wtorek, 3 stycznia 2023


W dniach 26–28 listopada w Chińskiej Republice Ludowej (ChRL) nasiliły się protesty przeciwko strategii „zero COVID” (zob. Chiny: konsekwencje strategii „zero COVID”). Pojawiły się na nich również hasła polityczne, wzywające do ustąpienia sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin (KPCh) Xi Jinpinga, wprowadzenia rządów prawa, a także do demokratyzacji kraju oraz przestrzegania praw człowieka. Do wystąpień ulicznych doszło w co najmniej 13 miastach, w tym w Pekinie, Szanghaju i Wuhanie. Najwięcej ludzi zgromadziły manifestacje w kampusach uniwersyteckich – można potwierdzić, że miały one miejsce na kilkudziesięciu uczelniach.

Impulsem do zwiększonej fali protestów był wypadek w Urumczi, stolicy Regionu Autonomicznego Sinciang-Ujgur, gdzie w pożarze wielokondygnacyjnego bloku mieszkalnego według oficjalnych danych zginęło 10 osób, a 9 zostało rannych – nieoficjalne informacje mówią o śmierci 44 ludzi. Budynek miał być objęty izolacją ze względu na obowiązujące w mieście obostrzenia antypandemiczne, jego wyjścia – w tym ewakuacyjne – były zamknięte, a z powodu zainstalowanych barier straż pożarna nie mogła do niego dojechać.

Komentarz

Obecne protesty, mimo że gromadzą relatywnie niewielu ludzi (łącznie kilkadziesiąt tysięcy w skali całych Chin), budzą niepokój władz, ponieważ mają wspólny mianownik, tj. formułowanie żądania zniesienia restrykcyjnej polityki antyepidemicznej, oraz pojawiły się na nich – choć nie dominowały – hasła antyreżimowe. Demonstracje przeciwko strategii „zero COVID” miały miejsce już wcześniej, lecz po raz pierwszy doszło do nich równocześnie w wielu ośrodkach. KPCh boi się, że protesty przekształcą się w szerszy ruch społeczny dążący do liberalizacji w ramach istniejącego systemu politycznego i który będzie podsycany pogarszającą się sytuacją gospodarczą, a w przyszłości może zagrozić samej władzy KPCh. Trzeba też zaznaczyć, że chociaż bezpośrednią przyczyną wystąpień był pożar w Urumczi, to wybuch niezadowolenia wynika w dużej mierze z rozczarowania niedostatecznymi korektami strategii „zero COVID” z 11 listopada br. (zob. Chiny: umiarkowane korekty w strategii „zero COVID”). Nałożyły się na to zmęczenie społeczeństwa kolejnymi falami ograniczeń oraz napływające mimo cenzury informacje, że w większości państw świata nastąpił już powrót do normalnego życia.

Początkowa reakcja lokalnych władz oraz podlegających im policji i służb bezpieczeństwa jest relatywnie łagodna. Protesty w ChRL nie są zjawiskiem rzadkim i corocznie dochodzi do ponad stu tysięcy tego typu „incydentów masowych”, jak określa je nomenklatura partyjna. Zazwyczaj są one szybko i stanowczo tłumione. Wprawdzie w Urumczi prawdopodobnie użyto broni, jednak w innych ośrodkach tym razem widoczna była pewna powściągliwość aparatu przymusu, co pozwoliło następnego dnia na wznowienie protestów i zachęciło ludzi do ich organizowania w innych miastach. W większości przypadków miejsca demonstracji oddzielano kordonami policyjnymi i fizycznymi zaporami, które często uniemożliwiały kontynuowanie zgromadzeń. Powściągliwość lokalnych władz może wskazywać na napięcia między nimi a Pekinem. Decyzją z 11 listopada władze centralne przeniosły odpowiedzialność za zapobieganie rozpowszechnianiu się COVID-19 na struktury terenowe, które równocześnie wciąż mają troszczyć się o utrzymanie wzrostu gospodarczego i spokoju społecznego. W obecnej sytuacji cele te wydają się sprzeczne, a konsekwencjami niepowodzeń będą obciążane kadry regionalne.

Obawy przed eskalacją żądań ze strony protestujących, a zwłaszcza ich postulatów politycznych, będą raczej skłaniać Pekin do sięgnięcia po kombinowaną strategię selektywnych represji wobec osób uznanych za „prowodyrów” i dokonywania drobnych ustępstw ułatwiających życie i wspierających odbicie gospodarcze. W dużych ośrodkach miejskich na wybrzeżu czy w stolicy należy oczekiwać łagodniejszych i koncyliacyjnych działań, z kolei w miastach w głębi Chin – a zwłaszcza w regionach zdominowanych przez mniejszości – bardziej represyjnych posunięć. Tymczasem ChRL przeżywa obecnie gwałtowny wzrost liczby nowych infekcji, co przy braku nabytej odporności zbiorowej i przy ogólnej niewydolności systemu opieki zdrowotnej grozi falą zgonów, zwłaszcza wśród ludzi starszych. W związku z tym można oczekiwać, że jeśli władze na poziomie lokalnym będą gotowe do pewnych ustępstw – Pekin i Kanton już złagodziły niektóre środki przewidziane w strategii „zero COVID” i zakomunikowały, że wyjścia ewakuacyjne z budynków nie mogą być blokowane – wówczas nie nastąpi gwałtowne odejście od dotychczasowej doktryny przeciwepidemicznej. Najważniejszym, długofalowym skutkiem obecnych protestów może być jednak zmiana psychologiczna w tamtejszym społeczeństwie. Wielu Chińczyków szczerze wierzyło, że ChRL – dzięki swojemu systemowi politycznemu – odniosła sukces, podczas gdy w tym samym czasie Zachód nie radził sobie z pandemią. Stanowiło to jedną z podstawowych propagandowych linii władz w ostatnich dwóch latach. Aktualne protesty i represje mogą podkopać optymizm i zachwiać wiarę w system u części społeczeństwa, a KPCh będzie trudno tę ufność odbudować.

osw.waw.pl

W ChRL mamy nową odsłonę starego sposobu radzenia sobie z kłopotami, czyli dosypywaniem pieniędzy do „pieca”, jakim jest rynek nieruchomości, co zaraz przekłada się na dalsze zadłużenie. Ludowy Bank Chin, czyli centralny bank ChRL, zaoferuje firmom inwestycyjnym tanie pożyczki na zakup obligacji emitowanych przez deweloperów. Taką informację przynajmniej podały Reuters „cztery osoby mające bezpośrednią wiedzę w tej sprawie.” Równocześnie największe banki w ChRL, oczywiście państwowe, zobowiązały się w tym tygodniu do udzielenia deweloperom co najmniej 162 mld USD kredytu.

