środa, 8 października 2025



Dwa miesiące temu, podczas szczytu na Alasce, prezydent USA Donald Trump dał do zrozumienia, że jest skłonny przyjąć wiele postulatów Władimira Putina, licząc, że w zamian Moskwa pójdzie na ustępstwa — i zakończy wojnę z Ukrainą. Tymczasem w ostatnich tygodniach Rosja nasiliła ataki na Ukrainę i zintensyfikowała hybrydowe uderzenia na terytorium Europy. Kreml najprawdopodobniej postanowił wykorzystać słabość i rozdrobnienie wewnątrz NATO, by odnieść symboliczne zwycięstwo nad "zbiorowym Zachodem". Aleksandr Baunow analizuje, dlaczego reakcja na rosyjskie bezpilotowce pozostaje mieszana, a Kreml ryzykuje powtórzeniem błędu z 2022 r. — i wejściem na nowy etap eskalacji konfliktu z Zachodem.

Podczas gdy wojna w Ukrainie praktycznie utknęła w miejscu, Rosja przekroczyła nową granicę w Europie. Nie wiemy, co działo się za zamkniętymi drzwiami między Putinem a Trumpem w Anchorage, ale po ich spotkaniu Rosja nie tylko intensywniej uderza w ukraińskie miasta, lecz po raz pierwszy atakuje również kraje NATO w Europie.

Mało prawdopodobne, żeby Trump po cichu dał Putinowi błogosławieństwo. Po szczycie wielokrotnie wyrażał niezadowolenie, rozczarowanie, a nawet uciekał się do gróźb. Jednak po spotkaniu Putin, sądząc po jego słowach i działaniach, wyciągnął trzy wnioski. Po pierwsze: Trump nie jest gotów zapewnić mu zwycięstwa i zakończyć wojnę wyłącznie kosztem Ukrainy. Po drugie: Trump zgadza się na rozwijanie stosunków z Rosją bez konieczności natychmiastowego zakończenia wojny, choć ich pełnego odnowienia nie przewiduje przed ustaniem działań zbrojnych. Po trzecie: Trump nie ceni przesadnie Ukrainy — będzie jej pomagać tylko w ostateczności i nie za wszelką cenę.

Aby odebrać Ukraińcom możliwość oporu, Moskwa musi wyeliminować z gry Europę. Po Anchorage Rosja celowo zabrała się właśnie za ten kierunek. Według rosyjskich ocen Trump też nie przepada za Europą, uważa, że tam nie dopuszcza się do władzy jego zwolenników, postrzega NATO jako pasożyta, a UE jako konkurenta.

(...)

W każdym razie w ciągu trzech tygodni, łącząc różne metody i cele ataków, Rosja stworzyła w Europie nową rzeczywistość. Kreml już dawno nauczył się obwiniać Zachód za to, że prowadzi wojnę, ale po wycofaniu Ameryki z grona głównych wrogów, to właśnie Europa pozostała ostatnią przeszkodą na drodze do "rosyjskiego zwycięstwa". Trzeba pokazać, że za wspieranie Ukrainy Europejczycy będą teraz płacić nie tylko pieniędzmi: Rosja jest w stanie zniszczyć dotychczasowy europejski porządek i skierować gniew obywateli przeciwko ich politykom.

W ostatnich miesiącach Ukraina sprawiła, że mieszkańcy Rosji poczuli wojnę na własnej skórze. Ukraińskie drony blokowały lotniska, podpalały rafinerie, wreszcie częściowo unieruchomiły elektrociepłownie w obwodzie biełgorodzkim. Zastraszanie Ukrainy podobnym odwetem jest więc mało efektywne, bo Rosja atakuje dowolne cele. Na przykład bombardowania ukraińskich elektrociepłowni i elektrowni rozpoczęły się już trzy lata temu.

Repertuar pt. "zastraszanie Ukrainy" został już w zasadzie wyczerpany. Nie dotyczy to jednak nieustraszonych Europejczyków: jeśli nie dotrze to do nich teraz, to będziemy musieli wziąć się za infrastrukturę energetyczną.

Wysyłając drony do krajów europejskich, Rosja przekroczyła ważny symboliczny próg. Zrobiła to jednak w taki sposób, by zachować możliwość wycofania się — zastosować tradycyjną technikę rozmywania faktów dzięki zaprzeczeniom, drwinom i różnym wersjom wydarzeń.

