wtorek, 22 września 2026



Sławomir Sierakowski: A może jednak mamy jakiś szczególny problem z Ukrainą? Siedzimy akurat w Fundacji Rodzinna Europa w Warszawie, a w wydanej przez Giedroycia "Rodzinnej Europie" Czesława Miłosza mamy Francję, są Niemcy, są państwa bałtyckie, ale nie ma Ukrainy. Dlaczego?

Timothy Snyder: — Miłoszowi chodziło o inne pojednanie, przede wszystkim z Litwą. Ale dobrze, że nie pozwalamy zapomnieć o Giedroyciu, bo miał dar dziś szczególnie potrzebny: tego, co uważał za ciekawe, nie mieszał z tym, co uważał za ważne albo potrzebne. Nie musiał lubić tego, co jego zdaniem należało popierać.

SS: Nie lubił nawet "Zniewolonego umysłu" Miłosza, który odegrał tak ważną rolę dla obu panów i dla całej światowej inteligencji. Swoją drogą decyzją Sejmu 2026 r. jest w Polsce Rokiem Giedroycia. Akurat wtedy, gdy jego doktryna przechodzi najpoważniejszy kryzys.

— Pochodził z Mińska, nie znał się specjalnie na sprawach ukraińskich, ale kiedy studiował w Warszawie, zainteresował się nimi, miał ukraińskich znajomych i po jakimś czasie wszystko rozumiał. Po wojnie podobnie było z ukraińską literaturą: wiedział, że jest potrzebna, jeśli Polacy mają zrozumieć, że istnieje jakaś ukraińska kultura. Dopiero potem okazywało się, że przy okazji jest bardzo ciekawa.

Może najważniejszy fakt, jeśli chodzi o stosunki polsko-ukraińskie, jest taki, że one nigdy nie są po prostu polsko-ukraińskie — a niemal zawsze tak je postrzegacie. Tymczasem zawsze jest ktoś trzeci albo czwarty. Nie da się historycznie wyjaśnić takiego zjawiska jak Wołyń, zajmując się wyłącznie Polakami i Ukraińcami. Do tej czystki nie doszłoby bez dwóch okupacji sowieckich i okupacji niemieckiej, bez deportacji polskich elit, a potem ukraińskich elit. W pamięci są zawsze tylko "my" i "oni". W historii nigdy tak nie jest. Jeśli przy stole nie ma Niemców ani Rosjan, ta dyskusja staje się irracjonalna. A to dotyczy nie tylko przeszłości. Ten ktoś trzeci jest jak najbardziej obecny także dziś — choćby w polskim internecie.

(...)

Zdradź, choćby wstępnie, co odkryliście.

— To nie jest tak, że my wszędzie widzimy historię Ukrainy, ale ten region okazuje się węzłowy dla wielu procesów cywilizacyjnych ważnych dla ludzkości. Na przykład pierwsze znane światu miasta były w Ukrainie. Mówimy o osadach kultury trypolskiej sprzed ponad 6 tys. lat — Nebeliwka i sąsiednie stanowiska w środkowej Ukrainie. Największa z nich mogła liczyć jakieś 15 tys. mieszkańców. To są najstarsze wielkie skupiska ludzkie, jakie znamy, starsze od miast Mezopotamii, które kazano nam uważać za kolebkę cywilizacji.

I teraz najciekawsze. Domy stały tam w wielkich kręgach, a środek pozostawał pusty. Nie ma murów obronnych, nie ma świątyni, nie ma pałacu, nie ma żadnego widocznego ośrodka władzy — są ulice, domy i miejsca zgromadzeń. Czytamy tę topografię tak, że w tamtym społeczeństwie władza nie była skoncentrowana. To zupełnie inny model niż hierarchiczne osady Mezopotamii i to podważa nasze głęboko zakorzenione przekonanie, że cywilizacja musi się wiązać z hierarchią. A skąd my to wiemy? Dzięki technologii: georadarowi, zdjęciom lotniczym, skanowaniu laserowemu i datowaniu. Zresztą jeszcze starszy przykład: 20 tys. lat temu, w epoce lodowcowej, w Meżyryczu budowano domy z kości mamutów. To jedne z najstarszych budowli w Europie, a ich symetria i przedmioty w środku każą przypuszczać, że tym ludziom chodziło nie tylko o przetrwanie, ale i o piękno.

