czwartek, 23 maja 2024


Ściągnięte do obwodu charkowskiego ukraińskie odwody i pododdziały z mniej zagrożonych kierunków frontu pozwoliły na spowolnienie tempa rosyjskiego natarcia do poziomu obserwowanego w ostatnich tygodniach na innych kierunkach. W celu powstrzymania agresora Ukraińcy zaangażowali dodatkowo co najmniej 14 batalionów z 12 różnych brygad, dzięki czemu zwiększyli swoje zgrupowanie do ok. 30 batalionów (12 tys. żołnierzy), co zrównoważyło wprowadzone do walki siły najeźdźcze. Mimo to w ostatnich dniach Rosjanie wyszli na obrzeża leżącej 16–18 km na północ od Charkowa węzłowej miejscowości Łypci oraz wyparli siły ukraińskie z północnej części Wołczańska, o który trwają zacięte walki. Według oficjalnych danych ukraińskich pod kontrolą obrońców pozostaje 60% miasta, zostało ono jednak oskrzydlone od zachodu, co utrudnia zaopatrzenie od strony Charkowa. Łącznie od 10 maja agresor opanował obszar od 170 do 260 km2, zajmując w tym czasie 13 miejscowości (w tym dziewięć w pierwszych trzech dniach działań, a pozostałe w ciągu kolejnego tygodnia), przy szerokości nowego odcinka frontu wynoszącej 70 km i głębokości wdarcia do 10 km. 19 maja władze lokalne obwodu charkowskiego poinformowały, że od otwarcia nowego frontu przez Rosjan ewakuowano ze strefy zagrożonej postępami wroga ponad 10 tys. ludzi.

(...)

Kwestią otwartą pozostaje, czy wprowadzenie do walki nowych ukraińskich jednostek zdoła doprowadzić do powstrzymania rosyjskiego natarcia. Jak przyznają sami Ukraińcy, ich rezerwy zostały praktycznie wyczerpane i do wypełniania luk w obronie kierowane są często jednostki będące w trakcie odtwarzania zdolności bojowej oraz z kierunków, na których obecnie aktywność agresora jest mniejsza. Ukraińcom udało się jednak względnie ustabilizować front i doprowadzić wroga do skupienia wysiłku na dwóch kierunkach uderzenia – na Łypci i Wołczańsk. W dalszym ciągu nie widać oznak przygotowań do rozwinięcia przez Rosjan w obwodzie charkowskim operacji na większą skalę.

Siły rosyjskie zintensyfikowały działania w rejonie Siewierska, skąd m.in. dowództwo ukraińskie miało wycofać część sił w celu ratowania sytuacji w obwodzie charkowskim. Dochodzą sprzeczne informacje o zajęciu przez agresora leżącej na wschód od Siewierska Biłohoriwki – ostatniej w tym rejonie miejscowości w obwodzie ługańskim pozostającej pod kontrolą ukraińską (walki o nią toczą się już od kilkunastu miesięcy). Po kilku tygodniach niepowodzeń jednostki rosyjskie zajęły pozycje we wschodniej części Czasiw Jaru (w tzw. Mikrorejonie Kanał), umacniając się równocześnie na południe od miasta i intensyfikując walki o leżącą na północ od niego Kałyniwkę. Według części źródeł Rosjanie zajęli też centrum Kliszczijiwki na południowy zachód od Bachmutu, o którą zacięte walki toczą się z przerwami od lata 2023 r. Kolejne postępy agresor poczynił również na zachód od Doniecka, zajmując większość wsi Netajłowe (wedle części źródeł pododdziały rosyjskie osiągnęły Zbiornik Karliwski) oraz sąsiadującej z Marjinką Heorhijiwki, a także następne kwartały we wschodniej i południowo-zachodniej części Krasnohoriwki. Nie przyniosły rozstrzygnięcia dalsze walki o Robotyne na południe od Orichiwa w obwodzie zaporoskim, gdzie obecnie to Rosjanie mają problemy z umocnieniem się w ruinach tej miejscowości. Niepowodzeniem agresora zakończyły się też kolejne szturmy w Staromajorśkem i Urożajnem na południe od Wełykiej Nowosiłki.

