wtorek, 25 listopada 2025



- W słowniku miejskiego slangu czytamy, że to osoba, która przegrywa życie, nie odnosi sukcesów w żadnej dziedzinie, nie ma pieniędzy, pracy, partnera i spędza swój wolny czas w internecie.

No właśnie – „przegrywa życie” – a to dlatego, że życie stało się dla nas sportem, myślimy o nim, jakby było zawodami. A w sporcie albo się wygrywa, albo przegrywa – nie ma innej opcji. Dotąd jednak prawie nikt nie rozpatrywał swojego życia w kategoriach sportowych – ludzie mieli swoją pracę, rodzinę, pasje i na tym się skupiali.

- Kto nam tę presję – aby nie być „przegrywem” i coś w życiu osiągnąć – nakłada i dlaczego?

Narzucają nam ją trzy dominujące dyskursy współczesności: dyskurs indywidualizmu, neoliberalizmu i coachingu oraz poppsychologii.

- Zacznijmy od pierwszego, czyli indywidualizmu.

To dyskurs, który początkowo odwoływał się do buntu jednostki, którą przeciwstawiał społeczeństwu. Ale potem ten indywidualizm przesiąkł myślą neoliberalną i coachingiem połączonym z poppsychologią.

A mianowicie: dziś każdy ma obowiązek zdiagnozować samego siebie pod kątem optymalizacji i perfekcjonizacji „ja” na rynek pracy. Musi przeanalizować silne i słabe strony i nieustannie się rozwijać, inwestować czas w obszary zdiagnozowane jako ważne. Z tego powodu, za pomocą narzędzi poppsychologicznych czy coachingowych, wciąż grzebiemy we własnym „ja”, żeby je dostosować do neoliberalnych, czyli wolnorynkowych założeń, zgodnie z którymi musimy odnieść indywidualny sukces.

- Ponieważ inaczej będziemy „przegrywami”?

Tak. Dziś mamy przymus myślenia o sobie samych i innych jak o wielkim neoliberalnym wyścigu. I to raczej nie jest wyścig po zwycięstwo, czyli żeby być „wygrywem”, tylko po to, żeby nie być „przegrywem”. Ta stylistyka sportowa sprawia, że stajemy się trenerami – coachami samych siebie: że w „wielkich zawodach życia”, w których bierzemy udział, musimy nieustannie pracować nad sobą, żeby ten zawodnik, czyli „ja”, coś osiągnął.

(...)

- Po co ten wyścig? Po pieniądze? Karierę? Udane życie prywatne?

To nie tylko ucieczka przed byciem „przegrywem”, ale też przed byciem nieszczęśliwym. A zdaniem moich studentów nieszczęśliwi będą ci ludzie, którzy nie odnieśli sukcesu finansowego. Ale uwaga, nie chodzi wcale o jakieś szczególne bogactwa – na początek wystarczy im średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw, żeby móc bez stresu wynająć mieszkanie i pomyśleć o jakimś związku, być może dzieciach.

- Z wiekiem ta presja na osiągnięcia jednak rośnie. Dla 30-, 40-latków przyzwoita pensja to za mało, żeby inni nie uznali ich za przegrywów.

Bo im dalej w tym wyścigu, tym intensywniejsze zabarwienie finansowe. A sukces ma polegać na tym, żeby zapewnić „przyszłość” – bo to jest słowo kluczowe – swoim dzieciom. Czyli kupię jakąś nieruchomość, dzięki czemu dziecko dostanie lepszy start, ponieważ w ten sposób oszczędzę mu jednej z największych bolączek współczesności, jaką jest brak własnego dachu nad głową. Poza własnym mieszkaniem to mogą być też regularne wakacje na Lofotach albo podróże na Arktykę.

- Czyli typowe aspiracje klasy średniej.

Co nie zmienia faktu, że na co dzień takie osoby żyją pod nieustanną presją. Z jednej strony mamy bowiem przymus samorozwoju, ale z drugiej sprzeczny z nim przymus korzystania z życia: „Podróżuj, konsumuj, idź na koncert, uwikłaj się w gorący romans, oglądaj filmy i seriale itp.”. I przeważnie jest tak, że ten, kto spędza czas, „marnując” go, ma potem wyrzuty sumienia, że się nie rozwija. Z kolei jak się cały czas rozwija, nie ma czasu ani na związki, ani na przyjaźń, ani na lenistwo czy odpoczywanie. Dopadają go więc wyrzuty sumienia, że nie korzysta z życia, dlatego kupuje sobie wycieczkę do Afryki, żeby mieć poczucie, że jednak odpoczął.

(...)

(...) czytanie poezji czy choćby zbieranie znaczków.