Wydaje się już prawie pewne, że wszystkie nasze języki indoeuropejskie, łącznie z polskim, pochodzą z terenów dzisiejszej Ukrainy. To jeden z najstarszych sporów w naukach humanistycznych, toczy się od ponad 200 lat — i teraz chyba został rozstrzygnięty. Badania kopalnego DNA pokazują, jak przemieszczali się ludzie 5-6 tys. lat temu, i wskazują na step południowej Ukrainy, na wschodni brzeg Dniepru. Językami, które stamtąd wyszły, mówi dzisiaj blisko połowa ludzkości.

Wygląda też na to, że kultura grecka — którą wszyscy na Zachodzie oczywiście lubimy i z którą, czy chodzi o Polskę, o Europę, czy nawet o Amerykę, związane są wszystkie nasze opowieści o sobie — że ta kultura antyczna, attycka, ateńska jest mocno wymieszana z kulturą scytyjską, czyli południowoukraińską.

I podobno odkryliście, że Amazonki istniały naprawdę.

— Kobieta na koniu, z łukiem to jeden z najczęstszych motywów greckiej ceramiki — i przez cały XX w. tłumaczyliśmy go sobie jako fantazję.

Achilles prawdopodobnie był Scytą, a w każdym razie przez prawie tysiąc lat czczono go jako boga na terenach dzisiejszej Ukrainy. Każdy z tych bohaterów, Tezeusz, Herakles, miał jakąś konfrontację z Amazonkami. A my na Zachodzie interpretowaliśmy to tak, że ci biedni Grecy mieli nudne żony i byli sfrustrowani, więc w naturalny sposób wymyślili sobie fantazję o walczących kobietach. Mieliśmy więc psychoanalityczne wyjaśnienie: że to po prostu literatura, wymysł i że tak się oczywiście stać nie mogło. A okazało się, że jeśli chodzi o stosunek do kobiet, to my byliśmy gorsi od antycznych Greków. Bo Grecy nie budowali legendy, tylko opisywali rzeczywistość. Sąsiadowali z Amazonkami i regularnie się z nimi ścierali.

Przez 100 lat mieliśmy wszystkie potrzebne dowody. Na południu Ukrainy archeolodzy trafiali na ludzkie szczątki: kobiety w zbroi, kobiety, które najwyraźniej zginęły w walce. Mniej więcej co piąty scytyjski pochówek z bronią to pochówek kobiety. Ale przez 100 lat uznawano je za drobnych mężczyzn — o nietypowo szerokiej miednicy. Od naszego własnego seksizmu uratowała nas technologia: paleogenetyka daje stuprocentową pewność, że to były biologicznie kobiety. Dzięki najnowszej technologii możemy więc powiedzieć, że cała ta grecka legenda była opisem rzeczywistości. Amazonki były realne.

onet.pl\Newsweek

poniedziałek, 21 września 2026



Brytyjski wojskowy James „Penny” Fansom, który walczył na kilku odcinkach frontu w Ukrainie, twierdzi, że warunki wojny stają się „coraz bardziej przerażające”, ponieważ niebo jest niemal przepełnione bezzałogowcami, które polują na żołnierzy przez całą dobę. Weteran, który brał udział w brutalnej bitwie o Bachmut w 2023 roku (nazywanej przez miejscowych „maszynką do mięsa”), powiedział w rozmowie z The Telegraph, że wolałby wrócić do tamtych czasów, niż brać udział w obecnych szturmach.

„Warunki walki stają się coraz bardziej przerażające” – mówi Fansom. „Ci z nas, którzy są tutaj już od dłuższego czasu, czasami wspominają Bachmut i myślą: »Boże, gdybyśmy tylko mogli wrócić do tamtych dni«”.