15 maja ukraińskie Centrum Narodowego Oporu wskazało, że Rosjanie budują na terytoriach okupowanych nowe obiekty przeznaczone do przechowywania zwłok. Najwięcej powstaje ich w obwodzie ługańskim, dokąd przewozi się ciała żołnierzy zabitych w trakcie ofensywy w obwodzie charkowskim. Zarazem okupant miał zrezygnować z transportowania zwłok do obwodu biełgorodzkiego, aby uniknąć negatywnych reakcji społecznych.

Głównym celem rosyjskich uderzeń z powietrza pozostaje Charków, którego ranga jako bezpośredniego zaplecza obrońców znacząco wzrosła po rozpoczęciu działań na północ i północny-wschód od miasta. Atakowane jest ono kilka razy dziennie, głównie kierowanymi bombami lotniczymi, w mniejszym zaś stopniu dronami kamikadze i rakietami, a lokalne władze potwierdzają systematyczne niszczenie infrastruktury magazynowej i transportowej. Z działaniami w rejonie Charkowa należy wiązać ataki na lotnisko w Mirhorodzie w obwodzie połtawskim (15–17 i 20 maja), które służy za główną bazę ukraińskiego lotnictwa na tym odcinku frontu, i tamtejszą infrastrukturę energetyczną (18 maja).

Rosjanie zintensyfikowali ataki na rejon Odessy, skąd obrońcy wyprowadzają większość uderzeń na Krym. Ostrzeliwanie rakietami tamtejszej infrastruktury logistycznej miało miejsce 17, 18 i 19 maja, a w kolejnych dniach agresor atakował miasto i jego okolice dronami kamikadze. O zniszczeniach infrastruktury donoszono także z Dniepru i Mikołajowa (15 maja), obwodu winnickiego (17 maja) i Kropywnyckiego (20 maja). Łącznie od wieczora 14 maja do rana 21 maja agresor miał wykorzystać 46 rakiet, z których obrońcy zestrzelili od trzech do sześciu. Ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych deklarowało blisko stuprocentową skuteczność w odpieraniu ataków „szahedów”, których w dniach 17–21 maja (w poprzednich ich użycie nie było zgłaszane) Rosjanie mieli wykorzystać w sumie 128, lecz do celu dotarł tylko jeden. Oficjalnie do większości zniszczeń spowodowanych przez drony kamikadze miało dojść w następstwie upadku odłamków.

Siły ukraińskie przeprowadziły serię zmasowanych ataków rakietowych na Krym, w rezultacie których doszło do zniszczeń rosyjskiej infrastruktury wojskowej. W atakach na lotnisko Belbek 15 maja zniszczone zostały elementy baterii systemu obrony powietrznej S-400, a następnego dnia – samoloty bojowe, w tym dwa myśliwce przechwytujące MiG-31 przenoszące pociski hipersoniczne Kindżał (zniszczony został także Su-27, a uszkodzony MiG-29), oraz skład materiałów pędnych i smarów. 17 maja trafiono podstację energetyczną w rejonie Sewastopola, co czasowo odcięło dostawy prądu do miasta. W ataku 19 maja miało dojść do zniszczenia rosyjskiego okrętu w porcie sewastopolskim. Dowództwo Marynarki Wojennej Ukrainy ogłosiło, że zatopiony został trałowiec „Kowrowiec” (posowiecka jednostka projektu 266-M), z kolei w rosyjskim internecie pojawiła się informacja, że zniszczonym okrętem mogła być korweta rakietowa „Cyklon” (wprowadzona do służby w 2023 r. jednostka projektu 22800 Karakurt, mogąca przenosić pociski Kalibr), do czego z dystansem odnieśli się ukraińscy wojskowi. Dotychczasowych doniesień o zatopieniu któregokolwiek z wymienionych okrętów nie potwierdziły jednak materiały wizualne. W każdym z ataków Ukraińcy mieli wykorzystać od 10 do 12 pocisków ATACMS, z których przeciętnie dwa miały osiągnąć zamierzone cele, a także – bez większego rezultatu – drony kamikadze (w tym nawodne).

