sobota, 26 lipca 2025



— Kto by pomyślał, że walka z korupcją jest zła. O wielu ruchach tej administracji można powiedzieć, że są przesadzone w swoim zakresie, ale w jakimś, nawet malutkim stopniu, jednak uzasadnione. Ale decyzji o zawieszeniu monitorowania przestrzegania Foreign Corrupt Practices Act (FCPA) nie da się obronić. Ktoś próbuje nas wszystkich po prostu okradać — powiedział mi Alec Ross, dzisiaj wykładowca akademicki na Uniwersytecie Bolońskim oraz inwestor w sektorze technologicznym. W swoim poprzednim życiu był jednak wysokim szczeblem urzędnikiem federalnym, głównym doradcą Hilary Clinton do spraw nowych technologii, gdy ta kierowała Departamentem Stanu w pierwszej kadencji Baracka Obamy.

Ross jest rzadkim przypadkiem doskonałego przewodnika po dwóch, często wzajemnie wykluczających się światach — wielkiego biznesu i poważnej polityki. Pracując w administracji federalnej, niejednokrotnie uczestniczył w spotkaniach chociażby na Kremlu, gdzie, jak mi opowiada, staczał wzrokowe pojedynki z Dmitrijem Pieskowem, niesławnym rzecznikiem Putina, podczas gdy rosyjski dyktator rozmawiał z Obamą za zamkniętymi drzwiami. Dzisiaj wspomina, że od zawsze w amerykańskich relacjach z Rosją kluczowa była kwestia korupcji — Moskwa miała tego próbować zawsze, wszędzie, na każdym kroku i wobec każdego. Tyle tylko, że wtedy jeszcze istniały ramy prawne powstrzymujące urzędników z USA przed angażowaniem się w relacje biznesowe, nawet legalne, z podmiotami z innych krajów.

Dzisiaj ram tych nie ma. A Ross w rozmowie ze mną załamywał się nad ich wycofaniem już w lutym, nieco ponad miesiąc po zaprzysiężeniu Trumpa na obecną kadencję.

Podpisany przez prezydenta dekret, w którym instruuje on prokurator generalną Pam Bondi, by ta wstrzymała nadzorowanie przestrzegania FCPA, był decyzją szokującą z dwóch powodów. Po pierwsze, wydarzył się niemal natychmiast, na długo przed atakami na kancelarie prawnicze, ofensywą przeciwko uniwersytetom, atakom na NATO czy przyspieszeniem deportacji nielegalnych imigrantów. Po drugie, był to rzadki przypadek decyzji naprawdę zerojedynkowej, bez odcieni interpretacyjnych. Sam prezydent, tłumacząc ją dziennikarzom, mówił na trawniku przed Białym Domem, że zawieszenie FCPA oznaczać będzie "bardzo dużo nowych transakcji biznesowych dla Ameryki".

FCPA był przepisem naprawdę przejrzystym. Wprowadzono go w 1977 r., po trudnych dla amerykańskiej polityki latach Watergate i innych skandali z udziałem urzędników federalnych. Dokument stanowił, że pracownicy amerykańskiej administracji, w tym dyplomaci na zagranicznych placówkach, nie mogli nawiązywać stosunków biznesowych ani z innym rządem, ani z przedsiębiorcami spoza USA w celu osobistego wzbogacenia się. Krótko mówiąc, FCPA było wpisaniem do amerykańskiego prawa federalnego całkowitego zakazu korupcji. Niby to oczywiste, ale każdy prawnik wie, że jeśli coś nie jest w legislacji wyraźnie zabronione, zawsze znajdzie się sposób, by było to dozwolone — tak więc lepiej przepisy mieć, nawet dotyczące rzeczy jasnych jak słońce.