-Ale przecież to właśnie te z pozoru nieprzydatne czynności często pozwalają nam zachować równowagę psychiczną, nie zatracić siebie w tym wielkim „wyścigu szczurów”.

Wiele zależy od rodzaju pracy. Jeżeli wykonujemy to, co David Graeber, amerykański badacz i antropolog, nazywał pracą z sensem, a więc z misją, jak nauczanie, informowanie, pomaganie, leczenie itp., to mamy dużo satysfakcji z tego, co robimy, i jest nam ogólnie łatwiej funkcjonować. Natomiast praca, którą Graeber nazywa bez sensu, z ang. bullshit jobs, to typowe zajęcia w korporacjach, gdy wypełnia się tabelki w Excelu. Ta praca nikomu nie przynosi pożytku i gdyby jej nie było, to nic by się na świecie nie zmieniło. Jeśli ktoś robi coś, co nie daje mu żadnej satysfakcji, żadnego poczucia sprawstwa, wtedy trudno mu robić karierę na entuzjazmie.

- Przykre.

To jest właśnie ta ironia samorozwoju: człowiek inwestuje w siebie, żeby uczynić swój los lepszym, a potem latami wykonuje pracę bez sensu, od czego z czasem dostaje wypalenia i depresji. Przy czym jeszcze jakiś czas będą go nakręcały zarobki, bo ogólny mechanizm jest taki, że prace z sensem są niskopłatne, a bez sensu wysokopłatne.

- Wysokopłatne, czyli specjalistyczne? Menedżerskie?

Psychologiczną tajemnicą poliszynela jest, że im wyżej w hierarchii korporacyjnej, tym rośnie liczba prawdziwych socjopatów. Takich, co to im ani ręka, ani powieka nie zadrży, jak jednym kliknięciem w tabelce w Excelu zwolnią tysiąc ludzi, bo tego oczekują akcjonariusze. A jakby tego było mało, współczesna praca ma być pracą emocjonalną, dlatego firma wymaga, aby wykonywać ją z zaangażowaniem, w rodzinnej atmosferze i silnych więzach team workowych. Idzie przekaz: „Nie tylko musisz wykonywać swoją pracę, ale jeszcze dokładać entuzjazm, a nawet kochać swoją pracę. Masz inspirować, motywować resztę zespołu i wspólnie tworzyć rodzinną atmosferę”.

- Takie podejście francuska filozofka Sophie Galabru nazywa imperium obowiązkowego szczęścia i fałszywej życzliwości w biurach pełnych zielonych roślin, które mają nas uspokajać. „Za nakazem radości kryje się forma przemocy” – twierdzi Galabru.

W tych działaniach chodzi generalnie o to, żeby utrzymywać ogromną hipokryzję na rynku pracy. Dlatego – obok doniczek z roślinkami i różnych pokojów do odstresowania – pojawiło się stanowisko: Happiness Manager, czyli menedżer od szczęśliwości pracowników, bo przecież praca oznacza szczęście, dynamiczny zespół, dobrą atmosferę, owocowe czwartki. Ale to, niestety, gigantyczna obłuda, którą od kilkudziesięciu lat żywi się kapitalizm. Bo pod spodem jest nic innego jak wyzysk. Jest mobbing nasz powszedni. I miejscami nadal XIX-wieczne stosunki pracy.

(...)

- Co takiego?

Aż 90 proc. społeczeństwa zachodniego to pracownicy najemni, a ja sytuację takiego pracownika nazywam tercialnym niewolnictwem. Bo my na osiem godzin dziennie, czyli jedną trzecią dnia, stajemy się własnością innego człowieka. Tracimy podmiotowość i robimy to, co nam każe. Mamy wykonywać polecenia, być posłuszni. Od dawnego niewolnictwa różni się to tylko tym, że po pierwsze: jest na osiem godzin, a nie na cały dzień, a po drugie: niewolnik może zmienić pana. I to wszystko. A potem przychodzimy do takiej firmy i jesteśmy np. gaslighterami, klakierami, konformistami, „miernymi, ale wiernymi” itp., bo dbamy o to, żeby tę pracę mieć.

W ogóle sytuacja pracy najemnej wraz z powiązaną z nią władzą, tercialnym niewolnictwem itp., jest nierozerwalnie związana z traumą i mobbowaniem. I tu dochodzimy do sedna, że mobbing jest wpisany w logikę pracy kapitalistycznej. Po prostu. Kiedyś społeczeństwo znosiło to łatwiej, ponieważ byliśmy do takiej sytuacji – pozbawienia podmiotowości – przygotowywani przez dwie instytucje.

- Jakie instytucje?