Bank centralny (czytaj: KC KPCh) ma nadzieję, że pożyczki poprawią nastroje rynkowe w stosunku do pogrążonego w kryzysie zadłużeniowym i dotkniętego brakiem popytu sektora nieruchomości. Celem jest uratowanie prywatnych deweloperów, jak Evergrande, którzy zostali zmuszeni do wstrzymania wielu projektów. Sektor nieruchomości odpowiada za jedną czwartą gospodarki ChRL i jego załamanie oznaczałoby pogrążenie się kraju w recesji. Problem w tym, że nawet jeżeli znajdą oni nabywców na obligacje, to nie ma żadnych gwarancji, że znajdą kupców na nowe mieszkania. Pozwoli to co najwyżej na ukończenie lokalizacji, które mają już nabywców.

Według Reuters przynajmniej trzech prywatnych deweloperów, w tym Longfor Group Holdings, Midea Real Estate Holding i Seazen Holdings, otrzymało w tym miesiącu zielone światło na pozyskanie łącznie 50 mld RMB (7 mld USD). Jeśli nie byłoby wystarczającego popytu ze strony inwestorów na nowe obligacje, Ludowy Bank Chin prawdopodobnie wkroczy, aby zapewnić płynność poprzez instrument relokacyjny2 dla pozostałej części emisji. Władze planują również zapewnić 100 mld RMB (14 mld USD) w instrumentach finansowania fuzji i przejęć dla państwowych menedżerów aktywów, głównie w celu nabycia projektów nieruchomości od deweloperów z problemami. Chińskie media donoszą również, że bank centralny planuje zapewnić 200 mld RMB w nieoprocentowanych pożyczkach relokacyjnych dla banków komercyjnych do końca marca na ukończenie budowy mieszkań. Regulator rynku obligacji międzybankowych potwierdził także, że poszerzy program wsparcia dla około 250 mld RMB (35 mld USD) ofert obligacji emitowanych przez prywatne firmy.

Problemem jest przesycenie sektora nieruchomości – ChRL ma już prawdopodobnie powierzchnię mieszkaniową, która mogłaby pomieści dwukrotność populacji kraju. Dlatego po prostu nie ma ludzi, którzy mogliby w nich mieszkać, a ci co są bez domu, nie mogą sobie na niego pozwolić. Poniżej przypomnę tylko reportaż poświęcony „miastom duchów”. Film zrealizowano jedenaście lat temu i od tamtej pory problem uległ podwojeniu, potrojeniu…?

Od lat popyt jest napędzany głownie przez spekulację, która rozdmuchała bańkę na rynku nieruchomości. Pekin nie może pozwolić jej pęknąć, ponieważ byłby to cios dla gospodarki nie do udźwignięcia. Nie mówiąc już o milionach drobnych ciułaczy, którzy ulokowali swoje życiowe oszczędność w drugim i trzeci mieszkaniu, często kupionym na kredyt, z nadzieją, że je odsprzedadzą za jakiś czas. Jednak, aby bańka nie pękła trzeba wciąż ją pompować kapitałem, który pochodzi z dalszego zadłużania się sektora.

Trzeba przyznać, że władze próbują kontrolować proces, albo przynajmniej chcą stworzyć wrażenie, że mogą i chcą go kontrolować. Ludowy Bank Chin przygotowuje „białą listę” dobrej jakości i systemowo ważnych deweloperów, którzy otrzymaliby szersze wsparcie od Pekinu, aby poprawić swoje bilanse. To oczywiście otworzy nowe pole do korupcji i wspierania sieci klientelistycznych ludzi reżimu.

Agresywne wsparcie Pekinu dla sektora nieruchomości oznacza odwrót od rozpoczętej w 2020 roku walki ze spekulantami i zadłużonymi deweloperami w ramach szerokiego nacisku na ograniczenie ryzyka finansowego. W wyniku tej akcji sprzedaż nieruchomości i ceny spadły, a deweloperzy nie wywiązali się ze swoich zobowiązań i wstrzymali budowę. Wstrzymanie budowy rozwścieczyło właścicieli domów, którzy zagrozili wstrzymaniem spłat kredytów hipotecznych. Teraz mamy jednak odwrót o 180o. Nie powinno to jednak dziwić, ponieważ pisałem już wcześniej, że nie należy się spodziewać w przewidywalnej przyszłości fundamentalnych reform w ChRL. Lecz muszę przyznać, że wielkie plany Xi Jinping przestawienia modelu rozwoju gospodarczego ChRL dosyć szybko ugrzęzły w bagnie chińskiej gospodarki, które jest wstanie pochłonąć każdą ilość wylanego betonu.

zawielkimmurem.net

22-letnia Kurdyjka została aresztowana przez krajową "policję moralności" podczas wizyty w Teheranie. Powodem zatrzymania kobiety był rzekomo "niewłaściwy" sposób noszenia hidżabu. 22-latka została dotkliwie pobita w areszcie. 16 października, po przewiezieniu do szpitala, Mahsa Amini zmarła. Powodem miał być śmiertelny uraz głowy powstały na skutek pobicia. Od tego momentu w całym Iranie organizowane są masowe protesty. Kobiety zaczęły publicznie palić hidżaby i obcinać włosy, co jest niezgodne z zasadami narzuconymi przez islamski rząd Iranu. 

- Teraz opinia publiczna, nawet protestujący, którzy nie popierają wywoływanych przez innych uczestników manifestacji zamieszek, domagają się od sądownictwa i instytucji bezpieczeństwa, aby zajęły się tymi nielicznymi osobami, które wywołały burdy i to w sposób stanowczy, odstraszający i legalny - powiedział rzecznik irańskiego rządu Masoud Setayeshi, cytowany przez agencję Reuters.

We wtorek 8 listopada irańscy parlamentarzyści, dokładnie 227 z 290 posłów, zagłosowało za wezwaniem irańskich sądów do karania śmiercią wszystkich protestujących, którzy trafili do aresztów. Nie wiadomo, czy tak drastyczne wyroki zostaną zasądzone przez sąd, ale zdanie parlamentu jest w Iranie "znaczące" - podaje amerykański "Newsweek".  

Jak informowało CNN, do czwartku 3 listopada w Iranie aresztowano około 14 tys. osób manifestujących po śmierci 22-letniej Mahsy. We wtorek 8 listopada Karim Sadjadpour z Carnegie Endowment for International Peace napisał, że liczba ta miała wzrosnąć już do niemal 15 tys. osób. "W ciągu ostatnich 8 tygodni irański reżim zabił ponad 300 protestujących, uwięził prawie 15 000 i zagroził egzekucją setek innych, a mimo to kobiety w Iranie nie ustępują" - napisał na Twitterze.

(...)

Jak podaje CBS News, w sprawie protestów skazano już pojedyncze osoby. Proces jednej grupy mężczyzn, którym wyznaczono karę śmierci, trwał zaledwie 10 minut. Wśród skazanych był 22-latek. 

