czwartek, 23 lutego 2023


Kiedy prezydent USA Joe Biden wizytował Ukrainę i gościł w Polsce, Rosję odwiedził Wang Yi, członek biura politycznego i dyrektor komisji ds. zagranicznych Komitetu Centralnego Chińskiej Republiki Ludowej. Jak poinformował rzecznik chińskiego MSZ, spotkanie na Kremlu miało na celu "promować więzi" między krajami.

Michał Bogusz z Ośrodka Studiów Wschodnich przyznał w TOK FM, że ta wizyta jest dla Rosjan niezwykle ważna, gdyż Wang Yi  jest "osobą z samego centrum władzy Komunistycznej Partii Chin" – Wizytuje ich i odpowiada na bolące potrzeby. Zapewnia tym samym, że nie są w całkowitej izolacji na świecie - mówił gość Jakuba Janiszewskiego.

Bogusz przyznał, że ważny jest również moment, w którym ta wizyta się odbyła. - Tuż przed rocznicą wybuchu wojny, w tym samym czasie, kiedy Biden jest w Polsce i przed chwilą był w Kijowie. Wang Yi wylądował w Moskwie tego samego dnia, kiedy Putin miał swój wielki speech przed parlamentem. To wszystko ma pokazać, że Chiny stoją za Putinem. Nie tylko za Rosją, ale też za nim. Z tego punktu widzenia jest to ewidentne wsparcie polityczne Rosji na arenie międzynarodowej, ale też osobiste Putina wewnątrz Rosji - powiedział w TOK FM specjalista z OSW.

Gość TOK FM dodał, że podczas spotkania Wanga z Putinem na pewno omawiano wspólne umowy, "które muszą być załatwione twarzą w twarz". - Pewne subtelności związane np. ze wsparciem Chin dla rosyjskiej machiny wojskowej. Nie mówimy o broni, ale o produktach podwójnego zastosowania np. różnego rodzaju czujniki zbliżeniowe itd. To wszystko, czego Rosjanom brakuje, a Chińczycy mogą im dostarczyć - wskazał.

Kolejną istotną kwestią, na którą  zwrócił uwagę Michał Bogusz, jest przedstawienie przez Chiny swojego stanowisko "wobec podstaw politycznego rozwiązania konfliktu w Ukrainie". - Niektórzy nazywają to chińskim planem pokojowym. To nie jest żaden chiński plan pokojowy. Moim zdaniem Pekin nie zgłosi się do mediacji czy zaproponowania jakichś konkretnych rozwiązań. Jednak mówi się, że albo Pekin, albo MSZ Chin przedstawi w piątek na rocznicę wybuchu wojny, jakieś stanowisko dotyczące chińskiego punktu widzenia na to, jak ten konflikt powinien być rozwiązany - zaznaczył rozmówca audycji "Połączenie".

Zdaniem gościa TOK FM Wang Yi prawdopodobnie przyjechał do Moskwy, aby taki punkt widzenia przedstawić Rosjanom wcześniej. - Żeby nie poczuli się niczym zaskoczeni. Zapewnić ich, że to jest tylko przedstawienie na potrzeby bieżącej polityki globalnej, przede wszystkim dla potrzeb globalnego południa - podkreślił. 

Ekspert nie ma wątpliwości, że ta wizyta jest również "próbą wbicia klina pomiędzy państwa zachodnie". - Chińczycy liczą na to, że przynajmniej niektórzy zachodni politycy uznają Pekin za gotowy do negocjacji i odegrania pozytywnej roli w tej sprawie. Moim zdaniem jest to jednak niemożliwe - podsumował Bogusz.

tokfm.pl

Aleksandr Chodakowski twierdzi, że pocisków na froncie jest za mało. "Problem nie polega na tym, że PFW przestała otrzymywać amunicję, ale że zaczęła ją otrzymywać jak wszyscy inni. Przyznaję, zazdrościliśmy "wagnerowcom", kiedy mieli własne lotnictwo na froncie, dzienną normę dwóch "Iskanderów " i jeden "Kalibr", kiedy podpisywano im podania o dwa i pół tysiąca "pturów" (przeciwpancernych pocisków kierowanych — przyp.) do ćwiczeń (!), kiedy ściągano do nich z całego kraju więźniów... Zazdrościliśmy, ale zrozumieliśmy, że nie każdemu można dać taką amunicję" - napisał Chodakowski. I wyjaśnia, że od teraz "wagnerowcy" pod względem zaopatrzenia stali się "jak wszyscy inni", wyrównano ich zasoby do ogólnych standardów, a dowódca tzw. "DRL" jest strasznie oburzony, że "ogólne standardy nie pozwalają na uzyskanie pożądanego rezultatu".

Chodakowski zauważył, że w okolicach Wuhłedaru przed ofensywą armia rosyjska ograniczała do minimum dzienne zużycie, aby zgromadzić zapasy przynajmniej na pierwszy dzień ofensywy. "To oczywiście nie wystarczyło, aby stłumić opór wroga i na konsekwencje nie trzeba było długo czekać" – napisał Chodakowski.

Na telegramowym rosyjskim kanale "WCzK-OGPU" opublikowano zdjęcia zardzewiałej amunicji, która leży w magazynach Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej.