Autorytarną rodzinę i szkołę. Rodzina oczywiście autokratyczna, gdzie dziecko nie miało nic do gadania, miało być grzeczne, posłuszne, pracowite itd. A potem pruski dryl szkolny, który do dzisiaj funkcjonuje. Bo wbrew temu, co się mówi, uczniowie w szkołach muszą posłusznie wykonywać polecenia władzy nauczycielskiej, niezależnie od tego, czy one w ogóle mają sens. Więc byliśmy przygotowywani przez autorytarną rodzinę i pruską szkołę do bycia ślepymi wykonawcami poleceń przełożonych, do tego, żeby mogli nas mobbować. Przekraczać nasze granice. Szczęśliwie dzisiaj ludzie, przez obsesję autodiagnozowania się i wszechobecną poppsychologię, są bardziej wyczuleni na relacje, także w pracy, i mówią „dość”.

- Mimo tego wyczulenia i większej świadomości nadal na rynku pracy panuje ogromna hipokryzja.

Ta hipokryzja jest ubrana we wspomniane owocowe czwartki, rodzinną atmosferę, ale też w networking, który tak naprawdę jest eufemizmem oznaczającym kolesiostwo lub kumoterstwo. Innym przykładem na obłudę w świecie pracy jest tzw. kultura indywidualizmu, za którą kryją się mroczne rzeczy.

- W jakim sensie mroczne?

W takim, że jest ona niczym innym, jak kulturą narcystycznego egoizmu. I to, że dziś te stosunki pracy są takie złe, wynika także i z tego, że ludzie są już kompletnie zatomizowani, każdy myśli tylko o sobie: „To jest moja kariera, moje życie, moja praca”. Tylko ja, ja i ja. Tu już nie ma miejsca na partnerów, na innych ludzi.

forbes.pl


Kreml podwaja fałszywą narrację, że sukcesy Rosji na polu bitwy są tak powszechne, że zwycięstwo Rosji jest nieuniknione. ISW w dalszym ciągu ocenia, że zwycięstwo Rosji nie jest nieuniknione i że realia “na ziemi” pokazują, że Rosja napotyka wiele przeszkód na swojej drodze do zajęcia reszty obwodu donieckiego. ISW ocenia, że rosyjskie tempo natarcia nasiliło się od szczytu na Alasce, a siły rosyjskie posuwały się średnio o 9,3 km2 dziennie między 15 sierpnia a 20 listopada. Zwłaszcza rosyjskie zyski nadal ograniczały się do tempa, nawet w okresie szybszych postępów. Siły rosyjskie sfinalizowałyby zajęcie pozostałej części obwodu donieckiego dopiero w sierpniu 2027 r. przy takim tempie natarcia, zakładając, że siły rosyjskie będą w stanie utrzymać obecne szybsze tempo natarcia, ukraińska obrona pozostanie silna, a zachodnie zaopatrzenie Ukrainy w broń pozostanie spójne. Prezydent Rosji Władimir Putin próbuje nakłonić Ukrainę do przekazania tego terytorium, aby zaoszczędzić Rosji znaczną ilość czasu, wysiłku, siły roboczej i zasobów, które mogłaby wykorzystać gdzie indziej na Ukrainie podczas ponownej agresji.

(...)

Siły ukraińskie w dalszym ciągu kontratakują i utrzymują ograniczoną obecność w Pokrowsku i jego okolicach. Ukraiński 7. Korpus Szybkiego Reagowania Sił Powietrzno-Szturmowych poinformował 23 listopada, że w centrum Pokrowska trwają walki i że siły ukraińskie uniemożliwiają siłom rosyjskim zgromadzenie wystarczającej liczby sił, aby przedostać się do północnej części miasta. 7. Korpus zauważył, że siły rosyjskie ponoszą ciężkie straty podczas prób przedostania się koleją doniecką do północnego Pokrowska. 

(...)

ISW w dalszym ciągu ocenia, że siły rosyjskie najprawdopodobniej zakończą zajęcie Pokrowska i Myrnohradu, chociaż termin i skutki operacyjne tych konfiskat pozostają obecnie niejasne. Rosja prawdopodobnie spróbuje wykorzystać ostateczne zajęcie Pokrowska dla uzyskania efektu informacyjnego, aby przekazać fałszywą narrację Kremla, że zwycięstwo Rosji na polu bitwy jest nieuniknione. Zwycięstwo Rosji na polu bitwy nie jest jednak nieuniknione, a zwłaszcza siłom rosyjskim zajęło 21 miesięcy posunięcie się na odległość około 40 kilometrów i rozpoczęcie okrążania kieszeni Pokrowsk-Myrnohrad. Kampania mająca na celu zajęcie pozostałej części obwodu donieckiego, w tym znacznie większego i bardziej zaludnionego Pasa Twierdz, zajęłaby kilka lat żmudnych bitew, a siły rosyjskie nie wykazały zdolności do szybkiego okrążania, penetracji lub w inny sposób zajmowania miast wielkości tych w Pasie Twierdz od 2022 roku.

