sobota, 9 maja 2026



– Uważam, że udostępnienie narzędzia Claude w styczniu tego roku można przyrównać do 1981 roku, kiedy to pojawił się Microsoft – powiedział Paul Tudor Jones w głośnym wywiadzie dla stacji CNBC.

Uważnie obserwowany przez Wall Street legendarny spekulant dostrzega w obecnej adaptacji sztucznej inteligencji podobieństwa do 1995 roku, kiedy zadebiutował system operacyjny Windows 95, co przyspieszyło komercyjne wykorzystanie internetu. Choć rozwój AI przypomina wczesne etapy ekspansji technologicznej, wywołana nim hossa przypomina już raczej rok 1999, czyli okres na około rok przed pęknięciem bańki dot-comów.

– To był początek cudu produktywności, który trwał od 4 do 5,5 roku. Powiedziałbym, że jesteśmy w 50–60 procentach tej drogi. Jeśli miałbym szacować, zostało nam jeszcze rok lub dwa lata rajdu – powiedział Paul Tudor Jones.

Inwestor przyznaje, że dokupił więcej akcji spółek powiązanych ze sztuczną inteligencją, jednak nie zdradza konkretnych nazw.

– Gram pod trendy makroekonomiczne, więc po prostu kupuję koszyki akcji. Powiem krótko, to szalony, szalony czas. Zawsze lubię szukać historycznych precedensów – stwierdził Jones.

bankier.pl


Daleko idące ograniczenia celebracji najważniejszego święta w kalendarzu Kremla, to po pierwsze dowód na ogromny sukces ukraińskiej kampanii uderzeń dronami i rakietami na cele w Rosji. Po drugie to pokaz słabości rosyjskich sił zbrojnych, najwyraźniej niebędących w stanie zagwarantować Władimirowi Putinowi, iż nic nie spadnie na Plac Czerwony podczas uroczystości.

Decyzja o daleko idącym ograniczeniu defilady została ogłoszona jeszcze pod koniec kwietnia. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow przyznał wprost, że to reakcja na "zagrożenie terrorystyczne" ze strony Ukraińców. Dodatkowo usprawiedliwiał to faktem, że tegoroczna rocznica nie jest okrągła, tylko 81. W związku z tym postanowiono zrezygnować z bodaj najistotniejszego pokazu siły militarnej Rosji - przejazdu kolumny ciężkiego sprzętu przez Plac Czerwony. Od kiedy te defilady zaczęto jeszcze w czasach ZSRR z okazji rocznicy rewolucji październikowej, był to gwóźdź programu. W latach 90. na chwilę z niego zrezygnowano, ale po przejęciu władzy przez Władimira Putina wrócono, zaś całą defiladę przeniesiono na lepiej pasujący do nowych czasów 9 maja. Nawet po inwazji na Ukrainę starano się udawać, że wszystko jest po staremu i organizowano przejazdy ciężkiego sprzętu, choć na mniejszą skalę niż przed wojną. Był to pokaz wiary, że Ukraina Ukrainą, ale Rosja pozostaje mocarstwem i tu oto jedzie na to dowód. Aż do 2026 roku.

Tegoroczna defilada została ograniczona do przemarszu tak zwanej kolumny pieszej, czyli żołnierzy reprezentujących rodzaje sił zbrojnych, uczelnie wojskowe i różne inne formacje rosyjskiego wojska oraz sił Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Tradycyjnie był to początkowy etap uroczystości. Po przywitaniu dygnitarzy, przemówieniu Putina, oficjalnych meldunkach składanych ministrowi obrony przez dowódcę parady (zazwyczaj dowódca wojsk lądowych), czworoboki żołnierzy oraz funkcjonariuszy ruszały do przemarszu przed trybuną honorową zbudowaną wokół mauzoleum Lenina. Po nich na opustoszały z ludzi Plac Czerwony wjeżdżały pojazdy, na końcu przelatywały śmigłowce i samoloty. W tym roku mają się jeszcze pojawić w ograniczonej formie tylko te ostatnie, pod postacią formacji maszyn Su-27 i MiG-29 zespołów akrobacyjnych, a na końcu Su-25 rysujących na niebie flagę Rosji.

Pozwoli to znacząco skrócić uroczystości na Placu Czerwonym (przemarsz ma trwać około 20 minut) i ograniczyć ryzyko, że Ukraińcy w jakiś sposób zjawią się nieproszeni. Być może rosyjski wywiad ustalił, że ci w tym roku są zdeterminowani to uczynić. Na tegorocznych obchodach nie będzie wielu zagranicznych gości, a ci nieliczni obecni będą z raczej drugiego i trzeciego szeregu. Jeśli w 2025 roku Moskwę odwiedził m.in. przywódca Chin Xi Jinping, tak w 2026 roku do Rosji przyjadą Łukaszenka z Białorusi, prezydent Laosu Thongloun Sisoulith i Sultan Ibrahim z Malezji. Rok temu jakiekolwiek zagrożenie bezpieczeństwu chińskiego dygnitarza nie było na rękę Ukraińcom. W tym roku może być inaczej.

(...)

Łatwiejsze do wykonania byłoby wysłanie na Moskwę dronów startujących z terytorium Ukrainy. Ukraińcy już praktycznie co noc posyłają ich na Rosję ponad setkę, a czasem nawet kilkaset. Moskwa rzadko jest głównym celem, a jeszcze rzadziej coś się przedziera nad jej centrum, bo jest to najsilniej broniony obszar w całym kraju. Choć akurat w poniedziałek nad ranem w tym tygodniu jakiś bezzałogowiec wleciał w apartamentowiec stojący około 10 kilometrów od Placu Czerwonego, wyrządzając powierzchowne szkody. Na 9 maja Ukraińcy mogliby skoncentrować wszystkie dostępne drony na Moskwie, podnosząc statystyczną szansę, że jakiś dotrze nad jej centrum dzięki przesaturowaniu obrony przeciwlotniczej. Nie musiałby nawet spaść na Plac Czerwony podczas defilady. Sam alarm powietrzny i ewakuacja VIP-ów przed kamerami byłyby zwycięstwem propagandowym Ukraińców. W całej tej grze chodzi bowiem o wizerunek i autorytet, niekoniecznie o wyrządzenie realnych szkód.

W systemie autorytarnym, bo takim jest Rosja, ogromne znaczenie ma autorytet przywódcy, co sugeruje już sama nazwa ustroju. Władza opiera się na wierze ludzi w sprawczość systemu - zarówno pod względem nagradzania lojalności, jak i karania za jej brak. Kiedy wódz zaczyna sprawiać wrażenie niemającego realnego wpływu na rzeczywistość, system zaczyna się rozsypywać. Ludzie zaczynają wierzyć, że może być inaczej. Nie chodzi przy tym o gotowość zwykłych obywateli do wyjścia na ulice i walkę o demokrację. Raczej o to, że bezpośrednie otoczenie Putina może odważyć się podnieść na niego rękę i wymienić na kogoś innego. Stąd też zamiłowanie do budowania wizerunku silnego człowieka trzymającego ster kraju pewną ręką i do wszelkich pokazów siły, jak na przykład wielkie defilady na 9 maja, w symboliczną rocznicę zwycięstwa nad III Rzeszą. Nie bez powodu ta data stała się jednym z filarów budowy tożsamości Rosjan pod kierownictwem Putina. To jego przekaz o Rosji rozstrzygającej losy świata.

Wszystko to pozwala zrozumieć, jak znaczącym wydarzeniem jest tegoroczne ograniczenie skali defilady. Z przekazu o sile Rosji robi się przekaz o Rosji w stanie zagrożenia ze strony Ukraińców, które do tej pory trywializowano lub całkowicie pomijano. Nie chodzi o samo ograniczenie skali wydarzenia w Moskwie, ale też całkowitą rezygnację z wielu defilad regionalnych, które zazwyczaj jej towarzyszyły. Według wyliczeń portalu "Verstka" 1/3 stolic regionalnych w ogóle zrezygnowała z uroczystości, głównie te na zachodzie kraju, w zasięgu ukraińskich dronów. Tylko 18 z 85 stolic regionalnych urządza defilady z udziałem ciężkiego sprzętu. W Moskwie odwołano nawet tradycyjny "marsz nieśmiertelnego pułku", w którym biorą udział rodziny już nieżyjących weteranów niosące ich zdjęcia. Ma się odbyć "wirtualnie", choć nie wyjaśniono w jaki sposób.

Do tego zarządzono daleko idące środki bezpieczeństwa. W Moskwie i wielu innych miastach oznacza to między innymi całkowite wyłączenie mobilnego internetu. Zablokowane jest nawet wysyłanie zwykłych sms-ów, głównie w celu uniemożliwienia Ukraińcom korzystania z sieci do zdalnego sterowania dronami, czy detonowania bomb. W centrum stolicy rozmieszczono liczne zespoły snajperów, przeciwlotnicze z lekką bronią ręczną, a na niektórych budynkach zamontowano nawet systemy obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu Pancyr. Całe miasto roi się od służb bezpieczeństwa. Jeszcze więcej ciężkiej broni przeciwlotniczej znajduje się wokół stolicy, tworząc gęsty pierścień obrony przestrzeni powietrznej.

gazeta.pl

piątek, 8 maja 2026



Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski podpisał w piątek dekret, na mocy którego wyłączył obszar wokół Placu Czerwonego w Moskwie z planu użycia ukraińskiej broni podczas parady w Moskwie, co umożliwi jej zorganizowanie 9 maja. Dekret wchodzi w życie z dniem podpisania.

Zgodnie z dokumentem opublikowanym na oficjalnej stronie internetowej głowy państwa decyzja została podjęta "w celach humanitarnych, zgodnie z ustaleniami poczynionymi podczas rozmów ze stroną amerykańską w dniu 8 maja 2026 r.".

Wcześniej Zełenski poinformował, że w ramach procesu negocjacyjnego, przy pośrednictwie Stanów Zjednoczonych, Rosja zgodziła się przeprowadzić wymianę jeńców wojennych w formacie 1000 za 1000 oraz ustanowić zawieszenie broni w dniach 9-11 maja. 

PAP

czwartek, 7 maja 2026



Donald Trump ogłosił w niedzielę w mediach społecznościowych operację "Projekt Wolność" - defensywną misję mającą otworzyć cieśninę Ormuz dla żeglugi handlowej, czym zaskoczył sojuszników z Zatoki Perskiej.

Jak podaje NBC News, Arabia Saudyjska miała potem poinformować USA, że nie zgodzi się na loty z bazy Prince Sultan na południowy wschód od Rijadu ani na przeloty przez swoją przestrzeń powietrzną. Rozmowa Trumpa z księciem Mohammedem bin Salmanem nie przełamała impasu, więc prezydent USA wstrzymał operację.

Amerykańskie wojsko przygotowywało kolejne statki do przejścia przez cieśninę Ormuz, gdy operację nagle przerwano. Wcześniej Dowództwo Centralne USA podało, że dwa statki pod amerykańską banderą przepłynęły już w ramach "Projektu Wolność".

wp.pl


Rosyjskie Ministerstwo Obrony poinformowało, że w nocy obrona przeciwlotnicza zestrzeliła 347 ukraińskich dronów. To największa liczba od 25 marca, kiedy raportowano 389 strąceń. Ataki i przechwycenia miały miejsce nad wieloma regionami, m.in. biełgorodzkim, briańskim, wołgogradzkim i w regionie moskiewskim, a także nad Morzem Azowskim, Kaspijskim i Czarnym.

Mer Moskwy Siergiej Sobianin przekazał w swoim kanale, że na stolicę leciało 11 dronów. Niezależny kanał Astra informował o zgłoszeniach wybuchów w Naro-Fomińsku pod stolicą Rosji. Ukraiński kanał Supernova+ podał z kolei, że w mieście celem był wojskowo-logistyczny kompleks Ministerstwa Obrony "Nara". Według gubernatora obwodu briańskiego Aleksandra Bogomaza tamtejsza obrona zestrzeliła 121 dronów. W Briańsku rannych zostało 13 osób, w tym dziecko; uszkodzone są dwa bloki i 40 samochodów.

W regionie twerskim, w mieście Rżew, uszkodzono kilka domów i ewakuowano 350 mieszkańców - poinformował szef obwodu Witalij Korolow. Równolegle Federalna Agencja Lotnicza Rosji w ciągu nocy ogłaszała zamknięcie kilkudziesięciu lotnisk. W samej Moskwie wstrzymano operacje na lotniskach Wnukowo i Domodiedowo. To działania typowe przy zwiększonym zagrożeniu w przestrzeni powietrznej, co potwierdza skalę nocnych alarmów.

wp.pl


Ceny ropy naftowej odnotowały znaczący spadek po informacjach o możliwym porozumieniu między Stanami Zjednoczonymi a Iranem, które miałoby zakończyć trwającą wojnę. (...)

Według analizy The Kobeissi Letter, na godzinę przed publikacją informacji przez serwis Axios, inwestorzy otworzyli krótkie pozycje na rynku ropy o wartości niemal miliarda dolarów. W ciągu 70 minut po ogłoszeniu wiadomości ceny ropy Brent i WTI spadły odpowiednio o 11,9 proc. i 13 proc., co przyniosło zyski rzędu 125 mln dolarów.

— "Dziś o 3:40 czasu wschodniego otwarto niemal 10 tys. kontraktów na spadek notowań ropy, bez pojawienia się wcześniej istotnych wiadomości. To odpowiada wartości nominalnej około 920 mln dolarów, co stanowi wyjątkowo dużą transakcję jak na tę godzinę" — wskazuje The Kobeissi Letter.

Były specjalista ds. analizy ilościowej banku inwestycyjnego JPMorgan, Marko Kolanovic, skomentował te wydarzenia, określając je jako dowód na "oczywiste manipulacje na rynku". Z kolei Eric Nuttall z Ninepoint Partners zauważył, że zmienność na rynku energii może być celowo wywoływana, zachęcając inwestorów do skupienia się na długoterminowych perspektywach.