"Kiedy Prigożyn oświadcza, że w magazynach Ministerstwa Obrony jest wystarczająca ilość amunicji, to wyszło, że on po prostu nie jest doinformowany. Sytuacja z amunicją jest niezwykle smutna, ale fakt ten jest starannie ukrywany. W jednostkach Sił Zbrojnych występują również niedobory amunicji, w wyniku czego zdarzają się przypadki dostarczania do jednostek amunicji niespełniającej norm, w tym kategorii 2 i 3 (z wadami lub w ogóle nie nadającej się do użycia bojowego)" - napisano na Telegramie.

Rankiem 23 lutego okazało się, że PFW "Wagner" jednak otrzyma amunicję. "Dzisiaj o godzinie 6 rano poinformowano, że rozpoczęto załadunek amunicji. Najprawdopodobniej proces się zaczął. Na razie tylko na papierze, ale jak nam powiedziano, główne papiery zostały już złożone" – powiedział właściciel PFW "Wagnera" Jewgienij Prigożyn.

gazeta.pl

Zgodnie z zasadami podstawowej arytmetyki wojskowej już dawno obliczono, że zniszczenie jednej dywizji niemieckiej będzie kosztować co najmniej istnienie trzech własnych, mimo to najwyższe dowództwo Armii Czerwonej aprobowało podobny stosunek strat. Ekstensywny sposób prowadzenia wojny został już w pełni zastosowany, machina śmierci była wyregulowana i pracowała bez zakłóceń. Były żołnierz N. N. Nikulin pisze: 

W dywizjach piechoty już w latach 1941–42 ukształtował się trzon zaopatrzeniowców, medyków, kontrwywiadowców, sztabowców i tym podobnych ludzi, którzy wypracowali mechanizm przyjmowania uzupełnień wojsk i wysyłania ich do walki, na śmierć.

Swego rodzaju młyn śmierci. Ten trzon zachował się w głównym składzie, przyzwyczajał się do swoich strasznych funkcji, nawet ludzi dobierano tam odpowiednich, którzy mogli poradzić sobie z takimi sprawami. Dowództwo też wybierano nie wymądrzające się — albo tępaków, albo męty społeczne, zdolne wyłącznie do okrucieństwa. «Naaaaprzód!» — i to wszystko.

Dowódca pułku piechoty w mojej macierzystej 311. dywizji awansował na to stanowisko z dowódcy oddziału pralniczo–łazienkowego. Okazał się niezwykle sprawny w pędzeniu swego pułku naprzód bez żadnych dyskusji. Niszczył go wiele razy, a w przerwach pił wódkę i tańczył Cyganeczkę. 

A przecież dowódca niemieckiego pułku, znajdującego się naprzeciw nas pod Woronowem, jeszcze w latach 1914–1918 dowodził batalionem, był profesjonalistą, znał wszystkie tajniki wojowania i, oczywiście, umiał strzec swoich ludzi oraz rozbijać nasze nacierające hordy… Wielki Stalin, nie obciążony ani sumieniem, ani moralnością, ani motywacją religijną stworzył wielką partię, która zdemoralizowała cały kraj i zdusiła odmienne poglądy. Stąd i nasz stosunek do ludzi.

Kiedyś przypadkowo podsłuchałem rozmowę komisarza z dowódcą uczestniczącego w walce batalionu strzeleckiego. Rozmowa ta wyrażała sens tego, co się dzieje: «Jeszcze dzionek, dwa powojujemy, dobijemy pozostałych i Pojedziemy na tyły przeformować się. No i wtedy się pobawimy!». Żołnierze zawsze byli łajnem. Zwłaszcza w naszym wielkim mocarstwie i zwłaszcza za socjalizmu.

Pamiętam, jak powiedziano gen. Simoniakowi: «Generale, nie można atakować tego wzgórza, tylko stracimy mnóstwo ludzi i niczego nie osiągniemy». Wiecznie pijany Simoniak (na Froncie Leningradzkim powierzono mu gwardyjski korpus strzelecki) odpowiedział:
«Wielka rzecz — ludzi… Ludzie — to pył. Naprzód!».

Gospodarz z Moskwy, dotykając palcem mapy, rozkazuje nacierać. Generałowie poganiają pułki i dywizje, a dowódcy na miejscu nie mają prawa przejawić inicjatywy. Rozkaz — «Naprzód!» i poszli umierać milczący żołnierze. Poszli na karabiny maszynowe. Obejście z flanki? Nie było rozkazu, wykonujcie, co rozkazano. Dowódcy nawet oduczyli się myśleć i rozważać, zatroskani bardziej tym, aby utrzymać się na swoim miejscu, aby zadowolić kierownictwo. Straty nie mają znaczenia. Zabito jednych, przypędzą innych. Ludzi dużo. A ludzi tych wyłapują na tyłach, na polach, w fabrykach, ubierają w szynel, dają karabin i — «Naprzód!». Zagubieni, wystraszeni, zdemoralizowani, giną jak muchy… Zadziwiająco różna jest psychika człowieka idącego do szturmu i tego, który obserwując atak z boku, sam nie musi umierać. Wtedy wszystko wydaje się proste: naprzód i tylko naprzód!

Władimir Bieszanow - Obrona Leningradu