understandingwar.org


Rosjanie kontynuują natarcie w obwodzie zaporoskim, dążąc do zamknięcia Hulajpola w okrążeniu operacyjnym. Udało im się przejąć kontrolę nad miejscowością Zatyszszia, ok. 2,5 km od północnych przedmieść miasta. W ostatnich dniach obronę utrudnia odcięcie przez wojska agresora jednego z kluczowych szlaków logistycznych prowadzących do Hulajpola od położonego na północ Pokrowśkego. W tym celu najeźdźcy zbliżyli się do leżących na tej trasie Radisnego i Danyliwki, a według niektórych doniesień już je okupują. Starają się w ten sposób zsynchronizować ofensywę w kierunku Hulajpola z natarciem na Pokrowśke w obwodzie dniepropetrowskim.

Na południe od Zaporoża siły rosyjskie nacierają na Prymorśke. Przemieszczając się małymi grupami, próbują wykorzystać sprzyjające warunki terenowe wzdłuż wyschłego Zbiornika Kachowskiego oraz obszary zabudowy letniskowej na wschód od niego. Starają się ominąć Stepnohirśk od zachodu i przebić do położonej na północ Hryhoriwki.

Sytuacja w Pokrowsku niezmiennie pozostaje trudna. Obrońcy utrzymują przyczółki w północnej części miasta, próbując blokować przekroczenie przez wrogie wojska biegnącej tam linii kolejowej i uniemożliwić całkowite zamknięcie Myrnohradu w okrążeniu. Ukraińcy mieli wycofać się z południowej części miasta, zaś walki mają toczyć się o miejscowości Switłe i Riwne pomiędzy Pokrowskiem a Myrnohradem. Ofensywę najeźdźców ograniczają wciąż trwające walki o Krasnyj Łyman na północ od aglomeracji. Agresor uzyskał jednak postępy na północny zachód od Pokrowska, w okolicach wsi Hryszyne.

Wbrew oświadczeniom Moskwy Rosjanom nadal nie udało się przejąć całkowitej kontroli nad Kupiańskiem. W rzeczywistości walki wciąż toczą się w południowo-wschodnich obszarach tej miejscowości oraz w rejonie Kuryliwki na wschód od Kupianśka-Wuzłowego, gdzie najeźdźcy starają się zdobyć przyczółki w celu otoczenia Kupiańska od południa.

(...)

Ogółem według szacunków Sił Powietrznych Sił Zbrojnych Ukrainy (SZU) pomiędzy 19 a 25 listopada wojska wroga przeprowadziły ataki powietrzne z użyciem 1577 statków bezzałogowych (z których 905 stanowiły „szahedy”), 40 pocisków manewrujących Ch-101, czterech rakiet Ch-47M2 Kindżał, 15 pocisków manewrujących Kalibr, czterech rakiet balistycznych Iskander-M i siedmiu rakiet manewrujących Iskander-K. Wszystkie zasoby napadu rakietowego i prawie jedną trzecią bezzałogowców wykorzystano w nocy z 19 na 20 listopada (użyto 476 dronów) i z 24 na 25 listopada (464). W sumie ukraińska obrona powietrzna miała unieszkodliwić 1364 drony szturmowe, jeden pocisk Kindżał, pięć rakiet Iskander-K, 12 rakiet Kalibr, trzy rakiety Iskander-M oraz 34 pociski Ch-101.

(...)

22 listopada biuro prasowe Sił Operacji Specjalnych przekazało, że podczas ataku dronowego na Rosję ukraińskie siły zbrojne po raz pierwszy zestrzeliły wrogi śmigłowiec za pomocą bezzałogowca dalekiego zasięgu. Trafiony miał zostać helikopter Mi-8 w pobliżu miejscowości Kutiejnikowo w obwodzie rostowskim.

Ministerstwo Obrony Ukrainy podało w komunikacie z 24 listopada, że 100 tys. dronów FPV zostało dostarczonych armii za pośrednictwem ukraińskiej platformy DOT-Chain Defence, z czego prawie jedna trzecia to bezzałogowce sterowane kablem światłowodowym. DOT-Chain Defence to uruchomiona w czerwcu br. specjalna platforma cyfrowa, za pośrednictwem której brygady walczące na kluczowych odcinkach mogą bezpośrednio składać zlecenia na drony FPV wybranych dostawców. Podkreślono, że użycie platformy pozwoliło znacznie zredukować biurokrację, umożliwiając szybką i sprawną dostawę sprzętu na front. Zaletą programu ma być dostarczanie konkretnych modeli do jednostek, które same wybierają typ dronów FPV potrzebny do ich działań. Na platformie dowódcy formacji mają do wyboru ponad 180 modeli bezzałogowców FPV dostarczanych przez 40 firm. Według szacunków resortu średni czas dostawy dronów za pomocą usługi DOT-Chain wynosi 7 dni, a za płatności, podpisanie umowy i logistykę odpowiada Agencja Zamówień Obronnych Ministerstwa Obrony Ukrainy (MOU).