Zadaniem ataków jest nie tylko odstraszenie Europejczyków od Ukrainy. Po czterech latach wojny rosyjskie zwycięstwo w Ukrainie, jeśli w ogóle osiągalne, będzie miało zupełnie inne znaczenie niż wcześniej.

Część rosyjskiego kierownictwa politycznego i wojskowego doszła do wniosku, że wynik przedłużającej się wojny coraz bardziej przeczy pierwotnym założeniom. Zamiast demonstrować siłę, Rosja okazuje słabość. Nie chodzi o zwycięstwo nad NATO i zbiorowym Zachodem na ukraińskich polach bitew, lecz o nieobecność w walce z deklarowanym przeciwnikiem. Obrazu tej słabości nie rozproszy już żaden militarny sukces w Ukrainie, intensywność uderzeń czy nawet jej hipotetyczna kapitulacja.

Trudno ukryć prosty fakt: uznając NATO i zachodnich sojuszników Ukrainy za swoich prawdziwych wrogów, Moskwa uderzała głównie i wyłącznie w Ukrainę, starając się przy tym nie zranić tych, których nazywała swoimi przeciwnikami — nawet jeśli chodziło o wyraźnie mniejsze, słabsze kraje, niezdolne samodzielnie stawić czoła rosyjskiej sile zbrojnej.

Przedłużająca się "specjalna operacja wojskowa" nie podważyła, lecz wręcz wzmocniła przekonanie, że NATO pozostaje wiarygodnym, praktycznie jedynym gwarantem bezpieczeństwa w Europie. Gdyby Ukraina była członkiem sojuszu, ta wojna — jak teraz często mówią w Waszyngtonie — w ogóle by się nie zaczęła.

Wśród rosyjskich rewizjonistów narasta poczucie, że Rosja wybrała tym razem zbyt dużego, zbyt mocnego i zbyt zmotywowanego przeciwnika — którego pokonanie, choć ważne dla "odtworzenia historycznej sprawiedliwości", ma niewielki związek z zamknięciem parasola NATO nad Europą.

W 2022 r. nikt poważnie nie myślał o innym przeciwniku. Sukces w Ukrainie miał szybko przekonać wszystkich i we wszystkim. Tak się jednak nie stało, a ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden ogłosił, że najmniejsze naruszenie terytorium NATO byłoby przekroczeniem progu prowadzącym do wojny światowej. Nastroje w Europie były wtedy jeszcze bardziej napięte niż dziś, ale od tamtej pory konflikt się zlokalizował, a wraz z nim — zdolności militarne Sił Zbrojnych Rosji i nawet ewentualne rosyjskie zwycięstwo. Gdyby dziś miało ono nastąpić, miałoby raczej znaczenie lokalne niż strategiczne, a Europejczycy znowu "przestaliby się bać".

Nowa amerykańska polityka obojętności wobec Europy wzmocniła pozycję tych, którzy wysuwali hipotezę o dekoracyjnym charakterze piątego artykułu Traktatu Północnoatlantyckiego o zbiorowej obronie. Według tej tezy członkowie NATO dzielą się na kilka kategorii i ani Stany Zjednoczone, ani Europa Zachodnia nie będą poświęcać swoich ludzi za sojuszników "drugiej kategorii", co więcej będą wahać się nawet wobec tych "pierwszej kategorii".

Nagły zwrot Trumpa plecami wobec Ukrainy w pierwszych miesiącach jego kadencji obudził w Moskwie zupełnie inne siły. Upewniły Putina w tym, że nadszedł czas, by podkopać wiarę w NATO poprzez bezpośrednie ataki.

Problem hybrydowych ataków jest oczywisty: dają "hybrydowy" efekt. To znaczy przekonują tych, którzy są już gotowi się przekonać, a pozostałym dają możliwość ich zignorowania. Ataki tego typu pozornie przekraczają czerwoną linię agresji militarnej przeciwko krajom członkowskim NATO, lecz robią to ostrożnie i niepewnie. Doskonale ilustrują maksymę złodziei "dopóki cię nie złapią, pozostajesz niewinny".

Hybrydowość ataków odbija się na przekonującej sile ich skutków. UE i NATO mają możliwość reagować w mieszany sposób: potraktować rosyjskie ataki jako powód do mobilizacji, ale nie uznać ich za atak uruchamiający art. 5. Takie wtargnięcia mogą pomóc Kremlowi zemścić się na Europejczykach za wsparcie dla Kijowa, zepsuć im życie, a nawet stworzyć propagandowy obraz ich zbiorowej bezradności. Nie wystarczą one jednak, aby rządy europejskie uznały tę bezradność lub aby stała się ona oczywista dla wszystkich.

