poniedziałek, 20 czerwca 2022


Kwestia restytucji węgla stała się tak pilna, że już na ósmego lipca zapowiedziano uchwalenie specjalnej ustawy przez Bundesrat, która ma wejść w życie natychmiast, by na jej podstawie ministerstwo mogło wydać stosowne rozporządzenia. Z uwagi na niebezpieczeństwo deficytu gazu (który już jest widoczny, ponieważ Putin ograniczył przesył Nord Stream-em 1), i tym samym – energii wskutek szantażu Kremla, decyzji Habecka nikt nie kwestionuje. Sam minister uzasadnił ją stwierdzeniem, że nie może dopuścić do wstrząsu niemieckiej gospodarki. Węgiel właśnie powinien zapobiec turbulencjom, aczkolwiek planuje się również ustawowe ograniczenie konsumpcji błękitnego paliwa, aby, co stanowi najwyższy priorytet, do pierewszego listopada zapełnić zbiorniki w 90 procent.

Co ciekawe, Prezes Federalnej Agencji ds. Sieci (Bundesnetzagentur) Klaus Müller wprowadził ustawowo nakazane obniżenie temperatury ogrzewania mieszkań. Media niemieckie piszą, że niemieccy konsumenci podziękują Habeckowi za tę decyzję, gdyż ich kieszenie nie zostaną wydrenowane przez wysokie rachunki. Wdzięczny, oczywiście, jest i sam sektor energetyczny wytwarzający energię z węgla brunatnego, który uważa, że resort wreszcie przyznał mu rację, iż węgiel brunatny ma podstawowe znaczenie jako jedyna krajowa rezerwa energii, w dodatku, dostępna tanio i w ogromnych ilościach.

Niemcy otworzą ponownie część zamkniętych elektrowni węglowych w odpowiedzi na ograniczenie dostaw gazu z Rosji i obawy o jego niedobory zimą. Niemcy mają 31,4 GW energetyki węglowej i 27,9 GW gazowej. Nowe prawo zakłada tymczasowe wznowienie pracy do 10 GW energetyki opalanej węglem na dwa lata. Moc energetyki jądrowej przeznaczonej do wyłączenia z końcem tego roku to 4 GW, ale Niemcy uznały, że nie warto ich utrzymywać przy życiu ze względów ekonomicznych i bezpieczeństwa.

Rząd niemiecki planuje redukcję zużycia gazu o jedną piątą bez konieczności wprowadzenia ograniczeń poboru przy jednoczesnym wzroście importu spoza Rosji dzięki czterem pływającym terminalom LNG, które mają być oddawane do użytku od lutego 2023 roku oraz gazowi z Norwegii. Financial Times szacuje, że zapasy gazu w Niemczech sięgające 90 procent mocy magazynowych pozwolą zapewnić dwa-trzy miesiące z użycia w czasie typowej zimy, ale bez jakichkolwiek dostaw z Rosji.

Niemcy wprowadzą także system aukcji rekompensat dla przemysłu za ograniczenie poboru gazu.

biznesalert.pl/Handelsblatt/Financial Times

W czasie zakończonego w weekend tzw. międzynarodowego forum ekonomicznego w Petersburgu zagranicznych uczestników było naprawdę niewielu. Z powodu napaści Rosji na Ukrainę, zwykle przyciągająca międzynarodowych gości impreza stała się toksyczna. Nie przyjechał nikt ze świata zachodniego. Imprezy Putina uniknęli również Chińczycy, czy przedstawiciele państw arabskich i południowoamerykańskich, przysyłając najwyżej delegacje niższego szczebla. Pojawili się za to afgańscy Talibowie, wysłannicy reżimów z Damaszku, Mjanmy (Birmy), Wenezueli czy przywódcy marionetkowych tzw. separatystycznych republik z Donbasu.