(...)

Rośnie liczba ukraińskich żołnierzy, którzy po samowolnym opuszczeniu jednostki deklarują powrót do służby. Andrij Illenko – oficer brygady Gwardii Narodowej „Rubiż” – przypomniał 21 listopada, że Rada Najwyższa pod koniec sierpnia br. de facto wprowadziła amnestię za taki czyn, lecz każdorazowo wymaga ona pozytywnej decyzji sądu. Rozwiązaniem usprawniającym proces byłoby przyjmowanie powracających żołnierzy przez dane jednostki wojskowe bez procedury sądowej. Nasilający się problem porzucania służby czy dezercji wynika z chaotycznych lub nielogicznych rozkazów generujących duże straty osobowe, konfliktów osobistych z dowódcami oraz z ignorowania wniosków o przeniesienie. Tylko w październiku br. jednostki wojskowe opuściło samowolnie ponad 20 tys. żołnierzy.

19 listopada ukraiński Koordynacyjny Sztab ds. jeńców wojennych podał, że od lutego 2022 do lipca 2025 r. Rosja przymusowo zmobilizowała 46 327 obywateli Ukrainy z terytoriów okupowanych, w tym ponad 35 tys. na samym Krymie.

Ukraiński wywiad wojskowy zidentyfikował ponad 18 tys. cudzoziemców ze 128 krajów, którzy walczą lub walczyli w ramach Sił Zbrojnych FR przeciwko Ukrainie. W trakcie działań wojennych zginęło co najmniej 3388 zagranicznych najemników. Obecnie Ukraina przetrzymuje w niewoli jeńców z 37 państw, którzy walczyli w armii agresora – Rosja nie zabiega o ich wymianę, z wyjątkiem obywateli Korei Północnej.

osw.waw.pl


Ukraińskie wysiłki mające na celu zablokowanie rosyjskich naziemnych linii komunikacyjnych (GLOC) dronami oraz chaotyczny charakter rosyjskiej taktyki infiltracji prawdopodobnie w dalszym ciągu utrudniają rosyjskie wysiłki na rzecz zgromadzenia wojsk niezbędnych do dokończenia zajęcia Pokrowska. Ukraińskie źródło wojskowe odnotowało 24 listopada, że skuteczny ukraińska blokada rosyjskich GLOC przez drony ograniczyła logistykę do 90 procent rosyjskich grup szturmowych w Pokrowsku, spowalniając tempo rosyjskiego natarcia w mieście. Ukraińskie źródło wojskowe dodało, że siły rosyjskie w Pokrowsku, których jest ponad 500, są stosunkowo nieskoordynowane i czasami dopuszczają się wzajemnych incydentów ogniowych. Ukraińskie źródło wojskowe podało jednak, że siły rosyjskie nadal mają szeroką kontrolę ognia w Pokrowsku i używają dronów do znacznego blokowania ukraińskich GLOC. Ukraiński dziennikarz zauważył, że siły rosyjskie w dalszym ciągu wykorzystują złe warunki pogodowe do gromadzenia sił i ponownego wpływania na obszary wcześniej oczyszczone przez siły ukraińskie, co prowadzi do ciągłych walk w mieście. ISW w dalszym ciągu ocenia, że sezonowe mgliste i deszczowe warunki pogodowe utrudniają operacje ukraińskich dronów na wschodniej Ukrainie, umożliwiając siłom rosyjskim prowadzenie operacji naziemnych do i w Pokrowsku przy mniejszych zagrożeniach ze strony ukraińskiego rozpoznania i ataków dronów.

Siły rosyjskie w dalszym ciągu wykorzystują swój nowy szablon ofensywy, który w dużej mierze opiera się na wysiłkach związanych z przechwytywaniem powietrza na polu bitwy (BAI) i taktyce infiltracji, aby posuwać się w kierunku Hulyaipole.

(...)

Siły rosyjskie wykorzystują długotrwałe kampanie BAI do degradacji ukraińskiej obrony i logistyki opartej na dronach; misje infiltracyjne mające na celu identyfikację, pogorszenie, i wykorzystywać słabe punkty ukraińskiej obrony; oraz masowe ataki małych grup, aby poczynić szybkie postępy i zmusić siły ukraińskie do wycofania się.[.32] Doniesienia o ograniczonych rosyjskich infiltracjach do Hulajpola są zgodne z nowym projektem kampanii.

understandingwar.org


"Mam nadzieję, że w tej sali nie ma już osób, które wciąż liczą na jakiś cud, białego łabędzia, który przyniesie Ukrainie pokój, granice z 1991 czy 2022 roku, po czym nastąpi wielkie szczęście. Dopóki przeciwnik ma zasoby, by atakować nasze terytorium i próbować ofensywnych działań, dopóty będzie to robił".

