Oficjalna reakcja amerykańskiego establishmentu na protesty irańskiej młodzieży na ulicach Teheranu przeciwko sfałszowanym wyborom z czerwca 2009 uderzająco przypominała kampanię reklamową Facebooka, Google’a albo Twittera. Przypuszczam, że jakiś dzielny dziennikarz śledczy – do których niestety się nie zaliczam – mógłby dostarczyć twardych, namacalnych dowodów potwierdzających to wrażenie.
„The Wall Street Journal” ogłosił autorytatywnie: „Bez Twittera nie mogłoby się to wydarzyć!”. Andrew Sullivan, wpływowy i dobrze poinformowany amerykański bloger, wskazał na Twittera jako „kluczowy instrument organizacji oporu w Iranie”, a szacowny „New York Times” uderzył w liryczne tony, pisząc o starciu pomiędzy „bandziorami, którzy strzelają kulami, a protestującymi, których amunicją są wpisy na Twitterze”.
(...)
Ed Pilkington przywołuje Marka Pfeifle’a, doradcę George’a Busha, który zgłosił nominację Twittera do Nagrody Nobla, a także cytuje Jareda Cohena, urzędnika amerykańskiego Departamentu Stanu, który opisał Facebook jako „jedno z najbardziej naturalnych narzędzi demokracji, jakie widział świat”. W telegraficznym skrócie: Jack Dorsey, Mark Zuckerberg i ich towarzysze broni są generałami Armii Bojowników o Demokrację i Prawa Człowieka – a my wszyscy, „twittując” i wysyłając wiadomości na Facebooku, jesteśmy jej żołnierzami. Medium tak naprawdę jest przekazem – a przekaz mediów cyfrowych to „zdarcie informacyjnej kurtyny” i tym samym uruchamianie globalnego potencjału społeczeństw i uniwersalnych praw człowieka.
To właśnie ten niezdrowy rozsądek amerykańskiej elity politycznej i opiniotwórczej oraz innych nieopłacanych komiwojażerów usług cyfrowych napiętnował, obśmiał i potępił – jako „sieciowe złudzenie” – Jewgienij Morozow, 28-letni student, który niedawno przybył z Białorusi do Ameryki, w książce pod taki właśnie tytułem – The Net Delusion, wydanej jakiś czas temu przez Allen Lane.
Wśród wielu argumentów, jakie udało się Morozowowi zgromadzić w tym czterystustronicowym studium, jest na przykład taki, że według Al-Jazeery w Teheranie było około sześćdziesięciu aktywnych kont na Twitterze, a zatem organizatorzy demonstracji najczęściej używali zawstydzająco staromodnych technik przyciągania uwagi, jak dzwonienie przez telefon albo chodzenie po sąsiadach. Natomiast sprytni włodarze autokratycznego Iranu, nie mniej obeznani z internetem, za to bezwzględni i pozbawieni skrupułów, zaglądali na Facebooka, aby znaleźć linki do wszystkich możliwych dysydentów i wykorzystać te informacje w celu izolacji, aresztowania i rozbrojenia potencjalnych przywódców buntu – i zdławienia demokratycznego zagrożenia dla autokracji (gdyby takowe się pojawiło) w zarodku. Morozow wskazuje mnóstwo rozmaitych sposobów, za pomocą których autorytarne reżimy mogą wykorzystać internet dla własnej korzyści – wiele z nich faktycznie je stosowało i wciąż stosuje.
Można zacząć choćby od tego, że sieciowe społeczności oferują tańsze, szybsze, dokładniejsze i zarazem łatwiejsze sposoby ustalenia tożsamości i lokalizacji obecnych bądź potencjalnych dysydentów niż którakolwiek z tradycyjnych technik inwigilacji. Jak próbuje pokazać David Lyon w naszym wspólnym opracowaniu (Liquid Surveillance, Polity Press, ukaże się wkrótce), inwigilacja poprzez społeczności sieciowe jest dużo bardziej skuteczna dzięki współpracy jej potencjalnych obiektów i zarazem ofiar.
Żyjemy w ekshibicjonistycznym społeczeństwie, które publicznemu wystawianiu się na pokaz nadaje rangę podstawowego i najłatwiej dostępnego, a zarazem być możne najbardziej skutecznego i jedynego naprawdę niezawodnego dowodu społecznego istnienia. Miliony użytkowników konkurują ze sobą na ujawnianie i wystawianie na widok publiczny najbardziej intymnych, inaczej niedostępnych aspektów swej tożsamości, społecznych powiązań, myśli, uczuć i działań. Portale społecznościowe stanowią pola dobrowolnej – „zrób to sam” – inwigilacji, bijąc na głowę (zarówno pod względem skali działania, jak i kosztów) fachowe agencje wypełnione specjalistami od szpiegowania i wykrywania.
(...)
Morozow tropi, w jaki sposób autorytarne czy wręcz tyrańskie reżimy mogą pobić domniemanych bojowników o wolność na ich własnym polu, stosując te same technologie, w których swe nadzieje pokładali apologeci i piewcy „demokratycznego zwrotu” internetu. Nic nowego, jak przypomina nam artykuł na łamach „The Economist” – w podobny sposób do pacyfikowania i rozbrajania ofiar dyktatorów używane były dawne technologie: badania pokazują, że wschodni Niemcy mający dostęp do zachodniej telewizji byli mniej skłonni do wyrażania niezadowolenia z ustroju. A co do rzekomo potężniejszej informatyki cyfrowej: „Internet dostarcza tak wiele taniej i łatwo dostępnej rozrywki ludziom żyjącym w warunkach autorytaryzmu, że skłonienie ich, żeby w ogóle zainteresowali się polityką, stało się o wiele trudniejsze”. Przynajmniej dopóki polityka nie zostanie przekształcona w kolejny pełen furii i wrzasku, ale bezzębny, bezpieczny i nieszkodliwy rodzaj rozrywki.
krytykapolityczna.pl