W czwartek 3 listopada Al Arabiya przekazała, że rodzina Mahsy Amini została umieszczona w areszcie domowym. Irańskie władze na razie zaprzeczają tym doniesieniom. 

gazeta.pl

10 listopada odbyło się posiedzenie Stałego Komitetu Biura Politycznego Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin (SKBP KC KPCh), najważniejszego organu partyjnego w kraju, poświęcone m.in. „optymalizacji środków zapobiegawczych i kontrolnych na rzecz przeciwdziałania COVID-19”. SKBP ponownie wskazał na potrzebę „niezachwianego i dynamicznego wdrażania ogólnej polityki zerowego poziomu COVID”, a jednocześnie zaakcentował konieczność „skutecznej koordynacji działań zapobiegawczych i kontrolnych dotyczących epidemii z posunięciami kształtującymi rozwój gospodarczy i społeczny, zgodnie z wymogami w kwestiach przeciwdziałania epidemii, stabilizacji gospodarki i zapewnienia bezpiecznego rozwoju”. Podczas spotkania zauważono, że wciąż pojawiają się nieznane dotąd warianty koronawirusa, pandemia się nie zakończyła, a w Chinach cały czas wykrywane są nowe ogniska.

11 listopada, po posiedzeniu państwowej Narodowej Komisji Zdrowia, opublikowano listę „20 środków”, które przynoszą m.in. ułatwienia w podróżowaniu do i z Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL). Zrezygnowano z możliwości zawieszania lotów międzynarodowych z powodu wykrycia przypadków COVID-19. Przed przekroczeniem granicy wymagane jest okazanie tylko jednego negatywnego wyniku testu PCR, a kwarantannę dla przyjezdnych skrócono z siedmiu dni w hotelu i trzech dni w miejscu zamieszkania do odpowiednio pięciu i trzech dni. Ponadto: zrezygnowano ze śledzenia kontaktów wtórnych (czyli osób, które zetknęły się z osobą wcześniej mającą kontakt z zainfekowanym); odchodzi się od masowej izolacji ludności (będzie ona ograniczana do pojedynczych budynków lub tylko ich części, a nie całych osiedli mieszkaniowych); wzrośnie tempo akcji szczepień, w szczególności ludzi starszych; powstaną mapy w celu ułatwienia lokalizacji osób zagrożonych i ich skupisk; zwiększy się kontrola pandemiczna w szkołach. Położono także nacisk na konieczność kontynuowania pracy zakładów produkcyjnych i utrzymania niezakłóconych łańcuchów dostaw. W punkcie 16. zapisano odejście od zasady „jeden sposób dla wszystkich” i stwierdzono, że lokalne komitety partyjne i władze powinny wziąć na siebie odpowiedzialność za prowadzenie skutecznej polityki antypandemicznej, która nie będzie szkodziła aktywności mieszkańców.

Komentarz

Decyzje SKBP to reakcja na narastające trudności gospodarcze, wymuszające umiarkowane korekty strategii „zero COVID” (szerzej zob. Chiny: konsekwencje strategii „zero COVID”). W wyniku fali zamykania miast i prowincji w czasie licznych zachorowań wiosną PKB Chin w drugim kwartale 2022 r. spadł o 2,6% względem pierwszego. Pekin chce zapobiec potencjalnemu odpływowi zagranicznych inwestycji i dalszemu kurczeniu się eksportu (w październiku br. jego wartość liczona w dolarach obniżyła się o 0,3% r/r). Służyć ma temu m.in. skrócenie kwarantanny dla podróżujących z zagranicy, w pierwszej kolejności przedstawicieli biznesu. Jeszcze w czasie wizyty kanclerza Niemiec Olafa Scholza 4 listopada ogłoszono, że w określonym zakresie mają być uznawane szczepienia obcokrajowców preparatem konsorcjum Pfizer–BioNTech. Istotny nacisk położono też na utrzymanie produkcji w fabrykach. Obawy o jej spadek przyczyniły się do decyzji o ograniczeniu zasięgu izolacji w zakładach pracy i miejscach zamieszkania, gdzie wykryto obecność wirusa SARS-CoV-2. Ma to także powstrzymać obniżanie się konsumpcji wewnętrznej i zapobiec stratom sektora usług. Również władze lokalne zaczynają odczuwać koszty bezpośrednie wdrażania strategii „zero COVID”, w tym masowego wykonywania badań (szacuje się, że pochłania ono ok. 1,8% PKB). Coraz częściej pojawiają się informacje o braku środków na opłacenie tak dużej liczby testów lub na wypłaty dla personelu medycznego oraz nadzorującego izolacje i kwarantanny. Równocześnie z powodu ograniczonej aktywności gospodarczej spadają dochody władz lokalnych.

Wprowadzone regulacje nie oznaczają odejścia od polityki „zero COVID”. Nie ma też przesłanek, aby uznać, że rządzący planują w najbliższym czasie pełne otwarcie kraju i powrót do przedpandemicznego reżimu podróży. Mimo trudnej sytuacji gospodarczej Pekin nie może zrezygnować ze strategii eliminacji ognisk zachorowań – z powodów zarówno praktycznych, jak i politycznych. Wprawdzie w ChRL zaszczepiono ponad 90% populacji, jednak akcję szczepień wykonano krajowymi preparatami o niskiej skuteczności, a początkowe sukcesy przyjętej strategii przyniosły taki efekt, że ludność nie nabyła odporności zbiorowej w sposób naturalny. Niski poziom wyszczepienia wśród najstarszych (według danych z marca tylko 20% osób w wieku 80 lub więcej lat przyjęło dwie dawki) sprawia, że stanowią oni grupę podwyższonego ryzyka. Rządowe szacunki mówią o minimum milionie ofiar wśród nich w wypadku utraty kontroli nad pandemią.

Strategię „zero COVID” sygnuje sekretarz generalny KPCh Xi Jinping. Wycofanie się z niej oznaczałoby przyznanie się do błędu, a to – ze względu na budowany kult jednostki – jest niemożliwe. W efekcie Pekin dąży do decentralizacji odpowiedzialności politycznej związanej z jej wdrażaniem. Zmusza zatem władze lokalne do jak najwcześniejszego i zdecydowanego działania, aby wyprzedzić masowe rozprzestrzenianie się SARS-CoV-2. Zarazem jednak to one będą ponosić odpowiedzialność za spadek aktywności ekonomicznej w regionie lub za ewentualne protesty w związku z „arbitralną” izolacją ludności. Jeżeli doszłoby do gwałtownego wzrostu zachorowań w skali kraju, wówczas można się spodziewać powrotu do najbardziej restrykcyjnych elementów strategii „zero COVID”.

osw.waw.pl

Niestety trik ze „wskazującymi sondażami” działa też na związki zawodowe. Co roku nawet w prawyborach związki popierają kandydatów z kiepską historią decyzji w sprawach polityki zatrudnieniowej, bo łyknęły gadkę o wybieralności.