Na tle tego egzotycznego i zbójeckiego towarzystwa prezydent Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew był jednym z najpoważniejszych gości Putina. Właściwie był najważniejszy. Zwłaszcza teraz, kiedy Rosja jest izolowana. Putin chciał się postarać, by ważnego gościa z Kazachstanu uhonorować. Tyle, ze zrobił to w swoim stylu, próbując ustawić Tokajewa w szeregu lojalnych sojuszników-wasali Rosji. A to się nie udało. W rezultacie w Petersburgu doszło do napięć, które już zaczęły toczyć się drogą eskalacji między Rosją a Kazachstanem.

Kazachski prezydent miał otrzymać z rąk Putina order Aleksandra Newskiego. Teoretycznie to wysokiej rangi odznaczenie. Jednak nie aż tak wysokie. W tym roku order otrzymał np. szef rosyjskiej federacji hokeja. W ubiegłym: prezesi dużych rosyjskich spółek, np. Łukoila. Odznaczona była również Margarita Simonian, medialna propagandystka. Zresztą to właśnie Simonian była moderatorką panelu na petersburskim Forum, podczas którego doszło do spięcia między Putinem a Tokajewem. Wokół odznaczenia dla Tokajewa powstało zamieszanie. To kazachski prezydent miał odmówić, powołując się na to, że nie przyjmuje tego typu odznaczeń. Nie wiadomo, czy poczuł się urażony niską rangą orderu, czy po prostu nie chciał go z rąk Putina w obecnej sytuacji, kiedy Rosja prowadzi wojnę od której Kazachstan się dystansuje.

W czasie dyskusji na Forum w Petersburgu Putin powtórzył znany już światu wywód, że skoro Zachód kiedyś uznał Kosowo, to separatyści z Donbasu również mają prawo do niepodległości i Rosja ich może popierać. Jest to dość powszechnie znana, putinowska interpetacja porządku międzynarodowego, którą Kreml od dawna uzasadnia swoją agresywną politykę wobec sąsiadów. W odpowiedzi na tezy Putina prezydent Kazachstanu wygłosił wywód o prawie międzynarodowym, po czym, szokując Putina i gości Forum, powiedział, że Kazachstan nie uzna separatystycznych republik z Donbasu.

Na reakcję Rosji nie trzeba było długo czekać. Wczoraj okazało się, że w nafto-porcie w Noworosyjsku znaleziono nagle niewybuchy, miny morskie z czasów II wojny światowej. Z tego powodu wstrzymano załadunek ropy na tankowce. Kazachskiej ropy. Kazachstan od jakiegoś czasu eksportuje swoją ropę na rynki zachodnie tą drogą. Tokajew nie pozostał dłużny. Dziś pojawiła się informacja, że Kazachowie zablokowali 1700 wagonów z rosyjskim węglem, które jechały przez ich kraj, prawdopodobnie do Chin. Oficjalnie została ona później zdementowana przez kazaskie koleje. Asertywność Kazachstanu musiała zaskoczyć Kreml. Napięcia nie są wyłącznie efektem wypowiedzi Tokajewa w Petersburgu. Na początku maja przez rosyjskie media przetoczyła się fala nienawistnych wobec Kazachstanu wypowiedzi. Była związana ze wściekłością rosyjskich władz, na brak wsparcia dla Rosji w wojnie z Ukrainą. Punktem zapalnym było również wycofanie się Kazachstanu ze świętowania dnia zwycięstwa 9 maja. W rosyjskiej propagandzie pojawiały się groźby, że Moskwa może z Kazachstanem zrobić to samo, co z Ukrainą i np. zająć północną część kraju, zamieszkałą przez liczną mniejszość rosyjską. Były sugestie, że rosyjska mniejszość w Kazachstanie jest dyskryminowana.