Na europejskim szczycie w Kopenhadze 2 października dyskutowano nie tylko o przezbrojeniu Europy i "murze dronowym" na jej wschodniej granicy, lecz również o rozsądnym pomyśle Szwecji, by obronę przed dronami zdecentralizować do poziomu krajowego. Skróci to łańcuch uzgodnień potrzebnych do reakcji i wesprze lokalny przemysł obronny. Poza tym uwolni od konieczności traktowania każdego przelotu drona nad terytorium jako ataku na wszystkich członków NATO.

Innymi słowy, NATO jest w stanie rozsądnie podnieść swój własny próg bólu do poziomu bezpiecznego dla siebie i swojej reputacji. Na niejednoznaczne ataki Rosji sojusz odpowiada w sposób odczuwalny, ale nie do końca jednoznaczny — demonstrując póki co nie tyle tchórzostwo, co sztukę różnicowania poziomów zagrożeń.

Tak jak w Ukrainie, cele postawione przez Rosję mogą okazać się nieosiągalne przy użytych środkach. Aby sam Kreml nie doznał symbolicznej porażki, będzie zmuszony zbliżyć się do niebezpiecznego progu, by wyglądać bardziej wiarygodnie. Istnieje ryzyko, że, testując NATO i odstraszając Europę od Ukrainy, Putin sam stanie się sprawcą "swego Franciszka Ferdynanda". Kto wie, gdzie wyląduje przypadkowy dron.

Nie ma gwarancji, że nie powtórzy się rosyjski błąd z 2022 r. Wtedy na Kremlu wychodzono z założenia o słabości i nieistotności Ukrainy — jej armii, społeczeństwa i "nieprawdziwego" prezydenta-aktora. Teraz wychodzą z założenia o słabości i rozproszeniu NATO, dosłownie cytując własną propagandę.

Ostatnie przemówienie Putina podczas spotkaniu Klubu Wałdajskiego przesiąknięte było irytacją, że Europa nie działa zgodnie z jego planem. A plan jest przecież taki prosty: w wyniku hybrydowych ataków Europejczycy przestaną wspierać Ukrainę i przyznają, że boją się uruchomić art. 5. Strategiczne zwycięstwo nad Zachodem osiągnięte, więc pełnowymiarowe zwycięstwo w Ukrainie przestaje być konieczne.

— "Czy nie czuje się pan jak Aleksander I na jakimś nowym Kongresie Wiedeńskim? [chodzi o cara Aleksandra I Romanowa, inicjatora Kongresu Wiedeńskiego]" — podpowiada, wyprzedzając wydarzenia, dworski moderator podczas audiencji dla zagranicznych politologów, którzy ulegli rosyjskiemu władcy zamiast europejskim rządom. W odpowiedzi rosyjski lider z pobłażliwością zauważa, że jego poprzednik Aleksander krótkowzrocznie zajmował się restauracją monarchii absolutnych, zamiast — jak on obecnie — wyczuwać i właściwie realizować zapotrzebowanie na przyszłość.

Putin formułuje propozycję dla Europy: jeśli nie chcecie, żeby latały nad wami drony — przyznajcie się, że NATO to papierowy tygrys, a ja jestem nowym Aleksandrem, tylko lepszym.

Stąd paradoksalne połączenie tonów pokojowych i groźby oraz kolejne zanurzenie w przeszłość, któremu towarzyszy żal wobec przywództwa nazistowskiego: "W końcu Niemcy proponowały Polakom pokojowe rozwiązanie sprawy Gdańska i korytarza polskiego — rząd ówczesnej Polski kategorycznie odmówił". I jak tu nie współczuć, skoro jego własna propozycja dla Polski i Europy niewiele się różni — tylko zamiast Gdańska jest Ukraina: "Jeżeli dzisiejsza polityczna elita najwyższego szczebla w Polsce wyciągnie z tego wnioski, to zda sobie sprawę z tego, że to nie taki zły pomysł".

Putin już w 2021 r. wystosował Zachodowi ultimatum. Wtedy ceną odmowy miała być wojna z Ukrainą. Nowe ultimatum skierowane jest bezpośrednio do Europy w nadziei, że udowodni ono bezsensowność NATO. Poparte jest na razie dość ostrożnymi prowokacjami wojskowymi wobec kilku państw sojuszniczych i osobiście wyjaśnione przez Putina.