Dekret o zawieszeniu FCPA początkowo interpretowany był jako prezent, który Trump robi swojej rodzinie. Nie jest bowiem tajemnicą, że na prezydenturze chce zarabiać sam i nie ma nic przeciwko temu, żeby wzbogaciła się na niej jego najbliższa rodzina. Tak było już za pierwszym razem, kiedy jego głównym doradcą był zięć, Jared Kushner, dzisiaj budujący luksusowe ośrodki wypoczynkowe na Bałkanach. Od większości dyplomatów mających styczność z obecną administracją można usłyszeć, że dokładnie takie poglądy na prezydenturę ojca mają też Donald Jr i Eric. Czapki, telefony komórkowe, meme-coiny, kryptowaluty, perfumy — cokolwiek, na czym da się zarobić miliard poprzez umieszczenie tam słowa Trump — najlepiej wygrawerowanego złotymi literami. O korupcji, kleptokracji, sprzedawaniu urzędu przez rodzinę Trumpów napisano już jednak opasłe tomy, głównie dlatego, że jest ona ostentacyjna. Nikt z nich nie ukrywa, że w prowadzeniu polityki chodzi im przede wszystkim o pieniądze.

Problem w tym, że taka korupcja, przynajmniej w wydaniu synów prezydenta, nie jest wcale najniebezpieczniejsza. Oni, dokładnie jak ich ojciec, znani są z odrzucenia ideologii, kierowania się wyłącznie instynktami, próbując prowadzić działania polityczne w sposób analogiczny do zarządzania wielką korporacją. W orbicie Trumpa jest jednak ktoś, kto na poluzowaniu międzynarodowych przepisów korupcyjnych może zyskać znacznie więcej, niż dzieci prezydenta — i jest przy tym dużo groźniejszy, bo jego akurat pieniądze napędzają w takim samym stopniu, co głód władzy i imperialna ideologia.

onet.pl


– Ideologia powinna być prosta, wwiercać się pod korę mózgową, trafiać do przekonania. Im jest głupsza, tym lepsza – mówi niezależny politolog Andriej Kolesnikow. Rosjanom wbija się teraz „pod korę mózgową”, że oto Rosja prowadzi kolejną wojnę wyzwoleńczą, została napadnięta i broni się, jak zawsze staje do boju w obronie prawdy. Rosja to cywilizacja walcząca ze światowym złem, różnymi wcieleniami diabła, który zawsze nosi zachodni strój. Trzeba ludziom powiedzieć, że to, co się dzieje, ma jakiś sens. Jakikolwiek.

Wierzą? Może bardziej: pragną. Pragną zwycięstwa w myśl już od dawna istniejącej (choć tak oficjalnie nie nazywanej) ideologii putinizmu: kultu Pobiedy, wiecznego zwycięstwa. Kapłani tej ideologii wkładają do rosyjskich głów oczywistą nieprawdę, że „Rosja nie przegrała żadnej wojny”, choć przegrała niejedną, i to jak. Ale tego kanonu ideologii nikt nie śmie podważać, nie narażając się na zarzut dyskredytacji armii rosyjskiej i sianie fejków (a za to dostaje się dziś w Rosji realne wyroki łagru).

Przeciętny Rosjanin ma w myśl tej ideologii ślepo wierzyć w magię zwycięstwa, w to, że obecna wojna przeciwko Ukrainie jest przedłużeniem tamtej zwycięskiej, wielkiej wojny ojczyźnianej 1941-1945. Wyprawa na Ukrainę jest także wojną z wrażym Zachodem, niosącym nietradycyjne wartości i pragnącym wydrzeć Rosji jej wartości święte i tradycyjne. Ideologia obrony tradycyjnych wartości już jakiś czas temu też stała się ideologią państwową. Choć na dobrą sprawę nie wiadomo, czym są te wartości. Pojęcie jest nieprecyzyjne. I dlatego tak pojemne, że zmieścić się może w nim wszystko, co aktualnie potrzebne jest władzy. O tym będzie jeszcze poniżej.