Takimi słowami zwrócił się pod koniec maja br. do uczestników kijowskiego forum gen. Wałerij Załużny, były głównodowodzący ukraińską armią, a obecnie ambasador Ukrainy w Wielkiej Brytanii.

Ukraińska opinia publiczna doświadczała w tym roku huśtawki nastrojów. Od zawyżonych oczekiwań, że Donald Trump szybko zakończy wojnę z Rosją. Przez wściekłość, gdy tenże sam Trump bezpardonowo obszedł się z Wołodymyrem Zełenskim w Gabinecie Owalnym. Po na nowo rozbudzone nadzieje wskutek pojednawczej wizyty europejskich liderów w Waszyngtonie i górnolotnych zapewnień o "koalicji chętnych".

Ukraińskie władze naprawdę liczyły, że Trumpowi uda się zmusić Putina do zawieszenia broni. Politycy w Kijowie co miesiąc przerzucali się datami potencjalnych wyborów. Tymczasem Załużny wylewał kubeł wody na gorące ukraińskie głowy. Nie było great, ale też not terrible.

Pół roku później Ukraina wchodzi w najtrudniejszy okres, odkąd toczy otwartą wojnę z Rosją.

Niedawna afera korupcyjna uderzyła w najbliższe otoczenie prezydenta Zełenskiego i zachwiała stabilnością obozu władzy. Parlament jest coraz bardziej sparaliżowany ze względu na fragmentację (od dawna istniejącej już tylko na papierze) proprezydenckiej większości. Społeczne zaufanie do władz spada. A to dopiero początek. Nagrań pogrążających ekipę władzy jest znacznie więcej. Jest tylko kwestią czasu, kiedy pojawią się w mediach.

Sytuacja na froncie pozostaje trudna. Siły rosyjskie posiadają inicjatywę i posuwają się do przodu, chociaż oczywiście odbywa się to ogromnym kosztem. Działania ukraińskiego dowództwa wojskowego budzą coraz większe wątpliwości. Armia mierzy się z falą dezercji. Z kolei mobilizacja nie cieszy się zbytnim poparciem społecznym.

By kontynuować obronę przed Rosją, Ukraina potrzebuje kilkudziesięciu miliardów dolarów wsparcia finansowego rocznie od partnerów zagranicznych. Bez niego ukraiński budżet może świecić pustkami już wiosną 2026 roku. Afera korupcyjna pojawiła się w samym środku europejskiej dyskusji o konfiskacie rosyjskich aktywów i nie pomaga tej sprawie.

Na dodatek ukraiński system energetyczny znacząco ucierpiał wskutek rosyjskich ataków rakietowych. Mieszkańcom Ukrainy grożą tej zimy nie tylko braki prądu, ale również wody i ogrzewania. Rosja po raz kolejny próbuje złamać wolę walki narodu ukraińskiego.

Nie ma wątpliwości, że zarówno w Moskwie, jak i Waszyngtonie uznano ten moment za dogodny do nacisków na Ukrainę. Kombinacja kryzysów zawęża prezydentowi Zełenskiemu i tak już wąskie pole manewru.

Zasadniczo Ukraina ma dziś przed sobą dwa scenariusze. Ten pierwszy, optymalny, to umiejętnie zagrać na czas, ustabilizować chaos polityczny w kraju, sytuację na froncie i faktycznie doprowadzić do impasu. Ten drugi, alternatywny, to oczywiście próbować dogadać się z Rosją, wychodząc naprzeciw jej maksymalistycznym żądaniom. Co, rzecz jasna, jest o tyle problematyczne (lub o tyle prostsze, jak kto woli), że Rosja wcale nie chce się z Ukrainą dogadać, tylko ją ubezwłasnowolnić.

Wybór jest tym mniejszy, że scenariusz pośredni to iluzja. Takim sposobem jak dotychczas Ukraina nie może walczyć w nieskończoność. Wojna na wycieńczenie z Rosją to wojna prowadzona na rosyjskich warunkach, która wiedzie Ukrainę donikąd. To nic, że Rosja też się wykrwawia. W momencie kulminacyjnym Rosja może zawsze odciąć kupon i wybrać opcję zawieszenia broni. Natomiast Ukraina w momencie kulminacyjnym ryzykuje utratę swojej państwowości. By przetrwać, Ukraina musi zmienić na swoją korzyść zasady gry. To w tym właśnie kontekście Załużny proponuje rewolucję technologiczną. Ta jednak wymaga od Ukrainy czasu, jeszcze większej pomocy ze strony partnerów, a przede wszystkim poprawy szeregu własnych niedociągnięć.

