Ukraiński obserwator wojskowy Kostyantyn Maszowiec poinformował 21 grudnia, że siły rosyjskie zakończyły zajęcie Siwierska, posunęły się na wyżyny na zachód i północny zachód od Siwierska i dotarły do kamieniołomu kredy na zachód od Siwierska. Maszowiec poinformował, że siły rosyjskie również odniosły taktyczne zyski na północ od Świato-Pokrowskiego i od połowy listopada 2025 r. zajęły Fiodorówkę i Wasiukówkę (wszystkie na południowy zachód od Siwierska). Kreml twierdził, że siły rosyjskie zajęły Siwiersk od 11 grudnia, a prezydent Rosji Władimir Putin i wyżsi rangą rosyjscy urzędnicy obrony wykorzystują zajęcie miasta do promowania fałszywej narracji, że linie ukraińskie upadają i że siły rosyjskie są w stanie natychmiast grozić Słowiańskowi. Rosyjskie wysiłki w kierunku Siwierska były niezwykle długotrwałe, zwłaszcza że Siwiersk ma powierzchnię około 10 kilometrów kwadratowych i przedwojenną populację około 11.000 osób. Siły rosyjskie potrzebowały 41 miesięcy, aby posunąć się około 12 kilometrów od Łysyczańska (na wschód od Siwierska) do zachodniej granicy administracyjnej Siwierska. Ukraiński opór znacznie opóźnił rosyjskie wysiłki na podejściu do Siwierska: ISW ocenia, że siły rosyjskie zajmowały Wierchnokamiańskie (około czterech kilometrów na wschód od Siwierska) od 9 października 2024 r., Biłohorivkę (około 10 kilometrów na północny wschód od Siwierska) od 23 lutego, 2025 r. i Serebryanke (około czterech kilometrów na północny wschód od Siwierska) od 16 sierpnia 2025 r. ISW po raz pierwszy zaobserwowało dowody na to, że siły rosyjskie wkroczyły w granice miasta Siwierska nie później niż 18 listopada, co wskazuje, że siłom rosyjskim prawdopodobnie zajęło 33 dni całkowite zajęcie miasta (o powierzchni trzech parków centralnych) po wejściu do niego. Siły rosyjskie muszą jeszcze przesunąć 30 kilometrów z Siwierska do Słowiańska i dokończyć zajęcie Łymanu, zanim będą mogły rozpocząć bezpośredni atak na sam Słowiańsk. Kreml wyolbrzymia bezpośrednie konsekwencje zajęcia Siwierska, próbując fałszywie przedstawić siły rosyjskie jako bezpośrednio zagrażające północnej części Pasa Twierdzy i dokonujące jednocześnie znaczących postępów w całym teatrze działań, tak że linia frontu nieuchronnie się zawala. Rosyjskie zyski są w dalszym ciągu powolne i miażdżące, jak to miało miejsce przez ostatnie dwa lata.
poniedziałek, 22 grudnia 2025
Rosja uznaje kraje bałtyckie za "miękkie podbrzusze" NATO i testuje jedność i determinację Sojuszu - powiedział PAP Piotr Szymański z Ośrodka Studiów Wschodnich, komentując incydent, w którym rosyjscy strażnicy graniczni przeprawili się przez rzekę Narwę i wtargnęli na terytorium Estonii.
Instytut Studiów nad Wojną (ISW) w raporcie z ubiegłego tygodnia poinformował, że naruszenie granicy z Estonią przez rosyjskich strażników granicznych to pierwszy przypadek, w którym ISW zaobserwował umundurowany personel rosyjski przekraczający terytorium NATO od początku działań Rosji w ramach tzw. fazy zero we wrześniu 2025 r.