Czasami komisje lokalne poprą kandydata ewidentnie prozwiązkowego, ale władze krajowe postawią wszystko na lidera sondaży gotowego wszystkim coś obiecać. Tak było podczas rywalizacji Clinton z Sandersem w latach 2015–2016.

Jednak wielkie związki głosujące wbrew sobie samym to już reguła. Widziałem to na konferencji federacji AFL–CIO w Whitefield, stan New Hampshire, w roku 2003. 

Każdy obecny tam kandydat demokratów apelował o to, żeby to na niego głosowano. Dwaj od dawna mieli w związkach duże plusy: Richard Gephardt z Missouri i Dennis Kucinich z Ohio. Ci politycy spełniali każdy punkt na związkowych listach życzeń. W ogólnokrajowej AFL–CIO na Gephardta było gotowych głosować sto procent ludzi, na Kucinicha też, bo między innymi proponował on wyjście z układu NAFTA i Światowej Organizacji Handlu. Koniec końców jednak związek postanowił poprzeć Kerry’ego, który głosował za przyznaniem Chinom statusu najwyższego uprzywilejowania, zaciekle bronił NAFTA i silnie wierzył w ogólnoświatową politykę handlową – w każdym z tych punktów związki zajmowały tradycyjnie przeciwne stanowisko.

– Musimy zdobyć miejsce przy stole – tłumaczył mi jeden ze związkowców, dając do zrozumienia, że lepiej poprzeć demokratę niezbyt sprzyjającego związkom, ale z szansą na elekcję, niż dobrego, ale bez szans. 

Skoro związki nie chciały poprzeć człowieka takiego jak Dick Gephardt, od małego stojącego po ich stronie, to czy studenci zagłosowaliby na Kucinicha?

Bądź co bądź on jeden traktował ich jak dorosłych oraz popierał idealistyczne pomysły, takie jak stworzenie Departamentu Pokoju. Inni kandydaci usiłowali wkupić się w łaski „młodzieży” koszulkami ze słodziackimi sloganami („Deaniątka” czy „Liebermaniacy”) bądź rozdając darmowe hot dogi, ale Kucinich nie był taki.

W Durham na Uniwersytecie Stanowym New Hampshire nie poszedł na łatwiznę, a wręcz naszpikował swoją przemowę cytatami z Junga, Barbary Marx Hubbard, Thomasa Berry’ego i socjologa humanisty Morrisa Bermana. Proroczo podniósł kwestie, które dopiero po latach miały stać się bardzo popularne wśród demokratów: mówił, że kandyduje, bo chce zmienić priorytety kraju, odejść od wydatków na zbrojenia i interwencje zagraniczne na rzecz większych nakładów na edukację i opiekę zdrowotną. Usiadł i poprosił o pytania, i z rutynowego przemówienia zrobił się wiec, na którym ludzie opowiadali o przeróżnych sprawach, w tym o życiu prywatnym, depresji, narkotykach i tym podobnych. 

Koniec końców Kucinich dostał brawa na stojąco (podobnie jak i on, otrzymał je Gephardt na konferencji AFL–CIO). Potem jednak niewielu wśród studentów w ogóle brało pod uwagę oddanie na niego głosu.

– [Kucinich] ma w sobie wszystko, czego bym osobiście chciał od prezydenta – mówił mi David Wilmes pracujący nad magisterium. – Ale… to musi być ktoś taki jak Kerry czy Edwards.

Pytam dlaczego.

- No… pewnie muszą wziąć kogoś wysokiego – stwierdził.

Opowiedziałem Kucinichowi o tej rozmowie. Westchnął i odparł, że dopóki ludzie nie nauczą się głosować zgodnie ze swoimi poglądami i upodobaniami, dopóty polityka będzie jak „wyłożona lustrami komora rewerberacyjna, w której nie powstanie nic spójnego”.

To określenie, „nic spójnego”, byłoby dobrą definicją polityki amerykańskiej w ciągu ostatniego pokolenia, kiedy to niemal nikt nie głosował na najbardziej odpowiadającego mu kandydata.

Wyborcy republikańscy z klasy średniej i niższej średniej wciąż popierają ulgi podatkowe dla miliarderów. Związki zawodowe głosują przeciwko związkom. Wyborcy z gettowych mniejszości zaznaczają kandydatów, którzy obiecują zaostrzyć wyroki sądowe i posłać na ulice więcej policji. Prawicowcy, wożący tyłki na sfinansowanych z ubezpieczenia socjalnego elektrycznych wózkach inwalidzkich, oklaskują tych wyrzekających na konsumentów „rozdawnictwa rządowego”.

Jednak bardzo niewielu reporterów obsługujących kampanie w ogóle się tym interesowało, dopóki nie okazało się, że sondaże już tych trendów nie wykazują. To łagodniejsze ujęcie tezy, zgodnie z którą w roku 2016 wyborcy zaczęli olewać sondaże, przez co w całej branży zapanował chaos.

(...)

Tak właśnie stało się w roku 2016, kiedy to Silver przedstawił zarys jednolitej teorii pola do opisu przebiegu kampanii prezydenckich. Jak twierdził, kampanie miały sześć etapów i każdy z nich zwiastował klęskę Donalda Trumpa.

Były to: wolna amerykanka, baczniejsza obserwacja, Iowa i New Hampshire, odsiew, zbiórka delegatów i wreszcie finisz. 

Gdy rozpoczynała się kampania roku 2016, pewne poszlaki już wskazywały, że moc opinii obiegowych słabnie. Na przykład sondaż przeprowadzony przez Pew w roku 2015 wykazał malejące zainteresowanie wybieralnością. Mnie osobiście przekonywały o tym nie tyle sondaże, ile rosnąca częstotliwość występowania sytuacji, w których polecano mi wypierdalać, szczególnie na wiecach kampanijnych republikanów – innymi słowy, media odcinano, jeszcze zanim zdążyliśmy zadać choć jedno pytanie, a co dopiero wyłożyć wam, kto jest wybieralny, a kto nie. 

Problem polegał na tym, że nikt w mediach nie wiedział, co się stanie, jeśli ludzie przestaną słuchać naszego rzewnego pierdolenia o wybieralności. Na taką ewentualność nie mieliśmy danych statystycznych. Dopiero fakty miały nas uświadomić.

Trump rozniósł na strzępy te sześć etapów Silvera. Przerżnął w stanie Iowa, ale nie przejął się nawet tym, że nie osiągnął tam wyników przepowiadanych w mediach. Przyspieszył na etapie odsiewu. Zgodnie z przewidywaniami Silvera Partia Republikańska faktycznie zrobiła wszystko, co w jej mocy, żeby powstrzymać go na finiszu, ale to mogło nawet pomóc mu zdobyć nominację, bo na tym etapie republikańscy wyborcy nienawidzili już republikanów z establishmentu i wykorzystali Trumpa, by im to pokazać.