Pod względem efektywności i potencjalnego wpływu na działania agresora ataki na lotnisko Belbek należy uznać za najskuteczniejsze od sierpnia 2022 r., kiedy to w uderzeniu na lotnisko Saki Ukraińcy zniszczyli skład amunicji i osiem samolotów bojowych. Po raz pierwszy od rozpoczęcia pełnoskalowej agresji Rosjanie utracili w wyniku ukraińskich działań bojowych szczególnie cenne myśliwce przechwytujące – nosiciele pocisków hipersonicznych (jeden MiG-31 uległ zniszczeniu w październiku 2022 r. w rezultacie wypadku). Do obserwowanej w ostatnich tygodniach poprawy skuteczności ukraińskich ataków na Krym przyczyniło się pozyskanie znacznej liczby pocisków ATACMS (Ukraińcy mieli otrzymać ponad 100 sztuk wersji o zasięgu 305 km oraz większą, niesprecyzowaną liczbę pocisków o zasięgu 165 km), co pozwala na ich masowe użycie. Choć efektywność rosyjskiej obrony powietrznej na Krymie należy uznać za stosunkowo wysoką (rzędu 85% w przypadku ATACMS-ów), to obecnie jest ona niewystarczająca do pełnego odparcia ukraińskich uderzeń.

Ukraińcy kontynuowali ataki na rosyjską infrastrukturę paliwową oraz przygraniczne obwody FR. 17 maja ukraińskie drony trafiły w rafinerię w Tuapse, a 19 maja – w Sławiańsku nad Kubaniem (obie w Kraju Krasnodarskim). Mimo że nie raportowano poważniejszych zniszczeń, w obu zakładach wstrzymano pracę. Uszkodzone miały zostać ponadto podstacja energetyczna w mieście Bałszycha pod Moskwą (15 maja) oraz transformator i zbiornik przeładunkowy materiałów płynnych w porcie w Noworosyjsku (17 maja). Nieprawdziwe okazały się doniesienia o ataku na bazę paliwową w Wyborgu w obwodzie leningradzkim (19 maja), a uderzenie na analogiczny obiekt w obwodzie rostowskim 15 maja zakończyło się niepowodzeniem. 17 maja Ukraińcy mieli wykorzystać rekordową liczbę dronów kamikadze. Według przekazów rosyjskich aż 102 zostały zestrzelone (w tym 51 nad Krymem i 44 nad Krajem Krasnodarskim). Dwa dni później miał mieć natomiast miejsce największy z dotychczasowych ukraińskich ataków na Kraj Krasnodarski z użyciem 57 dronów.

(...)

20 maja rzecznik ukraińskiego resortu obrony wskazał, że ponad 400 tys. mężczyzn w wieku poborowym zaktualizowało swoje dane rejestracyjne za pomocą dostępnej od 18 maja aplikacji mobilnej „Rezerwa+”. Jej operatorzy odnotowali łącznie 620 tys. pobrań. Aplikacja jest aktywna także poza granicami Ukrainy, a centrum obsługi działa przez całą dobę.