Gra na czas jest warta świeczki. Wraz z nadejściem wiosny kryzys energetyczny przestanie być tak odczuwalny jak obecnie. Z czasem kryzys polityczny będzie można opanować. Partnerzy będą kontynuować wsparcie, nawet jeśli nie zawsze do końca wiadomo, w jakim zakresie. Wszystko to powinno, chociaż w niewielkim stopniu zmniejszyć nierównowagę sił na korzyść Ukrainy i wzmocnić jej pozycję negocjacyjną.

Ale jak każda gra, ta też obarczona jest ryzykiem. Bo co, jeśli nierównowaga wcale się nie zmniejszy? Partnerzy zawiodą. Kryzysów jednak nie da się opanować. A Rosja ani drgnie.

(...)

Trzeba jednak mieć świadomość, że odkąd administracja Trumpa zainicjowała swoją wahadłową dyplomację między Kijowem i Moskwą, ukraińskie władze wykazywały niezwykle elastyczne podejście do negocjacji. Nawet w odniesieniu do kwestii, które uważano za absolutne czerwone linie, jak liczebność sił zbrojnych, status terytoriów okupowanych czy członkostwo w NATO. W ostatnich dniach zaskakujące było w zasadzie nie to, że Rosjanie zrobili przeciek swojego planu do mediów, ale to, że częściowo zdecydowali się uwzględnić w nim ukraińskie stanowisko. Co bynajmniej wcale nie zmienia ogólnej oceny tej propozycji jako wciąż nie do przyjęcia.

Rzecz jasna, Ukraina nie może kategorycznie odrzucić rosyjskiego planu, by znów nie narazić na szwank stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, bez których wsparcia (nawet jeśli ktoś inny musi za nie płacić) kontynuować tę wojnę byłoby jej już naprawdę trudno. Aczkolwiek nie odrzuca go też dlatego, że rzeczywiście negocjować chce. Być może po to, by po prostu wciąż grać z Rosją w grę "kto pierwszy powie Trumpowi NIE" (Zełenski zbyt późno zrozumiał zasady tej gry i dlatego przegrał w Gabinecie Owalnym). W ten sposób zyskiwać czas i szukać dodatkowych możliwości zwiększenia presji na Rosję. Ale być może po to, by szukać nadarzającej się możliwości złapania, choć na chwilę, oddechu.

Przyjęcie przez społeczność międzynarodową podejścia do pomocy Ukrainie "tak długo, jak trzeba" oznacza bowiem, że to sama Ukraina wybierze, jaki jest jej próg bólu. Perspektywa kolejnych lat nocowania w schronach pod gradem rosyjskich rakiet bynajmniej nie cieszy się w Ukrainie powszechną aprobatą. Błędem jest przyjmowanie a prori założenia, że Ukraina na pewno się nie ugnie. W wielu poważnych, ukraińskich opracowaniach analitycznych scenariusz wymuszonego na Ukrainie kompromisu jest właśnie scenariuszem bazowym.

Wojen nie wygrywa się moralnym oburzeniem – trzeba pieniędzy, broni, większej presji na Rosję. Państwa europejskie miały wystarczająco czasu, by skonfiskować rosyjskie aktywa. By dozbroić Ukrainę w rakiety dalekiego zasięgu. By dokręcić Rosji dopływ pieniędzy, biorąc na cel ‘flotę cieni’. Ukraina mogła być dziś w zupełnie innej sytuacji, ale nie jest. Europejscy liderzy nie wypracowali nawet wspólnej wizji zwycięstwa w Ukrainie.

Trudno znaleźć w Ukrainie kogoś, kto miałby wątpliwości, że każde potencjalne zawieszenie broni będzie kruche i obarczone ryzykiem zerwania. Dlatego faktycznie stawką toczących się negocjacji jest nie tyle trwałe uregulowanie stosunków ukraińsko-rosyjskich, co wywalczenie jak najlepszej pozycji wyjściowej do kolejnej odsłony tej wojny w przyszłości. Stąd ukraińskie dążenia do zachowania pod kontrolą mocno ufortyfikowanego Donbasu czy instytucjonalizacji wsparcia od partnerów zagranicznych. Bo wojna któregoś dnia się skończy, ale konflikt pozostanie. Rosyjska elita po prostu nie akceptuje istnienia samodzielnego państwa ukraińskiego.