Z relacji estońskich służb granicznych wynika, że w ubiegłą środę rosyjscy funkcjonariusze przypłynęli poduszkowcem, a następnie spacerowali po kamiennym nasypie na rzece. Po krótkim czasie wrócili na stronę rosyjską. Incydent miał miejsce u ujścia rzeki Narwy, w pobliżu Jeziora Pejpus (Czudzkiego), położonego na granicy Estonii i Rosji. - Motywy ich działania pozostają niejasne - skomentował estoński minister spraw wewnętrznych Igor Taro.
Piotr Szymański, ekspert ds. bezpieczeństwa w regionie nordycko-bałtyckim Ośrodka Studiów Wschodnich, w rozmowie z PAP zdefiniował to zdarzenie jako element długofalowej polityki "nękania i niepokojenia" Estonii. Jak zaznaczył, katalog tych incydentów jest bardzo szeroki: od usunięcia boi nawigacyjnych na Narwie w maju 2024 r., przez opublikowanie przez rosyjski MON i szybkie wycofywanie dokumentów sugerujących jednostronną zmianę przebiegu linii wyznaczających wody terytorialne i wyłączną strefę ekonomiczną na Morzu Bałtyckim, po naruszenia przestrzeni powietrznej.
Ekspert przypomniał też o porwaniu przez FSB we wrześniu 2014 r. estońskiego oficera Estona Kohvera, którego rok później wymieniono na Alekseia Dressena - funkcjonariusza estońskiego kontrwywiadu skazanego za zdradę stanu.
W ocenie Szymańskiego takie działania Rosji mają charakter strategiczny i odwetowy. - Państwa bałtyckie, nordyckie oraz Polska są najbardziej aktywnymi zwolennikami wspierania Ukrainy, co przejawia się chociażby w estońskim postulacie przeznaczania 0,25 proc. PKB na pomoc wojskową czy zwalczanie rosyjskiej floty cieni na Bałtyku - wskazał rozmówca PAP i wyjaśnił, że w ten sposób Rosja stara się budować wizerunek krajów bałtyckich jako "miękkiego podbrzusza" NATO, zarazem testując jedność i determinację Sojuszu.
Jak podkreślił analityk, przeprowadzanie prowokacji ułatwia Moskwie fakt, że Rosja i Estonia wciąż nie ratyfikowały umowy granicznej, a linia demarkacyjna nie doczekała się niezbędnych korekt technicznych. - Przez to na mapie jest kilka wrażliwych punktów, które Rosjanie cynicznie wykorzystują do wywierania nieustannej presji - przekonywał ekspert OSW.
Granica na rzece Narwie w rejonie miast Narwa (Estonia) i Iwanogród (Rosja) przebiega wzdłuż głównego nurtu i opiera się na tymczasowej linii kontrolnej. Ruch statków jest tam ściśle monitorowany, a jednostki obu państw muszą trzymać się swojej strony rzeki, przy czym każda próba zbliżenia się do nurtu bez uprzedniego uzyskania zgody grozi incydentem dyplomatycznym. Jedyne drogowe połączenie obu miast stanowi most "Przyjaźni". W lutym 2024 r. strona rosyjska, pod pretekstem koniecznej modernizacji, zamknęła go dla pojazdów. Od tamtej pory służy wyłącznie do ruchu pieszego, i to tylko w dzień.
Jeszcze bardziej kuriozalna sytuacja, o której przypomniał Piotr Szymański, to tzw. worek Saatse, czyli niewiele ponad 100-hektarowy skrawek Rosji, który wdziera się w głąb Estonii w taki sposób, że przecina jedyną drogę łączącą estońską miejscowość Saatse z resztą kraju. Rosja, jak do tej pory, co prawda nie zezwala jej mieszkańcom na przejazd bez wizy, jednak jest to możliwe wyłącznie samochodem lub na rowerze, ze stałą prędkością i bez zatrzymywania.
