środa, 2 sierpnia 2023


Z informacji przedstawionych przez "The Washington Post" wynika, że rozległe pola minowe zmieniły strategię ukraińskiej kontrofensywy i zmusiły żołnierzy do porzucania czołgów oraz innych pojazdów. Takie problemy spowalniają działania i działają negatywnie na morale walczących.

Ukraińcy wiedzą, że tereny, z których wycofali się Rosjanie, są gęsto zaminowane. — Nie można nic zrobić, ponieważ pola minowe są na tyle duże, że czołg i tak w końcu trzeba zatrzymać. Następnie maszyna zostanie zniszczona przez wrogą artylerię — powiedział ukraiński generał Wałerij Załużny w rozmowie z "TWP".

Mick Ryan, emerytowany australijski generał, powiedział "The New York Times", że technologia usuwania min wykorzystywana przez Ukraińców nie jest na tyle zaawansowana, by pokonać rosyjskie zaminowania. Ukraińcy wykorzystują do tego m.in. amerykańskie systemy M58 Mine Clearing Line Charge, które nie są wystarczające.

Zdaniem Ryana Ukraina sama powinna zająć się kwestią rozminowywania terenów i stworzyć bardziej zaawansowane systemy, które pozwolą jej na odzyskiwanie kolejnych hektarów ziem. — Ukraina potrzebuje "Projektu Manhattan" do usuwania min — stwierdził emerytowany generał, odnosząc się do programu stworzonego przez USA w trakcie II wojny światowej.

Poza polami minowymi ukraińska kontrofensywa ma problem z przebiciem się przez rosyjską obronę. Doniesienia, na które powołuje się amerykański Business Insider, wskazują, że Ukraińcy skupili się na bombardowaniu celów z dystansu, a nie bezpośrednim forsowaniu linii wroga.

onet.pl/The Washington Post/The New York Times

Jeżeli Ukraina zostanie członkiem NATO, to artykuł 5. Traktatu Północnoatlantyckiego będzie miał zastosowanie jedynie do terenów przez nią kontrolowanych, co zapobiegnie dalszej agresji ze strony Rosji — powiedział w wywiadzie dla agencji Interfax-Ukraina były ambasador USA przy NATO Ivo Daalder. Skrytykował również wciąż obecną na Zachodzie myśl, że należy dać Władimirowi Putinowi możliwość "zachowania twarzy".

Jego zdaniem członkostwo Ukrainy w Sojuszu zapobiegnie dalszej eskalacji wojny. — To prawda. Jest to jednak tylko podstawa do zwrotu całego terytorium Ukrainy środkami politycznymi. Wszyscy w NATO (...) popierają suwerenność i niepodległość całego terytorium Ukrainy. Pytanie brzmi, jak je odzyskać — powiedział ekspert.

— Przed rozpoczęciem rosyjskiej agresji na Ukrainę (...) nikt nie mówił o militarnym wyzwoleniu Krymu. To był cel polityczny (...). Oczywiście, gdyby członkostwo w NATO zostało przyznane Ukrainie przed atakiem, do ataku by nie doszło. To wszystko prawda, ale jesteśmy tam, gdzie jesteśmy, w środku wojny, a kwestia tego, jak rozszerzyć gwarancje bezpieczeństwa na kraj w środku wojny ze spornymi granicami jest głównym problemem, który NATO próbuje rozwiązać. Powiem wprost: żaden ze zwolenników zaproszenia Ukrainy do NATO nie zna odpowiedzi na to pytanie — stwierdził Daalder.

Rozmówca agencji Interfax-Ukraina krytycznie odniósł się do protokołu ustaleń, który USA zobowiązały się podpisać z Ukrainą w ramach deklaracji ze szczytu państw G7. —Szczerze mówiąc, to myślę, że (...) nie zostało jasno określone, czym są te gwarancje bezpieczeństwa. Moim zdaniem powinno to oznaczać zobowiązanie do przyjścia z pomocą zaatakowanemu krajowi, a w Memorandum o porozumieniu nie o to chodzi — powiedział były ambasador.

