wtorek, 15 listopada 2022


Elenie, nauczycielce z Chersonia rosyjscy wojskowi założyli worek na głowę i zabrali do piwnicy. Następnie została odurzona narkotykami. Zatrzymano ją na 11 dni i oskarżono o ekstremizm i wspieranie kijowskiego rządu. Wypuszczono ją dopiero wtedy, gdy zgodziła się odwołać swoje poglądy przed kamerą. Prawdziwy powód? Prowadziła proukraiński kanał na TikToku.

Elena powiedziała, że rosyjscy żołnierze w piwnicy, w której przetrzymywali ludzi, rzucili na podłogę amerykańskie i brytyjskie flagi, aby zatrzymani je deptali.

Inny rozmówca zachodnich mediów, właściciel kawiarni w Chersoniu, powiedział, że pijany rosyjski żołnierz zagroził mu, że rzuci granatem w jego lokal, jeśli odmówi przeliczenia cen z hrywien na ruble. — Stali na zewnątrz i łapali przechodzące kobiety — powiedział.

"The Times" porównał atmosferę panującą w Chersoniu podczas rosyjskiej okupacji do stalinowskiego terroru. — Uważnie ważyłem słowa, gdy z kimkolwiek rozmawiałem. Nigdy nie wiesz, kto może cię potępić za powiedzenie czegoś proukraińskiego — powiedział lokalny biznesmen Aleksandr Saweljew.

Budowlaniec Siergiej Bloszko stwierdził z kolei, że przez dziewięć miesięcy był zmuszony ukrywać się w domu swoich przyjaciół. Obawiał się, że zostanie zatrzymany za udział w wiecach antyokupacyjnych, które odbyły się w marcu, tuż po wkroczeniu wojsk rosyjskich do Chersonia. Siergiej twierdzi, że po zatrzymaniu część jego przyjaciół zniknęła. Do domu Siergieja również przyszli wojskowi. Nie znajdując go, zabrali lodówkę i telewizor.

— Represjonowali ludność proukraińską. To, co się tu działo, to była czystka etniczna — powiedział Bloszko dziennikarzowi "The New York Times".

Emerytka Irina Rodawanowa powiedziała dziennikarzom, że żołnierze pobili jej męża na poboczu drogi, oskarżając go o naruszenie przepisów ruchu drogowego. Uważa, że to właśnie brutalne traktowanie miejscowej ludności przez rosyjskie wojsko zraziło mieszkańców Chersonia i mogło być jedną z głównych przyczyn niepowodzenia "rusyfikacji" miasta.

(...)

Po zajęciu Chersonia władze rosyjskie i lokalni prorosyjscy urzędnicy określali miasto jako "rosyjskie" i twierdzili, że "Rosja jest tu na zawsze". W efekcie w mieście wprowadzono płatności w rublach, w szkołach zmieniono programy nauczania na rosyjskie, podobnie język. W telewizji emitowano propagandowe programy, a na ulicach rozwieszano transparenty z prorosyjskimi hasłami (po wycofaniu wojsk rosyjskich zostały podarte przez mieszkańców).

Według relacji zebranych przez dziennikarzy, część mieszkańców miasta odmówiła podporządkowania się żądaniom władz okupacyjnych. Urzędnicy mianowani przez Rosjan zażądali od Olgi Makarczuk, pracownicy chersońskiej firmy taksówkarskiej, aby płaciła rachunki w rublach. Ona jednak przez cały czas pozostała przy hrywnach. Inna mieszkanka Chersonia, Irina Diagilewa, posłała córkę do szkoły, gdzie, jak powiedziała, nauczyciele potajemnie nauczali ukraińskiego programu nauczania i witali uczniów słowami "Chwała Ukrainie!"

onet.pl/Meduza

Wycofanie wojsk rosyjskich z Chersonia stało się głównym tematem niemal wszystkich światowych mediów. Tylko rosyjskie kanały telewizyjne do ostatniej chwili nie wspominały o możliwości opuszczenia miasta. Nawet po oficjalnym ogłoszeniu tego faktu przez ministra obrony Siergieja Szojgu i generała Siergieja Surowikina.

Rossija 1 – jeden z dwóch głównych kanałów państwowych – informował wprawdzie, że dowódca „specjalnej wojskowej operacji” generał Surowikin złożył raport ministrowi Szojgu, jednak prezenter nie wchodził w szczegóły. Padły jedynie słowa, że są to wysiłki na rzecz ratowania życia rosyjskich wojskowych i ludności cywilnej. Nie było ani słowa o Chersoniu.

Poranny program informacyjny na antenie Rossiji 1 dzień po oddaniu Chersonia zaczął się od gratulacji, jakie Władimir Putin złożył funkcjonariuszom policji z okazji „Dnia Oficera Spraw Wewnętrznych”. Podano też informację o częściowym sukcesie Republikanów w wyborach uzupełniających. Widzowie mogli się też dowiedzieć o sukcesie rosyjskich chirurgów wojskowych, którym udało się usunąć niewybuch z ciała pacjenta.