Ostrożny, hybrydowy, zamaskowany charakter rosyjskich uderzeń nie pozwala osiągnąć potrzebnej "terapeutycznej" wygranej nad Zachodem zamiast wciąż nieosiągalnego zwycięstwa nad Ukrainą. Chęć osiągnięcia jasności i mocniejszego dowodu swojej tezy może popchnąć Rosję za pewną granicę, po przekroczeniu której trudno będzie się już wycofać.

onet.pl\Meduza


7 października Władimir Putin obchodził 73. urodziny. 

(...)

Rzecznik prasowy Kremla Dmitrij Pieskow poinformował, że Putin spędzi swoje 73. urodziny w pracy, a w planach ma m.in. posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego i rozmowy telefoniczne z przywódcami innych krajów.

Tych jednak nie było za wiele. Do Putina zadzwonił prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew. Politycy po raz pierwszy rozmawiali po tym, jak w czerwcu 2025 r. siły bezpieczeństwa w Jekaterynburgu przeprowadziły nalot na dziesiątki osób pochodzenia azerskiego w związku z morderstwem sprzed 20 lat. W wyniku zatrzymania zginęli bracia Husejn i Zijaddin Safarow.

Podczas rozmowy Alijew złożył Putinowi życzenia urodzinowe, a także omówił z nim "aktualny stan i perspektywy stosunków między Azerbejdżanem a Rosją".

Rosyjski dyktator otrzymał również tradycyjne gratulacje od przywódców Białorusi, Kazachstanu, Turkmenistanu, Korei Północnej, Nikaragui, Indii, Turcji, a także od przywódców samozwańczych republik Abchazji i Osetii Południowej.

(...)

Podczas posiedzenia plenarnego deputowani Dumy Państwowej poświęcili też czas na złożenie Putinowi życzeń urodzinowych.

— Mamy szczęście. Na czele Federacji Rosyjskiej stoi silny prezydent. Dzisiaj są urodziny Władimira Władimirowicza. Złóżmy mu życzenia! Jeśli jest Putin — jest Rosja — powiedział przewodniczący Dumy Państwowej Wiaczesław Wołodin.

Jego zdaniem Rosja przeszła "ogromne próby" i dopiero wraz z wyborem Putina odnalazła siebie i podniosła się z kolan.

— Dzisiaj jest największą gospodarką Europy, czwartą na świecie, największą pod względem terytorium. Wszystkie wyzwania, przed którymi stoimy, może pokonać tylko kraj, na czele którego stoi silny prezydent, popierany przez społeczeństwo. Musimy być bardziej niż kiedykolwiek zjednoczeni wokół głowy państwa — apelował.

Następnie wszyscy deputowani wstali i zaczęli oklaskiwać Putina.

(...)

Serwis Agenctwo odkrył, że ​​urzędnicy otrzymali instrukcje, jak prawidłowo złożyć gratulacje Putinowi. Czoudura Erenede, koordynatorka Ruchu Kobiet Jednej Rosji i posłanka tej partii z Republiki Tuwy, opublikowała na portalu VKontakte "Specyfikację kampanii internetowej #GratulacjeOdDonbasuDoKamczatki". Później usunęła post, ale dziennikarze zdążyli go zobaczyć.

"Wpis powinien odzwierciedlać istotę kampanii (i być opatrzony tekstem, zdjęciem tematycznym lub zdjęciem autora). W poście należy: pogratulować prezydentowi Federacji Rosyjskiej. Jako treść towarzyszącą możesz wykorzystać zdjęcia prezydenta Władimira Putina. Opowiedz o najnowszych osiągnięciach, które miały miejsce w twoim regionie lub w całym kraju. Podaj przykłady poprawy w dziedzinie gospodarki, kultury, sportu, budownictwa państwowego" — napisano w instrukcji.

Dziennikarze przejrzeli posty oznaczone tym hashtagiem i znaleźli gratulacje od urzędników i polityków różnego szczebla, w tym senatora Rusłana Smaszniewa, naczelnika gurjewskiego okręgu miejskiego obwodu kaliningradzkiego Aleksieja Kuriłowa oraz Denisa Pestunowa, członka Izby Społecznej obwodu smoleńskiego. Projekt Botnadzor wyjaśnił, że boty kremlowskie również włączyły się w kampanię: opublikowały już 111 postów na VKontakte z hashtagiem "#GratulacjeOdDonbasuDoKamczatki".