Pytany o możliwość zaproszenia Ukrainy do NATO na szczycie Sojuszu, który odbędzie się w lipcu 2024 r. w Waszyngtonie, Daalder odpowiedział: — Są dwie kwestie. Pierwsza, kiedy i jak (zaprosić Ukrainę do NATO) oraz co dzieje się w terenie pod względem militarnym. Myślę, że do chwili rozpoczęcia szczytu sytuacja na froncie zmieni się do tego stopnia, że decyzja o zaproszeniu będzie bardziej prawdopodobna. Kwestia druga: słowo "warunki". W deklaracji szczytu NATO w Wilnie napisano, że Ukraina zostanie zaproszona do Sojuszu, "gdy sojusznicy wyrażą zgodę i zostaną spełnione warunki". Słowo "warunki" pojawia się tam nie bez powodu i ma związek ze zdolnością i chęcią ukraińskiego rządu do walki z korupcją, która jest powszechna i budzi coraz większe obawy wśród najbliższych przyjaciół Ukrainy. Tym zagadnieniem należy się zająć — powiedział Daalder.

Skrytykował również wciąż obecną na Zachodzie myśl, że należy dać Władimirowi Putinowi możliwość "zachowania twarzy".

— Wojna jest strategiczną katastrofą dla niego i dla Rosji pod każdym względem i nic, co może się wydarzyć, tego nie zmieni. Nikt nie powinien mieć interesu w zachowaniu twarzy przez Putina i Rosję. Musi zapłacić za to, co zrobił. Uważam, że członkostwo Ukrainy w NATO i Unii Europejskiej jest prawdopodobnie największą ceną, jaką zapłaci — przekonywał były ambasador i dodał, że ważniejsze jest pytanie o to, jak pomóc Ukrainie w określeniu własnej przyszłości w ramach zachodnich struktur.

PAP

Siłom rosyjskim najprawdopodobniej udało się poszerzyć przyczółek na lewym brzegu rzeki Żerebeć i miały one zająć wzniesienia pomiędzy miejscowościami Nadija i Nowojehoriwka (według części źródeł ta ostatnia miała w całości zostać opanowana przez agresora) oraz wyrównać linię frontu. Kijów nie dementuje doniesień o stratach terytorialnych, pośrednio potwierdza jednak postępy Rosjan. Ukraiński Sztab Generalny informuje o walkach w rejonie Nowojehoriwki, z kolei wiceminister obrony Hanna Malar 31 lipca powiadomiła o podejmowanych przez Rosjan bezskutecznych próbach wyparcia obrońców za rzekę Oskoł, która stanowi kolejną po rzece Żerebeć ukraińską rubież obronną w tym rejonie (odległość między nimi wynosi 20–25 km). Ukraińskie czynniki wojskowe podkreślają niepowodzenie rosyjskich ataków kilkanaście kilometrów na północ od przyczółku, na granicy obwodów ługańskiego (Nowoseliwśke) i charkowskiego (Berestowe). Agresor miał za to poczynić nieznaczne postępy na północny wschód od Kupiańska (w rejonie Syńkiwki).

Rosjanie wyparli siły ukraińskie z zajętej przez nie w poprzednim tygodniu miejscowości Staromajorśke na południe od Wełykiej Nowosiłki, lecz nie udało im się przywrócić nad nią kontroli. Została ona całkowicie zniszczona i wciąż toczą się tam walki. Nie przyniosły natomiast zmian ataki podejmowane przez obie strony na innych kierunkach – ukraińskie w rejonie wsi Robotyne na południe od Orichiwa i w okolicy Kliszczijiwki na południowy zachód od Bachmutu oraz rosyjskie na południowy zachód od Kreminnej i w rejonie Marjinki. Ukraiński Sztab Generalny wskazuje na spadek aktywności wojsk agresora w pobliżu Awdijiwki i Bachmutu, gdzie przez ostatnie dni Rosjanie mieli nie podejmować prób natarcia. 31 lipca wiceminister Malar podsumowała postępy działań ukraińskich w minionym tygodniu. Na południu obrońcy mieli odzyskać kolejne 12,6 km2 terenu, a w rejonie Bachmutu – 2 km2. Zwiększyło to wyzwolony od rozpoczęcia kontrofensywy obszar do odpowiednio 204,7 km2 i 37 km2. Do starć pomiędzy wrogimi wojskami miało dojść ponad 170 razy.