Wyjaśnia to stałym zwiększaniem zasięgu lotu współczesnych dronów, przez co wojska są zmuszone spędzać prawie cały czas w okopach i ziemiankach.„Rosjanie po prostu bez przerwy w niego walili, dopóki wszystko prawie się nie zawaliło” – opowiada, wspominając pobyt w jednej ziemiance, która w ciągu doby została zaatakowana przez 42 drony FPV.

„Było nas tam tylko trzech i nawet nie znajdowaliśmy się na samej linii strefy walk – to pokazuje, jaką siłę ognia Rosjanie mogą skierować przeciwko nam”.

x.com/PrzemekShura


Amerykańskie media CNN, MS NOW i Politico oświadczyły w poniedziałek, że składają pozew o przywrócenie im dostępu do Białego Domu, na teren którego nie są wpuszczane od soboty. Redakcje argumentują, że sytuacja ta narusza prawa do wolności prasy, gwarantowane przez Konstytucję USA.

"Rano powiadomiliśmy rząd, że jeszcze dziś składamy pozew w celu ochrony naszych praw wynikających z Pierwszej Poprawki oraz obrony zasady, zgodnie z którą to rząd nie decyduje o tym, co media relacjonują i publikują" - oświadczyły CNN, MS NOW i Politico we wspólnym komunikacie.

Media dodały, że "bez uprzedzenia i bez żadnej procedury Biały Dom cofnął akredytacje naszym dziennikarzom, ponieważ nie podobały mu się nasze publikacje". "Jeśli nie zostanie to zakwestionowane, zagrozi to wolności prasy i prawu społeczeństwa do niezależnego dziennikarstwa wolnego od ingerencji władz" - podkreślono.

Wniosek, złożony w trybie pilnym, trafi do federalnego sądu okręgowego w Dystrykcie Kolumbii. Już w tym tygodniu mogą odbyć się pierwsze przesłuchania, podczas których administracja będzie musiała przedstawić swoje argumenty prawne - podało CNN.

Przedstawiciele Białego Domu nie odpowiedzieli dotychczas na prośbę agencji Reutera o komentarz, przesłaną poza standardowymi godzinami pracy.

W sobotę dziennikarze i fotografowie CNN, MSNOW i portalu Politico nie zostali wpuszczeni na teren Białego Domu. Jak podały redakcje wszystkich trzech mediów, ich pracownicy zostali poinformowani, że ich przepustki zostały zdezaktywowane, a następnie zarekwirowane. Funkcjonariusze Secret Service przy bramie nie odpowiedzieli na pytanie o powód odmowy wejścia.

Dzień wcześniej, w piątek, Trump poinformował we wpisie na Truth Social, że wykluczył te trzy media z Białego Domu z powodu rzekomych kłamstw na temat niego samego i jego administracji. Dopytywany później, wyjaśnił, że powodem nie była żadna konkretna publikacja, lecz ich skumulowany efekt negatywnych materiałów przez ostatnie lata. (PAP)

PAP


Współprzewodnicząca prawicowo-populistycznej AfD Alice Weidel zapowiedziała w poniedziałek w Berlinie, że partia chce wspólnie z USA otworzyć kanał rozmów ze stroną rosyjską. Jej zdaniem Waszyngton i Moskwa widzą w Niemczech "wiarygodnego partnera" już tylko w AfD.

Cytowana przez dziennik "Handelsblatt" Weidel przypomniała też o swoich spotkaniach z wiceprezydentem USA JD Vance'em w ubiegłym roku.

Liderka AfD odpowiedziała w ten sposób na pytanie dziennikarzy, czy jej partia planuje rozmowy z rosyjskim rządem, i tym samym to potwierdziła. Pytanie padło podczas konferencji prasowej po wyborach do parlamentów w Meklemburgii-Pomorzu Przednim i Berlinie. W obu tych krajach związkowych AfD uzyskała rekordowe wyniki.