Czym jest zatem to rosyjskie marzenie, Russian dream? Czymś w rodzaju Make Russia Great Again? Sposobem przywrócenia jedności narodu? Chcesz czy nie chcesz – musisz być z wodzem i zbiorowością? Bo choć projekt Karaganowa zakłada dobrowolne przyłączenie się do maszerujących w nogę budowniczych putinizmu, to rozwijający się pomyślnie aparat przymusu będzie mógł w każdej chwili sprawdzić poziom lojalności wobec narzuconego odgórnie kultu.

Kodeks budowniczego putinizmu dopiero się wykuwa. Jak wykłada popularny prokremlowski dziennik „Moskowskij Komsomolec”, podstawą kodeksu są trzy filary. Pierwszy to uświadomienie sobie tego, że „wszyscy jesteśmy jednym narodem – rosyjskim. W cywilizacyjnym, a nie narodowym sensie”. Do tego narodu zaliczają się i Rosjanie, i Białorusini, Tatarzy, Ukraińcy (nazywani „Małorosjanami”), Gruzini, Baszkirzy, Czeczeni, Uzbecy, Buriaci. Bo oni, zdaniem autora koncepcji, hołdują „naszym wartościom, znają język rosyjski i kochają naszą wspólną kulturę”.

Drugi filar to duch wojowniczy, w sprawiedliwych wojnach ćwiczony przez wieki. Oto naród wyzwoliciel, niosący wolność. Jeśli Karaganow ma na myśli szatkowanie Ukrainy w celu jej, ma się rozumieć, wyzwolenia, to obnaża istotę swojego kłamliwego założenia w reżimie realnogo wriemieni (na bieżąco), na oczach świata. A liczne przykłady „wyzwalania” ziem i narodów przez wieki stanowią wymowne tło historyczne.

Na deser jest filar trzeci. Tak, to tradycyjne wartości. „Rosja niesie sztandar Ludzkości – priorytetu wzajemnego szacunku, współpracy, służby, miłości i współczucia. Nasze wartości, służba Ojczyźnie i Bogu (…), a także honor, godność, uczciwość, miłość między kobietą i mężczyzną”.

Po przeczytaniu tego ociekającego fałszem steku „rosyjskich marzeń” na usta ciśnie się stalinowska pieśń „Nie znam drugiego takiego kraju, gdzie tak swobodnie oddycha człowiek” (Ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak wolno dyszyt czełowiek). Pieśń pochodzi z filmu „Cyrk” z końca lat 30., (...).

tygodnikpowszechny.pl


A przecież do historii amerykańskiej popkultury przeszedł film "Ucieczka z Alcatraz" z Clintem Eastwoodem, oparty na historii trzech więźniów, którym udało się zbiec.

Wydarzenie miało miejsce w 1962 roku. Więźniowie odkryli istnienie niestrzeżonego korytarze technicznego, przebiegającego tuż za ich celami. Udało im się przebić dziury w ścianach i poprzez ten korytarz, a później szyb wentylacyjny przedostać się na dach. Strażników zmyliły specjalnie przygotowane manekiny, pozorujące obecność więźniów w łóżkach.

Nie udało się ich odnaleźć i schwytać. Po kilkunastu latach zamknięto śledztwo, uznając, że utonęli w zatoce San Francisco (mimo że więzienie znajduje się tylko nieco ponad dwa kilometry od brzegu, silny prąd i niska temperatura wody właściwie uniemożliwiają przepłynięcie takiego dystansu). W 2013 roku FBI otrzymało list, którego nadawca twierdził, że jest jednym ze zbiegów. Jednak autentyczność tego listu nie została potwierdzona.

Film o jedynej skutecznej próbie ucieczki z tego malowniczo położonego więzienia przypomniała na początku maja lokalna stacja telewizyjna na Florydzie. Dzień później, przebywający akurat w swojej rezydencji Mar-a-Lago prezydent Trump napisał: "ODBUDOWAĆ I OTWORZYĆ ALCATRAZ!" Dodał, że Ameryka zbyt długo jest gnębiona przez brutalnych przestępców, a w przeszłości lepiej potrafiła rozwiązać ten problem.

