wtorek, 13 września 2022


W nocy z 12 na 13 września doszło do lokalnych walk na granicy Armenii i Azerbejdżanu, a siły azerbejdżańskie dokonały ostrzałów pozycji ormiańskich przy użyciu artylerii, moździerzy i dronów (m.in. w okolicach miejscowości Sotk i Wardenis oraz miast Dżermuk, Goris i Kapan). Według Baku była to odpowiedź na ormiańskie prowokacje, według Erywania – niesprowokowana agresja. Na chwilę obecną pełna liczba ofiar ani skala zniszczeń pozostają nieznane. Zdaniem premiera Nikola Paszyniana zabito co najmniej 49 ormiańskich żołnierzy. 13 września ok. 7.00 czasu polskiego strony poinformowały o wstrzymaniu ognia, choć na razie nie można stwierdzić, że kryzys został zakończony (według doniesień ormiańskich wciąż dochodziło do starć).

Jeszcze w trakcie trwania walk armeńska Rada Bezpieczeństwa podjęła decyzję o złożeniu formalnej prośby o pomoc do władz Rosji i Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (w styczniu br. OUBZ wysłała misję do ogarniętego zamieszkami Kazachstanu). Paszynian odbył rozmowy telefoniczne z prezydentami Rosji i Francji oraz sekretarzem stanu USA. MSZ FR wyraził „skrajne zaniepokojenie” sytuacją i wezwał strony do powstrzymania się od dalszej eskalacji napięcia, lecz Moskwa nie podjęła do tej pory żadnych realnych działań ani ich nie zapowiedziała. Z kolei Turcja oskarżyła Armenię o sprowokowanie starć.

Komentarz

Nie jest jasne, dlaczego doszło do eskalacji i jak dokładnie przebiegały wydarzenia, ale wszystko wskazuje na to, że siłą sprawczą były posunięcia strony azerbejdżańskiej. Azerbejdżan prawdopodobne odpowiedział na nieproporcjonalnie wielką skalę na lokalne incydenty, do których od początków września dochodziło wzdłuż granicy armeńsko-azerbejdżańskiej i w strefie konfliktu o Górski Karabach. Erywań konsekwentnie odrzuca jednak oskarżenia Baku o ostrzały Azerbejdżanu z terytorium Armenii, choć nie można wykluczyć, że w większym stopniu stała za nimi strona ormiańska, w tym środowiska niechętne Paszynianowi, dążące do zakłócenia procesu pokojowego. Według drugiej wersji Baku – korzystając ze wsparcia Ankary i bierności Rosji, zaangażowanej w wojnę z Ukrainą (część żołnierzy tamtejszych sił pokojowych, którzy od jesieni 2020 r. stacjonują w Górskim Karabachu, przerzucono na Ukrainę) – zdecydowało się wymusić na Erywaniu jak najszybszą zgodę na otwarcie szlaku łączącego zasadnicze terytorium kraju z eksklawą Nachiczewanu i dalej z Turcją.

Wydaje się pewne, że nowa wojna na pełną skalę, łącznie z siłowym odzyskaniem niekontrolowanej przez Baku części Górskiego Karabachu, nie leży aktualnie w interesie Azerbejdżanu, zajętego zagospodarowywaniem ziem zdobytych w czasie wojny 2020 r. Liczy on też na finalizację procesu pokojowego z Armenią (włącznie z ustanowieniem stosunków dyplomatycznych), a także jest zaangażowany w zwiększanie dostaw surowców energetycznych do państw UE.

Obecna eskalacja najpewniej znacząco utrudni karabaski proces pokojowy. 31 sierpnia premier Armenii i prezydent Azerbejdżanu spotkali się w Brukseli (po raz czwarty w ciągu roku), gdzie zapowiedzieli kontynuowanie dialogu (m.in. szefowie dyplomacji obu państw mają przygotować projekt traktatu pokojowego). Paszynian dysponuje silnym mandatem społecznym (zdecydowanie wygrane wybory parlamentarne w 2021 r.). Musi jednak liczyć się z opozycją, kojarzoną z tzw. klanem karabaskim i obejmującą środowiska skupione wokół byłych prezydentów kraju – Roberta Koczariana i Serża Sarkisjana – oraz elity rządzące w separatystycznym Górskim Karabachu. Wydaje się wysoce prawdopodobne, że z grupą tą sympatyzuje przynajmniej część wyższej kadry dowódczej armii Armenii. Każda eskalacja napięcia to dla oponentów premiera argument, że rozmowy z Baku nie niosą perspektyw. Ewentualny upadek jego rządu – obecnie mało prawdopodobny – przyniósłby usztywnienie stanowiska Erywania wobec procesu pokojowego z Azerbejdżanem i trwających rozmów z Turcją o otwarciu granicy. Należy zauważyć, że spowalnianie negocjacji służy Moskwie, która chciałaby przedłużyć okres stacjonowania w regionie swoich sił pokojowych (upływa w listopadzie 2025 r.; Erywań oraz – w znacznie większym stopniu – Baku optują za ich wycofaniem po tym terminie).