Jak zauważyła kolejna rozmówczyni PAP, dr Aleksandra Kuczyńska-Zonik z Katedry Systemów Politycznych i Komunikowania Międzynarodowego KUL oraz zespołu bałtyckiego Instytutu Europy Środkowej, szczególna podatność regionu Narwy na rosyjskie operacje wynika z uwarunkowań demograficznych. - Nawet 90 proc. tamtejszych mieszkańców na co dzień posługuje się językiem rosyjskim. Jednak stopień integracji tych osób ze społeczeństwem estońskim jest zróżnicowany, co sprawia, że nie wszyscy są w równym stopniu podatni na kognitywne działania Kremla - zastrzegła ekspertka.
Kuczyńska-Zonik dodała, że istotnym elementem ułatwiającym Rosji prowadzenie działań propagandowych są silne więzi transgraniczne. Mieszkańcy regionu posiadają po rosyjskiej stronie rodziny oraz kontakty biznesowe, przez co dotkliwie odczuwają wszelkie ograniczenia sankcyjne, utrudnienia w handlu czy zamykanie przejść granicznych. Ta realna uciążliwość codziennego życia staje się paliwem dla rosyjskiej narracji, kierowanej precyzyjnie do społeczności zamieszkującej ten peryferyjny, z perspektywy Tallinna, region.
Niektóre działania propagandowe Rosji przyjmują tam kuriozalną formę. Na przykład od 2023 r. w Iwanogrodzie, na promenadzie nad Narwą, co roku jest budowana scena z olbrzymim telebimem zwróconym w stronę znajdującej się na drugim brzegu Narwy. Na ekranie wyświetla się defiladę na Placu Czerwonym oraz przemówienia polityków z okazji Dnia Zwycięstwa. W odpowiedzi na te działania, w tym roku na murach pełniącego funkcję muzeum zamku w Narwie zawisł wielki banner przedstawiający zmontowane połówki twarzy Hitlera i Putina z podpisem "Putler - zbrodniarz wojenny".
Analizując te incydenty, rozmówczyni PAP podkreśliła, że - jak w przypadku innych obszarów przygranicznych sąsiadujących z agresorem - bliskość Rosji sprawia, że prowokacje i naruszenia granic są technicznie tanie, łatwe do przeprowadzenia, a zarazem bardzo efektywne. - Skutecznie przyciągają uwagę opinii publicznej w Estonii, Polsce i całej Europie, odwracając ją od kwestii kluczowych, takich jak wojna na Ukrainie czy wewnętrzne problemy państw zachodnich - uczuliła ekspertka.
W kwestii strategii odpowiedzi na te zagrożenia, ekspertka zaleciła zachowanie powściągliwości. Jej zdaniem nadmierna reakcja, polegająca na natychmiastowym stawianiu wszystkich służb w stan pełnej gotowości może być realizacją oczekiwań Moskwy. - Państwa bałtyckie dysponują ograniczonymi zasobami. Przesunięcie sił w jeden rejon granicy to osłabienie innych odcinków. A właśnie na tym może zależeć Rosji - przestrzegła Aleksandra Kuczyńska-Zonik.
PAP
Aby zrozumieć stawkę tej rozgrywki, trzeba pojąć, jaką rolę Marta Kightley odgrywa w NBP z perspektywy Glapińskiego. Jest osobą absolutnie oddaną, gotową akceptować każde jego oczekiwanie. Jako pierwsza wiceprezes zatwierdza jego urlopy i delegacje, a także wszystkie jego wydatki. W praktyce to ona rozlicza prezesowi bizancjum. Brak Marty Kightley oznaczałby dla "Glapy" wstrząs. Nie ma dziś w zarządzie NBP nikogo, kto nadaje się na jego lokaja.
Dlatego też Glapiński rozpoczął niezbyt wyrafinowany taniec wokół ministra finansów Andrzeja Domańskiego, który — co prezes NBP doskonale wie — ma bezpośredni dostęp do premiera. Pierwsze efekty tych zabiegów już się pojawiły. Zarząd NBP podzielił się ostro w sprawie kluczowej opinii dotyczącej projektu budżetu państwa. Choć kondycja finansów publicznych budzi poważne obawy, Glapiński złagodził stanowisko banku, co wywołało bunt pozostałych członków zarządu wywodzących się z PiS.