Warto przypomnieć, że podobne transakcje miały miejsce w przeszłości. Na przykład 7 kwietnia zawarto transakcję wartą 950 mln dol., a tydzień później kolejną o wartości 760 mln dol., tuż przed publikacją wiadomości wpływających na ceny ropy.

businessinsider.com.pl


Ukraińcy zaczynają na dużą skalę atakować dronami cele na dystansie rzędu 20-150 kilometrów za linią frontu. Pozwala na to cała nowa generacja bezzalogowców, które stają się zmorą rosyjskiej logistyki, przeciwlotników, a czasem nawet lotników. To jeden z najważniejszych nowych wojennych trendów.

Ataki na takich dystansach są potocznie nazywane "atakami średniego zasięgu". Pomiędzy z jednej strony masowymi i najczęściej widocznymi na nagraniach frontowymi dronami FPV, które rzadko sięgają na dalej niż 20-30 kilometrów, oraz z drugiej strony dronami uderzeniowymi o charakterze strategicznym, które wlatują na setki, albo i ponad tysiąc kilometrów, uderzając w rafinerie, fabryki i tego rodzaju obiekty.

Pomiędzy nimi jest, albo raczej był, do tej pory słabo zagospodarowany obszar. Obie strony miały narzędzia do ataków na dystansach rzędu kilkudziesięciu albo około 100 kilometrów, ale w bardzo małych ilościach. Teraz Ukraińcy to zmieniają, kładąc duży nacisk na ten średni zasięg. Mówił o tym dwa razy w ostatnich dniach prezydent Wołodymir Zełeński przy okazji rozmów z ministrem obrony Mychajło Fedorowem. Według jego najnowszego komunikatu, w kwietniu tego rodzaju ataków było dwa razy więcej niż w marcu i wartość ta ma szybko rosnąć, bo jest na to kładziony priorytet. Pod koniec kwietnia prezydent mówił też, że w tym roku zostało zamówione już pięć razy więcej odpowiednich dronów niż rok temu.

Liczby bezwzględne nie są znane, ale sądząc po mnogości nagrań, muszą to być setki, jeśli już nie tysiące uderzeń miesięcznie. Ukraińcy od dawna publikowali komplikacje tego rodzaju ataków, ale prowadzonych na niewielką skalę, niemal wyłącznie w wykonaniu dwóch elitarnych jednostek – Prymary i Lazar. Obie mają na koncie wiele rosyjskich systemów przeciwlotniczych i radarowych, w większości upolowanych na Krymie. Pisaliśmy o tym jeszcze w 2025 roku.

To, co się zmienia teraz, to znaczny wzrost intensywności ataków i skierowanie ich nie tylko na rzadkie i bardzo cenne systemy uzbrojenia, ale na nawet najprostsze ciężarówki i samochody dostawcze. To efekt rozwoju technologicznego i wzrostu skali produkcji do stopnia czyniącego odpowiednie bezzałogowce dość tanimi i masowymi, aby móc je używać na takie cele. Pierwsze sygnały o tej zmianie realiów zaczęły napływać od Rosjan jeszcze pod koniec zimy, kiedy ukraińskie drony zaczęły częściej atakować pojazdy z zaopatrzeniem na drogach wokół Doniecka. Około 40-50 kilometrów za linią frontu. Teraz problem miał się rozlać na więcej odcinków, choć głównie w Donbasie i na Zaporożu.

Jak piszą na swoim blogu "Two Marines" amerykański były wojskowy, aktualnie analityk Rob Lee, oraz służący w ukraińskiej piechocie morskiej specjalista od bezzałogowców Dmytro Putiata (lepiej znany jako "Kriegsforsher" na X), pod koniec kwietnia niektóre rosyjskie dywizje zostały zmuszone do ograniczania zużycia paliwa. Na razie o 15-20 procent, ale to i tak duży sukces, osiągnięty przez Ukraińców poprzez ataki na pociągi, cysterny i składy paliwa. Rosyjskie dowództwo miało zakazać jazdy ciężarówkom w konwojach bliżej niż 50 kilometrów od linii frontu. Na większych dystansach muszą mieć dedykowaną osłonę w postaci mobilnych grup przeciwlotniczych. Dodatkowo miał się zacząć proces przenoszenia niektórych składów zaopatrzenia na odległości przekraczające 100 kilometrów, bo dotychczas wiele mniejszych lokowano na dystansach rzędu 60-80 kilometrów.

W początkowej fazie wojny za ataki na takich odległościach odpowiadały głównie amerykańskie systemy HIMARS. Jednak z czasem Rosjanie nauczyli się dość dobrze zagłuszać ich systemy naprowadzania oparte o GPS, a do tego maskować i rozpraszać swoje siły. W połączeniu ze znacznym ograniczeniem dostaw samych rakiet GMLRS używanych przez ten system, ich wpływ na sytuację za frontem znacznie osłabł w porównaniu do lat 2022-23. Potrzeba było alternatyw i Ukraińcy właśnie wydają się być w momencie, kiedy osiągają ponownie "efekt HIMARS", ale teraz przy pomocy bezzałogowców średniego zasięgu, które w znacznej mierze produkują sami i są niezależne od niczyich kaprysów.

Trudno precyzyjnie wyliczyć, jakie to ukraińskie drony są używane w tej nowej kampanii i jakie dokładnie mają możliwości. Pojawiło się ich wiele na przestrzeni minionego roku, a informacje na ich temat są bardzo skąpe. Większość jest nominalnie ukraińska, choć najczęściej z istotnym wkładem zagranicznych producentów i projektantów. Jednym z najstarszych jest Khaki-20, który używa głównie wspomniana jednostka Prymary. Pierwsze przypadki to jeszcze 2024 rok. Kluczowy element, czyli system naprowadzania, ma być oparty o amerykański system łączności satelitarnej Starlink, umożliwiający działanie na odległościach przekraczających 100 kilometrów od linii frontu. To one mają być odpowiedzialne za wiele ataków na cenne rosyjskie radary, systemy przeciwlotnicze czy wyrzutnie rakiet na Krymie. Skala ich produkcji i użycia z jakiegoś powodu pozostaje jednak ograniczona.

Aktualnie znacznie większy wpływ mają nowsze i powstające w większych ilościach drony takie jak ukraińskie Buława, RAM-2X, FP-2 czy Khmarynka, oraz amerykański Hornet. Ich cechą wspólną jest to, że są maszynami skrzydlatymi, co daje znacznie większy zasięg lotu niż w przypadku frontowych dronów ze śmigłami. Większość ma głowice bojowe ważące po kilka kilogramów, co sprawia, że nadają się najlepiej na cele nieopancerzone lub lekko opancerzone. Wyróżnia się tutaj jedynie FP-2, który jest modyfikacją starszych FP-1 używanych do ataków strategicznych. Skrócono jego zasięg do rejonu 150 km, w zamian znacznie zwiększając głowicę do jakoby 100 kilogramów. To już istotna siła rażenia, zdolna zburzyć budynek czy spowodować poważne szkody w na przykład składzie paliw.

Niejasna jest kwestia naprowadzania tych wszystkich dronów, co jest kluczowym elementem umożliwiającym ich skuteczne użycie na średnich dystansach. Jak wynika ze zdjęć publikowanych przez Rosjan, wykonanych przez ich bezzałogowce przechwytujące, praktycznie każdy z wymienionych dronów może mieć wariant z systemem Starlink.

Niektóre jednak go nie mają i muszą być naprowadzane przy pomocy klasycznych łączy radiowych, choć najpewniej z pomocą innych bezzałogowców służących za latające stacje transmisyjne. W przypadku amerykańskiego Horneta, stworzonego przez dużo inwestującą w drony dla Ukrainy firmę Swift Beat byłego szefa Google Erica Schmidta, mowa o jakiejś formie naprowadzania końcowego przy pomocy AI. Maszyna ma być zdolna samodzielnie rozpoznawać cele na wyznaczonym obszarze i je automatycznie atakować. Do tego nawigować poprzez rozpoznawanie terenu i porównywanie go z mapami zapisanymi w pamięci. Czyni ją to właściwie niewrażliwą na systemy walki elektronicznej, przez co jest przez Rosjan traktowana jako szczególnie groźna i nazywana "Marsjanin-2". Dodatkowo według ich ocen Hornet ma być produkowany starannie, ale z dość tanich i prostych podzespołów, co czynią go podatnym na naprawdę masową produkcję.

Niezależnie od tego "jak", to jest ewidentne, że Ukraińcy zaczęli odnosić spore sukcesy w atakach na średnim dystansie. Przyjęte przez nich rozwiązania muszą działać. Rosyjscy komentatorzy lamentują, że Ukraińcy w tej kategorii wyraźnie skoczyli naprzód, choć to rosyjskie wojsko jako pierwsze używało skutecznie dronów skrzydlatych o zasięgu rzędu kilkudziesięciu kilometrów w postaci kolejnych wersji Lancetów. Skala ich użycia pozostaje jednak niezmiennie ograniczona, zwłaszcza w porównaniu do eksplozji skali użycia innych bezzałogowców uderzeniowych. Skala użycia nowej generacji ukraińskich maszyn ma natomiast gwałtownie rosnąć.

Skuteczne ataki na bliskie zaplecze frontu mają natomiast ogromne znaczenie dla tego, co się dzieje w strefie bezpośrednich walk. Bez działającej logistyki każda armia staje się masą głodnych, zdemoralizowanych i niemających czym walczyć ludzi. Do tej pory jej funkcjonowanie na dystansach przekraczających 20-30 kilometry było ogólnie bezpieczne. Nie licząc okazyjnych ataków na wykryte składy zaopatrzenia czy punkty przeładunkowe. Jeśli teraz nawet pojedyncza ciężarówka jadąca gdzieś 100 kilometrów za linią frontu staje się potencjalnym celem, to sytuacja logistyki znacząco się skomplikuje. Nie zatrzyma to rosyjskiego wojska z dnia na dzień w miejscu, ale będzie dodatkowym obciążeniem dla całego systemu, który i tak już jest na granicy wydajności.

gazeta.pl

środa, 6 maja 2026



"MSZ Rosji apeluje do władz państwa kraju/kierownictwa organizacji o potraktowanie tego wezwania z najwyższą odpowiedzialnością i zapewnienie ewakuowania we właściwym czasie personelu dyplomatycznego i innych misji, a także swoich obywateli z Kijowa" — wskazała Moskwa w nocie, którą otrzymali zagraniczni dyplomaci.

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ wskazała, że powodem jest "nieuchronność uderzenia sił Rosji na Kijów, w tym na ośrodki decyzyjne, w przypadku realizacji planów zakłócenia przez Ukrainę świętowania Dnia Zwycięstwa 9 maja w Moskwie".

— Zełenski pozwolił sobie na agresywne i groźne oświadczenia o zamiarze zakłócenia uroczystości Dnia Zwycięstwa w Moskwie poprzez akty terrorystyczne. Słyszeli to przedstawiciele niektórych krajów UE. Nikt z nich nie upomniał ukraińskiego przywódcy — powiedziała Maria Zacharowa.

onet.pl


We wtorek w stanie Indiana rozpoczyna swoją kampanię odwetową, próbując pozbawić stanowisk ośmiu republikańskich legislatorów stanowych, którzy zablokowali jego plan zmiany okręgów wyborczych.

Następnie przenosi się do Luizjany i Kentucky, gdzie wspiera konkurentów dwóch swoich wieloletnich przeciwników — senatora Billa Cassidy’ego i kongresmena Thomasa Massiego, których od lat chce usunąć z polityki. Trump wskazał też swoich faworytów w zaciętych prawyborach republikańskich do Senatu w Alabamie oraz na stanowisko gubernatora Georgii. Problem w tym, że jego kandydaci nie radzą sobie z walką z konkurencją.

Wyniki pokażą, na ile skuteczna jest polityczna machina prezydenta w mobilizowaniu republikańskich wyborców, gdy jego nazwisko nie widnieje na karcie do głosowania, oraz jak bardzo zwolennicy ruchu MAGA są gotowi poprzeć jego kolejną kampanię odwetu.

Były kongresmen republikański Adam Kinzinger, częsty cel ataków Trumpa, który odszedł z Kongresu po burzliwych reakcjach na jego głos za impeachmentem prezydenta w 2021 r., ujął to tak: jego zdaniem Trump osiągnął już maksimum swojej politycznej mocy, a teraz widać początek jej spadku. Dodał też, że "może to być ostatni cykl wyborczy, w którym Trump będzie miał realny wpływ na własną przyszłość, a jego wyborcy zaczynają coraz bardziej myśleć o tym, co będzie dalej".

Trump ma długą historię skutecznego eliminowania swoich przeciwników w Kongresie — wspierał rywali swoich krytyków w prawyborach, a także wykorzystywał media społecznościowe i swoją pozycję, by tworzyć tak nieprzyjazne warunki polityczne, że wielu jego oponentów po prostu rezygnowało z dalszej kariery.

Republikańscy kandydaci od lat zabiegają — i wciąż niemal potykają się o siebie nawzajem — o jego poparcie, byle tylko nie znaleźć się po złej stronie jego gniewu.

Rzecznik Białego Domu Davis Ingle podkreśla, że poparcie Trumpa to najbardziej wpływowe wsparcie w historii amerykańskiej polityki i że jego skuteczność mówi sama za siebie.

Mimo to jego bilans w wyrównanych wyścigach jest bardzo nierówny. Jego kandydaci pokonali niektórych z największych przeciwników w prawyborach republikańskich, w tym byłą kongresmenkę Liz Cheney oraz innych polityków, którzy poparli jego impeachment podczas pierwszej kadencji.

Z drugiej strony Trump poniósł też kilka głośnych porażek — nie udało mu się usunąć gubernatora Georgii Briana Kempa, a część jego kandydatów przegrywała wybory do Kongresu, jak senator Luther Strange w Alabamie czy uwikłany w skandale kongresmen Madison Cawthorn w Karolinie Północnej.

(...)

5 maja: Indiana

W obliczu narastających sporów o podział okręgów wyborczych wtorkowe wybory pokażą, czy prezydent nadal utrzymuje kontrolę nad republikańską koalicją.