Zaostrzenie sytuacji stanowi test możliwości sprawczych i intencji Rosji. Gdyby Moskwie udało się wymóc na sojusznikach z OUBZ (prócz Armenii i Rosji są w niej również Białoruś, Kazachstan, Kirgistan i Tadżykistan) wysłanie w rejon konfliktu nawet symbolicznej wspólnej misji pokojowej, świadczyłoby to o zachowaniu przez nią w tych państwach – zwłaszcza w Kazachstanie – wystarczająco dużych wpływów do egzekwowania swoich interesów. Miałoby to silny wydźwięk propagandowy w kontekście nadchodzącego szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy, zaplanowanego na 15–16 września (ma na nim dojść m.in. do spotkania przywódców Rosji i Chin). Brak zdecydowanej reakcji Moskwy na ostatnie wydarzenia będzie w każdym wypadku dowodem na postępującą erozję jej oddziaływania na obszarze południa byłego ZSRR. Niezależnie od tego prestiż Rosji już obniża fakt, że jej siły pokojowe nie są w stanie przeciwdziałać kolejnym eskalacjom napięcia.

osw.waw.pl

— Dlaczego rosyjski wywiad nie ustalił wcześniej miejsca i kierunku ukraińskiej ofensywy? Czy też tak się stało, ale dowódcy zlekceważyli te informacje? Przecież już na początku września nawet rosyjscy korespondenci wojenni wielokrotnie informowali, że w pobliżu Bałakliji przygotowywana jest ofensywa. A może rosyjska armia po prostu nie miała wystarczających sił do obrony na kilku kierunkach jednocześnie?

Paweł Łużin, rosyjski ekspert wojskowy: Przede wszystkim jest to brak sił, potworny brak personelu wojskowego. Bo kiedy walczysz przez pół roku, ponosząc dziesiątki tysięcy strat, niewiele zostaje z sił lądowych.

Ponadto istnieje problem z wywiadem. Rozpoznanie elektroniczne jest ograniczone. Zwiad z powietrza jest prowadzony przez drony, ale są one zestrzeliwane. Nasze dwa optyczne satelity zwiadowcze mają taką rozdzielczość, że można ich użyć tylko do wyznaczenia celów dla rakiet. Poza tym satelity te przechodzą przez ten sam punkt tylko raz na 16 dni, więc nie ma możliwości szybkiego odbioru danych.

Są oczywiście jawne dane, ale żeby je wykorzystać, potrzeba ludzi z mózgiem i systemu, który pozwoli na swobodny przepływ danych w ramach hierarchii wojskowej.

Załóżmy więc, że wojskowi widzieli zbliżający się atak — ale co dalej? Skąd mieliby wziąć żołnierzy? Sprzęt? W końcu wszystko się skończyło. Minęło sześć miesięcy i z armii nie zostało prawie nic.

Henry Schlottman, analityk, weteran armii USA: Czytam rosyjskie kanały na Telegramie — oni naprawdę wiedzieli, gdzie Ukraińcy będą kontratakować. Myślę, że rosyjski sztab generalny też wiedział, ale prawdopodobnie uznał, że sobie poradzi.

Rosjanie nie do końca chyba rozumieli, jak wiele rezerw zgromadzili Ukraińcy. Rosyjskie źródła na Telegramie podawały nawet dość dokładne dane o siłach ukraińskich, ale Sztab Generalny albo w nie nie wierzył, albo po prostu nie doceniał Ukraińców. Albo sądzili, że główny cios i tak spadnie na Chersoń. Sam korzystałem z technik OSINT (czyli jawnych danych dostępnych np. w mediach społecznościowych i w mediach), kiedy służyłem w armii amerykańskiej — i wiem, że dowództwo nie zawsze traktuje te dane poważnie. Wojsko ma również własne, niejawne sposoby zbierania informacji wywiadowczych, które czasami mogą być sprzeczne z informacjami OSINT.

