sobota, 13 września 2025



Według Kaszewarowej nie istnieje bezpośredni zakaz udziału w wojnie żołnierzy z tzw. chorobami społecznymi ani zwolnienia ich ze służby przed formalnym odejściem. Żołnierz jest zwalniany tylko wtedy, gdy posiada kategorię "D". Ci chorzy mają kategorię "B".

— Ale bywa, że w wyniku oszustwa na "specjalną operację wojskową" trafiają żołnierze ciężko chorzy albo zarażają się wirusowym zapaleniem wątroby podczas transfuzji krwi w szpitalu czy kontaktu z krwią zakażonego w warunkach polowych, gdzie trudno to wszystko kontrolować — mówi Kaszewarowa. — W każdym z przypadków potrzebne są leki. Zwłaszcza dla tych, którzy zarazili się już podczas "operacji" — wtedy można ten proces zatrzymać. Ci natomiast, którzy chorują od dawna, pogłębili chorobę alkoholem i narkotykami, a potem poszli podpisać kontrakt, powinni albo odpowiadać za oszustwo, albo — jeśli już dostali wypłaty — służyć w osobnej jednostce. Tak będzie sprawiedliwe. A opaski są potrzebne, by lekarze i grupy ewakuacyjne wiedzieli, że żołnierz jest chory, i zachowywali szczególną ostrożność".

Nieco wcześniej Kaszewarowa tak opisywała sytuację na froncie:

"Front to siedlisko chorób. Tam, gdzie jest śmierć, nieustannie grasują choroby i jej roznosiciele — szczury, myszy, wszy. Problem w tym, że na początku źle to przeliczyli i armia poniosła straty, a mobilizacja była tylko częściowa. Zaczęto brać na kontrakty więźniów, ludzi z WZW, czy z HIV, a obecnie zatrudnia się ich masowo. Wagner miał nawet osobny projekt Umbrella dla chorych, którzy walczyli oddzielnie. Do tego różne środowiska, w tym romskie i miejscowy margines, wciągały żołnierzy w narkotyki. Narkotyki = zakażenie HIV i WZW. Wspólny okop, wspólny stół operacyjny — i wirus przechodzi od chorego na zdrowego. Może do tego dojść przy transfuzji, ale też w codziennym życiu wojskowym. Teraz w armii jest po prostu epidemia WZW typu C. Choroba ta nie ujawnia się od razu. Zagrożeni są nie tylko koledzy z jednostki, ale i rodziny, gdy żołnierz jedzie na przepustkę do domu".

(...)

— Trzeba pamiętać, że w rosyjskiej armii ogromny odsetek stanowią byli więźniowie i osoby z marginesu, które poszły zabijać, by spłacić kredyty. Niektórzy z nich to nałogowi narkomani. Tylko niewielką część stanowią zawodowi żołnierze i zmobilizowani — mówi anonimowo rosyjski lekarz, zajmujący się rehabilitacją rannych i ciężko chorych wojskowych wracających z Ukrainy.

— Są nawet całe oddziały złożone z mieszkańców Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republiki Ludowej, gdzie od 2014 r. występowały ogromne problemy ze służbą zdrowia, a część miast leżała na linii frontu i opieki medycznej tam w zasadzie nie było. Z moich obserwacji wynika, że w tych regionach wielu młodych ludzi cierpi na HIV, WZW i inne poważne choroby. Jeden taki żołnierz może zarazić dziesiątki kolegów — dodaje.

(...)

Według lekarza rehabilitanta, nawet połowa rosyjskich więźniów idących do armii to byli narkomani, którzy w wojsku wracają do nałogu. Możliwe, że na froncie istnieją całe sieci dystrybucji narkotyków, w które zaangażowani są żołnierze, miejscowi, a nawet część wolontariuszy.

Ponieważ z alkoholizmem w jednostkach zaczęto walczyć bardziej zdecydowanie, wielu żołnierzy przerzuciło się na narkotyki.

Inaczej nie da się odreagować stresu i stłumić PTSD. Tak mówią w szpitalach ci, którzy trafiają tam prosto z frontu — twierdzi lekarz.

(...)

— W praktyce chorych na WZW C z armii się nie zwalnia — dodaje wojskowy lekarz. — Teoretycznie można, jeśli potwierdzi się przewlekłą postać choroby badaniami PCR, biochemią, biopsją czy elastometrią i USG wątroby. Diagnoza "przewlekłe WZW" wymaga biopsji. Ale w rzeczywistości komisja puści cię do cywila tylko, gdy masz marskość wątroby i 1. grupę inwalidzką. To już wyrok. Jeśli wykryją HIV, można starać się o demobilizację. Ale wielu z nich tego unika i podczas podpisywania kontraktu świadomie ukrywa swoje choroby".

