Tatiana Kolesnychenko, Wirtualna Polska: - Kilka dni temu do internetu wyciekła treść nowej umowy o surowce, którą USA chcą podpisać z Ukrainą. O ile poprzednia wersja była niezobowiązującą umową ramową, to tym razem jest to bardzo szczegółowy kontrakt. Dzięki niemu Amerykanie zyskaliby dostęp nie tylko do wszystkich ukraińskich surowców, ale i całej infrastruktury, łącznie z portami. Urzędnik, który jest zaangażowany w negocjacje, powiedział o niej krótko: "katastrofa".
Walerij Pekar, publicysta, futurolog oraz wykładowca w Kijowsko-Mohylańskiej Szkole Biznesu: Nie można analizować znaczenia tej umowy w oderwaniu od całego obrazu geopolitycznego. Umowa sama w sobie nie miałaby żadnego sensu. Mamy Trumpa, który za wszelką cenę chce szybkiego zakończenia wojny. To się nie udaje, bo Rosja nie jest zainteresowana pokojem. Putin co najmniej do końca roku ma wszystkie zasoby - ludzkie, wojskowe, ekonomiczne - by kontynuować inwazję. Nadal może obchodzić sankcje, eksportować ropę, więc zawieszenie ognia nie jest mu potrzebne.
Biały Dom naciskać na Putina nie bardzo może i nie bardzo chce, a jednocześnie Trump musi coś zademonstrować swoim wyborcom. Musi pokazać jakiś bardzo namacalny dowód, że odnosi sukcesy na arenie międzynarodowej, bo obecnie jego hasło wyborcze o zakończeniu wojny w "jeden dzień" przekształciło się w bliżej nieokreślone "niedługo".
I tu pojawia się problem, bo okazuje się, że narracja kolportowana przez trumpistów, że Putin pragnie pokoju, ale nie chce rozmawiać z Bidenem, tylko czeka na Trumpa, rozsypuje się w drobny mak. I tu wracamy do surowców. Wielka, wspaniała umowa ma pokazać, że może i Trumpowi nie udaje się zostać wielkim negocjatorem i twórcą pokoju, ale przynajmniej jest w stanie dostarczyć swoim wyborcom łup. I tylko w tym kontekście można umowę rozpatrywać.
- Jak może "dostarczyć łup", skoro z góry wiadomo, że warunki zawarte w umowie nie są do zaakceptowania przez Ukrainę? Pomijając to, że Amerykanie znowu potraktowali udzieloną Ukrainie pomoc wojskową jako dług i nie zaoferowali żadnych gwarancji bezpieczeństwa, to umowa podkopałaby suwerenność kraju. Wiedząc, że Kijów ją odrzuci, Trump znowu chce oskarżyć Ukrainę o niepowodzenie rozmów pokojowych?
To miało sens na samym początku. Ludzie Trumpa właśnie próbowali to zrobić - zrzucić wszystko na Ukrainę, odwrócić się na pięcie i powiedzieć Europie: "Teraz to wasze problemy". Na tym etapie na taki zwrot już za późno. Zbyt dużo czasu, sił i medialnej uwagi poświęcono na negocjacje. Nawet sam Trump był zmuszony przyznać, że Rosja przeciąga decyzję o rozejmie. Niby ustalono jakieś tam częściowe zawieszenie ognia, ale ono nie działa, bo Rosja z założenia nie zamierza przestrzegać żadnych umów.
- Po kłótni w Białym Domu Ukraina była gotowa na drugie podejście. Umowa ramowa mogła być podpisana podczas negocjacji w Arabii Saudyjskiej. Ale Trump stwierdził, że chce ją uczynić "bardziej fantastyczną".
Podczas rozmów w Arabii Saudyjskiej Amerykanie poprosili o więcej czasu na dopracowanie umowy. Dlaczego? Bo to jedyna karta przetargowa, którą teraz mają. Tyle że obecny dokument, który wyciekł do mediów napisali nie specjaliści od prawa międzynarodowego, tylko osoby z doświadczeniem biznesowym. Więc tę propozycję można rozpatrywać wyłącznie jako brudnopis, który został ostro odebrany przez stronę ukraińską i który nadal jest w opracowaniu. W końcu trafi w ręce kompetentnych osób, które rozumieją, czym jest prawo międzynarodowe.
- W wizji USA, amerykańskie firmy miałyby otrzymać wyłączne prawa do eksploatacji wszystkich nowych złóż surowców w Ukrainie. Gdyby Kijów przystał na takie rozwiązanie, oznaczałoby to de facto koniec z integracją z UE, bo takie warunki są niezgodne z unijnym prawem. Trump próbował wbić klin między Ukrainę a EU?
Oczywiście, że jest zainteresowany w osłabieniu Europy. Świat ostatecznie odszedł od porządku opartego na umowach, traktatach i prawie międzynarodowym. Teraz obowiązują reguły, które narzucaj mocarstwa - USA i Chiny. Rosja chciałaby być trzecim ośrodkiem siły, choć jest tylko regionalną potęgą. Ale wszystkie te trzy kraje mają wspólny interes polegający na wyeliminowaniu innych silnych ośrodków władzy. Dlatego ani Waszyngton, ani Pekin, ani Moskwa nie są zainteresowane silną Europą. Ona pasuje im jako rynek zbytu, ale nie jako potęga, która może sama podejmować decyzje i się bronić. Dla Chin ten cel przez dziesięciolecia był priorytetowym, ale nieosiągalnym aż nagle - w dużej mierze dzięki Trumpowi - znalazł się w zasięgu ręki.
(...)
- Jeszcze przy administracji Joe Bidena w Ukrainie pobrzmiewały głosy, że ślepa wiara w USA i stawianie wszystkiego na sojusz z Ameryką jest błędem. Bowiem o wiele efektywniej byłoby budować sojusze w Europie. Czy właśnie widzimy zwrot w podejściu Kijowa?
Tak, choć oczywiście publicznie nikt nie ogłosi, że zrywamy relacje z Ameryką. Ukrainie jest teraz skrajnie nie na rękę publicznie kłócić się z Ameryką. Strategia ukraińskiej dyplomacji polega na tym, by zająć wypośrodkowane stanowisko i kupić jak najwięcej czasu na wzmocnienie relacji z Europą. Kijów będzie nadal szukał możliwości dialogu z Białym Domem, ale ciężar relacji sojuszniczych już jest przenoszony na UE.
I dzieje się to z coraz większym poparciem społeczeństwa i establishmentu. W Ukrainie rośnie przekonanie, że takie umowy, jak ta o wydobyciu surowców, lepiej podpisać z Europą i z nią budować przyszłość. To logiczne, bo Ukraina i Unia Europejska płyną w jednej łódce. Albo razem utrzymamy się na powierzchni, albo razem pójdziemy na dno. Jesteśmy potrzebni sobie nawzajem. Europa chce, żeby wojna się zakończyła i żeby Rosja nie stanowiła dla niej zagrożenia. Bo w przyszłości rosyjska agresja na Zachód to bardzo prawdopodobny scenariusz, a Polska dla Putina jest celem numer jeden.
wp.pl