Choć Biały Dom i jego sojusznicy uruchomili pełną machinę polityczną przeciwko ośmiu legislatorom z Indiany — wydając łącznie prawie 10 mln dol. (ok. 40 mln zł) — coraz częściej tonują oczekiwania co do pełnego sukcesu. Krytycy mówią, że strategia jest chaotyczna i pozbawiona dyscypliny.

To, ilu urzędujących polityków utrzyma swoje stanowiska, będzie ważnym sygnałem na resztę maja.

16 maja: Luizjana

Wspierana przez Trumpa kongresmenka Julia Letlow ma trudności z uzyskaniem wyraźnej przewagi w prawyborach przeciwko Cassidy’emu, który naraził się zwolennikom MAGA, głosując za skazaniem Trumpa w procesie impeachmentu w 2021 r. Najnowsze sondaże pokazują bardzo wyrównany wyścig trzech kandydatów.

Letlow wystartowała na wyraźną zachętę Trumpa i ma wsparcie gubernatora Luizjany Jeffa Landry’ego oraz krajowych organizacji, które obiecały wsparcie finansowe — ok. 1 mln dol. (ok. 4 mln zł).

Mimo to sam Trump nie zaangażował się w jej kampanię w pełni — nie przeznaczył własnych środków ani nie pojawił się osobiście w stanie, by ją wesprzeć.

19 maja: Kentucky, Alabama i Georgia

W Kentucky Trump mierzy się z dwoma różnymi wyzwaniami: wspiera Andy’ego Barra jako następcę ustępującego senatora Mitcha McConnella, a jednocześnie próbuje usunąć ze sceny politycznej swojego wieloletniego krytyka Thomasa Massiego.

Choć Trump i jego sojusznicy wydali ponad 10 milionów dolarów (około 40 milionów złotych) na kampanię przeciwko Massiemu, ten jak dotąd skutecznie się broni i prowadzi w sondażach.

W Alabamie sytuacja jest mniej związana z osobistą vendettą, ale i tam kandydat Trumpa — Barry Moore — walczy o przebicie się w zatłoczonym wyścigu.

W Georgii poparcie Trumpa dla Burta Jonesa to jednocześnie wyraźna krytyka wobec sekretarza stanu Brada Raffenspergera. Jednak nawet tutaj jego wsparcie ma ograniczoną skuteczność — Jones nie dominuje w sondażach.

26 maja: druga tura w Teksasie

Po marcowych prawyborach Republikanie w Waszyngtonie czekali na poparcie Trumpa dla jednego z kandydatów. Ostatecznie się go nie doczekali.

W jednym z najbardziej wyraźnych sygnałów, że ruch MAGA zaczyna podejmować decyzje samodzielnie, republikanie w Teksasie zjednoczyli się wokół Kena Paxtona, mimo jego kontrowersji. Sondaże wskazują, że nawet ewentualne poparcie Trumpa dla jego rywala nie zmieniłoby znacząco układu sił.

Jeden z republikańskich konsultantów podsumował to krótko: poparcie Trumpa nadal ma znaczenie, ale z każdym dniem — coraz mniejsze.

onet.pl\Politico


Władze Iranu najwyraźniej liczą na dłuższą konfrontację, niż przewidują ekonomiści i zachodnie rządy — zauważa Sanam Vakil z brytyjskiego think tanku Chatham House.

Twierdzi ona, że w obliczu egzystencjalnego zagrożenia duchowi przywódcy Iranu i IRGC mogą długo wytrzymywać presję w oczekiwaniu na akceptowalne dla nich porozumienie z Waszyngtonem, stosując surowe rządy w kraju.

— Charakteryzuje ich aktywne stosowanie metod represyjnych. Liczą na to, że ludność będzie wydawać swoje oszczędności — uważa Vakil. Jej zdaniem Teheran powraca do tak zwanej gospodarki oporu, opartej na zasobach wewnętrznych i handlu lądowym.

(...)

Vakil spodziewa się, że PKB Iranu spadnie w tym roku o dwucyfrową wartość procentową. Rial, który w 2025 r. stracił na wartości 70 proc., potęgując inflację i stając się jednym z czynników masowych protestów w styczniu, w ostatnich dniach stracił na wartości kolejne 15 proc. Jednocześnie, nawet po stabilizacji w marcu, irańska waluta pozostaje nieco poniżej poziomu sprzed wojny.

Na razie nie widać innych wyraźnych oznak kryzysu finansowego. Władze nie wprowadziły ograniczeń w wypłacaniu środków z kont bankowych, nie sięgnęły po racjonowanie paliwa ani podstawowych produktów spożywczych i nie wstrzymały wypłat państwowych pensji. Półki w supermarketach nie są puste, a biura i banki nadal działają.

Dane dotyczące żeglugi za okres od 13 do 25 kwietnia wykazały, że na Ocean Indyjski wysłano nie więcej niż 300 tys. baryłek ropy dziennie z ponad 1 mln baryłek załadowanych na tankowce w tym czasie. Możliwości magazynowania są ograniczone, jednak analitycy zajmujący się energetyką uważają, że Iran będzie w stanie utrzymać się jeszcze przez około dwa miesiące bez ograniczenia wydobycia.

(...)

Wysoko postawione źródło w irańskim banku centralnym poinformowało Agencję Reutera, że kraj dysponuje znacznymi rezerwami złota, które w razie potrzeby mogą zostać wykorzystane. Według niego Teheran ma za sobą dziesięciolecia doświadczeń w obchodzeniu sankcji i wie, jak utrzymać import, nawet jeśli wymaga to dodatkowych kosztów.

— Iran jest największym importerem żywności w regionie. Jednocześnie należy zauważyć, że jest on również najmniej podatny na zagrożenia w zakresie bezpieczeństwa żywnościowego — zauważa Ishan Banu z firmy badawczej Kpler.

Według niego zbliżający się sezon zbiorów, który ma być lepszy niż zwykle, zmniejszy zapotrzebowanie na pszenicę z zagranicy. Zmniejsza to wrażliwość kraju w przypadku rozszerzenia blokady morskiej na dostawy zbóż i pozwala zaoszczędzić część waluty zagranicznej.

Blokada morska ze strony marynarki wojennej USA ogranicza się na razie do portów Zatoki Perskiej i nie obejmuje irańskiego portu Chabahar na Morzu Arabskim, a jej głównym celem są tankowce — wskazuje Banu, opierając się na danych z monitoringu statków. Oficjalne źródła w Turcji, Iraku i Pakistanie poinformowały Agencję Reutera, że na razie nie widać oznak spadku handlu przygranicznego.

Jak wynika z danych rosyjskiego Ministerstwa Rolnictwa, Rosja w tym roku zwiększyła również dostawy przez Morze Kaspijskie, wysyłając od stycznia do marca 500 tys. ton kukurydzy, 180 tys. ton jęczmienia i 4 tys. ton pszenicy, omijając zablokowane porty Zatoki Perskiej.

Kiedy w styczniu prezydent USA Donald Trump zaczął aktywniej grozić Teheranowi, Iran zwiększył import, aby zgromadzić zapasy artykułów pierwszej potrzeby na około sześć miesięcy, poinformował w kwietniu w państwowych mediach przewodniczący komisji rolnej w parlamencie Mohammad Javad Asgari.

Wkrótce po rozpoczęciu konfliktu irański bank centralny wprowadził środki stymulacyjne, znosząc kary za opóźnienia w spłacie niewielkich kredytów i podnosząc limity wypłat z kont bankowych, aby uspokoić deponentów.

Jednak na ulicach Teheranu wyraźnie odczuwa się pogorszenie sytuacji gospodarczej. Wysokie ceny, zakłócenia w łańcuchach dostaw i odcięcie internetu poważnie utrudniły działalność przedsiębiorstw, co pogłębiło bezrobocie. — Wzrost cen podstawowych towarów, zwłaszcza produktów codziennego użytku, bez wątpienia pogarsza jakość życia ludzi — przyznaje sprzedawca ryżu i pszenicy Abbas Smailzade. Szacuje on, że od początku działań wojennych jego sprzedaż spadła o około 40 proc.

onet.pl\The Moscow Times

wtorek, 5 maja 2026



Z początkiem maja uderzenia rosyjskich dronów, dotychczas prowadzone głównie w porze nocnej, nabrały charakteru całodobowego, a liczba użytych bezzałogowców wzrosła. Przyczyniło się to do zmian w komunikatach ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych (DSP), które zaczęły się ukazywać dwukrotnie w ciągu dnia. Ponadto, począwszy od 2 maja, nie wyszczególnia się w nich liczby dronów uderzeniowych („szahedów”) w ogólnej puli użytych przez Rosjan bezzałogowców. Od wieczora 28 kwietnia do rana 5 maja mieli oni wykorzystać łącznie 2295 dronów uderzeniowych bądź ich imitatorów, a obrońcy zneutralizować 2044. Oznacza to, że w obiekty na terenie Ukrainy mogło uderzyć ponad 250 „szahedów” (DSP podaje na ogół niższą liczbę trafień, jednak w ostatnich dniach nie przedstawiło pełnych statystyk w tym zakresie). Agresor miał także wykorzystać 22 rakiety, z których obrońcy zadeklarowali zestrzelenie pięciu lub sześciu. Po raz kolejny dał o sobie znać niedobór środków umożliwiających skuteczne zwalczanie pocisków balistycznych Iskander-M, czyli systemów Patriot i rakiet do nich. Z 17 Iskanderów tylko jeden udało się zestrzelić bądź zakłócić jego lot (informacje w tej kwestii nie są jednoznaczne). 1 maja prezydent Zełenski zapowiedział wzmocnienie obrony powietrznej Dniepru i Odessy, ale wymienił w tym kontekście jedynie dodatkowe załogi oraz radary i systemy walki radioelektronicznej.

Ukraińskie drony uderzyły w kolejne obiekty rosyjskiej infrastruktury paliwowej. W Permie uszkodzone zostały instalacje pompowni ropy Transniefti i rafineria Łukoil-Piermnieftieorgsintiez (odpowiednio 29 i 30 kwietnia). 29 kwietnia zaatakowano rafinerię Orsknieftieorgsintiez w Orsku w obwodzie orenburskim, a jeden z lecących w jej kierunku bezzałogowców spadł w Kazachstanie. Tego samego dnia w rejonie Tuapse dron nawodny trafił w zbiornikowiec „Marquise” pod banderą Kamerunu, a 1 maja po raz kolejny zaatakowany został tamtejszy terminal przeładunkowy, gdzie znów wybuchł pożar (poprzedni, będący skutkiem ataku z 28 kwietnia, ugaszono po dwóch dobach). Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) poinformowała ponadto, że trafiona została rafineria w Tuapse. 3 maja ponownie zaatakowano także terminal Transniefti w Primorsku, gdzie doszło do pożarów.

Prezydent Zełenski zakomunikował, że w Primorsku trafione zostały korweta rakietowa typu Karakurt przenosząca pociski manewrujące Kalibr, jednostka patrolowa oraz zbiornikowiec, a w Noworosyjsku – dwa zbiornikowce, co miało być efektem wspólnej operacji SBU, wywiadu wojskowego (HUR), Sił Systemów Bezzałogowych i Sił Operacji Specjalnych. Doniesienia ukraińskiego przywódcy nie znalazły dotąd żadnego potwierdzenia. 5 maja trafienia odnotowano w Kiriszy​​​​​​​ w obwodzie leningradzkim (celem była najprawdopodobniej tamtejsza rafineria) oraz w Czeboksarach w Czuwaszji (ukraiński pocisk manewrujący FP-5 Flamingo miał uderzyć w rejonie zakładów WNIIR-Progress).

4 maja spadający ukraiński dron uderzył w wieżowiec w Moskwie, ok. 6 km od Kremla, co stanowiło spektakularny efekt trwających od początku tego miesiąca zmasowanych ataków na rosyjską stolicę. Był to pierwszy od marca 2025 r. przypadek, że bezzałogowiec przedarł się przez obronę powietrzną na obrzeżach Moskwy i spadł dopiero na terenie miasta. Od lata 2023 r., kiedy to ukraińskie drony kilkukrotnie trafiły w budynki na terenie stolicy Rosji, najeźdźcom udało się zbudować wokół niej stosunkowo szczelną osłonę. Zgodnie z danymi rosyjskimi w dniach 1–4 maja Ukraińcy wykorzystali do ataków na terytorium FR i na obszary okupowane (z wyłączeniem strefy frontowej) ponad 2 tys. dronów. Rekordową ich liczbę – co najmniej 740 (tyle ukraińskich bezzałogowców miało zostać unieszkodliwionych według resortu obrony FR) – mieli użyć 3 maja, zaś 2 i 4 maja po ok. 500. Przyjmując za wiarygodne podawane przez obie strony dane o liczbie użytych przez przeciwnika środków napadu powietrznego, oznaczałoby to, że ukraińskie ataki na cele w Rosji są znacznie mniej efektywne od rosyjskich uderzeń na Ukrainę. Należy przy tym podkreślić, że ukraińska obrona powietrzna funkcjonuje w warunkach niedoboru środków rażenia, głównie rakiet do systemów Patriot.

osw.waw.pl


Sondaż przeprowadzony przez bezpartyjną organizację Generation Lab, udostępniony na wyłączność serwisowi POLITICO, stanowi dla Republikanów wyraźny sygnał ostrzegawczy.

Wynika z niego, że młodzi Amerykanie planują w listopadzie zagłosować na Demokratów w proporcji 52 proc. do 19 proc. W podziale na partie dane wskazują, że Partia Republikańska ma poważny problem z bazą wyborczą: zaledwie 58 proc. młodych wyborów Republikanów twierdzi, że zagłosuje na tę partię, a prawie jedna trzecia wybiera opcję "ani jedna, ani druga" lub "nie będę głosować". Dla porównania, 85 proc. młodych Demokratów zamierza udać się do urn, aby oddać głos na swoją partię.

Podobnie jak w 2024 r., głębokie niezadowolenie ze stanu gospodarki napędza gniew wobec partii rządzącej. Obecnie 81 proc. młodych Amerykanów ocenia warunki gospodarcze w USA jako złe lub fatalne — w tym 68 proc. Republikanów. Im młodsza grupa wiekowa, tym mniejszy optymizm.