Jeśli przyjąć za jednostkę liczbę nowych przypadków w I kwartale 2022 r., to jesienią 2022 r. było ich już pięć razy więcej, pod koniec 2022 r. — 13 razy więcej, a na początku 2023 r. odnotowano szczyt zachorowań — ponad 40-krotny wzrost.

Potem tempo wzrostu spadło, ale w porównaniu z okresem sprzed wojny liczba zakażonych wciąż pozostaje bardzo wysoka. Pod koniec 2023 r. HIV wykrywano u wojskowych ok. 20 razy częściej niż przed wojną.

W materiale podkreślono, że w 2023 r. absolutną większość żołnierzy z HIV w armii stanowili kontraktowcy (99,8 proc. wszystkich wojskowych). Z tego niemal wszyscy to szeregowi i marynarze (93,5 proc. ), mniejsza część to oficerowie (4,4 proc. ), chorążowie i bosmani (1,8 proc. ) oraz kadeci (0,1 proc. ). Kontraktowcy dostarczali fikcyjne zaświadczenia o braku zakażenia HIV, choć wiedzieli o swojej diagnozie. Autorzy badania zauważają, że faktyczna liczba zakażeń może być znacznie wyższa.

Autorzy cytowanego artykułu zwracają uwagę, że wymiana informacji o przypadkach HIV między rosyjskimi ministerstwem obrony a ministerstwem zdrowia nie ma miejsca. Z ich danych wynika, że ponad 60 proc. nowo powołanych kontraktowców z HIV wcześniej figurowało w rejestrach centrów AIDS — czyli zarazili się jeszcze przed służbą. Według badaczy gwałtowny wzrost liczby zakażeń HIV może być także związany z wielokrotnym używaniem tych samych jednorazowych strzykawek na froncie:

To nic nadzwyczajnego. Strzykawki kończą się bardzo szybko, zwłaszcza w czasie wojny — mówi ekspert ds. epidemiologii.

— W przyfrontowych szpitalach niezwykle trudno stworzyć odpowiednie warunki leczenia. Krew jest wszędzie. Potok rannych nie ustaje. Nawet sal operacyjnych nie możemy dobrze zdezynfekować. Strzykawek używa się wielokrotnie, podobnie jak narzędzi chirurgicznych.

— Rannych nosi się na brudnych noszach. Brakuje bandaży — czasem pierzemy zużyte. W ciężkich przypadkach konieczna jest transfuzja krwi. A przecież wielu z żołnierzy nie wie, że jest zakażonych HIV lub WZW i oddaje krew innym.

(...)

Propozycje Kaszewarowej dotyczącą tworzenia specjalnych jednostek złożonych wyłącznie z chorych żołnierzy i oficerów wszyscy rozmówcy uznali za niewykonalną. — Faktycznych badań żołnierzy w strefie działań bojowych się nie prowadzi. Kto na co choruje, można stwierdzić dopiero przy rotacji na tyły. A i tak, podczas urlopu, żołnierz albo od razu wpada w ciąg alkoholowy, albo jedzie do rodziny i pije tam. Tak czy inaczej, roznosi choćby WZW. Do lekarzy zgłasza się rzadko. A przecież to w wojskowych szpitalach powinni go leczyć. Te są jednak przepełnione rannymi i kontuzjowanymi.

— W takim oddziale śmiertelność będzie bardzo wysoka — wyjaśnia lekarz-rehabilitant. To się zamieni w "baraki zarazy" — Wszyscy się tam wzajemnie pozarażają. Po tygodniu wszyscy będą mieli gruźlicę, a po miesiącu zapalenie wątroby. Przecież nie można pozwolić na to, żeby ludzie tak po prostu umierali. Trzeba będzie ich umieszczać w szpitalach, które już i tak pękają w szwach. Chorych należałoby demobilizować do cywila. Ale skoro dostali już pieniądze za kontrakt, nikt ich nie wypuści. Trzeba się liczyć z tym, że w armii już teraz szaleje epidemia najcięższych chorób. A gdy nastanie pokój i do rosyjskich miast wróci fala zdemobilizowanych, sprowadzą ze sobą gwałtowny wzrost zakażeń różnymi chorobami. I nie wiadomo, czy osłabiona reformami rosyjska służba zdrowia będzie na to gotowa.

onet.pl