Kiedy tylko sankcje wobec Rosji zaczęły działać, rosyjski biznes i zwykli Rosjanie rozpoczęli poszukiwania alternatywnych dróg zaopatrzenia w różne towary i usługi. Oczy Rosjan zwróciły się na Kazachstan. Kraj duży, ze stosunkowo silną gospodarką i dość zamożnymi, rozwiniętymi miastami: Ałmaty i Nursułtanem. Ze wszystkim tym, co Rosjanom jest potrzebne: rozwiniętym rynkiem, dobrą siatką połączeń lotniczych z całym światem oraz podobieństwami w funkcjonowaniu państwa i gospodarki. W efekcie od marca rośnie zainteresowanie „przenosinami” do Kazachstanu. W rosyjskich mediach pełno jest ogłoszeń firm doradczych zajmujących się rerejestracją działalności gospodarczej w Kazachstanie, pomocą w uzyskaniu stałego pobytu i obywatelstwa. Do Kazachstanu przeniosły się niektóre korporacje. Te, które musiały opuścić Rosję z powodu sankcji. Np. firma konsultingowa McKinsey przeniosła setki pracowników rosyjskich do spółek zarejestrowanych w Kazachstanie. Azjatycka republika stała się nagle celem turystyki zakupowej i to nie tylko z sąsiednich miast, jak Orenburg, czy Omsk. W Kazachstanie bez problemu można kupić znikające z Rosji marki samochodów, sprzętu, czy odzieży. Kalkulacje, że Kazachstan stanie się dla Rosjan oknem na świat mogą się okazać pułapką. Bo Kazachowie zaczynają się obawiać Rosjan niezależnie od tego, czy są wysłannikami Putina, czy chcą uciec przed konsekwencjami kremlowskiej polityki.

W Kazachstan Putin sporo zainwestował. Wojnę na Ukrainie poprzedziła przecież styczniowa eskapada rosyjskich wojsk desantowych do Kazachstanu. Formalnie pod szyldem OUBZ (Organizacji Układu Bezpieczeństwa Zbiorowego) i przy symbolicznym współudziale wojsk z Armenii, Kirgistanu, czy Białorusi. Oficjalnym powodem interwencji zbrojnej było wsparcie kazachskich władz w tłumieniu masowych protestów. Faktycznie interwencja przypieczętowała transfer władzy z rąk rządzącego od początku niepodległości Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa w ręce prezydenta Tokajewa. Założenie, że Tokajew będzie lojalnym wasalem, przynajmniej w takim stopniu jak Łukaszenka na Białorusi, okazało się mylne.

belsat.eu

Kanclerz Olaf Scholz (SPD) w wypowiedzi dla Niemieckiej Agencji Prasowej (dpa) broni polityki pojednania z Rosją swojej poprzedniczki - Angeli Merkel (CDU). "Próba mediacji nigdy nie może być czymś złym, podobnie jak próba pokojowego dogadania się” – powiedział Scholz, zaznaczając, że w tej kwestii jego zdanie jest podobne do tego Merkel.

Kanclerz Scholz zupełnie inaczej ocenił jednak politykę energetyczną swojej poprzedniczki, prowadzoną wobec Rosji w ostatnich latach. Błędem w niemieckiej polityce gospodarczej było to, że zbyt mocno skoncentrowaliśmy nasze dostawy energii na Rosji, bez stworzenia niezbędnej infrastruktury, aby móc szybko zmienić kurs, gdyby doszło do najgorszego – podkreślił.

Przypomniał, że będąc burmistrzem Hamburga prowadził kampanię na rzecz budowy terminali gazu płynnego na północnym wybrzeżu Niemiec. Teraz musimy to szybko nadrobić - zaznaczył.

(...)

Jak przypomina dpa, w udzielonym tydzień temu wywiadzie Merkel „broniła swojej mocno krytykowanej polityki wobec Rosji” i odmówiła przyznania się do winy w tej sprawie. W opublikowanym w sobotę wywiadzie dla RND podtrzymała tę postawę, także w odniesieniu do prowadzonej przez Niemcy polityki energetycznej. Nie wierzyłam w zmianę poprzez handel, ale w związek /z kim? - red./ poprzez handel, i to z drugą co do wielkości potęgą jądrową na świecie – stwierdziła Merkel.

Scholz bronił także decyzji Merkel, która wyrażała sprzeciw wobec procesu przystąpienia Ukrainy do NATO w 2008 roku. Kryteria przystąpienia do NATO muszą być spełnione przez każdy kraj, który chce przystąpić do sojuszu. Wejście Ukrainy do NATO nie było na porządku dziennym. Wszyscy o tym wiedzieli, łącznie z prezydentem Rosji (Władimirem Putinem) – wyjaśnił Scholz.