Sygnał wysyłany przez Glapińskiego do rządu jest czytelny. Jeśli zapadnie zgoda na dalszą obecność Marty Kightley w zarządzie NBP, Glapiński ograniczy krytykę polityki rządu na rynkach finansowych, a politykę monetarną będzie starał się kształtować w Radzie Polityki Pieniężnej w sposób możliwie najmniej dotkliwy dla rządu. Właśnie na tym tle doszło do buntu PiS-owców z zarządu NBP.
Zarząd NBP składa się z prezesa i ośmiu członków. Grupę buntowników tworzą Piotr Pogonowski, były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego z czasów PiS, Artur Soboń, wcześniej wiceminister finansów w gabinecie Morawieckiego, oraz Rafał Sura, były członek Rady Polityki Pieniężnej, również powołany z rekomendacji PiS.
Na początku grudnia ta trójka przygotowała projekt uchwały zmieniającej regulamin Narodowego Banku Polskiego. W skrócie — buntownicy mają dość tego, że Glapiński nimi pomiata. Już nie chcą znosić jego dworskich nawyków. Nie zamierzają dalej biernie obserwować, jak podnosi sobie zarobki o kolejne setki tysięcy. No i — właśnie — nie akceptują tego, że wystawił NBP na aukcję w relacjach z rządem.
Propozycja buntowników zakładała wzmocnienie roli zarządu jako organu kolegialnego oraz ograniczenie jednoosobowych uprawnień Glapińskiego. Elementem projektu było także wprowadzenie zasady, zgodnie z którą o nagrodach i premiach dla prezesa decydowałby cały zarząd. "Glapa" zrozumiał, że wpadł w tarapaty, bo buntowników wsparła dwójka innych członków zarządu — Marta Gajęcka oraz Paweł Mucha, którzy także są z nim skonfliktowani.
W ten sposób miał większość zarządu przeciwko sobie i w razie głosowania buntownicy mogliby tak zmienić regulamin NBP, że eldorado Glapińskiego skończyłoby się z dnia na dzień. Dlatego "Glapa" przerwał posiedzenie. Pozbawił Pogonowskiego i Surę nadzoru nad merytorycznymi departamentami, ale Sobonia oszczędził. Jak słyszmy, to dlatego, żeby przeciągnąć go na swoją stronę i odzyskać większość. Soboń ma w NBP opinię miękkiego i unikającego konfliktów — dlatego to jego "Glapa" wytypował do swych zalotów i gróźb.
Jednocześnie "Glapa" uruchomił przeciwko buntownikom cały swój przemysł propagandowy — a jest największym w tej chwili sponsorem mediów prawicowych, które rzecz jasna opłaca publicznymi pieniędzmi.
Oddajmy głos portalowi wpolityce.pl, zarządzanemu przez Jacka Karnowskiego. "W Narodowym Banku Polskim trwa polityczny zamach wymierzony w prezesa prof. Adama Glapińskiego. Koalicja pięciu członków zarządu, wywodzących się ze środowisk prawicowych, od kilku tygodni próbuje odebrać prezesowi NBP kluczowe kompetencje, proponując likwidację ważnych departamentów, i dążąc do przejęcia kontroli nad wydatkami. Jeśli plan ten zostanie zrealizowany, prezes NBP nie będzie miał władzy w banku, i będzie musiał odejść — a tym samym oddać bank w ręce Koalicji 13 grudnia, co z kolei otworzy drogę do przyjęcia euro i oddania polskich rezerw złota pod kontrolę Brukseli. Według naszych źródeł, motywacje tych osób mają charakter wąsko partykularny. Nie jest wykluczony także udział służb specjalnych w operacji, która — podkreślmy — ma doprowadzić do oddania władzy w NBP ekipie Tuska." A sam Karnowski grzmiał: "Oddawanie na tacy NBP ekipie Koalicji 13 grudnia to jest z perspektywy polskiej racji stanu po prostu zbrodnia, której historia nie zapomni. Dobrze, żeby ludzie, którzy się w to zaangażowali, mieli tego świadomość".