Respondenci obarczają winą głównie prezydenta Donalda Trumpa — 41 proc. osób, które negatywnie oceniają gospodarkę, wskazuje jego jako głównego winowajcę, a 9 proc. wybiera republikańskich kongresmanów. Nie chodzi jednak tylko o Partię Republikańską: kolejne 31 proc. wskazuje na chciwość korporacji i dużych przedsiębiorstw. Zaledwie 6 proc. obwinia Joe Bidena lub demokratycznych kongresmenów.

Pod wieloma względami wyniki sondaży wydają się stanowić lustrzane odbicie trudności, z jakimi borykali się Demokraci w cyklu wyborczym 2024 r., gdy badania wskazywały, że wyborcy nie odczuwali na własnej skórze pozytywnego obrazu gospodarki przedstawianego przez administrację Bidena.

(...)

Partia Republikańska stawia czoła negatywnym nastrojom dotyczącym sytuacji gospodarczej, przekonując wyborców, że to właśnie ona naprawia bałagan pozostawiony przez Demokratów. Zgodnie ze strategią Trumpa na 2024 r. Republikanie podwoili wysiłki na TikToku i w innych mediach społecznościowych, gdzie docierają do młodych ludzi tam, gdzie oni przebywają. Partia doszła do wniosku, że skuteczne są zarówno bezpośrednie przemowy kandydatów do wyborców, jak i proamerykańskie treści, które mogą w naturalny sposób stać się viralowe — na przykład misja Artemis II czy obchody 250-lecia USA.

— Po latach gwałtownie rosnących kosztów i niepewności gospodarczej pod rządami Joego Bidena i Demokratów, w połączeniu z alienującą, oderwaną od rzeczywistości retoryką lewicy, młodzi Amerykanie mają dość pustych obietnic — powiedziała rzeczniczka prasowa RNC [Krajowy Komitet Partii Republikańskiej] Kiersten Pels. — Chcą realnych rezultatów, a Republikanie przemawiają do nich bezpośrednio, w sposób, który znajduje oddźwięk — dodała.

onet.pl\Politico


Osobno w raporcie opisano konflikt wewnątrz bloków siłowych po zabójstwie przez ukraińskie służby specjalne w grudniu 2025 r. generała Faniła Sarwarowa. Pełnił on funkcję szefa departamentu przygotowania operacyjnego Sztabu Generalnego rosyjskiej armii.

Podczas spotkania na Kremlu szef Sztabu Generalnego Walerij Gierasimow ostro skrytykował szefa FSB Aleksandra Bortnikowa za niezdolność do ochrony wojskowych. Bortnikow w odpowiedzi powołał się na brak zasobów i ludzi. Po tym spotkaniu Putin zlecił przedstawienie konkretnych rozwiązań, rozszerzył uprawnienia Federalnej Służby Ochrony i objął wzmocnioną ochroną kolejnych dziesięciu wysokich rangą generałów.

Według raportu wzmocniona została również ochrona samego Putina. W domach pracowników z najbliższego otoczenia Putina zainstalowano dodatkowe systemy monitoringu. Personelowi rezydencji Putina (kucharzom, ochroniarzom i fotografom) zabroniono korzystania z transportu publicznego oraz używania telefonów z dostępem do internetu. Goście rosyjskiego prezydenta są teraz sprawdzani dwukrotnie.

Ochrona Putina znacznie ograniczyła również liczbę miejsc, które prezydent regularnie odwiedza. Według danych europejskiego wywiadu on i jego rodzina przestali odwiedzać rezydencje pod Moskwą i w mieście Wałdaj. W 2026 r. Putin nie odwiedzał obiektów wojskowych, choć wcześniej robił to regularnie. Od początku wojny na Ukrainie Putin spędza po kilka tygodni w dobrze zabezpieczonych bunkrach.

onet.pl\The Moscow Times


W 2007 r. Patruszew, jego synowie i żona otrzymali tytuł dziedzicznych szlachciców od "głowy rosyjskiego domu cesarskiego, Jej Wysokości Wielkiej Księżnej Marii Władimirownej Romanowej" (tak sama pisze swój tytuł), która jest jedną z pośrednich spadkobierczyń Mikołaja II. Po pierestrojce rozpoczęła w Rosji burzliwą działalność: wspiera Putina i zaspokaja pragnienie czekistów do uzyskania tytułów dworskich.

Z kolei współpracownicy nazywali Patruszewa "żelaznym tyłkiem" — za gotowość do siedzenia w miejscu pracy dzień i noc. Ta umiejętność przyniosła Patruszewowi sukces — pewnego razu jego przełożony, Siergiej Stiepaszyn, zauważył go przebywającego po godzinach w biurze FSB w Petersburgu; zdumiony wytrwałością oficera, zabrał później Patruszewa do Moskwy.

Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę, że obecny "szlachcic", posiadacz wielu tytułów i przydomków, zaczynał w niepozornej chacie zbudowanej z drewnianych bali otrzymanych od państwa w radzieckich czasach. Dzisiejszy właściciel licznych nieruchomości i firm zawdzięcza wszystko Władimirowi Putinowi, którego wsparł w odpowiednim momencie — i zaskarbił sobie jego (niemal) dożywotnią wdzięczność.

W nocy z 8 na 9 października 2007 r. na stronie internetowej gazety "Kommiersant" (a rano także w wersji papierowej) ukazał się artykuł zatytułowany "Nie można dopuścić, aby żołnierze stali się handlarzami" — podpisany przez dyrektora rosyjskiej Federalnej Służby Kontroli Obrotu Narkotykami Wiktora Czerkiesowa.

W przeddzień, w niedzielę 7 października, prezydent Putin obchodził okrągłą rocznicę — skończył 55 lat. Artykuł w "Kommiersancie" był skierowany do jubilata, ale nie miał szczególnie uroczystego charakteru.

Czerkiesow skarżył się Putinowi na ich wspólnego dawnego przyjaciela — Nikołaja Patruszewa, ówczesnego dyrektora FSB — najbliższego prezydentowi funkcjonariusza służb specjalnych. Relacje w tej trójce zawsze były skomplikowane.

W czasach radzieckich Czerkiesow był ważną osobistością w służbach bezpieczeństwa — służył jako śledczy w piątym oddziale KGB, prowadził sprawy dysydentów, a w wolnym czasie napisał pod pseudonimem artykuł publicystyczny. Na początku lat 90. Czerkiesow został szefem oddziału służb specjalnych w Sankt Petersburgu — to bardzo ważne stanowisko w rosyjskiej strukturze władzy.

W 1998 r., gdy Putin został mianowany dyrektorem Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB), mianował Czerkiesowa swoim pierwszym zastępcą — był to znak dużego zaufania.

Znajomy Czerkiesowa, rozmówca serwisu Projekt, wspominał, że Putin prawdopodobnie darzył sympatią swojego współpracownika — obaj służyli w "piątce" [piąty, zagraniczny wydział Federalnej Służby Bezpieczeństwa] na początku swojej kariery.

Czerkiesow, jak twierdzi wiele osób, które go spotkały, nie był chciwy. Śledczy serwisu Projekt rzeczywiście nie doszukali się u Czerkiesowa tajnego majątku.

W przypadku Patruszewa historia wygląda zupełnie inaczej. W latach 80. służył w leningradzkim oddziale KGB jako adiutant generała Olega Kaługina — prawdopodobnie pilnował skompromitowanego wywiadowcy na rozkaz dowództwa. Do czasu rozpadu Związku Radzieckiego Patruszew zajmował się w petersburskim "biurze" dochodzeniami w sprawach przestępstw gospodarczych.

Młody Patruszew miał jedną, ważną zasługę. Jako szef działu ekonomicznego miał on zbadać pierwszą sprawę karną przeciwko przyszłemu prezydentowi. To właśnie Patruszew otrzymał zadanie pracy nad "aktami sprawy Mariny Salie" — deputowanej do Rady Miejskiej, która prowadziła parlamentarne śledztwo w sprawie machinacji w miejskim programie "Zasoby w zamian za żywność". Ówczesny wiceburmistrz — Władimir Putin — nadzorował ten program.

Z Petersburga i okolic eksportowano surowce na Zachód, w zamian miały być importowane produkty spożywcze. Wiele firm, które otrzymały licencje na wywóz metali, ropy i innych towarów, zostało założonych przez znajomych Putina.

Odniosły one sukces w eksporcie, ale nie zawsze radziły sobie z importem [według innych źródeł Putin zajmował się wówczas handlem narkotykami przez port w Petersburgu]. Salie zebrała wiele dokumentów, które mogły pogrzebać karierę Władimira Putina, przyszłego prezydenta Rosji. Ale tak się nie stało. Po zapoznaniu się z dokumentami Patruszew nie znalazł w nich śladów żadnej korupcji ani dowodów na wzbogacenie się Putina.

Jednak nawet za taką przysługę Patruszew nie stał się dla Putina najbardziej zaufanym funkcjonariuszem KGB. Kiedy w 1999 r. Putin wybierał nowego dyrektora FSB na swoje miejsce, zaproponował to stanowisko Czerkiesowowi. Ten jednak odmówił, twierdząc, że nie jest jeszcze gotowy na tak wysokie stanowisko.

Putin nie lubi odmowy. Stanowisko przypadło Patruszewowi, który stał się głównym funkcjonariuszem służb specjalnych kraju. W pierwszych latach rządów Putina Patruszew i Czerkiesow toczyli administracyjne batalie, ustalając, który z nich ma "czystsze ręce" i "gorętsze serce" (to określenie "prawdziwego" funkcjonariusza służb specjalnych przypisuje się założycielowi radzieckich służb specjalnych Feliksowi Dzierżyńskiemu).

W 2007 r. konflikt zaostrzył się. Ludzie Patruszewa aresztowali zastępcę Czerkiesowa, który podsłuchiwał oficerów FSB zamieszanych w korupcję. Czerkiesow postanowił napisać nowy artykuł.

W "Kommiersancie" zwrócił się do Putina jako do reprezentanta prawdziwych wartości bezpieczeństwa państwowego. Czerkiesow opisał sytuację, w której trwała "wojna wewnątrz społeczności czekistowskiej". Szefowie FSB mieli zmienić się z "wojowników" w "handlarzy", co doprowadzi kraj do upadku.

Okazało się jednak, że patetyczna klauzula Czerkiesowa nie przypadła do gustu Putinowi. Rozwiązał on agencję antynarkotykową, a sam Czerkiesow od tego czasu zajmował mało znaczące stanowiska, cierpiąc na marginesie.

W 2022 r. Czerkiesow zmarł. (...)

Pierwszym ważnym stanowiskiem Nikołaja Patruszewa było kierowanie Ministerstwem Bezpieczeństwa Republiki Karelii (1992–1994) — był to okres przejściowy, kiedy KGB, zlikwidowane po komunistycznym puczu, zmieniając nazwę, przekształciło się w FSB. W Karelii Patruszew nawiązał wiele znajomości, prawdopodobnie związał się z kobietą z tego regionu, ale co najważniejsze — zaczął handlować swoim patronatem.

Ówczesny karelski biznesmen Lauri Rautio wspominał, że kierownictwo karelskiego oddziału FSB prowadziło interesy z mafią tambowską z Sankt Petersburga, pomagając jej bez problemów wwozić towary przez przejście celne w Wiartsili. Za pomoc Patruszew otrzymał od "tambowskich" nagrodę w postaci sprowadzonego z Finlandii używanego samochodu Toyota Corolla — importowała je do Rosji jedna z firm Rautio.

Nie powinno dziwić, że przyszły szef służb specjalnych i przywódca bogatego klanu urzędniczego miał używany samochód o małej pojemności silnika. W latach 90., kiedy Patruszew robił karierę w FSB, pracownicy tej służby specjalnej, podobnie jak cały kraj, nie byli zbyt zamożni.

Wstrzymywano wypłaty, przez co wykwalifikowani oficerowie odchodzili do sektora prywatnego. Ci, którzy pozostali w służbach, ponosili porażkę za porażką w głośnych operacjach — od ataku na Buddionowsk, zajęty przez terrorystów, po pokazane na żywo absurdalne zabójstwo w Moskwie przez podwładnych dowódcy grupy "Alfa" — wszystko to było wynikiem między innymi chronicznego niedofinansowania "biura" (FSB).

Putin i Patruszew, po dojściu do władzy w kraju i w FSB, rzucili się, aby rozwiązać ten problem w sposób, jaki potrafili — zmusili biznesmenów do niepublicznego zbierania pieniędzy na prosperowanie organów. Kwestia ta została poruszona podczas pierwszego spotkania prezydenta z najbogatszymi biznesmenami w lipcu 2000 r.: Putin nakazał oligarchom utworzenie "funduszu wsparcia służb specjalnych", do którego natychmiast zebrano kilkadziesiąt milionów dolarów.

W późniejszym czasie powstało kilka takich funduszy, a szczególnie ważną rolę odegrali w nich miliarderzy z rodziny Patruszewów, Igor Kesajew i Siergiej Katsiew (więcej o nich — dalej).

W latach 90. wokół Patruszewa uformowało się grono jego najbliższych powierników, współpracowników z "FSB" — wielu z nich wraz z nim przeniosło się do Moskwy z Karelii. — Wszyscy byli skorumpowani — twierdzi jedno ze źródeł serwisu Projekt.

W 2000 r. Patruszew nazwał wszystkich tych ludzi "nieodwracalnymi". Początkowo wydawało się, że dyrektor "FSB" po prostu użył retorycznego zabiegu, aby pokazać, że prestiż służby czekistowskiej w końcu odrodził się po upadku lat 90. Później jednak okazało się, że Patruszew wcale nie przesadzał.

Rodzina zawsze miała ogromne znaczenie dla "szlachcica" Patruszewa. W czasach radzieckich jego rodzice (ojciec marynarz, matka urzędniczka) otrzymali od państwa 20 m sześc. bali i działkę w obwodzie leningradzkim, gdzie cała rodzina zbudowała drewniany dom. "Siedem pokoi dla siedmiu rodzin, trochę ciasno, ale wszystkim wystarcza miejsca" — opowiadał w wywiadzie z 2007 r. Wiktor Patruszew, starszy brat ówczesnego głównego funkcjonariusza służb specjalnych kraju.