Nie można mieć pewności, czy prezydent zamieścił swój wpis właśnie pod wpływem obejrzanego filmu, ale nie byłoby to takie nadzwyczajne. Trump znany jest z działania (a zwłaszcza pisania w mediach społecznościowych) pod wpływem impulsu, a więzienie Alcatraz od dawna pobudza wyobraźnię.

(...)

Polityka imigracyjna Trumpa od początku zakłada, że osoby przebywające w Stanach Zjednoczonych nielegalnie trzeba wystraszyć. Państwo może nie podołać deportacji ponad 10 milionów ludzi, ale być może da się część z nich nakłonić do wyjazdu wyłącznie groźbą.

Stąd bardzo medialne zatrzymania prowadzone przez amerykańskie służby. Deportacje do Salwadoru. Przetrzymywanie migrantów w owianym złą sławą Guantanamo. A także otwarcie nowego ośrodka dla oczekujących na deportację na Florydzie. Jego nazwa? Aligator Alcatraz. Zdaniem samego prezydenta powinno być równie dobre jak samo Alcatraz, ze względu na okalające jego teren bagna i właśnie aligatory. "Nie ma stąd innej drogi ucieczki jak tylko deportacja" - przekonywał sam Trump.

Ale choć aligatory mające pilnować nowego obozu dla imigrantów stały się symbolem tego przedsięwzięcia, to nie one wydają się najbardziej kontrowersyjne. Obóz zbudowano tak, by mógł pomieścić nawet 3 tys. zatrzymanych. Składa się z szeregu białych namiotów. W środku umieszczono klatki z siatki ogrodzeniowej. Każda z nich pomieści 32 więźniów na piętrowych łóżkach.

Do dyspozycji są trzy toalety umieszczone w centrum klatki - ze względów bezpieczeństwa są całkowicie odsłonięte. Woda z tych toalet wylewa się na podłogę. Nieprzyjemny zapach potęguje temperatura, codziennie przekraczająca 30 stopni (na zewnątrz, w namiotach jest cieplej). Światło nie gaśnie przez 24 godziny na dobę. Więźniowie otrzymują jeden posiłek dziennie, często złej jakości - na przykład z robakami. Problemem są też komary.

(...)

Jednocześnie Aligator Alcatraz jest przedmiotem… internetowych memów. Departament Bezpieczeństwa Krajowego opublikował grafikę przedstawiającą aligatory w czapkach ICE (Urzędu Celno-Imigracyjnego), pilnujących więzienia. Inny obrazek przedstawia aligatora "odpoczywającego po pierwszej zmianie w Aligator Alcatraz". Na jeszcze innym mały aligator pyta mamy, co będą dziś jedli, a ona odpowiada, że w okolicy otwarto nowy "meksykański lokal".

Działania administracji mają nie tylko odstraszać. Chodzi również o to, by wyborcy Trumpa zobaczyli wyraźne efekty jego działań. Muszą zatem być widowiskowe, przyciągające uwagę i dające satysfakcję tym, którzy od lat uznawali, że sprawy w USA idą w złym kierunku. Ponowne otwarcie prawdziwego Alcatraz mieści się w podobnej logice.

interia.pl


„W armii ukraińskiej nazywają mnie Magyarem. Jestem dowódcą polowym pilotów dronów bojowych w Siłach Zbrojnych Ukrainy.

Propaganda Putina twierdzi, że jestem jednym z najbardziej poszukiwanych wrogów Rosji, więc nie mogę obiecać, że się jeszcze spotkamy, ale będę mówił w jasnych, czarno-białych słowach.

Dzisiaj dowodzę 12 jednostkami pilotów. Dziewięćdziesiąt pięć procent z nich stanowili przed wojną cywile – biznesmeni, sportowcy, prawnicy, piosenkarze, wszyscy poza personelem wojskowym. Stanowimy zaledwie 2% całej armii Ukrainy. A jednak niszczymy co trzeci wrogi personel i co trzeci wrogi cel. Putin, który obiecał nas pojmać w ciągu trzech dni, zamiast tego uczył nas przez ponad trzy i pół roku bronić naszej ojczyzny, naszych dzieci i naszej ziemi.