Rekomendacje partyjne okazały się działać negatywnie, a nie pozytywnie, więc to, że Trumpa poparło niespełna pięć procent aparatu, wcale mu nie zaszkodziło. Wyszło na to, że tak zwane „prawybory w establishmencie” miały zerowe znaczenie.

Należy wyrazić wielkie uznanie dla Silvera, bo w końcu zauważył, że sondaże zostały skażone obiegowymi opiniami. Ostrzegał przed posuwaniem się zbyt daleko w przeciwną stronę, ale zasadniczo miał do powiedzenia, że „być może sondaże odwołują się do opinii obiegowych, a przez to tracą na rzetelności”. Był to rok 2017.

(...)

Dziennikarstwo sondażowe funkcjonuje jako hamulec dla opinii obiegowych. Kiedy jednak zrośnie się z nimi, mamy problemy. Te dwie dziedziny mogą być niełatwe do rozdzielenia, tak jak spółkujące psy. Nawet po wpadce z Trumpem wciąż jeszcze plącze się wśród nas potomstwo takiego plugawego związku – pojęcie wybieralności.

Latem roku 2018 w „New York Timesie” ukazał się artykuł o prawdopodobnej puli kandydatów demokratów, w którym pobrzmiewały echa starych tekstów o Mitcie Romneyu, Johnie Kerrym i im podobnych. Kazano nam uważać na ekstremistów pokroju Elizabeth Warren czy Berniego Sandersa, szukać czegoś pokorniejszego, bliższego „centrum”: 

Mimo ewidentnego poparcia, którym cieszą się koncepcje polityczne pana Sandersa, wielu członków partii powątpiewa, czy płomienny aktywista z siódmym krzyżykiem na karku przyciągnie dość wyborców, by wysadzić Trumpa z siodła […].

Pokoleniowo bliski panu Sandersowi pan Biden, lat 75, przymierza się do zaprezentowania tej jesieni odmiennego komunikatu […]. Pan Biden wybierał mniej dramatyczne akordy niż pan Sanders czy pani Warren, wychwalając porozumienie ponadpartyjne i nakłaniając demokratów, by nie dawali się zaślepić demagogicznym prowokacjom pana Trumpa.

Matt Taibbi - Nienawiść sp. z o.o.

W systemach autorytarnych, gdzie dominują jednostki i siła, ważne są personalia, a nie instytucje, normy czy regulacje prawne jak w utrwalonych demokracjach. Akurat pod tym względem XX zjazd dokonał istnej rewolucji. Wymieniono dwie trzecie składu 205-osobowego Komitetu Centralnego, a do najważniejszych gremiów decyzyjnych w partii i państwie, czyli 24-osobowego Biura Politycznego oraz jego 7-osobowego Stałego Komitetu wprowadzono wyłącznie popleczników Xi (i ani jednej kobiety).

Nie ma już w najwyższych kręgach decyzyjnych, włącznie z armią, gdzie Xi też wprowadził swoich ludzi, żadnego systemu równowagi i kontroli. Jest tylko wszechmocny Wódz, wokół którego zauważalnie buduje się też kult jednostki. Teraz już nic i nikt Xi nie powstrzyma. Dostał mandat na wcielanie w życie swych śmiałych wizji, mówiących o Chinach znowu wielkich, bogatych, kwitnących, przeżywających ponowny renesans.

Tym celom mają służyć wierni poddani, powiązani personalnie z Xi Jinpingiem, a nawet z jego ojcem i rodziną, już od lat, jeśli nie dekad. Do nich należy 63-letni Li Qiang, formalnie osoba druga w hierarchii, co jednak w tej chwili już nie ma większego znaczenia. To on w marcu przyszłego roku, na dorocznej sesji parlamentu, stanie się premierem, mimo że wcześniej, zgodnie z dotychczasowymi wymogami, nie spełnił podstawowego kryterium do pełnienia tej funkcji, czyli nie był wicepremierem. Teraz jednak liczy się lojalność, a nie wymogi formalne.

Te ostatnie łamano na XX zjeździe nagminnie. Już sam fakt, że Xi Jinping liczy 69 lat, sprawił, że nie podtrzymano dotychczasowej bariery wiekowej w pełnieniu najwyższych funkcji w państwie, czyli zakazu sprawowania władzy po 68 roku życia. Kolejny przykład: pierwszym wiceszefem Komisji Wojskowej przy KC KPCh (szefem też jest Xi) został 72-letni generał Zhang Youxia, którego ojciec blisko współpracował kiedyś – i walczył w armii – z ojcem Xi Jinpinga.

Siłowe wyprowadzenie z sali obrad poprzednika dzisiejszego przywódcy, rządzącego w latach 2002-12 Hu Jintao urasta do miana symbolu. Wraz z jego wyprowadzeniem zamknięto bowiem „epokę Deng Xiaopinga” (1978-1992), którą trzy kolejne administracje wiernie implementowały, aż do nadejścia w 2012 r. ekipy Xi Jinpinga, który w minionych dziesięciu latach skutecznie rozmontowywał tamte realia, zastępując je swoimi.

Odeszła epoka Chin umiarkowanych, rozważnych, ostrożnych, wyważonych, a nade wszystko pragmatycznych i trzeźwych.

Odeszła epoka Chin umiarkowanych, rozważnych, ostrożnych, wyważonych, a nade wszystko pragmatycznych i trzeźwych. Przyszły w jej miejsce „myśli Xi Jinpinga” (zebrano już jej cztery tomy), mówiące o „nowej erze socjalizmu o chińskiej specyfice”, jak to się ujmuje w tamtejszym słownictwie. Zamiast pragmatyzmu, mamy powrót ideologii. Zamiast Chin odbudowujących swą potęgę skrycie i po cichu, co radził Deng, mamy Chiny asertywne, pewne siebie i kreślące śmiałe wizje, choć – co przyznał Xi nawet w referacie programowym zjazdu – mogące natknąć się „na wichury, wzburzone fale, a nawet niebezpieczne sztormy”. Zamiast żmudnego budowania merytokracji, a więc rządów oświeconych, starannie dobranych i posiadających niezbędne zaplecze doświadczeń, w duchu konfucjańskim (z poszanowaniem hierarchii i autorytetów), ponownie – jak wielokroć w chińskiej historii – powróciły rządy silnej osobowości, otoczonej dworem swojaków i potakiwaczy, wiernie transponujących „idee Xi Jinpinga” do całego społeczeństwa.

Zarówno skład personalny nowych władz, jak też forsowana przez Xi nowa ideologia świadczą, iż stawia się nacisk na elementy siły, a kwestie bezpieczeństwa wysuwa przed zagadnienia gospodarcze.