20 maja ukraińska policja zakomunikowała, że na podstawie danych otrzymanych z komisji wojskowych poszukiwanych jest 94,5 tys. mężczyzn uchylających się od służby wojskowej. Większość z nich pochodzi z obwodu dniepropetrowskiego – do 20 maja zatrzymano i doprowadzono do komisji ponad 20 tys. mężczyzn. Dane te dotyczą jedynie 10 obwodów, z 10 innych (w tym z Kijowa, Odessy i Lwowa) nie przekazano informacji.

osw.waw.pl

Po otrzymaniu zawiadomienia o poborze niezwłocznie zgłosiłem się do wojskowego biura poborowego. Tam postawiono mi i innym mężczyznom ultimatum: albo podpiszemy kontrakt i trafimy do Ukrainy z godnością, albo zostaniemy natychmiast wysłani na linię frontu, bez żadnego szkolenia czy przygotowania. Ci, którzy się wahali, zostali wysłani prosto do walki. Reszta z nas została przydzielona do jednostek wojskowych, a następnie przetransportowana na poligon w Bamburowie (na Rosyjskim Dalekim Wschodzie).

W ciągu miesiąca przeszliśmy rygorystyczne szkolenie pod okiem instruktorów, z których wielu było weteranami "specjalnej operacji wojskowej" (...). Kiedy nasze "szkolenie" dobiegło końca, zostaliśmy odesłani do jednostki. Pod koniec grudnia 2023 r. dotarliśmy do Ukrainy, niedaleko Wołnowachy (miasto w obwodzie donieckim — red.).

Większość czasu zajmowały nam ćwiczenia wojskowe. Budziliśmy się, wsiadaliśmy do pojazdów i ruszaliśmy w różne miejsca — a to szturmować daną miejscowość, a to przemierzać zalesione obszary czy czuwać w okopach. Podczas jednego z takich ćwiczeń doszło do tragedii — na nasz teren treningowy spadł pocisk i pozbawił życia kilku rekrutów.

Na tym się nie skończyło. Każdego dnia pojawiały się nowe eksplozje — i ofiary. Początkowo nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji. W Wołnowachie byliśmy do stycznia, po czym zostaliśmy przeniesieni do Ołeniwki. Niecały dzień później znaleźliśmy się w samym środku kolejnego szturmu, tym razem w pobliżu Nowomychajliwki.

Szybko zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nie będziemy mieli żadnych grup zwiadowczych ani ewakuacyjnych — nic. Dali nam tylko kilka transporterów opancerzonych. Uratowało mnie to, że zostałem przydzielony do grupy szturmowej, która odpowiadała również za ewakuację.

Plan zakładał wysłanie każdej grupy do przodu w pojeździe opancerzonym i stopniowe zwiększanie sił w miarę postępów na froncie. Mówiąc prościej, mieliśmy zostać dowiezieni do pewnego punktu, a stamtąd ruszyć dalej pieszo. Podczas natarcia niektórzy zostali ranni, inni zginęli. Ranni nie mogli się ewakuować ani wycofać.

Jeśli tylko byliśmy w stanie utrzymać karabin, byliśmy szturmowcami, więc musieliśmy iść dalej.

Dezercja podczas szturmu była niemożliwa — za nami ustawiony był rząd żołnierzy z karabinami maszynowymi. Gdybyśmy tylko spróbowali uciec, "powitaliby" nas salwą. Mogliśmy więc iść tylko w jednym kierunku: przed siebie.

Pierwsze grupy, które ruszyły naprzód, zostały natychmiast zdziesiątkowane — natknęły się na ostrzał artyleryjski, atak czołgów i piechoty. Nie minęło wiele czasu, a pole bitwy było całe usłane ciałami. Wielu żołnierzy ledwo zdążyło wyjść z pojazdów opancerzonych, a już zostało zabitych. Kolejnym grupom udało się nieco odepchnąć Ukraińców, ale prawie cała kompania została zniszczona.

Pierwszego dnia udało nam się posunąć o trzysta metrów oraz wyciągnąć trzech rannych żołnierzy. To był cud, że nam się udało — spadł śnieg (Rosjanie zdobyli Awdijiwkę w lutym 2024 r. — red.), dzięki czemu mogliśmy ich ciągnąć na sankach. Kładłem na nich jednego, ciągnąłem, wracałem po następnego i powtarzałem proces tyle razy, ile mogłem. Musieliśmy ciągnąć ich przez około dwa kilometry.