Innym powodem udanego kontrataku sił ukraińskich jest to, że siły rosyjskie nie zdołały w porę zareagować na działania Ukraińców. W regionie było mnóstwo rosyjskich wojsk — zwłaszcza w okolicach Iziumu. Widziałeś te zdjęcia opuszczonych rosyjskich pozycji? Ileż tam zostało sprzętu wojskowego!

Dlaczego Rosja nie potrafiła skutecznie skoncentrować wojsk? Z powodu problemów z utrzymaniem i naprawą sprzętu, z logistyką. Gdyby czołgi porzucone w pobliżu Iziumu w porę ruszyły w rejon ukraińskiego ataku, wynik mógłby być inny. Kupiańsk mógł pozostać pod kontrolą Rosji. Ale rosyjskie siły mają rozpaczliwie mało części zamiennych do czołgów. Są na froncie już od pół roku — możliwe, że niektóre czołgi są demontowane w celu zdobycia części zamiennych na funkcjonowanie innych.

Na atak Ukraińców odpowiedziały też oddziały i rezerwiści z Gwardii Narodowej, oczywiście przy wsparciu sił Zachodniego Okręgu Wojskowego, ale to Gwardia broniła się pierwsza. Miesiąc temu, nawiasem mówiąc, ten odcinek frontu był lepiej broniony, ale siły Wschodniego Okręgu Wojskowego zostały przeniesione stamtąd na południe, do Chersonia — a stało się to tuż po serii ukraińskich oświadczeń, że ich armia skoncentruje się właśnie na Chersoniu.

Mick Ryan, emerytowany generał dywizji armii australijskiej: Z pewnością były sygnały, że coś się szykuje — i blogerzy wojskowi o tym donosili. Jednak dla rosyjskich dowódców wojskowych sytuacja mogła nie wydawać się tak jednoznaczna. Historia zna wiele przykładów wojskowych "niespodzianek", które miały miejsce tylko dlatego, że generałowie zignorowali ostrzeżenia ludzi na miejscu. Operacja Garden Market w 1944 r. w Holandii jest tego klasycznym przykładem.

Nie jest też jasne, czy Rosja ma w ogóle siłę, by odpowiedzieć na to zagrożenie. Na południu zgromadzono sporo formacji, ale Ukraina to duży kraj i przejście z południa na wschód zajęłoby sporo czasu.

Czy rosyjska armia ma jeszcze jakieś rezerwy? Jeśli tak, to gdzie one są? Czy to możliwe, że rosyjskie dowództwo odpowie własną ofensywą?

Henry Schlottman: Trudno powiedzieć. Oczywiście w Rosji powstają bataliony ochotnicze, ale w regularnych siłach lądowych pozostało niewiele rezerw.

Mick Ryan: W teorii rezerwy powinny pozostać. Trzeci Korpus Armijny został rzeczywiście utworzony, a niektóre jego jednostki mogły zostać wysłane na wschodnią i północno-wschodnią Ukrainę.

Paweł Łużin: Armia rosyjska nie przygotowywała żadnej własnej ofensywy i w lipcu straciła już zdolność do ofensywy. W niektórych miejscach udało im się przeprowadzić pojedyncze akcje ofensywne, ale ofensywa na dużą skalę nie jest już możliwa.

Nie ma żadnych rezerw. Teraz rosyjskie siły zbrojne uzbrajają marynarzy, zabierają ich z marynarki, przebierają w mundury maskujące, rozdają im broń automatyczną, a oni stają się żołnierzami piechoty i członkami załogi czołgu.

Żołnierze batalionów ochrony mają dobre wyszkolenie fizyczne i taktyczne, ale nie nadają się do działań ofensywnych. Mają swoje zadania: pilnowanie i obrona bardzo specyficznych instalacji, eskortowanie konwojów w czasie marszu, walka z sabotażem. Ale nie są po to, by być w okopach i walczyć z regularną armią.

Co sądzicie o praktyce, w której rezerwy — nowe oddziały, a nawet całe formacje — są tworzone w całości z tzw. ochotników? Dlaczego rosyjskie dowództwo nie wysyła tych "ochotników" do istniejących formacji?

