czwartek, 27 października 2022


Niektórzy analitycy kwestionowali, czy obawy o bezpieczeństwo energetyczne mogą prowadzić do dłuższego korzystania z paliw kopalnych, spowalniając transformację energetyczną. Niektóre kraje – w tym USA i Wielka Brytania pod rządami poprzedniej premier Liz Truss – zobowiązały się zachęcać do wydobycia paliw kopalnych, aby spróbować obniżyć ceny. Jednak Fatih Birol, dyrektor MAE, powiedział, że kryzys energetyczny spowodowany rosyjską inwazją „w rzeczywistości przyspieszy przejście na OZE”. MAE stwierdziła, że ​​planowane inwestycje w zieloną energię w odpowiedzi na kryzys oznaczały, że – po raz pierwszy – polityki rządów doprowadzą do wzrostu popytu na paliwa kopalne w tym dziesięcioleciu. Agencja przytoczyła znaczące przykłady z amerykańskiej ustawy o redukcji inflacji, unijnego pakietu redukcji emisji oraz działań Japonii, Korei Południowej, Chin i Indii.

Zgodnie z nowymi planami inwestycje w OZE i atom, wzrosną do 2030 roku do 2 biliona dolarów. Jednak roczne inwestycje w czystą energię musiałyby osiągnąć 4 biliony dolarów do 2030 roku, aby osiągnąć zerową emisję dwutlenku węgla netto do 2050 roku, co ilustruje skalę wyzwania, przed którym stoją rządy na całym świecie. Fala inwestycji w czystą energię będzie również kosztować Rosję 1 bln dolarów utraconych przychodów z paliw kopalnych do 2030 roku w porównaniu z sytuacją sprzed inwazji, powiedział Birol. Dodał, że Rosja, wcześniej największy na świecie eksporter paliw kopalnych, miałaby „znacznie zmniejszoną rolę w międzynarodowych sprawach energetycznych”, ponieważ spada zależność świata od spalania metanu w celu uzyskania energii.

Birol powiedział, że kryzys nie zmienił oceny MAE, że wszystkie nowe projekty związane z paliwami kopalnymi powinny zostać natychmiast wstrzymane, aby świat osiągnął zerową emisję netto do 2050 roku. – Nowe projekty wydobycia ropy i gazu zagrażają naszym celom klimatycznym. Złota era gazu dobiega końca – powiedział.

biznesalert.pl/The Guardian

Jegor, pułk zmechanizowany: „Ostatni raz byłem w wojsku 9 lat temu. Otrzymałem specjalizację: celowniczy BWP-2 (...) Wydawało mi się, że nie kwalifikuję się do mobilizacji, ponieważ nie pozwala mi na to zdrowie. Mam torbiel w mózgu wielkości 6 cm. Mam ataki drgawek (...) Wezwano mnie do działu kadr w miejscu, gdzie pracuję. Tam dwóch mężczyzn, których nie znałem oświadczyło mi że brak stawienia się oznacza karę więzienia. Kazali dzisiaj stawić się w wojenkomacie (...) Na placu apelowym jeden z żołnierzy dostał ataku epilepsji. Widziałem też zmobilizowanego o kulach". Jegor został zmobilizowany dzień po ogłoszeniu decyzji przez Putina. Tydzień później był już w ukraińskiej niewoli. Był na froncie ługańskim, gdzie w pierwszej potyczce z oddziałem ukraińskim jego ścieżka bojowa się zakończyła. Jegor skarżył się, że nie było oficerów, a w BWP nie działała łączność. Jego relacja potwierdza inne świadectwa o niskim morale, kiepskim dowodzeniu oraz szybkim „łataniu" frontu zmobilizowanymi rekrutami. 

W połowie października „Nasza Niwa" informowała, że na froncie zginęło już 100 rezerwistów powołanych na fali mobilizacji. Do momentu trafienia na front żołnierze nie otrzymują odpowiedniego wyposażenia, są uzbrajani w starą broń, widoczne są braki w amunicji. Jest nawet problem z jedzeniem. „Oficerowie traktują nas jak bydło" – słyszymy na nagraniu. Na innych nagraniach widać pijaństwo, walają się porzucone butelki wódki, „mobilki" słaniają się na nogach. „Najłatwiej uzyskać dane osobowe alkoholików i osób leczących się z uzależnienia od narkotyków" – podał rosyjski kanał Możem Objasnit na Telegramie. Wojenkomaty mobilizują, więc tych których najłatwiej ściągnąć. Młodzi Rosjanie, którzy posiadali oszczędności uciekli za granicę. Pijaństwo nie jest patologią tylko na tyłach. Z udostępnionego przez ukraińskiego wiceszefa dyplomacji Ukrainy Antona Heraszczenko nagrania, wynika że rosyjscy żołnierze w bezpośredniej drodze na front są zamroczeni alkoholem. „Wygląda na to, że dają im wódkę zamiast uzbrojenia i hełmów" – podkreślił Heraszczenko. Grupa Wagnera ma nawet wyciągać z więzień mężczyzn zakażonych HIV. W grupach „mobilków" mają być wybierani przedstawiciele do rozmów z dowództwem, co powoli przypomina rewolucyjną praktykę z okopów I wojny światowej.