Na „Pierwym Kanale” – także państwowej TV, konkurującej o palmę pierwszeństwa z Rossija 1 – wycofanie z Chersonia nazwano tak samo, jak w przypadku innych spektakularnych odwrotów: „przegrupowaniem wojsk”.

– Surowikin poinformował ministra obrony Siergieja Szojgu o sytuacji w Chersoniu, a szef MO poparł decyzję o przegrupowaniu sił i rozpoczęciu obrony wzdłuż lewego brzegu Dniepru — powiedziała słuchaczom prowadząca Jekaterina Andriejewa.

Na początku wiadomości widzowie dowiedzieli się również, że sytuacja w strefie „specjalnej wojskowej operacji” się ustabilizowała i że rośnie siła bojowa armii rosyjskiej.

Należąca do Gazpromu NTV tego samego dnia wieczorem poinformowała o „nowej decyzji wojskowego dowództwa”. Wspomniano o „niepokojącej sytuacji w obwodzie chersońskim, która wymaga szybkich i trudnych decyzji, w szczególności manewrów jednostek rosyjskich”.

– Szojgu zgodził się z tym i zatwierdził propozycję Surowikina – stwierdzili lakonicznie prezenterzy.

Jeśli telewizyjne serwisy informacyjne unikały tematu Chersonia, to trudno było nie wspomnieć o nim prowadzącym liczne politycznych talk-show, którzy od miesięcy żyją wojną i zagrzewają do niej naród i Kreml.

W programie „Wieczór z Władimirem Sołowjowem” tuż zaraz po ogłoszeniu ucieczki z Chersonia zapanowała żałobna atmosfera. Prezenter od razu jednak nakreślił główną tezę, którą przejęli inni propagandyści, by wytłumaczyć tę porażkę:

– Decyzja jest trudna, ale konieczna. Tylko odważny wojskowy mógł ją podjąć. Oczywiście mam na myśli generała Surowikina – powiedział Sołowjow, aby podkreślić rozsądek dowódcy, odwołał się do historii „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”. Przypomniał sytuację z września 1941 r., gdy Stalin zignorował propozycje wycofania swoich wojsk się z Kijowa. W wyniku czego Niemcy otoczyli ponad 600 tysięcy żołnierzy radzieckich.

I choć Sołowjow krytykował zmysł strategiczny wodza ZSRR, w pełni podzielał jego brutalne metody dowodzenia. Jeden z głównych propagandystów Kremla na antenie swojej transmisji on-line wpadł w histerię, domagając się egzekucji zdrajców, którzy pozwolili na odwrót z Chersonia.

– Bydlaki, kłamali od góry do dołu! Na temat stanu magazynów, staniu wyposażenia wojskowego, ilości żołnierzy na froncie. I nie rozstrzelano ani jednego, żadnego gada nie wzięli za łeb, ani jeden nie popełnił samobójstwa! – Sołowjow krzyczał w amoku do mikrofonu.

Szybko też pojawiła się druga teza, już wcześniej lansowana przez kremlowską propagandę. W programie Aliny Skabiejewej na antenie Rossiji 1 wyraził ją deputowany partii Jedna Rosja Andriej Isajew. Stwierdził, że Federacja Rosyjska nigdy nie mogłaby przegrać z Ukrainą. A jej armia wycofuje się pod presją całego zachodniego świata i NATO.

– W tej sytuacji jest dla nas szczególnie ważne budowanie obrony przeciwko Zachodowi, podkreślam: nie przeciw Ukrainie. Tak, by wygrywać czas, bo wojna trwa na różnych frontach. Najbardziej bolesny to front ukraiński. Oprócz tego trwa wojna w sferze stosunków międzynarodowych, gospodarce, informacyjna. I my cały czas widzimy, jak siły zjednoczonego Zachodu cały czas słabną i zaczynają się wewnętrzne rozłamy.

Polityk stwierdził, że Zachód konfliktuje się z Chinami i innymi krajami, dla których nie jest wygodne jego zwycięstwo. Jego zdaniem należy zachować zdolności bojowe armii i czekać, aż Zachód się załamie.

– Dlatego: żadnej paniki, spokój, wsparcie dla naszych żołnierzy, twarda wiara w nasze zwycięstwo. Nie z takich bied wychodziliśmy: i w 1612 roku Polacy i Litwini byli w Moskwie, i w 1812 roku Napoleon był w Moskwie, i w 1941 roku hitlerowskie wojska obserwowały przez lornetkę Plac Czerwony. Rosji nie da się pokonać – stwierdził.

Jednak od czasu do czasu z ekranów telewizyjnych padają się słowa, że Rosja przegrywa wojnę. Na takie słowa ze strony jednego z ekspertów prowadzący Andriej Norkin zrzucił winę na emocje obywateli i komentatorów.

– Wydaje mi się, że to ogromny błąd, kiedy ludzie traktują działania wojskowe jak mecz piłki nożnej. Przez 16 lat w zawodzie nabyłem jedną ważną umiejętność: brania za mordę własnych emocji.