Henry Schlottman: Sam się nad tym zastanawiam. Amerykańska armia ma inne podejście: na przykład podczas wojny w Wietnamie czy II wojny światowej wysyłała rekrutów do istniejących jednostek, gdzie byli weterani, którzy mogli przekazać swoje doświadczenie nowicjuszom. Może jednostki, które były już na Ukrainie, były tak zużyte i wyczerpane, że rosyjskie dowództwo po prostu zdecydowało, że trzeba tworzyć nowe?

Mick Ryan: Szkolenie nowych rekrutów może być prowadzone przez doświadczonych oficerów tylko wtedy, gdy sami nie są oni na froncie. Powierzenie im odpowiedzialności za obie te sprawy nie przyniesie oczekiwanych rezultatów.

Paweł Łużin: Czy wiesz, ilu jest tych "ochotników"? W tysiącach, na palcach jednej ręki można ich policzyć. W rzeczywistości nie ma żadnych "rezerw ochotniczych" — to wymysł biurokracji, sposób, w jaki regiony odpowiadają na polityczne zamówienie z Moskwy. Rozwieszają ogłoszenia: "Mężczyźni, rekrutujemy! Do 60. roku życia, doświadczenie nie ma znaczenia!". Zbierają 150 mężczyzn i wysyłają ich: połowa z nich odpada w ciągu pierwszych dwóch tygodni szkolenia bojowego — wracają do domu z własnej woli albo z powodu "zaostrzonego zapalenia prostaty". A pozostała połowa przychodzi na front i umiera.

I jak uzupełnić nimi już istniejące jednostki? Ci, którzy już są w Ukrainie, nie mogą [równolegle z działaniami bojowymi] pracować z nowymi rekrutami. A jeśli te jednostki zostaną wycofane do Rosji w celu uzupełnienia obsady, to znowu: oficerowie nie są gotowi do pracy z "szumowinami społecznymi". To oczywiste, że nasza armia nie jest pełna fanów zwiedzania Ermitażu, ale ci tak zwani "ochotnicy" są jeszcze gorsi. To oni stanowią społeczne dno. Dlatego są łączeni w osobne jednostki. Kto [z doświadczonych oficerów] chciałby nimi dowodzić?

W Rosji nie ogłoszono mobilizacji i brakuje teraz żołnierzy na froncie. Czy to jest główna przyczyna rosyjskiej klęski?

Paweł Łużin: Główną przyczyną porażki jest idiotyzm rosyjskich władz. To są idioci i psychopaci, ponieważ wyznaczyli cel, którego nie może osiągnąć żadna armia. Ponadto sam autorytaryzm rosyjskiego rządu uniemożliwia istnienie oficerów, którzy wiedzą, jak pracować mózgiem — podczas gdy przeciwko nim walczy dobrze zmotywowana i wyszkolona regularna armia, która rozumie, dlaczego walczy.

Ale również samodzielna armia mobilizacyjna nie jest możliwa w Rosji od dziesięcioleci. Regularna praca z rezerwistami została przerwana w latach 70.: sprzęt i taktyka były już tak skomplikowane, że praca z rezerwistami była po prostu nierozsądna. Daremne stało się gromadzenie raz czy dwa razy w roku na poligonie tłumu rezerwistów i absolwentów wydziałów wojskowych, by próbować ich czegoś nauczyć.

Ówcześni sowieccy generałowie nie rozumieli jeszcze, że armia musi stać się zawodowa i kontraktowa, i po prostu skupiali się na pracy z tym, co mieli — z regularną armią, rezygnując z pracy z rezerwami.

Kontrreformy byłego ministra obrony Anatolija Sierdiukowa — które wprowadziliśmy w latach 2009-2012 — rozmontowały instytucje armii mobilizacyjnej: rozwiązano jednostki kadrowe. Nie ma regularnych obozów szkoleniowych dla rezerwistów, co oznacza, że w ciągu 3-4 lat osoba, która służyła, traci swoje umiejętności. Mechanizm rejestracji wojskowej w miejscu zamieszkania również nie działa: istnieje tylko w przypadku rejestracji wstępnej. A jeśli osoba, która służyła i stała się częścią rezerwy, przeniosła się, to znaczy, że armia straciła z nią kontakt.

