— Kto by pomyślał, że walka z korupcją jest zła. O wielu ruchach tej administracji można powiedzieć, że są przesadzone w swoim zakresie, ale w jakimś, nawet malutkim stopniu, jednak uzasadnione. Ale decyzji o zawieszeniu monitorowania przestrzegania Foreign Corrupt Practices Act (FCPA) nie da się obronić. Ktoś próbuje nas wszystkich po prostu okradać — powiedział mi Alec Ross, dzisiaj wykładowca akademicki na Uniwersytecie Bolońskim oraz inwestor w sektorze technologicznym. W swoim poprzednim życiu był jednak wysokim szczeblem urzędnikiem federalnym, głównym doradcą Hilary Clinton do spraw nowych technologii, gdy ta kierowała Departamentem Stanu w pierwszej kadencji Baracka Obamy.
Ross jest rzadkim przypadkiem doskonałego przewodnika po dwóch, często wzajemnie wykluczających się światach — wielkiego biznesu i poważnej polityki. Pracując w administracji federalnej, niejednokrotnie uczestniczył w spotkaniach chociażby na Kremlu, gdzie, jak mi opowiada, staczał wzrokowe pojedynki z Dmitrijem Pieskowem, niesławnym rzecznikiem Putina, podczas gdy rosyjski dyktator rozmawiał z Obamą za zamkniętymi drzwiami. Dzisiaj wspomina, że od zawsze w amerykańskich relacjach z Rosją kluczowa była kwestia korupcji — Moskwa miała tego próbować zawsze, wszędzie, na każdym kroku i wobec każdego. Tyle tylko, że wtedy jeszcze istniały ramy prawne powstrzymujące urzędników z USA przed angażowaniem się w relacje biznesowe, nawet legalne, z podmiotami z innych krajów.
Dzisiaj ram tych nie ma. A Ross w rozmowie ze mną załamywał się nad ich wycofaniem już w lutym, nieco ponad miesiąc po zaprzysiężeniu Trumpa na obecną kadencję.
Podpisany przez prezydenta dekret, w którym instruuje on prokurator generalną Pam Bondi, by ta wstrzymała nadzorowanie przestrzegania FCPA, był decyzją szokującą z dwóch powodów. Po pierwsze, wydarzył się niemal natychmiast, na długo przed atakami na kancelarie prawnicze, ofensywą przeciwko uniwersytetom, atakom na NATO czy przyspieszeniem deportacji nielegalnych imigrantów. Po drugie, był to rzadki przypadek decyzji naprawdę zerojedynkowej, bez odcieni interpretacyjnych. Sam prezydent, tłumacząc ją dziennikarzom, mówił na trawniku przed Białym Domem, że zawieszenie FCPA oznaczać będzie "bardzo dużo nowych transakcji biznesowych dla Ameryki".
FCPA był przepisem naprawdę przejrzystym. Wprowadzono go w 1977 r., po trudnych dla amerykańskiej polityki latach Watergate i innych skandali z udziałem urzędników federalnych. Dokument stanowił, że pracownicy amerykańskiej administracji, w tym dyplomaci na zagranicznych placówkach, nie mogli nawiązywać stosunków biznesowych ani z innym rządem, ani z przedsiębiorcami spoza USA w celu osobistego wzbogacenia się. Krótko mówiąc, FCPA było wpisaniem do amerykańskiego prawa federalnego całkowitego zakazu korupcji. Niby to oczywiste, ale każdy prawnik wie, że jeśli coś nie jest w legislacji wyraźnie zabronione, zawsze znajdzie się sposób, by było to dozwolone — tak więc lepiej przepisy mieć, nawet dotyczące rzeczy jasnych jak słońce.
Dekret o zawieszeniu FCPA początkowo interpretowany był jako prezent, który Trump robi swojej rodzinie. Nie jest bowiem tajemnicą, że na prezydenturze chce zarabiać sam i nie ma nic przeciwko temu, żeby wzbogaciła się na niej jego najbliższa rodzina. Tak było już za pierwszym razem, kiedy jego głównym doradcą był zięć, Jared Kushner, dzisiaj budujący luksusowe ośrodki wypoczynkowe na Bałkanach. Od większości dyplomatów mających styczność z obecną administracją można usłyszeć, że dokładnie takie poglądy na prezydenturę ojca mają też Donald Jr i Eric. Czapki, telefony komórkowe, meme-coiny, kryptowaluty, perfumy — cokolwiek, na czym da się zarobić miliard poprzez umieszczenie tam słowa Trump — najlepiej wygrawerowanego złotymi literami. O korupcji, kleptokracji, sprzedawaniu urzędu przez rodzinę Trumpów napisano już jednak opasłe tomy, głównie dlatego, że jest ona ostentacyjna. Nikt z nich nie ukrywa, że w prowadzeniu polityki chodzi im przede wszystkim o pieniądze.
Problem w tym, że taka korupcja, przynajmniej w wydaniu synów prezydenta, nie jest wcale najniebezpieczniejsza. Oni, dokładnie jak ich ojciec, znani są z odrzucenia ideologii, kierowania się wyłącznie instynktami, próbując prowadzić działania polityczne w sposób analogiczny do zarządzania wielką korporacją. W orbicie Trumpa jest jednak ktoś, kto na poluzowaniu międzynarodowych przepisów korupcyjnych może zyskać znacznie więcej, niż dzieci prezydenta — i jest przy tym dużo groźniejszy, bo jego akurat pieniądze napędzają w takim samym stopniu, co głód władzy i imperialna ideologia.
onet.pl