Tylko że Rosja wcale nie musi mieć siły do tego, by Ukrainę sobie podporządkować. Jak wskazuje Andrij Zahorodniuk, w latach 2019-2020 minister obrony w ekipie Zełenskiego – czyniąc wojnę dla Rosji bezcelową z operacyjnego punktu widzenia, Ukraina może przetrwać, dostosować się i osiągnąć sukces, bez względu na to, jak długo ta wojna potrwa. Oto teoria zwycięstwa dla państwa w stanie permanentnego konfliktu. Zwycięstwem Ukrainy w tej wojnie jest utrzymanie silnej, bezpiecznej i niezależnej (od Rosji), nawet jeśli tymczasowo okrojonej państwowości ukraińskiej. Z tego punktu widzenia rosyjska kampania przeciw Ukrainie jest jak dotąd strategiczną porażką.

wp.pl


Jednak nie tylko przekonanie Cenckiewicza o wyjątkowej pozycji przy boku głowy państwa jest, jak słyszymy, źródłem konfliktów. Problemem są też promocje na pierwszy stopień oficerski w służbach i związana z tym awantura. Nasi rozmówcy uważają, że to pod wpływem Cenckiewicza Nawrocki postanowił wziąć kadetów na zakładników i nie podpisać im promocji, dopóki szefowie służb nie złożą mu wizyty. W jakim właściwie celu mieliby to zrobić, nie jest do końca jasne, bo o ile zgodnie z konstytucją prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych, to służby specjalne podlegają wyłącznie premierowi. Nawet w PiS jest przekonanie, że używanie młodych, przyszłych oficerów w rozgrywce "ze starymi" było co najmniej niefortunne i zamiast przynieść korzyści, przynosi same straty.

— Co mam pani powiedzieć? Oczywiście, że słychać głosy, że to obsesje Cenckiewicza podyktowały takie rozegranie tej sprawy i że można to było zupełnie inaczej załatwić, bo teraz nie ma już dobrego wyjścia. Jak szefowie służb nie przyjdą do pałacu, to co się stanie? Przez następne dwa lata nikt nie dostanie promocji na pierwszy stopień oficerski? Nie będzie służb? Nie będzie nowych powołań? Jak to rozegramy? — głośno zastanawiają się nasi rozmówcy.

Cenckiewicz jest w konflikcie z szefami Służby Kontrwywiadu Wojskowego gen. Jarosławem Stróżykiem i płk. Krzysztofem Duszą. Oczywiście, chodzi między innymi o cofnięcie obecnemu szefowi BBN certyfikatu dostępu do informacji niejawnych (sprawa wciąż jest w sądzie, na razie sąd I instancji uznał, że Cenckiewicz powinien odzyskać certyfikat).

Cenckiewicz nigdy nie ukrywał wyjątkowo negatywnego stosunku do obu dowódców. Zanim został szefem BBN, na portalu X pisał o zdradzie, "chlaniu z kacapami" i niskim poziomie intelektualnym. Wszystko w niezwykle emocjonalnych wpisach. Post "Stróżyk z Duszą to zagrożenie!" należy do wyjątkowo wyważonych i merytorycznych.

Tajemnicą nie jest również to, że BBN całymi tygodniami przetrzymuje wysłane z SKW awanse, ale ostatnio do pałacu dotarła informacja, która sprawiła, że konkurenci Cenckiewicza zaczęli trochę inaczej patrzeć na jego konflikt z SKW.

Otóż parę dni temu doszło do spotkania wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza z nowym amerykańskim ambasadorem Thomasem Rose'em. Do rozmowy doszło w siedzibie Służby Kontrwywiadu Wojskowego w towarzystwie gen. Stróżyka i płk. Duszy. "Ma to szczególne znaczenie, ponieważ w siedzibie SKW wraz z gen. Jarosławem Stróżykiem mogliśmy zobaczyć drony, które we wrześniu zagroziły bezpieczeństwu naszego kraju" — napisał Kosiniak-Kamysz w serwisie X.

Dla ludzi prezydenta to był wyraźny sygnał, że problem, jaki szef BBN ma z szefami SKW, to jego osobista sprawa. Amerykanie są naszym największym sojusznikiem, jak największym sojusznikiem Karola Nawrockiego jest Donald Trump, a jeśli Amerykanie pozwalają swojemu ambasadorowi spotkać się z wicepremierem i szefami SKW w siedzibie SKW, to znaczy, że uważają to spotkanie za bezpieczne i przynajmniej część zarzutów Cenckiewicza wynika z pobudek osobistych. Alternatywą byłoby uznanie, że amerykańskie służby puściły swoich dyplomatów na żywioł, czego jednak nikt w Pałacu Prezydenckim nikt uznać nie zamierza. To w otoczeniu prezydent wywołało niepokój i przekonanie, że osobiste, często emocjonalne, rozgrywki skończą się kłopotami nie dla szefa BBN, a dla samego prezydenta.

onet.pl