Dla Zachodu był sumieniem XX w., a wychwalał "błyskotliwego i dowcipnego" Putina. Teraz to wdowa po słynnym nobliście sączy truciznę w rany Ukrainy
W ten sposób pokoje otrzymali Nikołaj i Wiktor wraz z żonami, ich rodzice, a także rodziny synów Wiktora — Aleksego i Władimira oraz rodziny synów Nikołaja — Andrieja i Dmitrija. W tym wywiadzie brat głównego funkcjonariusza służb specjalnych otwarcie grał na współczuciu. Jak opowiadał, mieszkał w skromnym trzypokojowym mieszkaniu w Petersburgu, gdzie "jedyną wartościową rzeczą była rodzinna ikona podarowana przez młodszego brata". A to mieszkanie trafiło do Patruszewów nie dzięki znajomościom i protekcji, ale za pieniądze uczciwie zarobione przez Wiktora przy "rozładowywaniu wagonów".

Wiktor Patruszew, choć nie był funkcjonariuszem służb specjalnych, nie pojawiał się zbyt często publicznie. Dlaczego udzielił pierwszego i jedynego w swoim życiu wywiadu? Chodzi o to, że niedługo przed tym wydarzeniem rodzina Patruszewów znalazła się w niezręcznej sytuacji. Dziennikarze dowiedzieli się, że Patruszewowie zorganizowali sobie na koszt państwa wycieczkę turystyczną na biegun południowy. Najpierw dotarli służbowym samolotem FSB do Chile, a stamtąd, państwowym helikopterem, polecieli do rosyjskiej bazy w Antarktyce.

Wśród pasażerów tych lotów było aż trzech członków rodziny Patruszewów (szef FSB Nikołaj, jego syn Andriej, w tym czasie absolwent akademii FSB i pracownik Rosnieftu [rosyjski państwowy koncern działający w branży petrochemicznej], oraz brat Wiktor), a także bliski przyjaciel dyrektora FSB, również czekista Władimir Proniczew, w tym czasie szef służby granicznej. Władze nie potrafiły wyjaśnić, co ta grupa robiła w Antarktyce, gdzie nie ma posterunków granicznych, a do tego w okresie świąt noworocznych, więc Wiktor musiał tłumaczyć się za wszystkich: jego wywiad ukazał się w gazecie "Izwiestia" i miał pokazać, że rodzina Patruszewów nie interesuje się dobrami materialnymi.

A jak było naprawdę? W rzeczywistości Patruszewowie przez lata świadczyli różnym firmom (często wątpliwej proweniencji) usługi "ochrony". Terminem tym rosyjscy biznesmeni zazwyczaj określają znaną osobę, której obecność w firmie ma zabezpieczyć biznes przed roszczeniami państwa i atakami bandytów.

Wiktor Patruszew, podobnie jak jego młodszy brat, ukończył Leningradzki Instytut Budowy Okrętów i pracował w biurze projektowym, z którego po upadku Związku Radzieckiego odszedł, aby podjąć się pracy jako mechanik samochodowy. Jego kariera błyskawicznie się rozwinęła, gdy tylko jego brat w 1999 r. stanął na czele FSB — Wiktor został zatrudniony jako zastępca dyrektora na region północno-zachodni w firmie telekomunikacyjnej "Megafon".

"Megafon" był wówczas powiązany z otoczeniem Putina — jego tajnym udziałowcem był prawdopodobnie Leonid Reiman z Petersburga, którego Putin mianował ministrem łączności, jeszcze zanim został prezydentem. Był to początek wielkiej, ale niepublicznej kariery Wiktora Patruszewa. Następnie wszedł do rad sportowego stowarzyszenia "Dynamo" (nadzorowanego przez FSB) i klubu siatkarskiego "Dynamo-Obwód Leningradzki" (siatkówka to ulubiony sport jego brata, funkcjonariusza służb specjalnych).

Został również mianowany członkiem rady dyrektorów sanatorium im. Frunzego w Soczi — tam odpoczywają funkcjonariusze służb specjalnych, chociaż obiekt należy do oligarchów tytoniowych Kesajewa i Katsiewa.

W 2012 r. Wiktor został prezesem petersburskiej firmy "Nord", która należy do gangsterów z tej samej tambowskiej grupy, z którą współpracował jego brat Nikołaj. Na spółkę zostały zapisane pokaźne aktywa, formalnie niezwiązane z interesami funkcjonariuszy FSB: hotel i restauracja "Metropol" (gdzie nie tylko jadał kolację Leonid Breżniew z Ronaldem Reaganem, ale także odbywały się najważniejsze spotkania petersburskich złodziei), galeria butików "Grand Palace", fabryka mebli "Ładoga" i przedsiębiorstwo "Lenteplopribor".

Aleksiej — najmłodszy syn Wiktora Patruszewa — kontynuował działalność ojca. Przez kilka lat był doradcą szefa i głównego właściciela moskiewskiego "Master Banku" Borysa Bulochnika (później Aleksiej został również wiceprezesem zarządu banku). Pomimo złej sławy, bank pozostawał nietknięty aż do 2013 r. — być może dzięki Patruszewowi, a może dzięki drugiemu "ochroniarzowi" w kierownictwie — był nim Igor Putin, kuzyn prezydenta.

Kiedy w końcu cofnięto bankowi licencję, jego właściciel mieszkał już za granicą, a organy nie miały żadnych pytań do Patruszewa i Putina. Ten sam Aleksiej "chronił" różne firmy zajmujące się pozyskiwaniem drewna w "duchowej ojczyźnie" swojego wuja, w Karelii.

Drugiemu synowi Wiktora Patruszewa, Władimirowi, przygotowano karierę państwową — pracuje on jako wysoki rangą urzędnik w strukturach "Rostiechu". Jego syn Aleksander w wieku 19 lat zatrudnił się w Rosyjskim Banku Rolnym ("Rossielchozbanku"), którym kierował wówczas jego wujek Dmitrij, syn Nikołaja Patruszewa. Później odszedł z banku, ale nie z powodu oczywistego konfliktu interesów, a po to, aby zostać politykiem. W wieku 22 lat Aleksander został deputowanym, a cztery lata później burmistrzem miejscowości Sosnowo, gdzie Patruszewowie zbudowali rodzinne gniazdo z bali dostarczonych przez państwo.

Synowie Nikołaja Patruszewa od razu wybrali służbę państwową. Młodszy syn Andriej, po służbie w FSB, w 2006 r. rozpoczął pracę w Rosniefcie i od razu został doradcą Igora Sieczina [dyrektora generalnego koncernu]. Później przeniósł się do Gazpromu. Od 2019 r. Andriej, podobnie jak jego krewni, przekwalifikował się na "ochroniarza": otrzymał 10 proc. udziałów w Archangielskim Morskim Porcie Handlowym, udziały w spółkach "Morska Arktyczna Ekspedycja Geologiczno-Rozpoznawcza" i "Transtelsoft", która zarabia na kontraktach z Rosyjskimi Kolejami Państwowymi.

Starszy syn Nikołaja, Dmitrij, jest obecnie główną gwiazdą służby państwowej w tej znanej rodzinie.

Karierę robił w bankach państwowych, w 2010 r. stanął na czele Rosyjskiego Banku Rolnego, a później przeszedł do gabinetu ministrów. Od kilku lat dziennikarze i eksperci nazywają Patruszewa jednym z prawdopodobnych następców Putina na stanowisku prezydenta — przypuszczenie to opiera się między innymi na tym, że kariera państwowa Dmitrija rozwija dynamicznie, obecnie jest on wicepremierem rządu. Państwowe media wychwalają Dmitrija: jest on rzekomo prostym i troskliwym gospodarzem, nieustannie myślącym o Rosji.

Jednak w dużej rodzinie Patruszewów jest jedna niepozorna osoba, która wydaje się stworzona specjalnie po to, aby zburzyć mit o lojalnych i bezinteresownych sługach państwa.

Jest to nieoficjalna żona Dmitrija, Marina Artiemiewa — nie przyjęła ona nazwiska męża i nie zawarła z nim legalnego związku małżeńskiego — prawdopodobnie po to, aby można było zapisać na nią wszelką własność: od domów i mieszkań po warte miliardy firmy.

Dmitrij już ponad 20 lat temu ożenił się z młodą solistką zespołu folkowego "Iwan Kupał" Elizabetą Garszyną, która urodziła mu córkę Sofię. W 2009 r. żonaty Dmitrij znalazł się na imprezie u przyjaciół, gdzie spotkał 35-letnią Marinę.

Przed romansem Marina nie odnosiła sukcesów. Urodziła się w niepełnej rodzinie w podmoskiewskiej Elektrostali, gdzie spędziła całe dzieciństwo i młodość z matką i siostrą Julią Koładiną. Wszystkie trzy kobiety oraz rottweiler mieszkały na 33 m kw. jednopokojowego mieszkania w "chruszczowce".

Od końca lat 90. Marina próbowała swoich sił w Moskwie, zajmując nieznaczące stanowiska w małych firmach. Stopniowo rodzina przeniosła się do stolicy. Siostry bardzo interesowały się branżą modową i rozrywkową, próbowały swoich sił w fotografii, projektowaniu, organizacji imprez.

W 2007 r. Koładyna jako pierwsza pojawiła się w telewizji World Fashion Channel (WFC) — zatrudniono ją tam jako korespondentkę bez wynagrodzenia. Wkrótce sprowadziła tam swoją siostrę — jako zwykłą producentkę. W tamtym czasie WFC można było oglądać w wielu sieciach kablowych — piękne dziewczyny na wybiegach były pokazywane na ekranach ściennych niemal wszędzie — w klubach sportowych, sklepach, restauracjach.

Spotkanie z Patruszewem juniorem zmieniło wszystko w życiu Mariny. Po pierwsze, niemal natychmiast zaszła w ciążę — ich pierworodny syn, Platon, nazwany na cześć pradziadka, urodzi się ok. rok po ich spotkaniu. Urodziła jeszcze czworo dzieci — Jegora w 2014 r., Ignacego w 2019 r. oraz bliźniaczki Marię i Antoninę w 2020 r.

Po drugie, młoda matka otrzymała cenny prezent — rodzina Patruszewów podarowała jej kanał telewizyjny poświęcony modzie, w którym właśnie rozpoczęła pracę jako producentka. W 2009 r. faktycznym właścicielem WFC został oligarcha Igor Kesajew — służy on jako dysponent "portfela" rodziny Patruszewów, z którego finansowane są ich różnorodne potrzeby materialne.

Ówczesny menedżer WFC wspomina charakterystyczny szczegół: Kesajew, przystojny mężczyzna w sile wieku, interesował się środowiskiem młodych modelek, więc miał w tej transakcji również osobisty interes. Jednak w prasie nabywca przedstawił sprawę tak, jakby kupił kanał telewizyjny dla swojej żony, Stelli Kesajewy, która postanowiła spróbować swoich sił w branży modowej. Po pewnym czasie Kesajew rozwiódł się jednak ze Stellą i związał się z młodą ukraińską modelką Olgą Klimienko, która prowadziła w telewizji swojego mężczyzny program o dwuznacznym tytule "Tak, szefie!".

W 2011 r. Kesajew mianował Artiemiewą najpierw producentem generalnym, a pod koniec tego samego roku — dyrektorem generalnym kanału telewizyjnego. 21 listopada 2014 r., dzień po tym, jak Artiemiewa urodziła Patruszewowi drugiego syna, dosłownie w ramach prezentu z okazji porodu, przepisano jej własność stacji telewizyjnej.

W rezultacie Artiemiewa nie odniosła sukcesu w branży modowej. — Chciała uczestniczyć we wszystkich imprezach. Jednak ten świat (moda i show-biznes) jej nie zaakceptował — uważa w rozmowie z serwisem Projekt jedna z kluczowych osób w kanale w tamtym czasie. Telewizja, która początkowo obejmowała Europę i Azję, została zamknięta. Obecnie WFC jest w zasadzie rosyjską stroną internetową poświęconą modzie.

Jednak porażka w branży modowej nie wpłynęła na błyskawiczną karierę przedsiębiorczyni Artiemiewej. W ciągu następnych lat młoda kobieta, niestrudzenie rodząca dzieci, stała się właścicielką kilkunastu firm. Prawdopodobnie we wszystkich przypadkach była ona nominalną bizneswoman oraz odbiorczynią pieniędzy w postaci wynagrodzenia, dywidend i udziału w transakcjach dotyczących aktywów.

Jak to się stało, że kobieta, która urodziła Dmitrijowi Patruszewowi pięcioro dzieci, nigdy nie została jego legalną żoną? Prawdopodobnie chodzi o to, że gdyby Marina znalazła się w oficjalnej deklaracji majątkowej swojego męża, Patruszewowie figurowaliby jako najbogatsza rodzina wśród rosyjskich urzędników.

Serwis Projekt znalazł wszystkie liczne nieruchomości zarejestrowane na Artiemiewą, aby dojść do zaskakującego odkrycia: wcześniejsza mieszkanka "chruszczówki" posiada nieruchomości o wartości ok. 6,5 mld rubli (ok. 300 mln zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej).

Rejestrowanie drogich nieruchomości na siebie jest udziałem wszystkich kobiet w rodzinie Patruszewów. Na Elenę, żonę byłego dyrektora FSB, emerytowaną lekarkę, zarejestrowano nieruchomości o wartości 4 mld rubli (ok. 180 mln zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej). To samo dotyczy Tatiany, drugiej synowej Nikołaja Patruszewa, z zawodu menedżerki w sektorze medycznym.

Zgodnie z dokumentami jest ona właścicielką kilku firm z branży medycznej, w tym specjalistycznego czasopisma "Vademecum", ale ten biznes raczej nie wyjaśnia, dlaczego jej nieruchomości są warte prawie 3 mld rubli (ok. 130 mln zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej). Oczywiście majątek Tatiany nigdy nie znalazł się w deklaracjach majątkowych Patruszewów.