Nie było medyków, musieliśmy polegać wyłącznie na sobie. Wydobycie rannych było prawie niemożliwe — ostrzał artyleryjski praktycznie nie ustawał. W pobliżu roiło się od dronów, krążyły jak ptaki. Tymczasem nasza artyleria milczała, oddawała strzał może raz na godzinę. Potem znowu cisza. Grupy szturmowe posuwały się naprzód w pojazdach opancerzonych. Wydaje mi się, że mieliśmy nawet czołg, ale wszystkie te pojazdy zostały szybko zniszczone. Nie dało się sprowadzić posiłków. Siedzieliśmy tam, słuchając krzyków pierwszej grupy i wymiany ognia i rannych błagających o pomoc. Wsparcie jednak nigdy nie nadeszło, po prostu nie było skąd go ściągnąć.

Z grup żołnierzy wysłanych na pierwszy ogień przeżyli nieliczni — ci, którym udało się szybko założyć opaski uciskowe lub których obrażenia nie były aż tak poważne. Żołnierze z poważnymi ranami wykrwawiali się w ciągu 30 sekund. Przez pierwsze 10 sekund utrzymywała ich adrenalina, przez następne 10 próbowali przeżyć, a przez ostatnie — coś zrobić, by się ratować. Po tym zwykle siły ich zawodziły i umierali.

Praktycznie nie było z nami żołnierzy wyższych rangą. Jedyny oficer, który nie bał się dołączyć do szturmu, poszedł w przedostatniej grupie szturmowej, razem ze wszystkimi. Dowódca kompanii nigdy nie pojawił się jednak na pozycjach. Przez cały mój pobyt w Ukrainie widziałem go tylko raz — w nocy odwiedził zastępcę. Ten natomiast całe dwa dni, przez które my szturmowaliśmy ukraińskie pozycje, ukrywał się w bunkrze. Ani razu z niego nie wyszedł.

Żaden oficer nie brał z nami udziału w szturmie.

Pewnego dnia zostaliśmy załadowani do pojazdu opancerzonego i wysłani do walki. Natychmiast powitał nas ostrzał karabinów maszynowych i grad ukraińskich pocisków artyleryjskich. Wszystko to, zanim jeszcze zdążyliśmy dotrzeć do celu.

Wjechaliśmy w zalesiony teren. Wyrzucili nas z wozu opancerzonego i odjechali. Ranni leżeli tam, gdzie zostali ranieni, pozostawieni sami sobie. Ostrzał trwał cztery godziny: brały w nim udział czołgi, artyleria, moździerze, piechota. Do eksplozji dochodziło niemal wszędzie — na każdym kroku leżały porozrywane ciała. A my chodziliśmy po nich, bo nie było innego wyjścia — teren usłany był nimi tak gęsto, że praktycznie nie było widać ziemi. Wśród tych ciał szukaliśmy schronienia przed wybuchami. Leżeliśmy na nich, siedzieliśmy na nich, chodziliśmy po nich.

Artyleria waliła przez cztery godziny, a potem przez kolejne pięć udawaliśmy martwych, aby uniknąć wykrycia przez ukraińskich zwiadowców. W końcu Ukraińcy wstrzymali ostrzał, drony kamikadze i drony używane do zrzutów amunicji przestały nadlatywać. Mimo to pozostaliśmy bez ruchu aż do zapadnięcia zmroku.

Z całej kompanii liczącej około stu ludzi przeżyło tylko siedmiu.

Następnego dnia mieliśmy czekać na posiłki i wznowić szturm, ale poinformowano nas, że żadne posiłki nie nadejdą. Wzmocniliśmy więc naszą pozycję i próbowaliśmy utrzymać obronę, jednocześnie oczyszczając punkt z ciał naszych towarzyszy — po to, aby można było je odesłać do domu, bliskim.

