Rosja jest na dnie, nic tam nie działa, wszystko jest rozkradane, że są zacofani gospodarczo i społecznie. A dziś z kolei, że prześcignęli Zachód, bo wymyślili wojnę hybrydową, mają najlepszych hackerów, ogrywają nas, jak chcą. Bez przesady. Mają masę problemów. Siła rosyjskiej ulicy jest niedoceniana. Niedoceniana jest siła wybuchowa islamu. Kadyrow organizuje ich i wzmacnia islamską tożsamość. Współpracuje z Kremlem, ale to nie znaczy, że nie buduje siły islamu w Rosji. A to jest kilkanaście milinów ludzi, może nawet dwadzieścia. Znacznie większy odsetek niż w jakimkolwiek kraju Europy.

krytykapolityczna.pl

Maria Zmarz-Koczanowicz zapamiętała, że kiedy w 2001 r. montowały z Teresą film „Noc z generałem” w budynku dawnej Wytwórni Filmowej Wojska Polskiego „Czołówka”, nagle zadzwonił ktoś z gabinetu prezesa TVP Roberta Kwiatkowskiego, na której zlecenie produkowano film. Generał Jaruzelski przypomniał sobie, że wypowiedział się nieprzychylnie na temat Stanisława Kani, więc zadzwonił do Kwiatkowskiego, z którego ojcem się przyjaźnił, aby to z filmu usunąć. – Tereska się wściekła. Natychmiast zadzwoniła do Jaruzelskiego. Mówiła: Jak to, panie generale?! Tak to pan do mnie wydzwania, a jak ma pan uwagi, to dzwoni pan do telewizji?! W końcu wycięłyśmy to zdanie, generał zapowiedział, że przyjedzie do montażowni sprawdzić. Teresa wściekle paliła papierosy. Powtarzała: Niech mi teraz, od razu, podpisze zgodę i żadnych więcej zmian. Nie wypuszczę go, jak nie podpisze! Przyjechał w towarzystwie BOR-owca, Teresa była dla niego niemiła do końca wizyty. Było nerwowo. Chyba nawet jej obiecał, że to odkręci, że nie zgłosi zastrzeżeń. Obejrzał i zapytał BOR-owca, czy mu się podoba. Próbował rozładować sytuację. Tłumaczył Teresie: pani to zrozumie… Kiedy tak walczył o jedno słowo, zrozumiałam, że nie od parady był generałem. W rozmowach sprawiał wrażenie ciepłego wujka z kindersztubą, człowieka z towarzystwa, który nie będzie o nic walczył, wkraczając w cudze kompetencje, i nagle okazało się, że jest nieugięty. Zadzwonić do szefa telewizji w sprawie jednego skreślenia? Przecież nie był już postacią pierwszoplanową, a my robiłyśmy mały film dokumentalny. Doszło do podpisywania zgody na wykorzystanie wizerunku, w grę wchodziły jakieś pieniądze, w każdym razie generał miał podać numer konta. Powiedział, że go nie zna. – Jak to pan nie zna swojego numeru konta? – pytała. Generał odpowiedział, że nie musi, bo żona za niego wszystko załatwia. – To jak pan w ogóle żyje?! Jak pan idzie do toalety, to pan nie ma przy sobie złotówki?! – Nigdy nie noszę przy sobie pieniędzy – odpowiedział. Teresa nie wstydziła się o takie sprawy pytać, to ją naprawdę interesowało, bo pokazywało generała jako oderwanego od rzeczywistości. Jest jeszcze jedna scena, którą generał kazał wyciąć. Nakręciliśmy, jak przy wejściu BOR-owcy sprawdzali nam dowody osobiste. To przecież normalne, bo wchodziłyśmy do byłego prezydenta. Ale Jaruzelski wiedział, że jest w tym kontekst stanu wojennego. Poprosił, żeby tego nie było w filmie.

tygodnikprzeglad.pl

Szpitale-molochy na odludziach, okrojona kadra, utrudniony dostępu do lecznictwa w warunkach środowiskowych (czyli takiego, które działa w lokalnej społeczności pacjenta) czy do psychoterapii – oto portret polskiej psychiatrii AD 2017.

(...)

Prawie milion obywateli naszego kraju ma stwierdzoną jakąś formę uzależnienia (tradycyjnie uznaje się je za zaburzenia psychiczne), ponad pół miliona cierpi na psychiczne zaburzenia o podłożu organicznym (wywołanym przez uszkodzenie mózgu), a niecałe 300 tysięcy choruje na schizofrenię – tyle oficjalne liczby.