Jeśli zsumować wartość wszystkich nieruchomości Patruszewów, które udało nam się ustalić, otrzymamy astronomiczną kwotę — ok. 14 mld rubli (ok. 630 mln zł). To prawdopodobnie rekord wśród funkcjonariuszy rosyjskich służb.

Aby kupić apartamenty w pobliżu Kremla — najcenniejsze w rodzinnej kolekcji Patruszewych — Marina Artiemiewa otrzymała nawet kredyt hipoteczny w wysokości ok. 1,5 mln dol. (ok. 5 mln 460 tys. zł). Nic dziwnego, że pomimo bezpośredniego konfliktu interesów dostała te pieniądze w 2021 r. w państwowym Rosyjskim Banku Rolnym, którego przewodniczącym rady nadzorczej był w tym czasie jej potajemny mąż. Nie jest również zaskakujące, że bank zaoferował tej kredytobiorczyni całkowicie niekonkurencyjną stopę procentową — 700 tys. euro (blisko 3 mln zł, licząc po obecnym kursie walutowym) udzielił na 2 proc. w skali roku, a następnie dał jeszcze 50 mln rubli (224 tys. zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej) w formie kredytu konsumenckiego na 3 proc. w skali roku.

Kredyty konsumenckie, takie jak ten, który otrzymała Artiemiewa w rublach, Rosjanie zazwyczaj zaciągają na opłacenie najpotrzebniejszych rzeczy — sprzętu AGD, pilnych operacji medycznych, a czasem nawet po prostu jedzenia. W przypadku rodziny Patruszewów sytuacja jest oczywiście inna. Co miesiąc robią oni zakupy za niemałe kwoty w najmodniejszym sklepie w Rosji — moskiewskim GUM (Główne Uniwersalne Magazyny). Marina Artiemiewa zamawia tam kosmetyki i ubrania mniej więcej raz na dwa-trzy tygodnie, wydając średnio ok. 370 tys. rubli (ok. 16 tys. zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej) za każdym razem.

Od 2015 r. Marina Artiemiewa wydała w GUM co najmniej 65 mln rubli (ok. 2 mln 920 tys. zł, licząc po obecnym kursie wymiany walutowej).

Nawet Elena — siedemdziesięcioletnia żona szlachcica Nikołaja Patruszewa — jest stałą klientką modnych marek. W GUM wydaje ok. pół miliona rubli rocznie (ok. 22,5 tys. zł).

W maju 2024 r. Putin zwolnił Nikołaja Patruszewa z ostatniego ważnego stanowiska — z sekretarza Rady Bezpieczeństwa został zdegradowany do asystenta prezydenta specjalizującego się w budownictwie okrętowym. Była w tym pewna ironia: Patruszew ukończył kiedyś politechnikę morską, ale prawie nie pracował w swoim zawodzie — zaraz po ukończeniu studiów trafił do KGB.

Natomiast jego ojciec, Platon Ignatiewicz — oficer marynarki wojennej, który podczas wojny służył jako komisarz na statkach Floty Bałtyckiej i Północnej, eskortował konwoje z pomocą zagraniczną. We wsi Podomo, skąd pochodzi ród Patruszewów, Nikołaj postawił kościół poświęcony Platonowi Studyjskiemu, świętemu patronowi swojego ojca komisarza (kolejny paradoks w życiu czekistów-szlachciców).

Opuszczając stanowisko w Radzie Bezpieczeństwa, Patruszew najwyraźniej nie mógł rozstać się ze swoim dużym gabinetem. Jego następca, Siergiej Szojgu — członek kolejnego znanego rodu rosyjskiej elity — musiał zadowolić się swoim starym gabinetem, który — pomimo szczególnie tajnego statusu Rady Bezpieczeństwa — nie znajduje się nawet w Kremlu. 

onet.pl\Project


Amerykański przywódca we wtorek 5 maja został zapytany, czy w obliczu wysokiej inflacji w Iranie i pogłębiającego się tam kryzysu gospodarczego pozwoli na upadek irańskiego systemu ekonomicznego. - Tak myślę, bo sprawiamy, że upada. Mam nadzieję, że upadnie. Wiesz dlaczego? Bo chcę wygrać - powiedział Trump. Jak ocenił, taki koniec wojny byłby lepszy niż "pójście tam i zabijanie ludzi". Zdaniem polityka z powodów kłopotów finansowych i sankcji USA reżim w Teheranie nie jest w stanie płacić swoim żołnierzom, a rzeczywista inflacja w Iranie sięga 150 proc.

Trump ocenił przy tym, że koszt gospodarczy wojny dla USA jest do tej pory znacznie niższy, niż oczekiwał. Jak powiedział, spodziewał się, że ceny ropy naftowej, obecnie oscylujące w granicach 100-110 dolarów za baryłkę, osiągną poziom 200, a nawet 300 dolarów. - A to bardzo mała cena /!!! - red./ za pozbycie się broni jądrowej z rąk ludzi, którzy są naprawdę chorzy - dodał.

Prezydent USA zapewnił, że Iran chce zawarcia porozumienia, lecz przyznał, że irytuje go to, że irańscy negocjatorzy co innego mówią prywatnie, a co innego publicznie. - Nie lubię, że mówią do mnie z ogromnym szacunkiem, a później idą do telewizji i mówią "nie rozmawialiśmy z prezydentem" - powiedział republikanin i ocenił, że są to "gierki" Iranu.

Prezydent zapowiedział też, że będzie rozmawiał o wojnie z Iranem w przyszłym tygodniu w Chinach, gdzie spotka się z przywódcą ChRL Xi Jinpingiem. Podkreślił, że Xi "z szacunkiem" i "miło" zachowuje się wobec Stanów Zjednoczonych w obliczu wojny, mimo że Pekin otrzymuje większość dostaw ropy naftowej z regionu Zatoki Perskiej. - Nie rzucają nam wyzwania. (...) Jest bardzo miły - powiedział Trump. Dodał, że zaproponował Chinom, by kierowały swoje tankowce do Stanów Zjednoczonych i kupowały amerykańską ropę.

Prezydent USA wcześniej ostrzegał Chiny, by nie wysyłały broni Iranowi. Potem przyznał, że Pekin pomaga Iranowi, lecz nie na taką skalę, na jaką by mógł.

PAP

poniedziałek, 4 maja 2026



by to zrozumieć, trzeba się cofnąć do 25 listopada 2006 r., kiedy został zatrzymany na Litwie prowadzący działania wywiadowcze przeciwko Polsce obywatel Białorusi Siergiej Monicz. Po przekazaniu Polsce został on skazany w naszym kraju na 5,5 roku więzienia.

W praktyce tajnych służb zasadą jest, że doprowadza się do wymian szpiegów, przy czym nie zawsze są to wymiany jednych agentów na drugich. Czasem w zamian za osobę idzie się na ustępstwa natury politycznej. Praktyka ta ma na celu zmniejszenie ceny, którą płacą współpracownicy własnych służb w razie złapania na terytorium przeciwnika.

Zgodnie z tą zasadą białoruskie władze bardzo intensywnie starały się doprowadzić do wymiany Monicza. Oferty składane przez Mińsk były bardzo hojne. Więcej na ten temat niestety nie mogę napisać, gdyż w tamtym okresie nie byłem jeszcze dziennikarzem, a dyplomatą i pełniłem funkcję chargé d’affaires RP na Białorusi. Wiąże mnie więc tajemnica państwowa.

Mogę natomiast napisać, tajemnicy nie łamiąc, że gdy Polska nie zgodziła się na proponowane przez stronę białoruską rozwiązania, ówczesny szef administracji prezydenta Białorusi, czyli tak naprawdę człowiek numer dwa w państwie, Władimir Makiej, powiedział mi, że Białorusini zapamiętają to, że Polska nie zgodziła się na wymianę i w swoim czasie się zemszczą.

Siergiej Monicz postanowieniem Sądu Okręgowego w Warszawie został warunkowo zwolniony z więzienia 28 grudnia 2011 r. Postanowienie sądu publikujemy dzięki uprzejmości dziennikarza śledczego Jarosława Jakimczyka, który zdjęcie postanowienia sądu udostępnił redakcji Onetu.
Siergiej Monicz w polskim więzieniu spędził dokładnie 1859 dni. To bardzo ważny fakt.

Andrzej Poczobut, który w odróżnieniu od Monicza szpiegiem nie był, został aresztowany 25 marca 2021 r. Wolność odzyskał 28 kwietnia 2026 r. W więzieniu spędził więc… 1859 dni.

O tę zbieżność Onet spytał dwóch byłych szefów polskich służb specjalnych, wywodzących się z dwóch całkowicie przeciwnych obozów politycznych. Zarówno były szef Wojskowych Służb Informacyjnych, gen. Marek Dukaczewski, jak i były szef Agencji Wywiadu, płk Grzegorz Małecki, zgodnie stwierdzili, że zasadą poradzieckich służb specjalnych jest to, że z zemsty nie rezygnują nigdy, ale też że zemsta realizowana jest w tak precyzyjny i wręcz lustrzany sposób, by druga strona wiedziała, że jest to zemsta i za co.

W opinii obydwu rozmówców fakt, iż Białorusini zwolnili Poczobuta po dokładnie tylu dniach pozbawienia wolności, ile spędził w polskim więzieniu Monicz, nie może być przypadkiem.

onet.pl


Prokuratura Generalna złożyła pozew o przejęcie na rzecz państwa pakietu kontrolnego akcji Rusagro — jednego z największych w kraju holdingów agroprzemysłowych, który zajmuje drugie miejsce w produkcji wieprzowiny, trzecie w produkcji cukru i posiada ponad 700 tys. ha ziemi rolnej.

Pozew dotyczący przejęcia 469 mln akcji Rusagro (ok. 49 proc. kapitału) od założyciela i głównego właściciela spółki, Wadima Moszkowicza, trafił do sądu rejonowego w moskiewskiej dzielnicy Chamowniki.

58-letni Moszkowicz, należący do grona 60 najbogatszych ludzi w Rosji z majątkiem szacowanym na 2 mld 900 mln dol. (prawie 12 mld zł), od wiosny ubiegłego roku przebywa w areszcie śledczym pod zarzutami oszustwa i wręczania łapówek.

Sukces ma wielu ojców, ale w Rosji jednego właściciela. Zwłaszcza gdy chodzi o naprawdę duże pieniądze.

Prokuratura domaga się konfiskaty akcji Rusagro należących bezpośrednio do Moszkowicza, a także tych zapisanych na jego żonę, partnerów biznesowych oraz powiązane z nim podmioty.

Ponadto państwo planuje przejąć jego środki finansowe w wysokości 14 mld rubli (ok. 630 mln zł), w tym gotówkę zabezpieczoną podczas przeszukania:
  • 29 mln 300 tys. rubli (ok. 1 mln 320 tys. zł),
  • 1 mln 800 tys. dol. (ok. 7 mln 200 tys. zł)
  • oraz 1 mln 600 tys. euro (prawie 7 mln zł).
Pełniąc funkcję senatora z obwodu biełgorodzkiego w latach 2006–2014, Moszkowicz — jak wynika z pozwu Prokuratury Generalnej — miał w szerokim zakresie wykorzystywać swoje wpływy polityczne oraz dostęp do aparatu administracyjnego państwa, aby wspierać rozwój własnego imperium biznesowego.

Chodziło nie tylko o formalne decyzje, ale również o nieformalne oddziaływanie na urzędników i instytucje publiczne, co pozwalało mu kształtować korzystne dla siebie rozstrzygnięcia. W szczególności miał doprowadzić do przekazania na rzecz powiązanych z nim podmiotów rozległych terenów rolnych w regionie, często na preferencyjnych warunkach lub w trybie budzącym wątpliwości.

W efekcie tych działań zasoby ziemi należące do Rusagro — czyli tzw. bank ziemi spółki — zwiększyły się aż dziesięciokrotnie, co znacząco umocniło jej pozycję na rynku i umożliwiło dynamiczną ekspansję działalności.

Dodatkowo, według materiałów sprawy przywoływanych przez agencję Interfaks, Moszkowicz miał stosować mechanizmy pozwalające na transferowanie znacznej części zysków spółki poza granice kraju. W praktyce oznaczało to korzystanie z sieci podmiotów zarejestrowanych w jurysdykcjach offshore, które służyły jako pośrednicy w przepływie środków finansowych.

Tego rodzaju struktury umożliwiają ograniczenie obciążeń podatkowych, ale w tym przypadku — jak twierdzi prokuratura — ich posiadanie i kontrola nie były ujawniane w oficjalnych deklaracjach podatkowych. W rezultacie część dochodów mogła pozostawać poza rosyjskim systemem fiskalnym, co stanowi jeden z kluczowych zarzutów w toczącym się postępowaniu.

Aktywami Moszkowicza zainteresowany jest klan Patruszewów, który — jak wcześniej informowało źródło "Nowej Gaziety" na rynku rolnym — dąży do przejmowania dużych przedsiębiorstw z sektora spożywczego i rolniczego. Według tego źródła Rusagro, z rocznymi przychodami rzędu 400 mld rubli (ok. 18 mld zł) i kapitalizacją sięgającą niemal 100 mld rubli (ok. 4 mld 500 mln zł), od dawna była celem potencjalnej konfiskaty.

Pod naciskiem władz, które wpisały Rusagro na listę przedsiębiorstw strategicznych i groziły uznaniem samego Moszkowicza za "zagranicznego agenta", biznesmen dobrowolnie przeniósł swoje aktywa z Cypru do Rosji.

Nie uchroniło go to jednak przed konfiskatą, która może stać się jedną z największych od początku wojny.

Łącznie fala nacjonalizacji prywatnego biznesu w latach 2022–2025 objęła przedsiębiorstwa o łącznej wartości 4 bln rubli (ok. 180 mld zł) — informował w marcu prokurator generalny Aleksandr Gucan.

