czwartek, 21 marca 2019


Prezydent Trump, który obiecywał roczny wzrost na poziomie „czterech i pół, a nawet sześciu procent”, wraz z republikańskimi pomagierami w Kongresie doprowadził do bezprecedensowych deficytów. Według najnowszej prognozy Biura Budżetowego Kongresu (CBO) tegoroczna dziura budżetowa wyniesie 900 miliardów dolarów i każdego roku po 2021 będzie przekraczać sumę 1 biliona dolarów. A mimo zaangażowania takich środków cukrowy haj w gospodarce, wywołany przez ostatnie pogłębienie deficytu, już przemija. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że wzrost gospodarczy USA, który w 2018 wynosił 2,9 procent, w bieżącym roku spadnie do 2,5 procent, a w 2020 wyniesie tylko 1,8 procent.

Na problem niskiego wzrostu połączonego z dużymi nierównościami pracuje wiele czynników. Po źle zaprojektowanej „reformie” systemu podatkowego, którą przeprowadził Trump i republikanie, istniejące wcześniej wady systemu zostały pogłębione, jeszcze większy strumień zysków popłynął do najlepiej zarabiających. Ameryka wciąż nie zarządza dobrze procesami globalizacji, a rynki finansowe dalej są nastawione bardziej na czerpanie zysku (renty ekonomicznej) niż  na świadczenie użytecznych usług.

Dyrektorzy amerykańskich korporacji zadbali na przykład o to, by korzyści z obniżki podatków poszły głównie w dywidendy i wykupy akcji przez macierzyste przedsiębiorstwa, które w 2018 roku osiągnęły rekordową wartość ponad 1,1 biliona dolarów. Wykupywanie akcji winduje ich ceny i poprawia wskaźnik zysku z akcji (EPS), od którego są uzależnione zarobki wielu dyrektorów. Tymczasem inwestycje pozostały na niskim poziomie (13,7 procent PKB), a programy emerytalne wielu przedsiębiorstw dalej są niedofinansowane.

Dowody na rosnącą pozycję rynkową garstki przedsiębiorstw widać niemal na każdym kroku. Wysokie narzuty przekładają się na olbrzymie zyski. W wielu branżach – od niewielkich, takich jak producenci karmy dla kotów, po największe: telekomunikację, sieci kablowe, linie lotnicze i platformy technologiczne – kilka dominujących firm kontroluje 75–90 procent rynku. W niektórych przypadkach wskaźnik ten bywa nawet wyższy, a na poziomie lokalnym problem jest jeszcze bardziej zauważalny.

(...)

Za wzrost pozycji rynkowej przedsiębiorstw odpowiada wiele czynników. Jednym z nich jest rozwój sektorów, w których duże znaczenie ma efekt sieciowy (kiedy wartość danego dobra wzrasta wraz ze zwiększaniem się liczby jego konsumentów) i które łatwo może zdominować jedna firma – taka jak Facebook albo Google. Innym czynnikiem jest powszechne wśród czołowych biznesmenów nastawienie, że rynkowa dominacja to jedyna droga do zapewnienia stabilnych zysków. Warto przypomnieć słynne stwierdzenie inwestora i szefa funduszu hedgingowego Petera Thiela: „konkurencja jest dla frajerów”.

(...)

Co więcej, z perspektywy strony podażowej wysoka pozycja rynkowa zniechęca do inwestycji i wypracowywania innowacji. Firmy wiedzą, że jeśli zwiększą produkcję, będą musiały obniżyć ceny. Dlatego inwestycje w USA pozostają na niskim poziomie, mimo że przedsiębiorstwa odnotowują rekordowe zyski, a w rezerwach gotówkowych ulokowały już biliony dolarów. Poza tym po co się trudzić zwiększaniem produkcji czegoś, co ma wartość dla konsumentów, jeśli dzięki politycznym wpływom można manipulować rynkiem i ciągnąć jeszcze wyższą rentę ekonomiczną? Polityczne inwestycje w obniżanie podatków przynoszą znacznie wyższe zyski niż realne inwestycje w fabryki albo sprzęt.

Na domiar złego niska relacja wpływów z podatków do PKB (która wynosiła tylko 27,1 procent, zanim jeszcze Trump obniżył podatki) sprawia, że brakuje pieniędzy na inwestycje w infrastrukturę, edukację, opiekę zdrowotną i badania podstawowe, które pozwalają na utrzymanie wzrostu w przyszłości. To są akurat takie rozwiązania ze strony podażowej rynku, gdzie naprawdę sprawdza się teoria skapywania: zyski w jednym obszarze gospodarki po pewnym czasie przynoszą korzyści wszystkim.

krytykapolityczna.pl