To jest aspekt techniczny, ale jest też polityczny: ogłaszając mobilizację, przekazujesz władzę generałom. A Kreml nie ufa generałom. Mogą oczywiście próbować to zrobić, ale będzie to ostatnia rzecz, jaką zrobią. Nastąpi całkowity upadek — gospodarki i społeczeństwa.

Mick Ryan: Ukraińcy walczą teraz o istnienie swojego kraju, a sama armia ukraińska od 2014 r. przeszła znaczące reformy. Z kolei rosyjscy żołnierze byli wysyłani na front bez odpowiedniego przeszkolenia — albo wręcz myśleli, że dopiero jadą na ćwiczenia.

Henry Schlottman: To właśnie z tego powodu [różnica w liczebności sił przeciwnika] Rosja może przegrać całą wojnę. Jednak ostatnia porażka jest raczej konsekwencją niepowodzenia wywiadu wojskowego i logistyki. Nie sądzę, żeby Ukraińcy mieli tu zdecydowaną przewagę liczebną — po prostu siły rosyjskie nigdy nie znalazły się w odpowiednim miejscu, żeby powstrzymać Ukraińców.

Dlaczego armia rosyjska straciła inicjatywę, którą miała latem?

Paweł Łużin: Armia rosyjska nie miała szans na wygranie tej wojny, jak pisali jeszcze przed wojną emerytowani generał Leonid Iwaszow i pułkownik Michaił Chodrak. Rosyjska armia straciła inicjatywę w czerwcu, w lipcu — co za różnica?

Henry Schlottman: Problemy z logistyką, oczywiście. Wojna na wyniszczenie zbiera swoje żniwo: jednostki tracą ludzi i sprzęt.

Mick Ryan: Po pierwsze, Ukraińcy zdecydowali się nie walczyć w sposób, który narzucili im Rosjanie, czyli stosując metody, do których Rosja przywykła przez ostatnie 100 lat swojej historii militarnej. Wojsko ukraińskie zaczęło atakować rosyjskie siły zbrojne na osłabionych odcinkach frontu, przenikając na tyły i odcinając linie zaopatrzenia. Podkopały morale rosyjskiej armii.

Czy to prawda, że rosyjska armia nie potrafi walczyć zgodnie z własną doktryną?

Paweł Łużin: Nie mogła walczyć zgodnie z własną doktryną, ponieważ nie przewidywała ona zniszczenia sąsiednich państw oraz ludobójstwa. Przewidywała za to udział w krótkoterminowych operacjach o charakterze czysto obronnym (w ramach koalicji i sił międzynarodowych) lub w operacjach o charakterze ofensywnym z dala od granic Rosji.

Henry Schlottman: Rosyjska doktryna wojskowa opiera się na artylerii i rozpoznaniu, ale gdy niektóre z tych rzeczy przestają działać prawidłowo — na przykład, gdy rozpoznanie nie dostarcza artylerii na czas dokładnych danych o celach wroga — wszystko się psuje. A teraz rosyjska artyleria, mimo swojej siły ognia, nie zadaje Ukraińcom decydujących obrażeń.

Mick Ryan: Rosjanie rzeczywiście z jakiegoś powodu postanowili zignorować swoją własną doktrynę. Postawili na scenariusz, w którym Ukraińcy mieli powitać swoich "wyzwolicieli", a wojna miała się skończyć w ciągu kilku dni. Rosjanie przygotowali się do zwycięskiego marszu na Kijów, a nie do długotrwałej wojny, dlatego przystąpili do bitwy z nie w pełni przygotowaną logistyką, artylerią i wojną elektroniczną.

Jakie są główne słabości w organizacji armii rosyjskiej i jej metodach prowadzenia wojny?

Mick Ryan: Rosyjska armia za bardzo polega na sile ognia swojej artylerii — tak jakby to był jedyny sposób na zwycięstwo. Ponadto dobrzy dowódcy zazwyczaj starają się oszczędzać życie swoich żołnierzy. Dowódcy armii rosyjskiej udowodnili, że jest inaczej.

Paweł Łużin: Główną słabością jest autorytarne państwo i nierynkowa gospodarka. I szaleństwo liderów, którzy wyznaczają kanibalistyczne cele.