Wśród nich znalazło się około trzydziestu "strategicznych przedsiębiorstw" o wartości 2 bln 500 mld rubli (ok. 112 mld 500 mln zł). Według danych Rosimienia, do połowy marca 2026 r. w Rosji znacjonalizowano łącznie 805 firm.

onet.pl\The Moscow Times


Dowódca systemów bezzałogowych obrony powietrznej płk J.A. Czerewaszenko i rzecznik sił powietrznych, płk Jurij Ihnat dla Reuters.

Skuteczność systemów wojny elektronicznej, które zakłócają nawigację Shahedów, jest różna, ale w niektóre noce są one w stanie zneutralizować  niemal połowę dronów wystrzelonych w trakcie. Drony przechwytujące zestrzeliwują obecnie 40 proc. rosyjskich dronów typu Shahed i innych dalekiego zasięgu  To wzrost w porównaniu z około 25 proc. zimą. Ukraińskie myśliwce F-16 również biorą udział w obronie i każdy z nich może zestrzelić nawet 10 Shahedów w ciągu jednej nocy. Jednym z największych wyzwań jest wykorzystywanie przez Rosję sztucznej inteligencji do tworzenia nowych tras lotu i taktyk, co utrudnia Ukrainie nadążanie za zmianami. Zwrócił też uwagę na stosowanie przez Rosjan „sieci mesh”, w których grupa dronów działa jako przekaźniki sygnału dla siebie nawzajem. Dzięki temu tworzą sieć rozciągającą się na ponad 120 km, co pozwala im pokonywać ukraińskie zakłócanie nawigacji. Pozytywnym aspektem jest to, że ukraińskie wysiłki w zakresie przechwytywania dronów zyskały nieoczekiwane wsparcie dzięki pracy zdalnej. Niektórzy z najlepszych pilotów latają teraz dronami-interceptorami zdalnie, przez łącze internetowe, z różnych regionów Ukrainy, błyskawicznie przełączając się między obrazami z kamer. Personel naziemny przygotowuje drony i anteny, ale sam pilot może znajdować się w dowolnym miejscu.

x.com/wojtekfalco


Armia nie radzi sobie z falą grabieży mienia cywilnego przez żołnierzy w Libanie i Strefie Gazy - informuje izraelski portal Ynet. Z relacji rezerwistów wynika, że rabunek opuszczonych domów odbywa się rutynowo, a dowództwo nie podejmuje działań dyscyplinarnych.

Według relacji publikowanych przez izraelskie media - zarówno liberalny i niszowy dziennik "Haarec", jak i najbardziej popularny izraelski portal Ynet - żołnierze wynoszą z libańskich wiosek niemal wszystko.

Na listach skradzionych przedmiotów znajdują się telewizory, motocykle, dywany, obrazy, sofy, pościel, a także sprzęt kuchenny, taki jak lodówki, tostery, czajniki, miksery, a nawet filiżanki. Jeden z żołnierzy rezerwy opisał, że widział jednostki ładujące na pojazdy całe zestawy mebli oraz biżuterię, a w innym wyznaniu pojawiła się informacja o kradzieży sztabek złota, kocy oraz prywatnych zdjęć.

Żołnierze wypowiadający się anonimowo dla izraelskich mediów opisują proceder jako jawny.

"Każdy, kto coś bierze - telewizory, papierosy, narzędzia - po prostu wkłada to do swojego pojazdu. Nikt tego nie ukrywa, wszyscy to widzą i rozumieją" - relacjonuje jeden z mundurowych w "Haarecu".

"W Strefie Gazy ktoś wsiadł do ciężarówki z kanapą, doszło tam do szalonej bójki. (…) Siedem miesięcy temu każda jednostka umeblowała sobie pomieszczenia wspólne sprzętami ze Strefy, całymi kompletami wypoczynkowymi" - powiedział inny żołnierz portalowi Ynet.

Podczas wojny w Strefie Gazy zjawisko grabieży miało osłabnąć - według źródeł Ynetu - jednak nie z powodu zaostrzenia rozkazów, lecz dlatego, że "zostało mało do zabrania".

Szef Sztabu Generalnego, Ejal Zamir, pod koniec kwietnia potępił rabunki, nazywając je "moralną plamą", jednak mimo tych deklaracji, żołnierze twierdzą, że dyscyplina nie jest egzekwowana. Choć niektórzy dowódcy niższego szczebla próbują interweniować - grożąc m.in. usunięciem z jednostki - większość ma przymyka oko na zachowanie podwładnych - wynika z raportu Ynet.

"Haarec" podkreśla, że dowódcy obawiają się wyciągania surowych konsekwencji wobec rezerwistów, by nie zniechęcać ich do służby, w czasie, kiedy armia odczuwa braki kadrowe. W efekcie, punkty kontrolne na granicy z Libanem, które miały zapobiegać wywożeniu łupów do Izraela, w wielu miejscach zostały zlikwidowane lub działają jedynie fasadowo.

Żołnierze tłumaczą swoje zachowanie na kilka sposobów. Wielu uważa, że skoro domy i tak zostaną zburzone lub zbombardowane, zabranie z nich mienia nie stanowi realnej szkody, inni postrzegają grabież jako formę "rekompensaty" za trudy wojny i osobiste koszty, jakie ponoszą jako rezerwiści.

Komentatorzy zauważają, że zjawisko grabieży to nie jest nowe w historii wojen toczonych przez Izrael. Podobne incydenty odnotowywano podczas konfliktów w 1948, 1956, 1967 roku oraz podczas pierwszej wojny libańskiej w 1982 roku. Zdaniem "Haareca" obecny problem wyróżnia się systemową biernością państwa. Rząd, choć oficjalnie nie zachęca do grabieży, nie podejmuje też realnych kroków, by je powstrzymać.

Oficjalne dane wojska mogą budzić wątpliwości co do skuteczności śledztw - w 2024 roku wpłynęło jedynie dziewięć zgłoszeń dotyczących grabieży w Strefie Gazy, z czego tylko jedno zakończyło się aktem oskarżenia - podał Ynet.

(...)

Z kolei trwająca obecnie izraelska inwazja na Liban jest związana z szerszą eskalacją po atakach USA i Izraela na Iran 28 lutego, po których libański Hezbollah włączył się do walk po stronie Teheranu.

PAP

niedziela, 3 maja 2026



Fighterbomber i Alexander Kovalenko o problemach z precyzją rosyjskich rakiet i bomb.

🔹Fighterbomber

Odpalenie rakiet (dowolnego typu) i zrzut bomb kierowanych jest widoczny na radarach.

Przeciwnik z wyprzedzeniem (do 15 minut przed atakiem w niektórych przypadkach) ukrywa się w bezpiecznym miejscu lub po prostu opuszcza obiekt na czas ataku. To wpływa na skuteczność, ale nie wpływa na raporty, prezentacje i wypłaty za zniszczone cele. A to oznacza, że wszystkich wszystko satysfakcjonuje. Na jednym z wybranych odcinków frontu w ciągu trzech miesięcy zrzucono około 727 bomb FAB różnych typów. W rejon celu dotarło około 419 z nich. Część bomb trafiła bezpośrednio, część w ogóle nie dotarła do celu. Jest to prawdopodobnie związane z wpływem systemów walki radioelektronicznej obu stron, które nauczyły się radzić sobie nawet z najnowszymi „Kometami”. Takie wyniki są na razie niezłe, ale trend nie jest optymistyczny – precyzja spada.

🔹Alexander Kovalenko

Od 2022 roku Rosyjskie Siły Zbrojne zastosowały ponad 1200 pocisków Ch-101, ponad 800 3M14 „Kalibr” oraz ponad 1200 9M723 (Iskander).

Ta liczba jest wystarczająca, aby wyciągnąć podstawowe wnioski dotyczące celności każdego z tych typów rakiet, a mianowicie:

Ch-101 – przy deklarowanym kołowym prawdopodobnym odchyleniu (CEP) od 10 do 20 metrów, rzeczywiste odchylenie od celu przekracza 50 metrów, a w niektórych przypadkach 100 metrów i więcej. Ważnym aspektem jest to, że w latach 2022 i 2023 pociski Ch-101 rzeczywiście charakteryzowały się wysoką celnością, w granicach CEP do 20 metrów, jednak później wskaźnik ten zaczął się pogarszać – wyjaśnienie tego podam poniżej. Znamienne jest to, że w przypadku innych rosyjskich rakiet sytuacja wygląda podobnie – CEP pogarsza się z roku na rok. 3M14 „Kalibr” – kołowe prawdopodobne odchylenie tej rakiety deklarowano na poziomie do 10 metrów, jednak obecnie wynosi ono i nawet przekracza 50 metrów. 9M723 – rakiety balistyczne systemu OTRK „Iskander-M” przez długi czas pozostawały najbardziej precyzyjne, utrzymując CEP na poziomie około 5 metrów. Jednak od 2023 roku wskaźnik ten zaczął gwałtownie spadać. Nawet przy naprowadzaniu z wykorzystaniem dronów rozpoznawczych odchylenie może wynosić 50 metrów i więcej. Obecnie 9M723 to już nie tyle środek rażenia o wysokiej precyzji, co rakieta stosowana przeciwko celom, w które trudno nie trafić, biorąc pod uwagę jej obecny CEP. Spadek celności tych rakiet balistycznych przeciwnik aktywnie próbuje kompensować poprzez stosowanie głowic kasetowych.

Jeśli chodzi o przyczyny spadku celności rosyjskich rakiet, to wynikają one z faktu, że w warunkach produkcji awaryjnej, przy wykorzystaniu jako kluczowych komponentów elektronicznych przemycanych elementów podwójnego zastosowania, spada nie tylko niezawodność, ale również szereg parametrów technicznych. Efekt ten potęgowany jest przez brak odpowiedniej kontroli technicznej – przeprowadzania procedur kontrolno-pomiarowych. W każdym przedsiębiorstwie proces produkcji zawsze wiąże się z czasochłonnym etapem kontroli i pomiarów, które pozwalają diagnozować niezawodność wszystkich komponentów wytwarzanego produktu. W przypadku rakiet oznacza to kontrolę silnika, systemu naprowadzania, układu paliwowego oraz integralności konstrukcji. Pozwalało to unikać (lub przynajmniej minimalizować) defekty, które mogły krytycznie wpływać na charakterystyki i niezawodność wyrobu. Obecnie jednak w rosyjskich zakładach przeprowadzanie takich procedur kontrolno-pomiarowych zostało ograniczone do trybu awaryjnego lub całkowicie zaniechane. W rezultacie pozwoliło to zwiększyć liczbę produkowanych dziennie rakiet, ale jednocześnie obniżyło ich jakość.

x.com/wojtekfalco


Trump decyduje o wycofaniu żołnierzy (10%) z Niemiec i zapowiada dalsze redukcje? Cóż z jednej strony ktoś może napisać że o redukcjach w Europie  akurat ta ekipa mówiła od początku. Z drugiej jednak - moment i jej uzasadnienie budzą poważne wątpliwości i wygląda na to że mamy kolejny incydent "gołębia na szachownicy" /Gołąb przewraca pionki i sra na szachownicę - red./: 

1. USA potrzebuje baz w Niemczech. 
2. Są one jedną z wielu form kontroli RFN wypracowanych po IIWŚ.
3. To przemysł niemiecki łata luki produkcyjne przemysłu USA w dziedzinie uzbrojenia. Patrioty, GMLRSy i parę innych. Niemcy też kupują uzbrojenie  w USA - np. śmigłowce lub F-35. 

Swoją drogą pisanie że powinniśmy zaproponować USA żeby tych żołnierzy przenieść do Polski jest moim zdaniem bardzo nietrafionym pomysłem ponieważ: 

- nie jesteśmy w stanie zbudować dla nich infrastruktury do końca dekady,
- kolejne wojska USA za które płacimy w 100% zamiast płacić na rozwój własnych jednostek - mamy już w PL pokaźną obecność sojuszniczą która gwarantuje umiędzynarodowienie ewentualnej agresji Rosji. Zaś obecnie  wojska USA mają to do siebie że byle kaprys lub urażone ego może zadecydować o ich wycofaniu - co jasno widać,
- już obecnie poligony pękają w szwach.

x.com/wolski_jaros


Podczas pobytu w Szanghaju przyjrzałem się przykładowym cenom w sklepie.

Zupka chińska z makaronem w kubku do zalania gorącą wodą kosztuje od 4,5 do 10,9 CNY, w zależności od smaku i dodatków. Bochenek chleba za 19,99 CNY, bagietka za 15,99 CNY, maślany croissant za 16,99 CNY – takie ceny zobaczyłem na półkach marketu w jednej z galerii handlowych w Szanghaju. Jeden juan (oficjalnie renminbi, RMB) kosztuje 0,53 zł. Oznacza to, że w celu uproszczonego przeliczenia chińskich cen na złotówki wystarczy podzielić je na pół.

Litrowy karton mleka można znaleźć za 9,90 CNY, a napoje roślinne w cenie od 14,90 do 29,9 CNY w zależności od rodzaju i marki. Produkty importowane, jak pełnotłuste mleko krowie z Holandii, są droższe: 25,9 CNY za litrowy karton. Orientalny makaron można kupić za 12,9 CNY, a w postaci dań gotowych (np. z grzybami lub suszonymi krewetkami, porcja dla dwóch lub trzech osób) – od 24,9 do 39,9 CNY.

Puszka Coca-Coli o pojemności 0,33 l kosztuje 6,9 CNY, a butelka napoju typu ice tea od 4 CNY. Duża paczka czipsów ziemniaczanych to koszt około 16,9 CNY, a za produkty importowane i o limitowanych smakach trzeba zapłacić o około 10 CNY więcej. Paczka klasycznych żelków Haribo kosztuje 11,9 RMB; słodycze chińskich producentów można kupić mniej więcej o połowę taniej.

(...)

Chiny z perspektywy polskiego turysty nie są drogim krajem. Wiele cen jest na poziomie porównywalnym do tego, co znamy z Polski. W sieciowych lokalach z chińską kuchnią ceny wynoszą około 20 CNY za rosół z wontonami, a za koszyk sześciu dim sum trzeba zapłacić około 20-30 CNY. Dania główne kosztują około 50-60 CNY i więcej.

(...)