Ten tekst to nie jest zapis choroby, tylko dowód skrajnego cynizmu. "Glapa" płaci, to "Glapa" wymaga — dla serwisu wpolityce.pl i związanej z nim telewizji wPolsce24 NBP to główny sponsor. Ale faktem jest, że buntownicy są w szoku — nie sądzili, że tak oberwą od PiS-owskich mediów, którymi sami latami się wysługiwali.
Nade wszystko — Tusk nie ma jak przejąć NBP, bo prezes jest praktycznie nie do ruszenia. A gdyby odszedł sam, to jego następcę wskaże prezydent. W dodatku przekonywanie, iż ekipa twardych PiS-owców z zarządu NBP kolaboruje z Tuskiem przeciwko Glapińskiemu, jest tak głupie, że aż zęby bolą. Jest dokładnie odwrotnie — to "Glapa" kolaboruje z rządem i potrzebuje osłony medialnej PiS-owskich mediów, by nikt mu w tym nie przeszkadzał.
onet.pl
Najpierw, w grudniu 2023 r., nowa władza siłowo przejęła media publiczne w tym TVP, konsolidując polityków PiS wokół protestów w obronie tępej propagandy spod znaku Kurskiego. Potem, w styczniu 2024 r., szef MSWiA Marcin Kierwiński wysłał policję, by podstępem zatrzymała w Pałacu Prezydenckim ukrywających się przed odsiadką posłów PiS Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika — i znów PiS-owcy musieli się na siłę zjednoczyć, organizując protesty pod ich więzieniami.
Te kilka pierwszych tygodni po zmianie władzy Kaczyński przetrwał głównie dzięki takiej mobilizacji partii, wymuszonej działaniami Tuska. Uciekł spod topora — bo wszak było wiadomo, że w PiS buzuje i jest wielu niezadowolonych z porażki wyborczej.
Drugi raz Kaczyńskiemu udało się przy okazji wyborów prezydenckich. Nie postawił na żadnego z liderów partyjnych frakcji, tylko na kandydata znikąd. Ryzykował — w razie porażki Karola Nawrockiego, PiS straciłoby ostatnie przyczółki władzy i w partii mogłoby dojść do wewnętrznej wojny. Nawrocki jednak wygrał, co — znów — powstrzymało buntowników, którzy musieli nieszczerze wychwalać geniusz strategiczny prezesa. I gdy się wydawało, że wygrana Nawrockiego otwiera Kaczyńskiemu drogę do władzy, w PiS zaczęła się wojna na całego.
Wyłoniły się dwie duże frakcje, a kluczowe było to, że sojusz zawiązali wrogowie Morawieckiego — to właśnie "maślarze", których łączy głównie pragnienie wyrzucenia go z partii. Rzecz jasna, powiedzieć tego głośno nie mogą, więc postępują inaczej.
Krytykują działania rządu Morawieckiego, przekonując, że to one doprowadziły do utraty władzy. Chodzi przede wszystkim o politykę wobec UE, którą uważają za zbyt ugodową. Za czasów Morawieckiego przyjęty został m.in. Zielony Ład oraz ruszyły negocjacje umowy handlowej z Ameryką Południową (Mercosur) — oba projekty są krytykowane na wsi. Do tego dochodzą ustępstwa Morawieckiego wobec Brukseli w kwestiach sądownictwa — nie zawetował budżetu Unii, w którym wypłata środków pomocowych została uzależniona od spełnienia kryteriów praworządności, czyli m.in. niezależności sędziów od władzy politycznej.
Pal licho, że to hipokryzja — bo wszyscy "maślarze" byli w rządzie Morawieckiego. Sasin był wicepremierem od spółek państwowych, Czarnek był ministrem edukacji i nauki, Bocheński zaś był wojewodą. Jedynym z tego grona, który krytykował Morawieckiego, był Patryk Jaki, który był m.in. wiceministrem sprawiedliwości.