Zarówno skład personalny nowych władz, jak też forsowana przez Xi nowa ideologia świadczą, iż stawia się nacisk na elementy siły, a kwestie bezpieczeństwa wysuwa przed zagadnienia gospodarcze, dotychczas stale najważniejsze w procesie transformacji zainicjowanej przez Deng Xiaopinga. Jak wykazał w cennym opracowaniu berliński instytut MERICS, specjalizujący się w badaniu współczesnych Chin, bezpieczeństwo było wymieniane o 65 proc. częściej niż w poprzednim referacie programowym przed pięciu laty, podczas gdy gospodarka (jeszcze rzadziej rynek) o 14 proc. mniej.

W Chinach, jak kiedyś w USA, nastąpiła zmiana priorytetów. Zamiast poprzedniego sloganu „Gospodarka, głupcze”, mamy wyrazisty nowy: „Bezpieczeństwo, głupcze”. Ale nie tylko, bowiem zmiana jest jeszcze głębsza. Xi Jinping rządzi już dekadę, wypowiada się często i na wiele tematów, więc z jego licznych enuncjacji można wyczytać zręby jego „myśli”, czyli forsowanej przezeń ideologii.

Jak się wydaje, Xi Jinping buduje ją na czterech podstawowych filarach: leninizmie, rozumianym jako surowa dyscyplina w partii i państwie; hierarchicznym i paternalistycznym, a przy tym ­­- co ważne – rodzimym konfucjanizmie; a także na stale i starannie podsycanym nacjonalizmie (tak w stosunku do USA i Zachodu, jak przede wszystkim w kwestii Tajwanu, który „musi wrócić na łono Ojczyzny”).

Do tego dochodzi jeszcze filar czwarty, być może kluczowy, czyli marksizm, ale w rozumieniu ekonomicznym, nie czysto ideologicznym. On natomiast, co w polskiej (i nie tylko) literaturze tak sumiennie i wnikliwie pokazał Andrzej Walicki (szczególnie w tomie „Skok do Królestwa Wolności”), to nieufność do rynku, jego praw, związanego z nim rozwarstwienia dochodowego, a nade wszystko podważania autorytetu państwa i władzy w nim sprawowanej.

Sprawa wydaje się być poważniejsza, niż się sądzi, bowiem w pierwszą podróż nowy Stały Komitet pod przywództwem Xi udał się do Yan’anu, czyli tam, gdzie po słynnym Długim Marszu osiedli w jaskiniach na północy kraju chińscy komuniści po to, by po ponad dekadzie przejąć władzę w państwie. W Chinach, cywilizacji ideogramu, znaku i symbolu, przekaz stąd płynący jest więcej niż jasny: wracamy do komunistycznych korzeni po to, by przejąć kontrolę, tym razem nad wszystkimi już  chińskimi ziemiami (a więc wraz z Tajwanem).

Wyprawa najwyższego kierownictwa KPCh do rewolucyjnej kolebki w Yan’anie to kolejny mocny symbolicznie apel Xi Jinpinga o „wzniecenie ducha walki” w członkach 96-milionowej KPCh, a nawet całym społeczeństwie.  On właśnie, podobnie jak wcielanie w życie nowych idei i wizji Xi, jest teraz najważniejszy. A gospodarka, dotychczas tak istotna?

Odnosi się nieodparte wrażenie, że w tej Nowej Erze, jak się ją – i chyba słusznie – teraz nazywa, gospodarka zeszła na drugi plan w świetle innych priorytetów, związanych z napięciami na scenie globalnej (wojna ukraińska), rosnącymi wyzwaniami ze strony USA i wyraźnie narastającą wojną o najnowsze technologie, czego kolejnym przejawem była niedawna decyzja administracji Joe Bidena, o wstrzymaniu dostaw do Chin amerykańskich półprzewodników. Nad tym wszystkim w dzisiejszych kalkulacjach Pekinu góruje jednak problem Tajwanu, o którym Xi mówił bez niedomówień (otrzymując przy okazji największy aplauz zebranych na sali): „Rozwiązanie kwestii Tajwanu oraz dokończenia dzieła zjednoczenia wszystkich chińskich ziem jest dla Partii jej historyczną misją i niepodważalnym zobowiązaniem”.

W sensie czysto ekonomicznym na XX zjeździe żadnego przełomu nie było. Xi Jinping uparcie trzyma się strategii „zera tolerancji dla Covidu”, nie zważając na ogromne koszty z tym związane, o czym już tutaj pisałem. Natomiast istotne jest to, że do Statutu KPCh wprowadzono dwa nowe pojęcia ukute przez Xi. Chodzi o „powszechny dobrobyt”, który – do czego powrócono – ma być osiągnięty do 2035 r. oraz nowy model rozwojowy „podwójnego obiegu”, a więc z priorytetem gospodarki krajowej nad globalną oraz wskazaniem kwitnącej i rozbudowanej klasy średniej jako siły zamachowej tego modelu, a nie eksportu, jak było dotychczas. To ma być zarazem tamtejsza odpowiedź na wyraźne skracanie łańcuchów dostaw, czego już doświadczamy.

Czy oprócz tego, że wrócił do Chin syndrom Cesarza oraz rządy o podłożu ideologicznym grozi nam też izolacja z ich strony? Tego nie wiemy, ale sygnały stają się niepokojące. Kiedy XX zjazd zakończył obrady, odpowiedzią było mocne tąpnięcie na trzech chińskich giełdach oraz tych w okolicy. A w tydzień po jego obradach straty

na wszystkich giełdach, chińskich i międzynarodowych sięgały 12-14 proc. ich indeksów, przy równoczesnym wyraźnym osłabieniu kursu juana, do 7,26 juana za dolara, co dało najniższy kurs od 2008 r.

Jak widać, nastąpiła reakcja zwrotna: Xi Jinping nie ufa rynkom, czemu często daje wyraz, a one odpłaciły mu teraz pięknym za nadobne. Chiny wkroczyły w Nową Erę. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Czy jednak sam „duch walki”, o który tak mocno apeluje teraz nowy jedynowładca, będzie wystarczający? Czy nowe kierownictwo gospodarcze państwa, które zostanie ukształtowane po przyszłorocznej, marcowej sesji parlamentu, poradzi sobie z narastającymi wyzwaniami? Czy nowa ideologia skutecznie zastąpi dotychczasowy twardy realizm i pragmatyzm rządów?

Jednakże jedynowładztwo – jakie teraz Chinom zafundowano – na długą metę nie tyle musi być skuteczne, ile jest raczej receptą na katastrofę.

Mamy coraz więcej znaków zapytania tak wokół samych Chin, jak i sytuacji z nimi związanej. Na całym świecie odczuwamy teraz turbulencje. Chiny nie są z nich wyłączone. Owszem, w duchu konfucjańskim uporządkowały kwestie najważniejsze, czyli władzy i władztwa. Jednakże jedynowładztwo – jakie teraz Chinom zafundowano – na długą metę nie tyle musi być skuteczne, ile jest raczej receptą na katastrofę. Tego dowodzi historia powszechna, w tym także Państwa Środka (by chociażby przypomnieć ostatnie lata Mao Zedonga).