Americano w Starbucksie kosztuje od 27 CNY, a cappuccino od 30 CNY.

Z kolei w McDonald's zestaw BigMac ze średnimi frytkami i napojem kosztuje 37,5 CNY, za lody z polewą trzeba zapłacić 13 CNY, bez polewy w wafelku – 5 CNY. Americano w wersji mrożonej kosztuje 11,9 CNY, a cappuccino – 21 CNY.

money.pl

sobota, 2 maja 2026



Prowadzona przez Sztab Generalny Irańskich Sił Zbrojnych Defa Press argumentowała 2 maja, że wojna między Stanami Zjednoczonymi a Iranem przesunęła się z konfliktu bezpośredniego do konfliktu skupionego na narzuceniu kosztów. Defa Press argumentowała, że “cierpliwość” będzie jednym z “ostatecznych wyznaczników zwycięstwa”, co sugeruje, że niektóre elementy reżimu mogą być skłonne znieść presję gospodarczą i militarną Stanów Zjednoczonych, jednocześnie nakładając koszty gospodarcze i polityczne na Stany Zjednoczone spróbować wywrzeć presję na Stany Zjednoczone, aby złagodziły swoje żądania negocjacyjne.

(...)

Jak poinformował wyższy rangą urzędnik irański przemawiający do Bloomberga 2 maja, Iran zaczął ograniczać wydobycie ropy, gdy jego pojemność magazynowa osiągnęła swoje granice. Iran prawdopodobnie raczej ogranicza wydobycie ropy niż ją wstrzymuje, ponieważ wstrzymanie wydobycia ropy mogłoby spowodować znaczne szkody na irańskich polach naftowych. Urzędnicy Pentagonu powiedzieli 1 maja Axios, że 31 tankowców przewożących około 53 milionów baryłek irańskiej ropy o wartości co najmniej 4,8 miliarda dolarów pozostaje w Zatoce Perskiej z powodu blokady morskiej Stanów Zjednoczonych w irańskich portach. Stany Zjednoczone jednocześnie rozszerzyły sankcje gospodarcze, aby pogłębić izolację Iranu i ograniczyć jego dostęp do rynków energii i kanałów finansowych.

understandingwar.org


Siły rosyjskie w kwietniu 2026 r. po raz pierwszy od wtargnięcia Ukrainy do obwodu kurskiego w sierpniu 2024 r. poniosły stratę netto terytorium kontrolowanego na ukraińskim teatrze działań. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że siły rosyjskie utraciły kontrolę nad 116 kilometrami kwadratowymi w kwietniu 2026 r., nie licząc obszarów, do których mogły przedostać się wojska rosyjskie. Rosyjskie tempo postępu na polu bitwy stale spada od listopada 2025 r., ponieważ ciągłe ukraińskie kontrataki naziemne, ukraińskie ataki średniego zasięgu, blokada wykorzystania przez Rosję terminali Starlink na Ukrainie w lutym 2026 r. oraz dławienie Telegramu przez Kreml zaostrzyły istniejące problemy w rosyjskiej armii.

(...)

Tempo rosyjskiego postępu spadło w 2026 r. w porównaniu z 2025 r., ale zmieniający się charakter wojny, w szczególności zwiększone stosowanie przez Rosję taktyki infiltracji w 2025 r., utrudnia porównania rok do roku. 

(...)

Kreml stosuje rosyjską taktykę infiltracji, częściowo w celu wyolbrzymienia rosyjskiej kontroli nad terenem. (...) Siły rosyjskie stosują taktykę infiltracji, częściowo po to, aby stworzyć wrażenie ciągłego rosyjskiego postępu na froncie i wesprzeć kremlowskie wysiłki w zakresie wojny poznawczej, mające na celu wyolbrzymienie rosyjskich sukcesów. Siły rosyjskie nie kontrolują jednak tych obszarów infiltracji, które często znajdują się pomiędzy ukraińskimi pozycjami w spornych szarych strefach.

understandingwar.org


Szefowie komisji sił zbrojnych Izby Reprezentantów i Senatu, Republikanie Mike Rogers i Roger Wicker skrytykowali w sobotę decyzję Pentagonu o wycofaniu 5 tys. wojsk USA z Niemiec. Politycy wezwali do przesunięcia ich na wschód NATO i ostrzegli, że podjęta decyzja wysyła zły sygnał Rosji.

We wspólnym oświadczeniu, politycy rządzącej USA partii wyrazili "duży niepokój" ogłoszoną w piątek decyzją Pentagonu. Zwrócili uwagę, że Niemcy zintensyfikowały inwestycje we własną obronność, wzięły na siebie większą odpowiedzialność oraz udostępniają USA bazy do operacji przeciwko Iranowi. Dodali, że wycofanie wojsk jest przedwczesne, bo nawet przy zwiększeniu wydatków na obronność do 5 proc. PKB, sojusznicy potrzebują czasu, by przełożyło się to na realne zdolności.

"Przedwczesne ograniczenie amerykańskiej obecności w Europie, zanim potencjał ten zostanie w pełni wykorzystany, grozi osłabieniem odstraszania i wysłaniem złego sygnału Władimirowi Putinowi" - podkreślili Rogers i Wicker.

"Zamiast całkowicie wycofywać siły z kontynentu, w interesie Ameryki leży utrzymanie silnego odstraszania w Europie poprzez przesunięcie tych 5000 żołnierzy amerykańskich na wschód. Sojusznicy w tym regionie poczynili znaczne inwestycje w warunki do stacjonowania wojsk amerykańskich, zmniejszając koszty dla amerykańskiego podatnika, a jednocześnie wzmacniając linię frontu NATO, aby zapobiec wybuchowi znacznie bardziej kosztownego konfliktu" - dodano w oświadczeniu.

Republikańscy politycy zaznaczyli też, że każde zmiany rozmieszczenia sił USA w Europie wymagają uważnego namysłu i koordynacji z Kongresem i sojusznikami. Zapowiedzieli, że oczekują dyskusji na ten temat w nadchodzących tygodniach.

Stanowisko Rogersa i Wickera jest odpowiedzią na ogłoszone przez Pentagon wycofanie ok. 5 tys. żołnierzy z Niemiec oraz anulowanie planowanego rozmieszczenia tam batalionu artylerii dalekiego zasięgu. Proces wycofania wojsk ma potrwać 6-12 miesięcy, a według źródeł m.in. CBS, żołnierze mają wrócić do USA, a następnie zostać skierowani w region Indo-Pacyfiku. W Niemczech pozostanie wciąż ok. 30 tys. żołnierzy USA.

Ogłoszona w piątek decyzja była reakcją na krytykę niemieckiego rządu dotyczącą amerykańskiej wojny przeciwko Iranowi. Kanclerz Friedrich Merz mówił m.in., że Iran "upokarza Trumpa", który jego zdaniem przystąpił do konfliktu bez odpowiedniego planu. W odpowiedzi prezydent Donald Trump oświadczył, że analizuje wycofanie wojsk USA z Niemiec, czym według Politico zaskoczył urzędników Pentagonu.

Decyzję Trumpa skrytykowali też wiceszefowie komisji sił zbrojnych, Demokraci Adam Smith i Jack Reed oraz część innych polityków Republikanów, w tym emerytowany generał i odchodzący kongresmen Don Bacon.

"Zachowujemy się jak rozkapryszone dzieciaki. Powinniśmy myśleć długoterminowo i strategicznie. Odruchowe reakcje i małostkowość nie służą naszym interesom bezpieczeństwa narodowego. A… Rosja to uwielbia" - napisał Bacon na platformie X. Polityk poparł też zdanie wygłoszone przez premiera Donalda Tuska, który napisał, że największym zagrożeniem dla stosunków transatlantyckich nie jest zagrożenie zewnętrzne, lecz "postępujący rozpad naszego sojuszu".

Rogers i Wicker już w ub.r. krytykowali decyzję Pentagonu w sprawie wycofania brygady wojsk USA z Rumunii, która również była zaskoczeniem zarówno dla Kongresu, jak i sojuszników. W reakcji na to, Kongres uchwalił jako część corocznej ustawy obronnej zapisy utrudniające dalsze znaczące redukcje wojsk w Europie, nakładając obowiązek odpowiedniego uzasadnienia takiego kroku oraz podjęcia konsultacji z Kongresem, sojusznikami i innymi agencjami rządowymi.

PAP


Mała Tokmaczka to niewielka wieś w obwodzie zaporoskim w Ukrainie, której populacja — według danych z 2024 r. — wynosiła mniej niż 100 osób. Do 2025 r. została całkowicie zniszczona. Armia rosyjska próbuje ją zdobyć już od ponad roku, ale jak dotąd nie udało jej się tego dokonać.

Jeszcze w październiku 2025 r. proklemlowski kanał Wojskowy Informator pisał na Telegramie — "tę nieszczęsną wieś pod Orichiwem" próbują odbić już nie pierwszy rok, ale "ostatecznie nie udało im się wyprzeć Sił Zbrojnych Ukrainy z tej miejscowości". To samo stwierdzili twórcy kanału o nazwie Bracia po broni — na tej samej aplikacji napisali, że "chłopaki z Zaporoża" przekazali im informacje o tym, co działo się w pobliżu wsi. A oni "przeczytali je i osłupieli".

Mała Tokmaczka to niewielka wieś w obwodzie zaporoskim w Ukrainie, której populacja — według danych z 2024 r. — wynosiła mniej niż 100 osób. Do 2025 r. została całkowicie zniszczona. Armia rosyjska próbuje ją zdobyć już od ponad roku, ale jak dotąd nie udało jej się tego dokonać.

Jeszcze w październiku 2025 r. proklemlowski kanał Wojskowy Informator pisał na Telegramie — "tę nieszczęsną wieś pod Orichiwem" próbują odbić już nie pierwszy rok, ale "ostatecznie nie udało im się wyprzeć Sił Zbrojnych Ukrainy z tej miejscowości". To samo stwierdzili twórcy kanału o nazwie Bracia po broni — na tej samej aplikacji napisali, że "chłopaki z Zaporoża" przekazali im informacje o tym, co działo się w pobliżu wsi. A oni "przeczytali je i osłupieli".

(...)

— Walki o Małą Tokmaczkę rozpoczęły się mniej więcej w maju 2025 r. — mówi Aleksander Kowalenko, obserwator wojskowo-polityczny z grupy Informacyjny Sprzeciw. — Wojska rosyjskie zajęły Nowopokrowkę i zaczęły przedzierać się w kierunku obrzeży Małej Tokmaczki. W ciągu roku na tym kierunku doszło jednak jedynie do nieznacznych posunięć taktycznych. Mała Tokmaczka ma duże znaczenie logistyczne. Wieś znajduje się przy trasie 0815 prowadzącej do Orichiwa. Do tego miasta od strony skupiska rosyjskich wojsk można dostać się tylko przez Malą Tokmaczkę — zauważa.

W 2023 r., po kontrofensywie Sił Zbrojnych Ukrainy, Rosjanie zostali zmuszeni do wycofania się z wielu obszarów obwodu zaporoskiego. Od tego czasu Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej próbują odzyskać utracone terytoria.

— Przed wojną w Małej Tokmaczce mieszkało ponad trzy tysiące osób — mówi Roman Switan, ekspert wojskowy i pułkownik Sił Zbrojnych Ukrainy w rezerwie. — Ta miejscowość rozciąga się wzdłuż drogi. Walki na tym kierunku trwają od 2024 r. Mała Tokmaczka osłania Orichiw od południowego wschodu. Odległość między tymi miejscowościami nie przekracza 5 km. Rosjanie utworzyli we wsi Połohy duże centrum logistyczne i stamtąd rozpoczęli ofensywę na Hulajpole i Orichiw. Droga do Orichiwa przebiega przez Malą Tokmaczkę, gdzie Siły Zbrojne Ukrainy utworzyły bardzo solidny obwód obronny. Z jednej strony ukraiński obszar umocniony opiera się na rzece Konka, a z drugiej — na dominujących wzniesieniach, również zajętych przez Siły Zbrojne Ukrainy — mówi.

Rosjanie nie są w stanie jednak zająć Małej Tokmaczki. Wkraczają do wioski i ogłaszają sukces, ale niedługo po tym zostają z niej wypędzeni.

Według danych Switana walki w Małej Tokmaczce nieustannie trwają. Rosjanie próbują przedostawać się do linii obrony Sił Zbrojnych Ukrainy w małych grupach. Próbowali kiedyś wkroczyć kolumną ciężkiego sprzętu, ale ukraińskie drony zniszczyły go w całości.

Siły zbrojne Rosji zbombardowały wieś pociskami KAB i praktycznie zrównały ją z ziemią, zamieniając w piekło na ziemi.

— W styczniu 2026 r. w Małej Tokmaczce Rosjanom udało się przejąć strefy kontroli na wschodnich obrzeżach — dodaje Kowalenko. — Przez rok siły zbrojne Federacji Rosyjskiej podejmowały liczne próby przedarcia się do stacji kolejowej w tej wsi. Rosyjska armia posuwała się ulicą Mira, ale nie zdołała zdobyć znaczącego terytorium. Siłom zbrojnym Rosji do tej pory nie udaje się tam umocnić. Dzisiaj wieś jest praktycznie zniszczona. Niemal wszystkie pozostałe po niej ruiny znajdują się pod kontrolą Sił Zbrojnych Ukrainy. W ostatnich miesiącach codziennie w wiosce niszczone są dwie-trzy grupy szturmowe, ale sytuacja operacyjna nie ulega zmianie — mówi.

(...)

— Na linii frontu, której długość przekracza dziś 1200 km, znajduje się wiele miejscowości, o które walki toczą się już od wielu lat — zauważa Switan /Roman, ekspert wojskowy i pułkownik Sił Zbrojnych Ukrainy w rezerwie - red./ — Oprócz Czasa Jara są to Wołczansk, Kupiańsk oraz aglomeracja Pokrowsko-Myrnohradzka. Ponadto na lewym brzegu rzeki Oskoł znajdują się dziesiątki wsi, które stały się oporami obrony Sił Zbrojnych Ukrainy.

onet.pl\Nowa Gazieta