Jednocześnie przy okazji odwrotu z Chersonia z rosyjskich mediów znikła postać rosyjskiego prezydenta. Można się domyślić, znając scentralizowanie rosyjskiej propagandy, że pracownicy mediów otrzymali odgórne polecenie, by nie łączyć tej klęski z Władimirem Putinem.

belsat.eu/vot-tak.tv

Politycznie klęska chersońska ma znaczenie jedynie jako katastrofa projektu „rosyjskiego świata”. Również dlatego, że Rosja wykazała się brakiem lojalności i wiarygodności wobec kolaborantów i swojej agentury. To dzięki nim w krótkim czasie rosyjskie służby zbudowały prowizoryczną administrację okupacyjną. I niewątpliwie kolaboranci byliby im potrzebni w dłuższej perspektywie.

Tymczasem wbrew wbijanemu do głów przez propagandę hasłu: „swoich nie porzucamy”, Rosjanie porzucili właśnie swoich. Dla Rosjan wychowanych na micie blokady Leningradu, bitwy stalingradzkiej, porzucenie tak bardzo tęskniących za rosyjskim światem (jak to malowała propaganda) mieszkańców Chersonia będzie niezrozumiałe. I żaden propagandysta – Sołowjow czy Simonjan – w swoich programach publicystycznych nie wytłumaczą tego koniecznością ratowania żołnierzy.

Jednak opinia rosyjskiego społeczeństwa ma mniejsze znaczenie dla Putina. On dobrze wie, że można ją dowolnie kształtować za pomocą propagandy, tylko potrzebuje na to czasu. Jest też wiele przyczyn, dla których Rosjanie nie stanowią na razie dla Putina zagrożenia buntem czy rewolucją. Nawet w armii, gdzie wydawałoby się, że mobilizowanych Rosjan łączy wspólna niedola i są zorganizowani, trudno mówić o buncie. Krążące po sieci obrazki wściekłych poborowych nie pokazują przecież oporu przeciw wojnie czy niechęci zabijania Ukraińców. Mobilizowani złorzeczą i atakują przełożonych, ale tylko za to, że dostali kiepski sprzęt i muszą żyć w urągających godności ludzkiej warunkach. Tylko partykularny, wąsko i egoistycznie pojmowany interes i żadnej empatii – to stworzone przez władze podłoże żadnego buntu nie zrodzi.

Dlatego dla Putina dużo istotniejsze są nastroje w rządzącej elicie. Z tego punktu widzenia odwrót z Chersonia nie jest klęską polityczną. Wbrew częstym, medialnym uproszczeniom, Kremlem nie targa konflikt umownej „partii wojny” z „partią pokoju”. Najsilniejsza jest bowiem frakcja „przetrwania”. Sam Putin do niej należy. Większa część kremlowskiej elity zaakceptowała decyzję o rozpoczęciu inwazji na Ukrainę. Uznała, że nie ma wyjścia i to jest dobry moment, by za pomocą ataku na Ukrainę wzmocnić pozycję Rosji względem Zachodu, a USA zwłaszcza.

Tę decyzję podjęli w ramach ich najważniejszej strategii. Strategii przetrwania. Kiedy szybko się okazało, że państwo rosyjskie i jego armia są na tyle słabe, że nie osiągnęły założonych celów inwazji, elita wciąż kieruje się strategią przetrwania. Kremlowska elita musiała zaakceptować koszty. Takie jak utrata majątków, wpisanie na listy sankcyjne, izolacja na świecie, spadek jakości życia – bo w optyce członków elity ograniczenia typu utrata dostępu do rezydencji na Lazurowym Wybrzeżu są obniżeniem standardów życiowych.

Elita zakładała, że wojna miała służyć „przełamaniu Zachodu”, by rosyjskie strefy wpływów i podejście do relacji międzynarodowych zostały zaakceptowane. Tak by było – w przypadku wojny zwycięskiej. Wojna przegrywana oznacza, że trzeba szukać innej drogi do osiągnięcia przynajmniej części celów. Trzeba wypracować drogę do ratowania obecnej pozycji Rosji i poszukać sposobu na przetrwanie elity biurokratycznej w ekstremalnie trudnych warunkach.

Duża część elity podeszła do wycofania się z Chersonia obojętnie. Oczywiście poza tymi, których pozycja dzięki wojnie się wzmacnia. To choćby właściciel firm najemniczych Jewgienij Prigożyn i pewna część kadry oficerskiej, służb i nomenklatury przemysłu obronnego. Oni pewnie czują niepokój. Nie należy jednak przeceniać ich znaczenia. Są potrzebni teraz, ale ich znaczenie zmniejszy się, jeśli wojna wejdzie w inny etap. Nie mają też dużego poparcia wśród szeroko pojętej elity władzy. Dla przeważającej większości nadzieja na zamrożenie konfliktu i uzyskanie jakiegoś wyłomu w pryncypialnej do tej pory polityce Zachodu i Ukrainy będzie ważniejsza od utrzymania kolejnego, zrujnowanego miasta.

belsat.eu