Jest absolutnie jasne, że nie widzimy końca tej wojny – ani jutro, ani za miesiąc, ani prawdopodobnie w tym roku. Dlatego pragmatycznie kalkulujemy naszą przyszłość i dostrzegamy największe zagrożenia, które…  Jeśli ta wojna nie zostanie zatrzymana, dotknie wiele krajów, które nieuchronnie zostaną w nią wciągnięte.

➤ Pierwszym zagrożeniem jest to, że Putin wysyła na wojnę więcej piechoty, niż jesteśmy w stanie zniszczyć każdego miesiąca. To jest główne wyzwanie.

➤ Po drugie, Putin znalazł bardzo wygodną, tanią i skuteczną broń do zastraszania ludności cywilnej Ukrainy i niszczenia naszej infrastruktury. Nazywa się Szahed (rosyjsko-irańskie drony kamikaze).

➤ Po trzecie, wszyscy na Ukrainie, którzy chcieli walczyć, już walczą. Nie oczekujemy cudów, ale wiemy, co robić, opierając się na własnym doświadczeniu, własnej krwi i wsparciu naszych partnerów.

Nie ma na świecie czołgu, którego nie mógłby zatrzymać dron za 300-400 dolarów. Taki czołg nie istnieje. Założę się o każdą kwotę, że niezależnie od tego, jak dobrze chroniony jest czołg, zostanie zatrzymany przez drona zbudowanego z ukraińskich komponentów. Dlatego twierdzę, że ukraińskie drony są najlepsze na świecie. Dziś.

Drony tworzą strefę rażenia, rozciągającą się obecnie na około 20 km wokół linii frontu na Ukrainie. Kolejnym wyzwaniem jest zastąpienie ukraińskiej piechoty naziemnymi systemami robotycznymi, które zajmą się całą logistyką frontu.

➤ Po czwarte, budujemy wielowarstwowy, wielopoziomowy mur – znacznie potężniejszy niż Wielki Mur Chiński – który powstrzyma wszystko, co leci w naszym kierunku, od dronów szturmowych po drony rozpoznawcze. Budujemy ten mur dzisiaj.

Kiedy Putin wystrzelił 100 szahidów na Ukrainę, obiecał 500. Wtedy nie traktowaliśmy tego poważnie. Teraz nie ma się z czego śmiać, bo przekroczyliśmy już granicę 400. Nasze doświadczenie będzie nieocenione dla cywilizowanego świata, ponieważ każdy kraj może stanąć w obliczu takiej samej perspektywy. Nie wiem, które państwo członkowskie NATO mogłoby chronić jedno miasto, stawiając czoła 200-300 szahidom każdego dnia przez tydzień bez przerwy.

Twoje bezpieczeństwo narodowe wymaga pilnej ponownej oceny.

Rzadko podróżuję za granicę. To moja druga podróż.  Jutro o tej porze będę z powrotem na froncie. Ale w zeszłym roku odwiedziłem bazę wojskową jednego z członków NATO w Europie. Pokazali mi dobrze zorganizowany obiekt z mnóstwem sprzętu, wszystko w idealnym stanie.

Zapytali, co o tym myślę. Moja odpowiedź ich nie zadowoliła. Nie podchodząc bliżej niż 10 km, cztery zespoły ukraińskich pilotów mogłyby w 15 minut zamienić to miejsce w Pearl Harbor.

Nie mówię tego, żeby kogokolwiek straszyć. Mówię, że te technologie są tak łatwo dostępne i tanie, że gdyby wpadły w ręce terrorystów, 100 terrorystów mogłoby zburzyć porządek w każdym kraju. Nasza walka, nasza wspólna walka z naszymi partnerami, leży w naszym wspólnym interesie. Płacimy życiem; Wy skorzystacie z naszego doświadczenia, którym podzielimy się z sumiennymi narodami świata, które w dobrej wierze wspierają Ukrainę.

x.com/Wyrwal