Siły rosyjskie kontynuowały ataki rakietowe na bezpośrednie zaplecze sił ukraińskich. 28 lipca dwie rakiety Iskander-M miały uderzyć w miasto Dniepr, w tym m.in. w lokalną siedzibę SBU. Uszkodzeniu uległ także pobliski budynek, a pięciu cywili zostało rannych. 29 lipca celem rosyjskich rakiet były Zaporoże, skąd donoszono o dwóch osobach zabitych i dwóch rannych, oraz Sumy, gdzie również zginęły dwie osoby, a 20 raniono. Ukraiński Sztab Generalny informował, że tego dnia Rosjanie przeprowadzili łącznie osiem ataków rakietowych. Przed północą 30 lipca rosyjskie pociski z systemów S-300 uderzyły w Charków (m.in. w magazyny przedsiębiorstwa handlowego i lotnisko) i Wełykyj Burłuk w obwodzie charkowskim. 31 lipca celami ataków były Krzywy Róg, gdzie doszło m.in. do częściowego zawalenia się budynku mieszkalnego, w wyniku czego sześć osób zginęło, a ponad 80 zostało rannych, strefa przemysłowa Kramatorska (miały tam uderzyć trzy pociski z S-300) oraz Wesełe w obwodzie donieckim i Szewczenkowe w obwodzie charkowskim. Łącznie Sztab Generalny odnotował użycie przez agresora dziewięciu rakiet. Tego samego dnia celem zmasowanego ostrzału artyleryjskiego był Chersoń – cztery osoby zginęły, a 18 doznało ran. Nocą 1 sierpnia ponownie zaatakowany został Charków, przy czym w tym przypadku agresor wykorzystał drony kamikadze. 31 lipca wiceminister Malar poinformowała, że w ciągu minionego tygodnia obrońcy zestrzelili 37 z 41 użytych przez agresora pocisków manewrujących Ch-101, 3 z 6 pocisków Kalibr oraz 21 z 43 dronów Shahed.

30 lipca i 1 sierpnia doszło do kolejnych ataków dronów kamikadze na Moskwę. Rosjanie deklarowali wprawdzie unieszkodliwienie (środkami obrony przeciwlotniczej i walki radioelektronicznej) wszystkich (tj. po trzech w każdym ataku), niemniej poczyniły one nieznaczne szkody oraz raniły jedną osobę. W obu atakach uszkodzony został wieżowiec centrum biznesowego Moskwa-City. Według resortu obrony FR 1 sierpnia trzy ukraińskie nawodne drony kamikadze (bezzałogowe łodzie motorowe wypełnione materiałem wybuchowym) miały zostać zniszczone przy próbie uderzenia na rosyjskie okręty operujące 340 km na południowy zachód od Sewastopola.

29 lipca wieczorem Zarząd Komunikacji Strategicznych Sił Zbrojnych Ukrainy przekazał, że rankiem tego dnia miał miejsce atak powietrzny na łączący Krym z Donbasem most Czonharski. Rano 29 lipca administracja okupacyjna Krymu informowała natomiast o uderzeniu pociskami manewrującymi Storm Shadow na połączenie kolejowe Krymu z obwodem chersońskim (wszystkie 12 pocisków miało zostać strąconych przez rosyjską obronę powietrzną). Dopiero 31 lipca pojawiły się materiały potwierdzające to zdarzenie (wcześniej ukraińskie media publikowały zdjęcia z ataku przeprowadzonego na most Czonharski 22 czerwca) – wynika z nich, że doszło do uszkodzenia linii kolejowej na nasypie u wylotu mostu. Również 29 lipca ukraiński wywiad wojskowy (HUR) donosił, że poprzedniego dnia wieczorem miał miejsce wybuch składu amunicji w rejonie Kozaczej Buchty w Sewastopolu. 28 lipca o zestrzeleniu ukraińskiej rakiety z systemu S-200 nad Taganrogiem w obwodzie rostowskim donosili z kolei Rosjanie (w centrum miasta doszło do zniszczeń). 30 lipca strona rosyjska informowała natomiast o ataku dronów kamikadze na Krym (wszystkie 25 bezzałogowców miało zostać zestrzelonych bądź zneutralizowanych środkami walki radioelektronicznej).