Tyle że wówczas Jaki był w partii Ziobry, a ziobryści prowadzili otwartą wojnę z Morawieckim — bili się o reformy sądowe i politykę wobec UE, choć tak naprawdę chodziło o to, żeby to ich lider mógł przejąć przywództwo na prawicy po Kaczyńskim. Dziś Ziobro jest ściganym przez prokuraturę uciekinierem i nie liczy się w grze — dlatego jego ludzie wspierają "maślarzy".
Inna rzecz, że za większością kluczowych decyzji jako premiera Morawieckiego stał Kaczyński — co rzecz jasna "maślarze" wiedzą. Ale wiedzą również, że z dzisiejszej perspektywy Kaczyński krytycznie ocenia politykę unijną rządów PiS, a prezes ma tendencję do zwalania odpowiedzialności za swe porażki na barki innych. I liczą właśnie na to, że będą to barki Morawieckiego.
Na tym tle doszło do otwartego starcia obu frakcji w piątek wieczorem na Nowogrodzkiej, podczas spotkania, które zarządził Kaczyński. To nie była zwyczajna narada partyjnego kierownictwa. To był sąd nad Morawieckim. Prawie całe kierownictwo partii było przeciw niemu. Tylko Piotr Gliński i Ryszard Terlecki bronili Morawieckiego — byli osamotnieni.
Na spotkanie "maślarze" przyszli dobrze przygotowani. Przynieśli ze sobą analizy sondażowe, w tym przede wszystkim dane z exit poll po ostatnich wyborach. Ich celem było wykazanie, że elektorat PiS nie przesuwa się ku centrum, lecz odpływa w prawo — w stronę Konfederacji i Brauna. W ich wersji nie istnieje dziś umiarkowany, centrowy wyborca, którego PiS mógłby pozyskać. Istnieje natomiast wyborca wyraźnie prawicowy, coraz bardziej podatny na ofertę ugrupowań radykalniejszych. W tym sensie — argumentowali — kojarzona z Morawieckim strategia oparta na łagodzeniu przekazu jest politycznym złudzeniem.
Co więcej — "maślarze" przedstawili także analizy aktywności w mediach społecznościowych. Zwracali uwagę na profile, które — ich zdaniem — regularnie wspierają "margaryniarzy". "Maślarze" skarżyli się, że padają ofiarą ataków z takich kont. W ich ocenie to efekt zorganizowanej aktywności ludzi związanych z frakcją Morawieckiego.
To, że były premier ostentacyjnie się na tym partyjnym sądzie nie pojawił, dla jego wrogów miało znaczenie symboliczne. Ale Morawiecki zrobił to celowo — wiedział, że ma we władzach PiS mniejszość. Zdawał sobie sprawę, że "maślarze" go rozjadą, co skończy się awanturą i upokarzającymi dla niego przeciekami do mediów. Wybrał unik. Ale to znaczy, że starcie będzie mieć ciąg dalszy. Musi mieć.
"Maślarze" są mistrzami hipokryzji. Twierdzą, że skoro na znaczeniu zyskuje skrajna prawica, to PiS musi iść na prawo, by walczyć z Konfederacją i Braunem, ale też by w razie czego się z Konfederacją i Braunem dogadać.
O ile Czarnek czy Jaki — i inni ziobryści — rzeczywiście są radykałami, nieodległymi od konfederatów i przebąkującymi o pakcie z Braunem, to już Sasin czy Bocheński aż tak prawicowi nie są. Dość powiedzieć, że Sasin na początku swej kariery był związany z kręgami liberalnymi — choćby z Jackiem Taylorem z Unii Wolności. A Bocheński jest zwolennikiem dawnego kompromisu aborcyjnego — jego zdaniem zaostrzenie przepisów dotyczących przerywania ciąży przyczyniło się do porażki wyborczej PiS. Powiedzmy to sobie wprost — merytoryczne czy ideologiczne argumenty nie mają znaczenia. Chodzi o to, by znaleźć pretekst do wyeliminowania Morawieckiego z walki o władzę w PiS.