Pod tym samym hasłem odbyła się akcja w Moskwie. Zorganizowała ją Młoda Gwardia, a uczestnicy ustawili się przed Ogólnorosyjskim Centrum Wystawowym, tworząc napis "Gratulacje od Donbasu do Kamczatki". Jak donosi kanał "Groza", za udział w akcji studenci mieli otrzymać tysiąc rubli (ok. 450 zł) i dyplomy.

W tym roku propagandziści nie wymyślili niczego nowego i złożyli gratulacje Putinowi według standardowego scenariusza. Władimir Sołowjow napisał na swoim kanale na Telegramie, że Putin zmienił bieg historii, "kiedy wydawało się, że kraj przestanie istnieć, że nie chodzi o to, czy się rozpadnie, ale o to, kiedy".

"Fakt, że Rosja nie tylko nie rozpadła się, ale także powiększyła swoje terytoria za rządów Putina, już wszystko wyjaśnia. (…) Putin zjednoczył kraj, powiększył go. Zwrócił kraj narodowi. Zwrócił nam ojczyznę" — stwierdził dziennikarz.

onet.pl


Ogólnie rzecz biorąc, nie ma pewnych danych na temat całościowych rosyjskich strat, podobnie jak ukraińskich. Pozostaje wyciąganie uśrednionych liczb spośród tych dostępnych oficjalnie. Nie ulega jednak wątpliwości, że to bezsprzecznie najkrwawsza rosyjska wojna od II wojny światowej. Nie ma też wątpliwości, że nawet jeśli przyjmiemy za prawdziwy poziom strat z szacunków ukraińskich oraz zachodnich, to skala rosyjskiej rekrutacji powinna je pokrywać. Według wyliczeń, bazujących na rosyjskich danych budżetowych, prowadzonych przez niemieckiego analityka Janisa Kluge, Rosjanie właściwie już od dwóch lat rekrutują średnio po 30-35 tysięcy ludzi miesięcznie. Chodzi o tych, którzy dobrowolnie podpisują kontrakty na służbę w zamian za bardzo atrakcyjne wynagrodzenie. Jego wysokość na przestrzeni ostatnich dwóch lat systematycznie rośnie, co pokazuje, że coraz trudniej ich znaleźć. O ile na początku 2024 roku wypłata za samo podpisanie kontraktu wynosiła około 500 tysięcy rubli (około 22 tysiące złotych), to teraz jest to około 2 milionów (88 tysięcy złotych). Dla wielu Rosjan, zwłaszcza z prowincji, są to ogromne pieniądze, wręcz z kategorii nie do zdobycia w inny sposób. Oznacza to też znaczne obciążenie dla finansów państwa, bo według wyliczeń Kluge, cały ten program kosztuje Rosję rocznie około 0,4 procent PKB.

Konkluzja jest jednak taka, że pomimo poważnych strat na froncie, Rosji na razie żołnierzy nie brakuje. Wręcz przeciwnie, ma ich albo dość na pokrycie strat, albo nawet na ciągłą rozbudowę liczebną.

gazeta.pl


Na razie w ogóle nie jest pewne, czy Waszyngton zdecyduje się przekazać tę broń Ukraińcom. Prezydent Donald Trump niby wyraźnie to sugeruje, ale nie padła żadna konkretna deklaracja. Być może Tomahowków pozostanie na dłużej w sferze niedomówień jako forma nacisku na Kreml. Rakiety te niewątpliwie mają bardzo dobrą reputację, są uznawane za groźną i skuteczną broń, co czyni je dobrym straszakiem. Tymczasem faktyczne przekazanie ich Ukraińcom wiązałoby się z serią problemów.

Podstawowym problemem jest sposób, w jaki trzeba by je odpalać. Standardowo Amerykanie robią to z okrętów US Navy, nawodnych i podwodnych. Tomahawki opracowano w latach 70. przede wszystkim jako broń morską. Tyle że Ukraińcy właściwie nie posiadają floty. Możliwości odpalania standardowych morskich Tomahawków więc nie mają i mieć nie będą. Wersji wystrzeliwanej z samolotów nigdy nie było. Wydawałoby się, że pozostaje najbardziej oczywiste rozwiązanie, czyli odpalanie ich z ziemi. Tylko że ono wcale nie jest takie oczywiste, bo lądowa wersja Tomahawka to aktualnie rarytas.