Liderzy AfD - Weidel i Tino Chrupalla podkreślili, że wyniki wyborów potwierdziły słuszność obranego kursu partii. - W związku z tym utrzymamy kurs i w tej chwili nie widzimy powodu, by cokolwiek zmieniać - powiedziała Weidel, cytowana przez agencję dpa.

Komentując katastrofalny wynik CDU w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, gdzie chadecja nie dostała się do landtagu, Chrupalla powiedział, że AfD zawsze się cieszy, gdy odbiera poparcie innym partiom. - A jeśli CDU przestanie istnieć, a wyborcy będą głosować na nas, tym lepiej - dodał. Z kolei Weidel oceniła, że AfD zastąpi chadecką CDU jako partię ludową.

Liderka AfD zaproponowała kanclerzowi Friedrichowi Merzowi "rozmowy" i zapewniła, że jej partia jest gotowa zakończyć "zastój" w kraju. Ponownie wyraziła też przekonanie, że koalicja rządowa CDU i SPD nie przetrwa do następnych wyborów do Bundestagu w 2029 roku.

AfD wygrała niedzielne wybory w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, uzyskując 38,2 proc. głosów. Chadecy w tym landzie na północy RFN znaleźli się poniżej progu pięciu procent i nie weszli do landtagu, po raz pierwszy w historii wszystkich wyborów na poziomie kraju związkowego w Niemczech. Wcześniej, 6 września, AfD wygrała wybory w Saksonii-Anhalcie, uzyskując 43,8 proc. głosów i wyprzedzając CDU o ponad 26 punktów procentowych.

Rozczarowujące dla chadeków wyniki wywołują w Niemczech debatę na temat tego, czy niepopularny w sondażach kanclerz i lider CDU Friedrich Merz powinien pozostać na stanowisku.

PAP


Kremlowska partia władzy Jedna Rosja, według wstępnych danych, otrzyma 355 mandatów w 450-osobowej Dumie Państwowej, co zapewni jej większość konstytucyjną - podał w poniedziałek niezależny rosyjski portal Meduza.io, powołując się na dane Centralnej Komisji Wyborczej (CKW).

Po przeliczeniu 95,18 proc. protokołów partia uzyskała 57,83 proc. głosów - poinformował portal. Według wstępnych niepełnych wyników, przedstawionych przez przewodniczącą CKW Ełłę Pamfiłową Jedna Rosja będzie miała 355 mandatów w 450-osobowej Dumie Państwowej. Do uzyskania większości konstytucyjnej potrzeba 301 miejsc - zaznaczyła Meduza.

Oznacza to, że ugrupowanie kierowane przez Dmitrija Miedwiediewa, uzyska największą w swojej historii frakcję w Dumie. Dotychczas najwięcej mandatów partia zdobyła po wyborach w 2016 roku, kiedy jej klub liczył 343 deputowanych.

Drugie miejsce zajęła Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej (KPRF), która zdobyła 13,81 proc. głosów. Na kolejnych miejscach znalazły się populistyczna Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji (LDPR) - 8,98 proc. głosów, Nowi Ludzie - 7,96 proc. oraz Sprawiedliwa Rosja - 4,96 proc. Pamfiłowa oceniła, że ostatnia partia ma "duże szanse" na przekroczenie pięcioprocentowego progu wyborczego.

Wszystkie te siły są uznawane za "systemową opozycję", w rzeczywistości zachowującą lojalność wobec Kremla.

W jednomandatowych okręgach kandydaci Jednej Rosji zajmują pierwsze miejsce w 208 z 225 okręgów. Kandydaci KPRF prowadzą w pięciu okręgach, Sprawiedliwej Rosji - w czterech, kandydaci niezależni - w czterech, LDPR - w dwóch, a nacjonalistycznej Rodiny - w jednym.

W części regionów odbywały się również wybory gubernatorów. We wszystkich prowadzą dotychczasowi przywódcy regionów.