Jak zauważył Scholz, „tym bardziej absurdalne jest to, że Putin uzasadniał swój atak na Ukrainę m.in. stwierdzeniem, że kiedyś w końcu może ona się tam (w NATO) nagle znaleźć” - było bowiem jasne, że nie jest to kwestia najbliższej przyszłości.

PAP/dziennik.pl

Część niemieckich elit politycznych i biznesowych liczy, że gazociąg Nord Stream 2 po zakończeniu wojny na Ukrainie dostanie drugie życie - mówi w rozmowie z PAP analityk rynku energetycznego z Berlina Thomas O'Donnell.

"Zwlekanie i brak jasnego stanowiska niemieckiego kierownictwa co do tego, czy Nord Stream 2 rzeczywiście jest na zawsze martwy, wskazuje, że w kręgach biznesowych i politycznych istnieje nadzieja, że po wojnie na Ukrainie obydwa gazociągi Nord Stream będą miały nowe życie" - podkreśla O'Donnell, analityk rynku energetycznego, wykładowca prywatnego berlińskiego uniwersytetu Hertie School of Governance i autor bloga "The Global Barrel".

"Najprawdopodobniej w Berlinie mają nadzieję, że gazowy biznes przez Nord Stream 1 i 2 będzie częścią ustępstw na rzecz Putina w zamian za rosyjskie ustępstwa na Ukrainie. Z niechęci kanclerza Olafa Scholza, by jasno zadeklarować, że Niemcy chcą zwycięstwa Ukrainy, a także unikania wysyłania do Kijowa ciężkiej broni, która mogłaby naprawdę pomóc Ukrainie w zwycięstwie, wynika, że Niemcy wciąż mają nadzieję do powrót przedwojennych relacji z reżimem Putina, jeśli chodzi o bezpieczeństwo europejskie i niemiecki handel energią" - zaznaczył ekspert.

Dodał, że polityka ta odzwierciedla brak możliwości szybkiego znalezienia przez Niemcy i UE pełnej alternatywy dla ogromnej zależności od rosyjskiego gazu, jaką stworzyła niemiecka prorosyjska polityka gazowa w Europie.

"W ciągu najbliższych dwóch zim może dojść do racjonowania dostaw gazu dla przemysłu i obywateli Niemiec i innych krajów UE. Zapewne zachęci to upartych zwolenników importu rosyjskiego gazu do nalegania na złagodzenie sankcji energetycznych wobec Rosji i wykorzystanie Nord Stream 1 i 2" - przewiduje O'Donnell.

"Ponadto, w związku z niemiecką transformacją energetyczną (Energiewende), która opiera się na bardzo kosztownym i skomplikowanym technicznie pomyśle przejścia w stu procentach na odnawialne źródła energii bez atomu, popyt na gaz w RFN w nadchodzących latach będzie rósł. Istnieją więc zarówno przyczyny geostrategiczne, jak i techniczne, które sprawiają, że część niemieckich elit tęskni za przywróceniem po wojnie rosyjskich dostaw gazu przez Nord Stream 1 i 2" - zwraca uwagę analityk.

Jego zdaniem, Berlin zdaje sobie sprawę, że bez rosyjskiego gazu zależność Niemiec od USA, jako największego na świecie producenta ropy i gazu, będzie rosła.

"Niemcy zawsze opierały się uzależnieniu od USA i od chronionych przez Waszyngton światowych rynków ropy i gazu. Poprzez partnerstwo z Rosją w zakresie ropy i gazu RFN poszukiwała pewnej wolności od dominacji USA w sojuszu transatlantyckim i w Europie. Będzie nadal do tego dążyć i ponownie użyje Rosji jako +strategicznej przeciwwagi+ wobec USA, jeśli tylko będzie to możliwe" - prognozuje Thomas O'Donnell.

PAP