W miejscach koncentracji dla zmobilizowanych żołnierzy dochodzi do bójek, bardzo często na tle etnicznym. Tylko w jednym z takich ośrodków, w obwodzie swierdłowskim, trzech mężczyzn odnaleziono martwych. Nie trafili nawet na front. 46-letni zmobilizowany Rosjanin popełnił samobójstwo. Drugi umarł z powodu marskości wątroby. Trzeci oficjalnie zmarł z powodu ataku serca.

"Wysadzono nas na Ukrainie i powiedziano, żebyśmy zajęli pozycje w okopach i tam siedzieli, nie otrzymaliśmy od dowódców żadnych zadań, pozostawiono nas bez jedzenia i wody. W końcu po trzech dniach oddaliśmy się niewolę" – stwierdzają jeńcy na jednym z nagrań. Wyglądają na mężczyzn w podeszłym wieku.

W artykule „Fabryka mięsa armatniego" Nowaji Gaziety. Jewropa czytamy o fałszowaniu dokumentów przez komendy uzupełnień. W książeczkach wojskowych mobilizowanych mają być przekreślane dotychczasowe specjalizacje. W ten sposób „kucharze" są zamieniani na „strzelców", a „mechanik lotniczy" na „snajpera". O patologiach mobilizacji informują rodziny branych w kamasze. Rezerwistom są rekwirowane telefony, więc mają ograniczone pole wynoszenia na zewnątrz informacji ze środka, ale Moskwie i tak nie udało się całkowicie wyciszyć tych spraw. Żona jednego z „mobilków" skarży się, że jej mężowi skreślono wojskową specjalizację inżynieryjną i przekwalifikowano na „artylerzystę". To pozwala w trybie pilnym wysyłać takich żołnierzy na front. Teoretycznie przekwalifikowanie żołnierza powinno się wiązać z odbytym specjalistycznym szkoleniem. Szkoleń nie ma, choć oficjalnie widnieją w papierach.

defence24.pl

Andriej (imię mężczyzny zostało zmienione przez redakcję ze względów bezpieczeństwa), lekarz z Mozyrza na Białorusi, uciekł w sierpniu ze swojego kraju. W zabawce swojej córki ukrył dysk z plikami, które pokazywały to, czego był świadkiem w swojej pracy - zdjęciami rentgenowskimi rannych rosyjskich żołnierzy. - Ukraina jest mi bardzo droga. Martwiłem się o moich bliskich przyjaciół i rodzinę, którzy tam mieszkają [...] A jednak bomby były wystrzeliwane na nich z terytorium, na którym mieszkałem - powiedział w rozmowie z CNN.

W nocy 24 lutego Rosja zaatakowała Ukrainę - także ze strony Białorusi. Ranni rosyjscy żołnierze zaczęli trafiać do szpitali swojego sąsiada. Informacje te potwierdziło jeszcze w marcu między innymi "Deutsche Welle". Do placówek trafiali mężczyźni "bez rąk, nóg, uszu, oczu". W placówkach miały być nieustannie przeprowadzane operacje, nawet 50 w ciągu jednej nocy. 

Jak podkreśla CNN, białoruscy lekarze "zostali wciągnięci w wojnę, na którą się nie pisali. Nieświadomie zostali zaciągnięci jako quasi-bojowi medycy i zobowiązani przysięgą Hipokratesa do zapewnienia ratującej życie opieki". Nierzadko byli zmuszeni do podpisania klauzul poufności.

"Ze swoich stołów operacyjnych białoruscy pracownicy medyczni uzyskali być może najwyraźniejsze poczucie skali ofiar poniesionych przez Rosję w pierwszych tygodniach wojny" - podkreśla stacja. 2 marca rosyjski MON informował o 498 zabitych rosyjskich żołnierzach oraz 1 600 rannych. Szacunki Stanów Zjednoczonych i NATO wskazywały jednak w tym czasie na od 3 tys. do nawet 10 tys. zabitych. 

Władze Mozyrza miały "dołożyć wszelkich starań", by ukryć informacje o liczbie rannych żołnierzy i rodzajach ich obrażeń. Jak czytamy, mimo to Andriejowi udało się w tajemnicy skserować zdjęcia rentgenowskie kilkudziesięciu żołnierzy leczonych w jego szpitalu. - To, co zabrałem ze sobą, ta część archiwum, mogło wpędzić mnie w kłopoty prawne za szpiegostwo - podkreślił lekarz.

Niektórym brakowało oczu, inni wymagali amputacji - po przybyciu ze zgorzelinowymi, roztrzaskanymi kończynami - kilku było sparaliżowanych, jeden stracił część mózgu, a inny żuchwę. Kilku z nich nosiło opaski uciskowe przez wiele dni, aby powstrzymać krwawienie, ich ciała były usiane kulami i odłamkami - przytacza CNN.

Mężczyzna przyznał, że "największą falę ofiar" przybywających do szpitala, ujrzał rankiem 28 lutego. Do placówki zaczęły napływać całe autobusy rannych mężczyzn. Podkreślił także, że większość rannych była młodymi, niedoświadczonymi żołnierzami i poborowymi z odległych części Rosji. Na początku marca do szpitala miejskiego w Mozyrzu miało trafiać od 40 do 50 rannych dziennie. Poza tą placówką rannych Rosjan przyjmowały jednak jeszcze co najmniej dwa inne szpitale w obwodzie homelskim.

gazeta.pl