Henry Schlottman: Brak elastyczności taktycznej i operacyjnej. Rosjanie nie zareagowali na czas na działania armii ukraińskiej. Sztab Generalny mógł rozumieć, co się dzieje, a w dół łańcucha dowodzenia, do dowódców dywizji i brygad, informacje były przekazywane zbyt wolno. Jeśli nic się nie zmieni, Rosjanie będą po prostu powoli przegrywać tę wojnę.

onet.pl/meduza.io

6-7 września zarysowało się okrążenie operacyjne Bałakliji, rejonowego miasta nad rzeką Bałaklijka, ok. 90-95 km na południowy-wschód od Charkowa, znanego przede wszystkim z ogromnego arsenału amunicji, którego część eksplodowała w 2017 r. (miasto w 2017 r. liczyło ok. 29 tys. ludności). Siły obrony w rejonie Bałakliji zostały rozbite i zmuszone do odwrotu. Już 8 września było jasne, że celem atakującego zgrupowania ukraińskiego nie jest sama Bałaklija, ale plany są znacznie ambitniejsze i siły czołowe zagrażają już samemu Kupiańskowi.

Wg stanu z 9 września widać było już wyraźnie, że siły ukraińskie nacierają po na trzech kierunkach: z rejonu Bałakliji na południowy-wschód przez Wesele-Kune na Izium oraz na północny-wschód przez Wołchow Jar i Szewczenkowo na Kupiańsk. Trzeci kierunek to natarcie prosto z zachodu na wschód, na Szewczenkowo i Kupiańsk.

Po kilku dniach kontruderzenia można przypuszczać, że celem ofensywy jest co najmniej wyjście na flankę lub tyły rosyjskiego iziumskiego zgrupowania operacyjnego i zmuszenie go do odwrotu za rzekę Oskoł. 10 września zaczęto meldować o ataku SZU pod Limanem, co oznaczało, że w zasadzie zgrupowanie w rejonie Iziumu siły rosyjskie mogły nie tylko zostać odcięte od zaopatrzenia, ale de facto otoczone.

Przez wiele miesięcy zgrupowanie operacyjne w rejonie Iziumu stanowiły przede wszystkim Batalionowe Grupy Taktyczne (BGT) Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, z silnym komponentem pancerno-zmechanizowanym, jednakże w ostatnim czasie zostały one osłabione, m.in. na spokojny dotąd front pod Bałakliją, na zachodniej flance zgrupowania, przybywały oddziały Rosgwardii oraz mało wartościowe bojowo oddziały zmobilizowane w Donbasie (tzw. mobików), złożone ze zmobilizowanych siłowo ludzi, bez doświadczenia wojskowego, z niskim morale i uzbrojeniem na poziomie II Wojny Światowej.

To osłabienie frontu zostało właśnie wykorzystane przez Siły Zbrojne Ukrainy. (...)

Do kontruderzenia pod Bałakliją przygotowano znaczące siły z doborowych, ostrzelanych jednostek, na tą chwilę ofensywy zidentyfikowano grupy taktyczne m.in. z: Jednostki Specjalnego Przeznaczenia HUR MO "Kraken" (8 września wieszała sztandar w Bałaklei), 92 Brygady Zmechanizowanej, 25 i 80 Brygad Desantowo-Szturmowych, 1 Brygady Specjalnego Przeznaczenia, 15 Pułku Operacyjnego Gwardii Narodowej i inne pododdziały SZU, SBU (jednostka specjalna "Alfa"), GN i Prawego Sektora (np. kompania szturmowa "Da Vinci").

Na szpicy natarcia są m.in. eks-polskie czołgi T-72M1. W operacji zastosowano wiele rodzajów pojazdów NATO-wskich, m.in. eks-australijskie M113AS4 i eks-duńskie M113G4DK, z nowinek można wspomnieć transportery kołowe VAB i Kirpi, albo MTLB z modułem bojowym Serdar tureckiego Aselsana. Grupy mobilne (rajdowe) przemieszczają się m.in. na uzbrojonych w kaemy Humvee.

Silna jest zapewne grupa wsparcia artylerii 155 mm; zauważono m.in. PzH 2000. Istnieje ciekawy film pokazujący dwie PzH 2000 oraz wóz oficera ogniowego baterii 1W13, co może wskazywać również na to, że bateria Panzerhaubitze to realnie dwa wozy ogniowe. Z białymi krzyżami na kierunku charkowskim, a więc w rejonie ukraińskiej operacji zaczepnej, operują również eks-polskie armatohaubice Krab i eks-norweskie М109A3GN. W rejonie m. Bałakleja, już po jego zajęciu, widziane były też amerykańskie F142 HIMARS i M270. 