Najwyższy wynik odnotował Ramzan Kadyrow, który zdobył 99,85 proc. głosów w wyborach na szefa Czeczenii - wynika z danych CKW po przeliczeniu 100 proc. protokołów, cytowanych przez media państwowe.

(...)

PAP


Największe indyjskie koncerny naftowe zaczęły w ostatnich dniach intensywnie poszukiwać alternatywnych dostaw — podaje agencja Bloomberg, powołując się na źródła.

Rosja zapewniała nieco ponad połowę importu ropy do Indii. Dzięki temu Nowe Delhi mogło zrekompensować przerwy w dostawach z Bliskiego Wschodu. Rosyjskie transporty już zaczęły spadać. Według szacunków platformy analitycznej Kpler we wrześniu mogą one wynieść 1,9 mln baryłek dziennie, co będzie najniższym poziomem od kwietnia. Indie analizują, w jaki sposób ograniczenia wpłyną na Chiny i innych dużych nabywców rosyjskiej ropy.

Indyjskie rafinerie planują zakupy z dostawą w listopadzie. Szybkie zastąpienie rosyjskiej ropy nie będzie łatwe. Wielkość zakupów z Rosji znacznie przewyższa potencjalne dostawy z Wenezueli lub Iranu, a alternatywna ropa z Bliskiego Wschodu jest droższa. Pod koniec ubiegłego tygodnia ropa Urals z dostawą do Indii kosztowała 133 dol. (według aktualnego kursu 503 zł) za baryłkę, a gatunki Oman i Murban były sprzedawane o kilka dolarów drożej.

Zużycie ropy w Indiach rośnie. Uruchomienie nowej rafinerii w Radżastanie oraz rozbudowa innych zakładów mogą zwiększyć zakupy tego kraju do rekordowego poziomu 5,4 mln baryłek dziennie.

onet.pl\The Moscow Times




Prezydent Donald Trump poinformował w poniedziałek, że USA pracują nad "potężnym układem" dotyczącym importu potażu z Białorusi. Zaznaczył, że ceny nawozu będą znacznie niższe niż tego z Kanady.

"Stany Zjednoczone pracują nad potężnym układem związanym z zakupem potażu z Białorusi. Ceny byłyby znacząco mniejsze niż te, które płacimy obecnie Kanadzie" - napisał Trump na własnej platformie społecznościowej Truth Social. Zaznaczył przy tym, że to "bardzo dobre wieści" dla amerykańskich rolników i hodowców bydła.

Potaż, sól potasu stosowana jako nawóz mineralny szeroko używany w rolnictwie, jest jednym z głównych towarów eksportowych Białorusi. Białoruś jest po Kanadzie największym producentem tych nawozów.

Kanada jest głównym źródłem nawozów potasowych dla amerykańskich rolników. Z powodu ich znaczenia gospodarczego, USA nie objęły dotąd cłami kanadyjskiego potażu w ramach trwającej wojny handlowej.

Wiosną br. Stany Zjednoczone zniosły sankcje na szereg największych białoruskich przedsiębiorstw nawozowych, w wyniku układu dotyczącego uwolnienia więźniów politycznych.

Do wpisu Trumpa dochodzi po niedawnej wizycie jego wysłannika Johna Coale'a, który doprowadził w ubiegłym tygodniu do uwolnienia kolejnej grupy więźniów reżimu Alaksandra Łukaszenki. Coale zapowiedział dalsze ocieplanie stosunków z Białorusią, a wcześniej mówił o możliwej wizycie Łukaszenki w Waszyngtonie.

Ceny nawozów potasowych w tym roku wzrosły o ponad 30 proc.

PAP
 
 
20 września w wyborach do landtagu Meklemburgii-Pomorza Przedniego (MVP) zwyciężyła AfD, uzyskując 38,2% głosów (+21,5 p.p. wobec wyniku z 2021 r.) i 32 mandaty w 71-osobowym parlamencie, przed współrządzącą tam dotychczas SPD – 35,5% (-4,1 p.p.; 29 mandatów). Po raz pierwszy w historii do landtagu nie weszła CDU (4,9%; -8,4 p.p.). Frekwencja wyniosła 78,1% (+7,3 p.p.).