Morawiecki tanio skóry nie sprzeda. Jego ludzie mówią, że powtarza im: "Za dużo czasu i pieniędzy zainwestowałem w PiS, by poddać się bez walki". Każe "margaryniarzom" zaciskać zęby i nie dać się wypchnąć z PiS. Jednocześnie jednak przygotowuje warianty alternatywne. Jak słyszymy, jego ludzie zaczęli poufne spotkania z politykami innych partii.
Z jednej strony wiemy o tym, że Morawiecki wysyła emisariuszy do PSL. Z drugiej słyszymy, że utrzymuje dobre relacje z ministrą od unijnych funduszy Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz, która ma największe szanse na przejęcie władzy w Polsce 2050. Tak się składa, że i PSL i Polska 2050 myślą o tym, z kim się związać, żeby w wyborach za dwa lata przekroczyć próg wyborczy. Morawiecki też zaczyna o tym myśleć.
(...)
Pytanie jest jednak takie, czy Kaczyński wciąż ma tyle siły, by spacyfikować Morawieckiego lub też się go pozbyć. Pozycja prezesa w partii jest słabsza, czego dowodem są właśnie wojny, nad którymi nie ma kontroli i których nie potrafi wyciszyć.
Ale przede wszystkim — Kaczyński nigdy nie był tak słaby, biorąc pod uwagę całą prawicę. Dziś PiS zajmuje mniej więcej połowę prawicowej sceny politycznej. Z jednej strony znaczy to tyle, że da się żyć na prawicy poza PiS i w kontrze do PiS. Z drugiej — widać wyraźnie, że jeśli PiS kiedykolwiek powróci do władzy, to tylko w koalicji z radykalnymi prawicowymi partiami. To dla umiarkowanego Morawieckiego bardzo trudna sytuacja.
Mówiąc wprost: wielu polityków PiS przygotowuje się do koalicji z Konfederacją lub Braunem. Wspominaliśmy w "Stanie Wyjątkowym" o tym, że PiS-owcy stoją w kolejkach do audiencji w europarlamentarnym biurze Brauna — są w tym gronie m.in. Daniel Obajtek i Michał Dworczyk. Kolejkowicze próbują nawiązać takie relacje z Braunem, by po wyborach mieć przewagę nad partyjnymi konkurentami i uczestniczyć w rozmowach o wspólnym rządzeniu. Dworczyk — prawa ręka Morawieckiego, persona nr 2 wśród "margaryniarzy" — na razie niewiele wskórał.
Dla Brauna rządy Morawieckiego to czas kataklizmu. Jego partia Korona wydała właśnie oświadczenie, w którym zaatakowała byłego premiera.
"Konfederacja Korony Polskiej z zaskoczeniem przyjmuje informację, że w gronie osób wyznaczonych przez Prawo i Sprawiedliwość do prac programowych na nowy sezon polityczny znaleźli się politycy, którzy — w naszej ocenie — ponoszą współodpowiedzialność za liczne błędy popełnione m.in. podczas zarządzania kryzysem covidowym w latach 2020 –2022. […] W okresie od marca 2020 do lutego 2022 — w czasie działalności rządu Mateusza Morawieckiego — zmarło około 250 tys. Polaków. Odeszli oni z tego świata m.in. z powodu zablokowania kontaktu z lekarzami, zamknięcia ich w aresztach domowych zwanych "kwarantannami" oraz rządowej propagandy strachu".
Jednocześnie partia Brauna pochwaliła PiS za to, że Morawieckiego marginalizuje. "Dla Konfederacji Korony Polskiej potwierdzeniem słuszności naszych wniosków jest wstydliwe wycofanie z prac programowych byłego premiera Mateusza Morawieckiego, przywódcy polityki PiS w czasie covidowym."
onet.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
.webp)
.webp)