31 lipca w wywiadzie dla dziennika „la Repubblica” ukraiński minister strategicznych gałęzi przemysłu Ołeksandr Kamyszyn oznajmił, że od stycznia br. Ukraina dziesięciokrotnie zwiększyła produkcję amunicji, ale nadal nie wystarcza to na pokrycie potrzeb. Kijów wciąż poszukuje partnerów międzynarodowych, którzy pomogliby zwiększyć ukraińskie zdolności produkcyjne. Kamyszyn zaznaczył, że Ukraina oferuje zachodnim koncernom zbrojeniowym unikalną możliwość przetestowania swoich produktów w warunkach realnej wojny. Do ukraińskich potrzeb w zakresie amunicji artyleryjskiej i amerykańskich działań dotyczących ich realizacji odniósł się 1 sierpnia „Financial Times”. Po rozpoczęciu ofensywy zużycie przez siły ukraińskie pocisków artyleryjskich wzrosło do poziomu 8 tys. na dobę (wcześniej wynosiło 5–7 tys.). Waszyngton wszczął kroki na rzecz zwiększenia własnej produkcji, m.in. uruchomił nowe linie produkcyjne, tak by w 2025 r. osiągnąć jej efektywność na poziomie 90 tys. pocisków (głównie kalibru 155 mm) na miesiąc. Obecnie amerykański przemysł ma dostarczać 24 tys. pocisków miesięcznie, podczas gdy w 2022 r. było to 14 tys. W ramach poszukiwania alternatywnych źródeł dostaw Amerykanie porozumieli się w sprawie dostarczania amunicji na Ukrainę z Bułgarią i Koreą Południową. Prowadzą też rozmowy z Japonią.

(...)

Komentarz

Powtarzające się ataki na Moskwę, za którymi najprawdopodobniej stoi ukraiński wywiad wojskowy, mają duże znaczenie symboliczne. Nie powodują znacznych szkód, jednak stanowią dowód na to, że Rosjanie nie są w stanie zapewnić pełnego bezpieczeństwa nawet własnej stolicy, w tym elicie finansowej (uwidacznia to dwukrotne uderzenie w wieżowiec moskiewskiego centrum biznesowego). Z wojskowego punktu widzenia ataki te mogą natomiast wskazywać, że siły ukraińskie mają coraz większe problemy z osiąganiem na terytorium FR celów wojskowych. Najprawdopodobniej osłona powietrzna i radioelektroniczna najważniejszych obiektów militarnych Rosji jest już na tyle szczelna, że ataki na nie przestały być opłacalne. Ostatnie uderzenia na lotniska wojskowe po rosyjskiej stronie granicy Ukraińcy przeprowadzili w grudniu 2022 r. (według części źródeł w styczniu br. zaatakowali jeszcze lotnisko pod Woroneżem, jednak zdarzenie to nie zostało potwierdzone). Coraz rzadziej znaczące rezultaty przynoszą także uderzenia na rosyjską infrastrukturę wojskową na Krymie.  

osw.waw.pl

Dr Witold Sokała przekonuje, że opowieści o tym, że cały tzw. pucz Prigożyna był zorganizowany przez samego Putina po to, żeby mieć alibi do przesunięcia wagnerowców na Białoruś, to "bajki z mchu i paproci", wymyślone i podtrzymywane przez moskiewskich speców od walki informacyjnej.

– Z jednego powodu: muszą zamaskować problemy wewnętrzne reżimu i wbrew faktom tłumaczyć, że ich szef jest geniuszem politycznym, który wszystko kontroluje – mówi Onetowi.

Wicedyrektor Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych UJK w Kielcach dodaje też, że bajką jest również inna narracja, zauważalna w naszej przestrzeni informacyjnej – wedle której ze strony wagnerowców grozi nam regularne uderzenie, na przykład na tzw. przesmyk suwalski albo nawet na Warszawę.

– Bez żartów, Rosjanie nie mają dziś sił, by zaczynać otwarty konflikt z państwami NATO, nie są raczej aż tak szaleni – uważa ekspert. – A nawet jeśli, to akurat te marne parę tysięcy ludzi, w większości bandytów o wątpliwych kwalifikacjach wojskowych, nie stanowi dla takiej operacji jakiegoś szczególnie istotnego wsparcia – dodaje.