Jak już wspomniano siły agresora na odcinku pod Bałakleją i bezpośrednio na tyłach były dość słabe. Odcinka frontu pod Bałakliją, frontem na zachód, broniła kombinowana grupa taktyczna złożona z jednostek mobilizowanych milicji ŁRL (tzw. mobików), nielicznych oddziałów rosyjskiej armii oraz kilku oddziałów Rosgwardii, m.in. SOBR-u i OMON-u.

Już 6 września wieczorem w rosyjskich mediach pojawiła się informacja, że w rejonie Bałakliji w operacyjne okrążenie wpadły nie tylko pododdziały separatystów z 2 KA ŁRL, którymi rosyjskie media jakoś się nie przejmowały, ale też dwa rosyjskie oddziały Rosgwardii: oddział SOBR "Omega" z Samary oraz SOBR "Tołpar" z Baszkirii (Baszkortostanu). 7 września informowano, że oba oddziały wyszły z okrążenia (jakoby z nieznacznymi stratami, tylko ranni). Później kanały specjalizujące się w tematyce specnazu informowały, że pod Bałakleiją były również dwa oddziały OMON-u, Orłan z Toliatti i Smiercz z Samary. Oddziały te poniosły pewne straty, bowiem osłaniały odwrót, jako ostatni z miasta wyjść miał oddział "Orłan", Smiercz miał stracić dowódcę kompanii.

Uderzenie pod Bałakliją wyprowadzono na kilku kierunkach, zmierzając do otoczenia (okrążenia) Bałakliji, od północy i południa, z uniknięciem walk miejskich i jak najszybszym wyjściem w przestrzeń operacyjną, w ogólnym kierunku na wschód, nad rzekę Oskoł.

Północne kleszcze okrążenia Bałakliji to zgrupowanie nacierające z rejonu Pryszyb na Werbowkę i dalej na wschód. Prawdopodobnie zgrupowanie to miało zabezpieczyć prawą flankę natarcia po osi Pryszyb-Wołochiw Jar-Szewczenkowe. Łatwo zajęto Werbiwkę i Jakowliwkę i przeskrzydlono miasto, wychodząc na północno-wschodnie jego obrzeża, zajmując ogromne składy amunicji pod miastem (wioska Werbiwka).

Południowe kleszcze okrążenia Bałakliji to zgrupowanie nacierające z rejonu Husariwka na Bairak i Nowa Husariwkę, zajmując obie miejscowości, a potem zamykające kleszcze z południowego-wschodu. Wieś Nowa Husariwka zajął batalion specjalnego przeznaczenia "Dzikie Pole" (Dike Pole) 1 Samodzielnej Brygady Specjalnego Przeznaczenia. W m. Bairak Rosjanie porzucili na pozycji m.in. armatę ppanc MT-12 Rapira z amunicją. Wraz z przełamaniem frontu straty przeciwnika rosły - w zabitych i rannych, jeńcach, sprzęcie.

Przeskrzydlenie miasta Bałakliji zadecydowało o jej losie - po krótkich bojach z ariergardami miasto zostało zdobyte. Prawdopodobnie nie było zbyt mocno bronione, bowiem zagrożenie okrążeniem wymusiło jego oddanie i wycofanie się (rozbitego?) garnizonu na wschód.

Nieco bardziej na północ od Bałakliji zaznaczyła się jeszcze jedna ważna oś natarcia - być może kluczowy kierunek kontrofensywy - przez Wołchiw Jar i Semeniwkę na Szewczenkowe, i dalej na bezpośrednie przedpole Kupiańska. Na tym kierunku rejonem koncentracji SZU była miejscowość Pryszyb, gdzie przerwano front. Zgrupowanie taktyczne zajęło ważny lokalny węzeł drogowy Wołochiw Jar, potem Semeniwkę i już po dwóch dniach podeszło do wioski Szewczenkowe, kluczowego węzła drogowego na trasie do Kupiańska. Tempo natarcia było bardzo duże, ok. 30 km w linii prostej, w trudnym terenie, z broniącymi się oddziałami przeciwnika po drodze.

Warto zauważyć, że na kierunku kupiańskim w ataku na Szewczenkowe wyprowadzono również uderzenie czołowe (pomocnicze?) po osi Czkałowski-Szewczenkowe, które związały walką siły npla w tym rejonie.