Pracowałem z dwoma chłopakami. W przerwach między ostrzałem artyleryjskim wyciągaliśmy ciała — tyle, ile się dało. Ale było ich tak dużo, że ułożyły się w kilka warstw, jedno na drugim. Połamane, pokryte krwią, z oszpeconymi twarzami i odciętymi kończynami.

W czasie tej "pracy" poczułem mdłości i kilka razy zwymiotowałem. Odór rozkładających się ciał był po prostu nie do zniesienia. To samo działo się w okopach — ludzie padali jak muchy, jeden za drugim. Gdy żołnierze po nich przybiegali, również padali od pocisków.

Nie jedliśmy. Nie piliśmy. Od czasu do czasu mogliśmy ukryć się i zapalić. Poza tym byliśmy w ciągłym ruchu, zbieraliśmy ciała. Te stopniowo stawały się coraz cięższe i trzeba było je od siebie odrywać — zamarzały na mrozie i stawały się sztywne jak drewno. Było tak wiele ciał. Zbieraliśmy je pod ogniem ostrzału artyleryjskiego.

W pewnym momencie rozdzieliliśmy się. Ze mną został strzelec maszynowy — szczęściarz, że wciąż żył, mimo że był w grupach szturmowych, które poszły do walki na pierwszy rzut. Natychmiast został przydzielony do służby osłonowej i nie opuszczał swojej pozycji. Był też zastępca dowódcy, ale nie opuszczał bunkra. Byłem więc jedyną osobą, która mogła kontynuować zbieranie ciał.

Po jednym dniu postanowiłem sprawdzić, czy oprócz naszej siódemki ktoś jeszcze przeżył. Wziąłem towarzysza i razem zapuściliśmy się głębiej w zalesiony teren w kierunku ukraińskich pozycji. Podchodziłem do każdego ciała i krzyczałem: "czy ktoś żyje?".

Wkrótce znalazłem rannego. Miał złamane obie nogi, wdała się gangrena. Zawołałem chłopaków — wyciągnęliśmy rannego. Gdy tylko wyszliśmy na pole, zaczęły padać pociski moździerzowe. Dostałem w lewe udo.

Powiedziałem: "wstańmy i idźmy dalej". Facet obok mnie pomógł ciągnąć sanie. Chwilę potem usłyszeliśmy jednak kolejną eksplozję i ponownie zostałem trafiony. Byłem ranny, czułem, że tracę coraz więcej krwi. Pochyliłem się nad raną, aby przycisnąć ją swoim ciałem i powiedziałem chłopakowi, aby czołgał się dalej beze mnie. Pociągnął za sobą rannego, a ja czołgałem się dalej przez pole.

W lewym kolanie utkwił odłamek kuli — nigdy mi go nie usunięto. Kiedy w końcu doczołgałem się wystarczająco blisko, chłopaki przenieśli mnie na sanie i zawieźli do Wołnowachy, gdzie przeprowadzono mi operację. Błagałem lekarzy, żeby dali mi środki przeciwbólowe — z jakiegoś powodu chcieli zrobić wszystko bez znieczulenia. Twierdzili, że nie będzie bolało. Wtedy przyszła lekarka i kazała podać mi znieczulenie miejscowe. Dzięki temu byłem w stanie znieść ból.

Z Wołnowachy zostałem wysłany do Doniecka, następnie ewakuowany helikopterem do szpitala w Rostowie. Później przetransportowano mnie wraz z innymi rannymi do Władywostoku, ponieważ szpital w Rostowie był przepełniony. Ludzie leżeli na korytarzach. Miałem szczęście, że zostałem umieszczony w pokoju, ponieważ kilka godzin po moim przybyciu zaczęto przenosić rannych do innych szpitali w całej Rosji. Wciąż przybywali nowi pacjenci. Byli wszędzie: na pierwszym, drugim i trzecim piętrze, nawet na izbie przyjęć.

onet.pl/The Insider

W pierwszych dniach rosyjskiego ataku rosyjskie jednostki pancerne stale posuwały się na północ i południe od Czasiw Jaru, podczas gdy rosyjska piechota sondowała najbardziej wrażliwą dzielnicę miasta — jego dzielnicę kanałową, która leży po odsłoniętej stronie kanału biegnącego z północy na południe wzdłuż wschodniej krawędzi Czasiw Jaru.