Jednocześnie dr Sokała podkreśla, że co innego tak zwane operacje hybrydowe. Czyli – prowokacje z użyciem siły, mające albo przetestować szczelność naszej granicy, albo wprowadzić zamieszanie i spowodować panikę, docelowo może nawet prowadzącą do nastrojów kapitulanckich w naszym społeczeństwie.

– To jest oczywiście możliwe. Rzecz w tym, że do tego nie potrzeba tysięcy najemników. Do tego rodzaju działań wystarczy nawet kilkunastu dobrze wyszkolonych specjalistów od planowania i wywiadu, żeby odpowiednio zaplanować operację, plus kilku czy góra kilkudziesięciu bezpośrednich wykonawców – przekonuje nasz rozmówca.

– Owszem, ci drudzy mogą zostać zrekrutowani akurat spośród członków Grupy Wagnera, ale równie dobrze można ich wziąć albo z szeregów armii czy służb specjalnych, czy to Rosji, czy Białorusi, a także bezpośrednio z kolonii karnych – dodaje.

Dr Sokała uważa więc, że "cały cyrk z dyslokacją wagnerowców" niewiele tu zmienia. W opinii eksperta są oni na Białorusi raczej w innych celach.

– Po pierwsze, by stanowić element nacisku na Łukaszenkę, a po drugie, by mocniej wiązać ten kraj z zagranicznymi interesami Rosji w Afryce czy na Bliskim Wschodzie, bo ewidentnie buduje się tu bazę dla działań najemniczych w tamtych częściach świata – mówi Onetowi dr Sokała.

– No i bez wątpienia jest to element trwającej wciąż gry o władzę na Kremlu, pomiędzy frakcją Putina z jednej strony, która próbuje nie bez sukcesów odzyskać pełną kontrolę, a grupą tych, którzy za pomocą puczu Prigożyna próbowali Putina osłabić lub nawet obalić – dodaje.

Zdaniem wicedyrektora Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych UJK w Kielcach paradoksalnie – dla nas może to być dobre. Bo dotychczas, choć ryzyko zorganizowania na polskiej granicy poważnych prowokacji i tak było duże, mało kto się tym przejmował.

– Eksperci alarmowali, że doświadczenia z poprzedniej fali ataków są negatywne i świadczą o kiepskim przygotowaniu naszych służb. Przypomnę, że nie było odpowiednich procedur, żołnierze i funkcjonariusze, szkoleni do zupełnie innych sytuacji, bardzo często musieli improwizować. Zawodziła też logistyka, czego anegdotycznym dowodem jest fakt, że często sami musieli sobie kupować baterie do latarek w jakichś miejscowych sklepach – podkreśla nasz rozmówca.

W opinii dr. Sokały po dowódcach i politykach te sygnały "spłynęły jak woda po kaczce" – ci pierwsi przyjęli nagrody za zatrzymanie fali migrantów, ci drudzy skupili się na wykorzystaniu tamtej akcji reżimu w Mińsku do wewnętrznej walki partyjnej.

– Teraz też mamy z tym do czynienia, zwłaszcza ze strony rządowej. Prężenie muskułów, opowieści o tym, że zagrożenie rzekomo nagle wzrosło, o konieczności wzmocnienia granicy, może nawet o jakichś nowych uprawnieniach i stanach wyjątkowych. Boję się, żeby druga strona nie zechciała przedwyborczo zagrać w tę grę, czyli zadziałać dokładnie odwrotnie – w kierunku sparaliżowania, na złość przeciwnikom, zdolności państwa do ochrony granicy. Tymczasem powinno być dokładnie odwrotnie. Politycy powinni przestać zbijać na tym temacie swoje kapitały i pompować sobie słupki dzięki grze na emocjach, a dać zielone światło i pieniądze fachowcom, by ci zrobili, co trzeba. Lepiej późno, niż wcale – zaznacza.

Co dokładnie dr Sokała ma na myśli? Przede wszystkim pilne wprowadzenie jasnych instrukcji, kto i jak odpowiada na ewentualną przemoc zbrojną ze strony rosyjsko-białoruskiej. Także, a nawet przede wszystkim, jeśli jest ona stosowana "pod fałszywą flagą", czyli na przykład przez osoby udające cywilów, w tym migrantów.