Jedynowładztwo to pełnia władzy, ale też – pełna odpowiedzialność. Xi Jinping musi się spieszyć, jeśli zamierza spełnić swe cele. Czy mu się uda? Zadecyduje najbliższe pięć lat, bo jeśli oczekiwań nie spełni, to choć zamierza rządzić jeszcze dłużej (nie wyznaczono, co też jest nowe, jego następcy), może popaść w poważne kłopoty. Ferment w społeczeństwie, a nawet w partii istnieje. Natomiast twarda, zauważalnie narastająca dyktatura, jest raczej receptą na niepowodzenie i klęskę, a nie zapowiadane sukcesy i prawdziwy „wielki renesans narodu chińskiego”.

obserwatorfinansowy.pl

Według Luisa Martineza z Uniwersytetu Chicago realnie chińska gospodarka może być mniejsza nawet o 7 bilionów dolarów - czyli przeszło o jedną trzecią - niż głoszą oficjalne statystyki. Naukowiec opiera swoje wyliczenia na analizie zdjęć satelitarnych, obrazujących aktywność gospodarczą. Celem badań nie było deprecjonowanie Chin, a sprawdzenie, jak oficjalne dane podawane przez państwa odbiegają od realiów. Martinez i jego zespół potwierdzili starą prawdę, że państwa autorytarne mają tendencję do znacznego zawyżania swoich osiągnięć. Jego praca potwierdza wyniki kilku wcześniejszych badań, które sugerowały, że Pekin zawyża dane na temat wzrostu gospodarczego o 2-3 proc.

W przypadku Chin dodatkowe kontrowersje wzbudziło przesunięcie ogłoszenia wyników gospodarczych za trzeci kwartał - z dnia przed na dzień po zjeździe. Oficjalnie Pekin nie chciał odciągać uwagi od zjazdu.

To  zastanawiające, gdyż wyniki - chociaż nie imponujące - były lepsze od zakładanych. Wzrost gospodarczy w trzecim kwartale wyniósł 3,9 proc. Dla porównania: w poprzednim kwartale, głównie za sprawą lockdownu Szanghaju, było to 0,4 proc. Wzrost gospodarczy Chin w 2022 r. prawdopodobnie wyniesie ok. 3 proc. 

wnp.pl

Pierwsze ślady obecności homo sapiens na wyspie Tajwan sięgają 30 tysięcy lat, a 3 tysiące lat przed naszą erą doszło do skolonizowania wyspy przez pierwsze grupy rolników, które są uznawane za przodków Aborygenów Tajwańskich. Jednak Tajwan, odkryty dla Europejczyków przez Portugalczyków w 1544 roku, wszedł na ścieżkę przemian społecznych, kulturowych i gospodarczych dopiero w pierwszej połowie XVII wieku, kiedy Holendrzy na południu a Hiszpanie na północy ustanowili swoje kolonie. Tych ostatnich Holendrzy wyparli w 1642 roku i przeprowadzili także szereg kampanii pacyfikacyjnych skierowanych przeciwko aborygenom, ale z czasem uznali, że współpraca z rdzennymi plemionami jest bardziej opłacalna. Jeszcze przed powstaniem holenderskiej kolonii wśród części plemion aborygeńskich w wyniku kontaktów z Europejczykami zaczęła ewoluować struktura polityczna. W wyniku czego na przełomie XVI i XVII wieku powstało pierwsze samodzielne państwo na Tajwanie, Królestwo Middag na zachodnim wybrzeżu wyspy. Z czasem zwasalizowane przez Holendrów, przetrwało jako odrębny byt polityczny do przejęcia Tajwanu przez dynastię Mandżurską XVIII wieku. Holenderska Kompania Wschodnio-indyjska nie mogąc przyciągnąć kolonistów z Europy zaczęła zachęcać do przyjazdu osadników z ludów Hokkien i Hakka z regionów dzisiejszych chińskich prowincji Fujian i Guangdong. W ciągu relatywnie krótkiego okresu rządów Holendrzy wprowadzili na wyspie gospodarkę pieniężną, rozpoczęli prace irygacyjne i stworzyli rynek płodów rolnych, przede wszystkim ryżu i trzciny cukrowej, wprowadzając pierwsze elementy kapitalizmu. Można się pokusić o stwierdzenie, że doszło wtedy do pierwszej przyśpieszonej i wymuszonej z zewnątrz quasi modernizacji Tajwanu.

Holendrzy zostali wygnani w 1662 roku przez Zheng Chenggong, powszechnie znanego jako Koxinga, lojalistę dynastii Ming pokonanej w 1644 roku przez Mandżurów, którzy ustanowili w Chinach swoją dynastię Qing. Koxing stworzył w południowo-zachodniej części wyspy własne państwo, Królestwo Tungning, które miało być bazą do odzyskania Chin kontynentalnych. Założona przez niego lokalna dynastia upadła w 1683 roku w wyniku chińskiej inwazji, kiedy Tajwan po raz pierwszy znalazł się pod kontrolą państwa chińskiego. Mandżurowie po wyeliminowaniu zagrożenia ze strony królestwa Tungning rozważali opuszczenie wyspy, ale ostatecznie postanowili utrzymać na niej obecność obawiając się, że mogłaby się stać bazą piratów. Jednak w tym okresie Tajwan formalnie nie jest traktowany jako część cesarstwa a terytorium pod administracją cesarską. Początkowo Mandżurowie również dążyli do repatriacji potomków osadników przybyłych z Chin i wprowadzili zakaz emigracji na wyspę. Na Tajwanie pozostało jedynie ok. 7 tysięcy Chińczyków, którzy mieli żony pochodzące z plemion aborygeńskich i posiadali własność. Mandżurowie, tak samo jak Koxinga, pozostawili holenderski system podatkowy, sieć szkół i świątyń (tworzących podstawy systemu opieki społecznej na wzór parafii protestanckich) oraz quasi kapitalistyczny system gospodarczy. Zakaz osiedlania się był utrzymywany do lat 60. XVIII wieku, ale został zakończony w wyniku presji demograficznej na kontynencie i już w 1811 roku na wyspie mieszkało ok. 2 mln migrantów z południa Chin. Rządy mandżurskie na wyspie wiążą się z konfliktami etnicznymi na tle ekonomicznym. W tym okresie Hokien spychają Hakka z najlepszych ziem uprawnych w głąb interioru, a ci wypierają aborygenów w tereny górskie. Skorumpowani urzędnicy z kontynentu traktują wyjazd na wyspę jako karę, co często jest prawdą, i nie są wstanie zapanować nad sytuacją. W latach 1683-1843 doszło do piętnastu dużych powstań przeciwko władzy Pekinu i niezliczonej liczby lokalny wystąpień. Buntowali się zarówno aborygeni, jak i osadnicy z Chin. Porządek zapewniały właściwie lokalne milicje, powstające zgodnie z podziałami etnicznymi i często walczące między sobą. Mimo niepokojów populacja i gospodarka rozwija się, głównie dlatego, że są pozostawione same sobie oraz w wyniku ekspansji gospodarczej Zachodu. Kiedy w wyniku I wojny chińsko-japońskiej Chiny straciły Tajwan na rzecz Japonii w 1895 roku, lokalne elity ogłuszają niepodległość jako Republika Formozy, ale wciąż uznawali Tajwan za podległy dynastii Mandżurskiej, co nie oznacza jednak, że miał być on częścią Chin. Jednak przewaga Japonii była zbyt duża i po paru miesiącach republika upadła.