Atak, a raczej jego skala, zaskoczył lokalne dowództwo rosyjskie, mimo, że siły koncentrowane były w rejonie na zachód od Bałakliji od wielu dni, o czym alarmowali rosyjscy analitycy-blogerzy. Po pierwszych sukcesach siły rosyjskie podciągnęły odwody, które weszły z marszu do walki na głównych kierunkach natarcia SZU, ale jak widać z późniejszego rozwoju sytuacji nie były w stanie zatrzymać atakujących. Prawdopodobnie jedynym sukcesem w tym czasie było utrzymanie korytarza na wschód od Bałakliji i umożliwienie wycofania się sił broniących miasta.

Rzucono do akcji również lotnictwo.

Specjalizujący się w tematyce lotnictwa kanał FighterBomber" w serwisie Telegram w dniu 8 IX podał kilka ciekawych szczegółów użycia WKS. Otóż lotnictwo miało atakować cele na wezwanie piechoty, a więc głównie były to misje wsparcia własnych sił lądowych, przy czym atakować miano nie tylko rakietami niekierowanymi, ale również bombami, przenosząc pełny komplet uzbrojenia (bomb i rakiet). Zgrupowanie ukraińskie miało silną obronę przeciwlotniczą, co miało skutkować zestrzeleniem 7 września, w rejonie Wołochiw-Jar rosyjskiego Su-25 (pilot jakoby przeżył).

Niewątpliwie I faza ofensywy przyniosła rozbicie wielu oddziałów separatystyczno-rosyjskich i duże straty w sprzęcie i ludziach. Tylko z materiału foto i wideo można sądzić, że do 7 września wzięto co najmniej ok. 40 żołnierzy (głównie mobików z ŁRL), co jak na warunki wojny w Donbasie nie jest liczbą małą. Wzięto nie tylko jeńców, ale i sprzęt. m.in. broń piechoty na punkcie oporu "Moskwa", całkiem sprawny MTLB, przejęto też dwa porzucone obok siebie T-72B3 wz. 2016. To był jednak dopiero początek, później zdobyto m.in. porzuconą baterię haubic Msta-S, radar rozpoznania artyleryjskiego Zoopark-1M itd.

Po południu 8 września SG SZU poinformował, że w wyniku kontrofensywy pod Charkowem wyzwolono 20 miejscowości, przełamano linię frontu i wbito się w głąb obrony przeciwnika na ok. 50 km. Po przełamaniu frontu na szpicy natarcia przemieszczają się m.in. mobilne grupy rozpoznawczo-dywersyjne (siły specjalne i rozpoznawcze), które starają się jak najszybciej uchwycić kluczowe punkty terenowe (np. most na Oskole, obrzeża Kupiańska itd.), siejąc również dezorganizację na tyłach wroga, urządzając zasadzki. Jednym z takich oddziałów rajdowych jest grupa rozpoznawcza "Bars" z oddziału rozpoznawczego 25 Brygady Des-Szt, która pod Bałakleją wbiła się głęboko w pozycje npla. W jednym z przypadków urządziła zasadzkę na rosyjską kolumnę (...).

9 września natarcie SZU rozwijało się na Kupiańsk i Izium. Awangarda ukraińska miały podejść do miejscowości Senkowe, około 20 km na południe od Kupiańska, gdzie znajduje się ważny most na rzece Oskił (droga Kupiańsk-Izium) i na przedpole samego Kupiańska.

Dla utrzymania chwiejącego się frontu siły rosyjskie podciągały rezerwy pancerno-zmechanizowane, do przerzutu operacyjnego wojsk zastosowano również masowo ciężkie transportowe śmigłowce Mi-26 przewożące w szczere pola pod Kupjańskiem ludzi i sprzęt (MTLB, BMD-2). Rosyjskie rezerwy wchodziły do walki z marszu, wpadały w zasadzki, były niewystarczające do zatrzymania natarcia ukraińskiego, np. pod Kupiańskiem.

Wg stanu na 10 września obrona Kupiańska została oparta na rzece Oskoł: wschodnia część miasta z zakładami przemysłowymi jest kontrolowana przez siły agresora, natomiast zachodnia część została już zajęta przez ukraińską awangardę (1 batalion 92 BZmech).

Izium miał zostać opuszczony - najpewniej zgrupowanie operacyjne w rejonie Iziuma wykonuje odwrót (ucieczkę) za rzekę Oskoł, żeby uniknąć okrążenia.

defence24.pl