(...)

Komentarz
  •     Wyborcy traktowali elekcję jako okazję do wyrażenia sprzeciwu wobec polityki rządu federalnego. W MVP 91% badanych było niezadowolonych z jego pracy, co zaważyło na historycznie niskim wyniku CDU. Nawet wśród sympatyków chadecji dominuje przekonanie (82%, badanie ośrodka Forschungsgruppe Wahlen), że to polityka Merza odpowiada za słaby rezultat partii. Kolejna porażka CDU wzmacnia presję na szefa rządu, przy czym część działaczy już wcześniej domagała się jego rezygnacji. Zarazem sytuacja wewnętrzna – katastrofalne wyniki CDU w wyborach landowych, spadające poparcie w sondażach na poziomie federalnym (20%, przy 30% dla prowadzącej w nich AfD), próba forsowania niepopularnych reform socjalnych oraz presja zewnętrzna spowodowana m.in. agresywnymi działaniami Rosji – powoduje, że na obecnym etapie w CDU brakuje chętnych do zastąpienia Merza.
  •     Erozja autorytetu Merza we własnej partii oraz wzmocnienie SPD po wyborach w MVP przyczynią się do pogłębienia w koalicji sporów o zakres i tempo reform. Socjaldemokraci będą dążyć do ograniczenia najradykalniejszych postulatów, a nawet wyostrzać profil partii w obliczu wyjątkowo słabych wyników SPD w Berlinie. Zarazem dalsze kompromisy na rzecz SPD będą trudne dla wyborców chadecji i mogą prowadzić do dalszego spadku poparcia dla CDU. Merz liczy, że wdrożenie zmian przyniesie ożywienie gospodarcze i pozwoli na utrzymanie się u władzy w landtagach po wyborach w Nadrenii Północnej-Westfalii i Szlezwiku-Holsztynie (oba w kwietniu 2027 r.), gdzie CDU przewodzi w sondażach. Gdyby Merz wytrwał na stanowisku, sukcesy w wyborach w tych landach mogłyby paradoksalnie zintensyfikować dyskusję o wymianie kanclerza na jednego z premierów tych landów (w szczególności na Hendrika Wüsta, premiera Nadrenii Północnej-Westfalii). Nowy lider chadecji miałby czas na zyskanie poparcia dla partii przed planowanymi na 2029 r. wyborami do Bundestagu.
  •     Dobry wynik premier MVP Manueli Schwesig (SPD) pozwoli jej na utrzymanie się u władzy – w koalicji z Lewicą i Zielonymi. Dzięki silnie spersonalizowanej kampanii i sprowadzeniu wyborów do rywalizacji pomiędzy nią a AfD Schwesig zdołała pozyskać wcześniejszych wyborców innych partii, w tym najwięcej z CDU (25 tys.). Kampania była wyraźnie skierowana do elektoratu chcącego nie dopuścić do zwycięstwa AfD, co sprzyjało głosowaniu taktycznemu. Liderka socjaldemokratów jest pozytywnie oceniana przez mieszkańców landu (61%), którzy przypisują SPD najwyższe kompetencje w rozwiązywaniu jego głównych problemów, dotyczących gospodarki i edukacji. Sukces Schwesig wynikał również z wyraźnego dystansowania się od federalnej SPD i rządu – na plakatach pomijano partyjne logo. Odrobienie strat w kampanii – przed rokiem SPD cieszyła się w sondażach poparciem 19%, a AfD 38% respondentów – i perspektywa utrzymania fotela premiera landu wzmacniają pozycję Schwesig wewnątrz SPD.