Początek rządów japońskich oznacza brutalną pacyfikację (zginie 0,5% populacji), która najbardziej dotknie aborygenów, a niektóre wydarzenia mają znamiona ludobójstwa – represje wobec Aborygenów będą trwały z różnym natężeniem jeszcze w latach 30. Zostają rozwiązane lokalne milicje, zastąpione nowoczesnymi siłami policyjnymi, oraz ustanowiono scentralizowaną, wysoce zbiurokratyzowaną administrację na wzór japoński. W efekcie Japończycy jako pierwsi zdołali zaprowadzić swoje rządy na całości wyspy, włącznie z górzystym interiorem. Władze w Tokio są niechętne emigracji Japończyków, więc nie ma dużego japońskiego osadnictwa na wyspie, a przybywają głównie wojskowi i członkowie administracji z rodzinami. Pod rządami japońskimi Tajwan przechodzi modernizację i częściowe uprzemysłowienie, lecz wciąż jest krajem przede wszystkim rolniczym, ale rolnictwo ulega dalszej komercjalizacji, a głównym rynkiem eksportu staje się Japonia, co podtrzymuje kolonialny charakter rządów Japońskich. Tajwan staje się spichlerzem Japonii. Przeprowadzone są masowe prace irygacyjne i rozwija się nowoczesny system finansowy. Wprowadzona jest powszechna i obowiązkowa edukacja. Najważniejszym skutkiem japońskich rządów wydaje się rozpoczęcie, trwającego do dzisiaj, procesu homogenizacji populacji. Przed japońską kolonizacja trudno mówić o społeczeństwie tajwańskim a raczej o społecznościach żyjących na wyspie, zachowujących odrębność i często sobie wrogich. Po 1915 roku Tokio dąży do asymilacji Tajwanu, ale też jego ujednolicenia i zjednoczenia. Przedstawiciele wyspy są dopuszczeni do zasiadania w parlamencie w Tokio i chociaż władza wykonawcza pozostaje w rękach generał-gubernatora, to w 1935 roku zostaje powołany lokalny parlament, mający charakter doradczy. Japończycy wprowadzają także nowoczesny, jak na swoje czasy, system opieki społecznej i ochrony zdrowia. W 1937 roku następuje w Japonii odwrót od demokracji parlamentarnej i władze przejmują de facto kręgi wojskowe, co oznacza dla gospodarki wyspy przestawienie na produkcję na rzecz wojska. W armii cesarskiej służyło w czasie wojny ponad 200 tysięcy Tajwańczyków a poległo ponad 30 tysięcy. Po klęsce Japonii decyzją aliantów Tajwan i ponad 5 mln jego mieszkańców zostają przekazani Republice Chińskiej. Lokalne elity ponownie rozważają ogłoszenie niepodległości, ale realna władza jest w rękach administracji i armii japońskiej, które wypełnia decyzje zwycięskich mocarstw.

Tajwan zostaje przejęty przez rząd Republiki Chińskiej i po raz drugi staje się częścią państwa chińskiego. Z II wojny światowej Tajwan wychodzi bez większych szkód materialnych, ale gospodarka przestawiona na tory wojenne i odcięta od dotychczasowego rynku zbytu w Japonii pogrąża się w kryzysie. Sytuację pogarszają nacjonaliści z Kuomintangu (KMT), których rządy przed 1949 roku i ewakuacją władz Republiki Chińskiej na wyspę wiążą się z korupcją i przejmowaniem siłą tajwańskiego biznesu. Rozpowszechnia się nepotyzm, a przybysze z kontynentu nie tylko obsadzają stanowiska w administracji opuszczone przez Japończyków, ale też usuwają z wielu pozycji rodzimych Tajwańczyków, mimo ze sami nie mają odpowiednich kwalifikacji. Przyśpiesza to załamanie się usług publicznych, występują problemy z dostawami prądu i wody. KMT praktycznie likwiduje system opieki społecznej. Chińczycy z kontynentu traktują lokalną ludność z góry, a kontakty utrudnia bariera językowa – okazuje się, że nawet osoby mówiące w hokkien z kontynentu mają problem z lokalnym dialektem tego języka, ponieważ w międzyczasie ten rozwinął się de facto w samodzielny język: tajwański hokkien (zwany także: taigi, taigu, tajwańskim minnan, hoklo, holo lub po prostu językiem tajwańskim). W lutym 1948 roku dochodzi do zamieszek, które KMT wykorzysta jako pretekst do zmasakrowania lokalnych elit. Według róznych szacunków zamordowanych zostanie między 18 a 28 tysięcy ludzi, ale pojawiają się większe liczby. W maju 1949 roku ogłoszono stan wyjątkowy, który potrwa do 1987 roku i będzie wiązał się z autorytarnymi rządami, ale przy zachowaniu demokracji na najniższym stopniu samorządu terytorialnego. Administracja Republiki Chińskiej obejmuje w 1949 roku oprócz wyspy Tajwan także wyspy Kinmen, Wuqiu oraz Matsu. Od wybuchu wojny koreańskiej, Tajwan znajduje się pod ochroną USA i to pod naciskiem Amerykanów KMT przeprowadza reformę rolną, która eliminuje pozostałości feudalnych stosunków społecznych. Waszyngton dostarcza także pomocy gospodarczej i doradców. Od lat 60. Tajwan przezywa gwałtowny rozwój gospodarczy i przyśpieszoną kolejną falę modernizacji, dalszego uprzemysłowienia i do pewnego stopnia westernizacji (amerykanizacji). Pojawia się pojęcie „tajwańskiego cudu gospodarczego”. Społeczeństwo tajwańskie przechodzi od tamtej pory poważną transformację kulturową, świadomościową i tożsamościową. Uznanie w 1979 roku przez Stany Zjednoczone ChRL uderzyło w legitymizację KMT i zmusiło autorytarne rządy do rozpoczęcia procesu demokratyzacji, ale też budowy państwa dobrobytu. Pod koniec lat 80. rozpoczyna się proces odchodzenia od rządów jednopartyjnych, które kończą pierwsze powszechne wybory prezydenckie w 1996 roku. Równolegle od końca lat 70. są rozwijane relacje gospodarcze z komunistycznymi Chinami, które zaważą na rozwoju politycznym, społecznym i gospodarczym Tajwanu w XXI wieku.

zawielkimmurem.net