– O takich procedurach trzeba jasno i zawczasu poinformować sojuszników z NATO, ale też przygotować na nie opinię publiczną, koniecznie wyłączając te kwestie z zakresu walki partyjnej – przekonuje nasz rozmówca. – Policja, Straż Graniczna i wojsko, w tym jednostki WOT, muszą zostać pilnie przeszkolone do takich sytuacji oraz stosownie doposażone – dodaje.

Dr Sokała podkreśla również, że powinniśmy też przeciwdziałać zagrożeniu poprzez ofensywne rozpoznanie wywiadowcze zamiarów przeciwnika – i to nie tylko samodzielnie, ale razem z partnerami z NATO.

– Wciąganie do współpracy i do fizycznej obecności na granicy sił natowskich i unijnych, to zresztą jeden z podstawowych sposobów politycznych zwiększania bezpieczeństwa. Bo skłonność Rosjan do posłużenia się krwawą prowokacją jest z oczywistych względów większa, gdy mają do czynienia w danym miejscu tylko z Polakami, a mniejsza, gdy ryzykują konfrontację np. z żołnierzami i funkcjonariuszami z USA, Niemiec albo Francji. Pora więc przestać obrażać się na przykład na Frontex, i udawać, że nasz rząd potrafi sam zapanować nad sytuacją, wbrew Unii i wewnętrznej opozycji. To podejście bardzo wygodne wyborczo, ale niebezpieczne dla interesów państwa – przekonuje.

onet.pl

Zawyżone straty strony ukraińskiej, jakie przebijają się w rosyjskich komunikatach, nie wynikają jedynie z typowego przekłamywania rzeczywistości przez propagandę rosyjską, lecz są również wynikiem odpowiednio użytych przez Ukraińców systemów pozoracji. To właśnie dzięki nim Rosjanie sumarycznie mieli zniszczyć ponad 250% wszystkich dostarczonych Ukrainie wyrzutni HIMARS i MLRS. Podobnie nierzeczywisty obraz strat dotyczy ukraińskich czołgów oraz systemów przeciwlotniczych.

Ukraińcy działają tu dwukierunkowo. Z jednej strony skutecznie maskują pozycje właściwego sprzętu wojskowego, a z drugiej budują fałszywe stanowiska bojowe, korzystając z doraźnie tworzonych makiet, jak i z rozwiązań opracowanych przez specjalizujące się w tym firmy. O rozmachu tych działań może świadczyć fakt, że czeska spółka Inflatech Decoy z Děčíny dostarcza miesięcznie na front 35 nadmuchiwanych atrap wyrzutni rakietowych M142 HIMARS i M270 MLRS.

Te sukcesy systemów pozoracji są o tyle ważne, że Rosjanie uznają tego rodzaju systemy jako cele priorytetowe. Do ich zwalczania wykorzystują więc najnowocześniejsze systemy rozpoznania i uzbrojenia, które w rzeczywistości służą do niszczenia stosunkowo tanich, nadmuchiwanych atrap. Przy czym należy pamiętać, że Ukraińcy nie skupiają się jedynie na ochronie własnych wyrzutni rakiet ziemia-ziemia.

W Internecie publikowane były więc zdjęcia, na których Rosjanie atakowali atrapy radarów, nieruchome czołgi (które najprawdopodobniej rozstawiano, pomimo że były wcześniej spalone lub w stanie uniemożliwiającym naprawę) oraz nieobsadzone żołnierzami, pozorowane stanowiska ogniowe artylerii. Jest to działanie szczególnie skuteczne w odniesieniu do amunicji krążącej. Ich operatorzy mają bowiem mało czasu na przeprowadzenie identyfikacji, w której dodatkowo nie pomaga bardzo słaba jakość optoelektronicznych systemów obserwacji, jakie zastosowano na rosyjskich dronach.