W tym czasie ukraińska obrona w Czasiw Jaru była słaba — i stawała się coraz słabsza. W połowie kwietnia ministerstwo obrony w Kijowie rozwiązało brygadę ukraińskiej armii broniącą rejonu kanału, 67. brygadę zmechanizowaną, po tym, jak oficjalne dochodzenie potwierdziło zarzuty głębokiej niekompetencji w sztabie dowodzenia brygady.

Pododdziały 56. i 41. brygady zmechanizowanej oraz 5. brygady szturmowej armii ukraińskiej starały się wypełnić lukę w linii obronnej pozostawioną po rozwiązaniu 67. brygady zmechanizowanej. Kijów wysłał też do Czasiw Jaru więcej dronów.

W międzyczasie bezpośrednio nad linią frontu krążyły jednak rosyjskie odrzutowce szturmowe Su-25, wystrzeliwując rakiety w kierunku ukraińskich żołnierzy, którym skończyły się pociski obrony przeciwlotniczej. Rosyjscy spadochroniarze zbliżali się do Czasiw Jaru od północy i południa, grożąc otoczeniem garnizonu miasta.

Trwał wyścig między siłami rosyjskimi próbującymi zdobyć Czasiw Jar a ukraińskimi i sojuszniczymi logistykami pędzącymi z dostarczaną przez Amerykanów amunicją do zagrożonego miasta.

Dobrą wiadomością dla przyjaciół wolnej Ukrainy jest to, że Ukraińcy najwyraźniej wygrali ten wyścig. Garnizon w Czasiw Jarze najwyraźniej ma już pod dostatkiem amunicji — i sieje spustoszenie wśród rosyjskich grup szturmowych.

W piątek batalion około 20 rosyjskich pojazdów opancerzonych wyruszył z Doniecka w kierunku Czasiw Jaru. Jeszcze kilka tygodni temu rosyjska grupa szturmowa mogła pokonać znaczną część trzykilometrowego dystansu z Doniecka do Czasiw Jaru bez poważnych przeszkód ze strony ukraińskich obrońców.

Dysponując niewielką liczbą pocisków przeciwpancernych i artyleryjskich, Ukraińcy polegali na dronach z widokiem z pierwszej osoby, które bombardowały Rosjan. Ale te kilogramowe drony mają zasięg zaledwie trzech kilometrów i zawierają zaledwie pół kilograma materiałów wybuchowych — zbyt mało, by przebić warstwy dodatkowego pancerza, jaki Rosjanie chałupniczymi metodami dodawali do swoich pojazdów.

Do połowy maja Ukraińcy zyskali jednak znacznie lepsze uzbrojenie. Kiedy więc ta grupa szturmowa próbowała w piątek pokonać kilometry otwartych pól, zbierała na siebie trafienia przez całą drogę — z 50- i 25-kilogramowych pocisków oraz z kilogramowych dronów. Nieliczni Rosjanie, którzy dotarli do kanału, nie przetrwali długo.

„Pomimo szybkich sukcesów w pierwszych tygodniach szturmu na Chasiw Jar, w tym dotarcia do kanału i, w niektórych przypadkach, przekroczenia go małymi grupami, Rosjanom ostatecznie nie udało się ustanowić przyczółka po drugiej stronie i posunąć się dalej” — poinformowała w piątek ukraińska grupa analityczna Frontelligence Insight.

Garnizon w Czasiw Jarze nie jest jedynym, który korzysta z napływu amunicji.

onet.pl/Forbes