Kiedyś było inaczej. Jeszcze przed ukończeniem prac nad morską wersją rakiety w latach 70. zdecydowano się stworzyć dodatkowo wersję lądową. Obie weszły do służby równocześnie w 1983 roku. Lądową nazwano Gryphon. Około setkę wyrzutni, każdą z czterema rakietami, rozmieszczono w pięciu bazach w Europie Zachodniej. Tyle że w 1991 roku wszystkie wycofano ze służby i zezłomowano zgodnie z traktatem rozbrojeniowym INF [Intermediate-Range Nuclear Forces Treaty - przyp.red], podpisanym z ZSRR. Wszystko to stało się pod dokładną kontrolą Rosjan. Przez ponad dwie dekady nie widziano potrzeby odtworzenia tego rodzaju broni, tak długo jak w mocy pozostawał traktat INF. Morska wersja jak najbardziej wystarczała. Traktat INF umarł jednak w 2019 roku, wraz z wycofaniem się z niego USA. Wersja oficjalna głosiła, że to z powodu Rosjan, którzy - choć temu zaprzeczali - w ukryciu opracowywali zakazaną lądową rakietę manewrującą. Amerykanie przy okazji wskazywali, że INF to anachronizm, skoro nie są nim objęte Chiny. Zwracali też uwagę, że tworzy to niekorzystną dla nich sytuację na Pacyfiku.

Właściwie natychmiast po wycofaniu się z traktatu, Amerykanie zaczęli oficjalnie prace nad odtworzeniem lądowych Tomahawków. Nieoficjalnie trwały już wcześniej. Przyjęte rozwiązanie jest bardzo proste. W dużym kontenerze umieszcza się podnoszoną do pionu lekko zmodyfikowaną morską wyrzutnię rakiet Mk 70, instalowaną zwykle na mniejszych okrętach US Navy. Każda zawiera do czterech pocisków Tomahawk lub przeciwlotniczych/przeciwrakietowych SM-6. Cztery takie kontenery na naczepach holowanych przez ciężarówki, wraz z dodatkowymi pojazdami dowodzenia i wsparcia, stanowią baterię systemu Typhoon. Pierwsza weszła wstępnie do służby w 2023 roku.

Teoretycznie narzędzie odpowiednie dla Ukraińców więc jest. Problem w tym, że to jeden z priorytetowych programów modernizacyjnych Pentagonu, a nowe i bardzo pożądane rozwiązanie jest aktualnie produkowane na bardzo małą skalę. W służbie są tylko dwie baterie przeznaczone do służby na Pacyfiku. Trzecia jest w przygotowaniu z przeznaczeniem dla europejskiego teatru działań. Plany zakładają, że trafi tu w 2026 roku, a trzy kolejne są zamówione i też podzielone pomiędzy Pacyfik i Europę. Mają być produkowane w tempie jednej rocznie. To oznacza więc sześć baterii dla wojsk USA, rozrzuconych na dwóch krańcach globu. Można być właściwie pewnym, że perspektywa nagłego oddania jednej Ukraińcom, wywołuje w Pentagonie palpitacje serca. 

(...)

Same rakiety Tomahawk, przynajmniej teoretycznie, nie powinny być problemem. Gorzej z praktyką. Amerykanie od początku lat 80. kupili ich dla swojego wojska prawie dziewięć tysięcy. Około dwa i pół tysiąca wystrzelili. Nawet zakładając, że część sprzętu przekroczyła tak zwany resurs (termin przydatności broni do użycia), to powinni mieć znaczny ich zapas, idący w tysiące. Tyle że ten jest zapewne rozdysponowany pomiędzy różne dowództwa, które nie będą skore do oddawania swoich zapasów. Zwłaszcza to pacyficzne, które regularnie alarmuje, iż ma za mało amunicji na wypadek ewentualnego konfliktu z Chinami. Produkcja Tomahawków ciągle trwa, ale jest na poziomie kilkudziesięciu sztuk rocznie. Na przyszły rok zaplanowano zakup 57 dla wojsk USA. Dodatkowo trwa produkcja dla Australii, Holandii i Japonii. Nie jest to więc skala pozwalająca bez problemu i szybko pokryć potencjalne potrzeby Ukrainy z bieżącej produkcji. Amerykańskie zapasy to co innego, ale Pentagon raczej będzie się bronił przed ich uszczuplaniem. Agencja Reutera już cytowała kilku anonimowych urzędników związanych z administracją w Waszyngtonie, którzy wprost twierdzili, że przekazywanie Ukrainie Tomahawków nie będzie możliwe z uwagi na własne potrzeby wojska USA.

gazeta.pl