Rosjanie mają tym większe problemy, że Ukraińcy swoje wabiki i atrapy również kamuflują siatkami maskującymi. Nie ma wtedy możliwości określić np. tego, czy znajdujący się pod spodem czołg jest sprawny, czy też został wcześniej spalony. Jedyną różnicą jest to, że ukraińscy żołnierzy specjalnie popełniają pewne błędy w sztuce kamuflażu. W ten sposób ukraińskie fałszywe stanowisko może zostać stosunkowo łatwo wykryte, ale nie może być precyzyjnie zidentyfikowane.

(...)

Systemy pozoracji, dostępne również dla polskich sił zbrojnych, mogą się różnić w zależności od celu, jaki chce się nimi osiągnąć, a także wydzielonych na to środków finansowych. W przypadku wabików optycznych dostępne są zarówno tańsze i łatwiejsze do rozkładania makiety 2D, jak i bardziej skomplikowane w budowie i użyciu nadmuchiwane makiety 3D.

Makiety 2D pozwalają na tworzenie obrazów "poziomych" (wprowadzających w błąd przede wszystkim systemy rozpoznania kosmicznego i lotniczego dalekiego zasięgu) oraz obrazów "pionowych" (mających mylić żołnierzy zwiadu, załogi pojazdów bojowych, operatorów takiego uzbrojenia jak przeciwpancerne pociski kierowane oraz naziemne systemy rozpoznania optoelektronicznego). Skuteczność tego rodzaju rozwiązań można zwiększyć dodatkowo poprzez płaskie i wolumetryczne elementy, tworzące bardziej realistyczne cienie i zwiększające prawdopodobieństwo oszukania przeciwnika. (...)

Kolejnym sposobem na poprawienie skuteczności makiet 2D jest łączenie ich z innymi elementami maskowania, tak by te makiety były widoczne tylko w części, w zależności od kąta, pod jakim jest prowadzona obserwacja. W przypadku układów poziomych mogą to być np. fałszywe umocnienia, nasypy lub zapory. Zaletą tego rodzaju rozwiązań jest ich niski koszt, prostota (montaż w terenie zajmuje nie więcej niż 10 minut) oraz niewielka masa (od 2 do 15 kg).

O skuteczności tego rozwiązania może świadczyć przebieg działań sił NATO w latach 90. Jak się później okazało, zachodni analitycy i piloci w Zatoce Perskiej i na Bałkanach dawali się nabrać, zrzucając bomby na deski i prześcieradła ułożone tak, by wyglądały jak czołgi, a to przy całkowitym pomijaniu pojazdów wojskowych stojących obok płonących opon.

Makiety 3D są bardziej skomplikowane, ale również skuteczniejsze, pozwalając oszukiwać systemy obserwacyjne z o wiele większego zakresu kątów "widzenia" niż w przypadku wabików 2D. Dodatkowo w przypadku nadmuchiwanych wabików 3D istnieje możliwość oszukiwania nie tylko systemów obserwacji wzrokowej, ale również radiolokacyjnej.

W pierwszym przypadku ważne są detale, wielkość i malowanie, ponieważ chodzi o stworzenie fałszywego obrazu u obserwatorów wykorzystujących nawet systemy optoelektroniczne. W drugim przypadku wprowadza się specjalne pokrycia metalizujące i odbijacze radiolokacyjne, które mogą zmylić systemy powietrznego i satelitarnego rozpoznania radarowego. Taka metalizowana konstrukcja może być później przykryta siatką maskującą, co pozwala jednocześnie mylić systemy obserwacji wzrokowej.

Głównym czynnikiem ograniczającym wprowadzanie makiet 3D jest niewątpliwie ich cena, która jednak i tak jest kilkaset razy mniejsza od ochranianego w ten sposób właściwego systemu uzbrojenia. Wabiki przestrzenne są dodatkowo bardziej skomplikowanymi konstrukcjami, przez co są cięższe (najczęściej powyżej 60 kg), muszą być rozkładane przez kilka osób (2-4 ludzi) i w dłuższym czasie (od 3 do 30 minut).

Z drugiej strony, nadmuchiwane makiety są coraz lepsze, nie tylko ze względu na skuteczność w myleniu systemów obserwacji, ale również trwałość i odporność mechaniczną. Standardem jest np. założenie, by wabik można było rozłożyć i złożyć co najmniej 50 razy. Makiety muszą być również łatwe do naprawy w terenie i zachowywać kształt bez względu na warunki atmosferyczne.

defence24.pl