Niestety dotyczą one tylko osób, które (przynajmniej w jakimś momencie) zgłosiły się na leczenie i otrzymały diagnozę. Według danych populacyjnych WHO w ubiegłym roku 27% Europejczyków miało epizod zaburzenia psychicznego, niekoniecznie objęty jakąkolwiek profesjonalną pomocą lekarską czy psychologiczną. Nieliczne badania porównujące całe społeczeństwa (np. ESEMeD lub EZOP) wykazały, że u Polaków najczęściej występują problemy związane z nadużywaniem alkoholu (dotyczą aż 10,9% z nas), ataki paniki (6,2%), fobii (3,4%) oraz dużej depresji (3,2%). W innych krajach europejskich ta kolejność jest mniej więcej odwrotna – najczęstsze są depresje, a problemy alkoholowe zajmuje nieco dalsze pozycje.

Polska jest jednym z krajów o najwyższych współczynnikach samobójstw w Europie, a ich liczba rośnie w alarmującym tempie. W 2016 r. śmiercią samobójczą zginęło u nas więcej osób niż w wypadkach drogowych. Wiele badań wskazuje na to, że przynajmniej części z samobójczych zamachów można skutecznie zapobiegać. Według ostatniego raportu WHO nadal nie wdrożyliśmy programu prewencji samobójstw dla populacji ogólnej, mimo iż jego projekt istnieje od kilku lat.

krytykapolityczna.pl

Jak wiemy z badań ilościowych, przeciętny dorosły członek ludu zbieracko-łowieckiego spędzał około 20 godzin w tygodniu na zbieraniu żywności i polowaniu, a kilka dodatkowych godzin zajmowały mu inne konieczne dla życia czynności, takie jak wyrób narzędzi i przygotowywanie posiłków. Co robili w pozostałym czasie? Odpoczywali, ale większość wolnego czasu spędzali na zajęciach, które sprawiały im przyjemność: muzykowali, tworzyli sztukę, tańczyli, rywalizowali ze sobą w grach, snuli opowieści, gawędzili i żartowali. Odwiedzali znajomych i krewnych w sąsiednich zbiorowościach. Nawet samych łowów i zbierania żywności nie uważali za pracę – oddawali się tym czynnościom z entuzjazmem. Zadania te sprawiały im przyjemność i zawsze wykonywano je gromadnie, Dlatego nigdy nie brakowało chętnych do poszukiwania owoców czy zwierzyny łownej. A ponieważ żywność sprawiedliwie rozdzielano między wszystkich, nikt nie odczuwał presji, jeśli w danym dniu (albo tygodniu) nie uczestniczył w wyprawach.

(...)

Niektórzy obawiają się, że życie niewypełnione po brzegi pracą prowadzi do gnuśności i depresji. Praca, przestrzegają, nadaje życiu sens, a kiedy jej nie ma, nie warto wstawać rano z łóżka. Wskazują na bezrobotnych, którzy często cierpią na depresję; na tych, którzy po pracy osuwają się bezwładnie na fotel, albo na emerytów, którzy nie wiedzą, co robić z wolnym czasem i czują się niepotrzebni. Te spostrzeżenia nie są fałszywe, ale pochodzą z obserwacji świata, w którym bezrobocie uważa się za życiową klęskę; w którym po dniu pracy jesteśmy fizycznie lub mentalnie wyczerpani; w którym pracę się gloryfikuje, a zabawę potępia – i w którym, nieustannie pracując od ukończenia szkoły podstawowej aż po emeryturę, zapominamy, jak się bawić.

Spójrzmy raczej na dzieci, które nie chodzą jeszcze do szkoły, więc nakaz wytężonej pracy nie zdążył jeszcze stłumić ich ciekawości i chęci do zabawy. Czy dzieci są leniwe? Nic podobnego. O ile nie śpią, są bez przerwy aktywne. Powodowane ciekawością, ciągle coś robią. W zabawie wymyślają historie, budują, rysują i filozofują (tak, filozofują!) na temat otaczającego świata.

(...)

Ludy zbieracko-łowieckie, jak pisałem, żyły zabawą, a w antropologii są kardynalnym przykładem społeczeństw chętnych dzielić się wszystkim, co posiadają, i wzajemnie sobie pomagać. Cechował je także egalitaryzm – ze wszystkich znanych nam zbiorowości tylko one nie wytworzyły hierarchii społecznych. Ich etyka, oparta na zabawie, nie zezwala nikomu na wywyższanie się ponad innych statusem ani majątkiem. W świecie bez pracy – albo takim, gdzie pracowalibyśmy mniej – nie wspinalibyśmy się z takim wysiłkiem po tej czy innej drabinie społecznej, która i tak prowadzi donikąd. Znacznie więcej uwagi poświęcalibyśmy za to szczęściu innych ludzi. To przecież nasi koledzy i nasze koleżanki. Chcą się z nami bawić.

krytykapolityczna.pl