  •     Zwycięstwo Lewicy w Berlinie było możliwe dzięki koncentracji na najważniejszej z perspektywy mieszkańców, zwłaszcza młodszych, kwestii – dostępności i cen mieszkań. Na Lewicę głosowało 46% wyborców w wieku 16–24 lata, a 37% badanych przypisywało jej najwyższe kompetencje w zapewnieniu dostępnych cenowo mieszkań. Ugrupowanie konsekwentnie domaga się uspołecznienia (za odszkodowaniem) największych firm posiadających powyżej 3 tys. mieszkań. Będzie to, obok zarzutów o antysemityzm w Lewicy, najważniejsza przeszkoda do zawiązania koalicji z SPD i Zielonymi. W przypadku utworzenia rządu przez liderkę Lewicy w Berlinie Elif Eralp zostałaby ona drugą osobą tureckiego pochodzenia, która stanęłaby na czele rządu landowego, obok premiera Badenii-Wirtembergii Cema Özdemira. Eralp należy do nowego pokolenia działaczy partii, koncentrującego się na ruchach miejskich, prawach migrantów i kwestiach socjalnych; polityka zagraniczna nie mieści się wśród głównych tematów jego zainteresowań (z wyjątkiem krytyki Izraela, która również przyczynia się do popularności partii wśród młodych wyborców). W kampanii Lewica broniła suwerenności Ukrainy. W przypadku fiaska budowania koalicji wokół tego ugrupowania możliwy, ale mniej prawdopodobny, jest rząd CDU z Zielonymi i SPD.
  •     Pomimo zwycięstwa i ponad dwukrotnego zwiększenia poparcia AfD nie utworzy rządu w MVP z uwagi na brak zdolności koalicyjnej. Będzie bowiem jedyną partią opozycyjną wobec ewentualnego rządu SPD, Lewicy i Zielonych. Będzie także dysponować mniejszością blokującą, pozwalającą na zatrzymanie zmian konstytucji wymagających większości dwóch trzecich głosów. Partia będzie mogła też samodzielnie inicjować np. powołanie komisji śledczych. Stanie się również jedynym ugrupowaniem reprezentującym konserwatywnych wyborców w MVP, co prawdopodobnie przełoży się na umocnienie jej pozycji w landzie. Za wyborem AfD przemawiały rozczarowanie rządzącą landem od 1998 r. SPD, polityką federalną oraz rosnąca ocena jej kompetencji programowych. AfD pozyskała największą liczbę dotąd niegłosujących – 66 tys. – a ponadto 48 tys. dotychczasowych wyborców SPD i 32 tys. CDU. Ugrupowanie osiągnęło także najlepszy wynik wśród pracowników fizycznych – 44% wobec 35% dla SPD – oraz wygrało we wszystkich grupach wiekowych poniżej 60. roku życia. Wśród osób powyżej 60 lat zwyciężyła SPD z 46%, przy 32% dla AfD.
osw.waw.pl


Dotychczasowe cięcia etatów miały nie przynieść oczekiwanych skutków - poinformował dziennik "Handelsblatt", powołując się na rekomendacje wydane przez sam koncern. Volkswagen, by utrzymać się na powierzchni, musi więc szukać dalszych oszczędności. Wskazuje na to m.in. prognoza zysków, którą tuż przed weekendem przedsiębiorstwo musiało obniżyć.

W tym roku Porsche zapowiadał dwie fale zwolnień, które miały objąć odpowiednio 4 tys. i 5 tys. pracowników. Teraz okazało się, że z pracą w koncernie pożegna się kolejne 4,1 tys. zatrudnionych.

Rozpoczęcie największej restrukturyzacji niemieckiego koncernu samochodowego [...] mają pozwolić rozwiązać problem deficytu kosztów, który oszacowano na 700 mln euro - podaje niemiecki dziennik. 

Skalę problemu doskonale widać po obniżonych przez Volkswagena prognozach. Jeszcze do piątku koncern utrzymywał, że marża operacyjna wyniesie od 4 do 5,5 proc. Analitycy szacowali, że będzie to raczej 4,1 proc. Teraz to nie więcej niż 1 proc. Jak bowiem wynika z szacunków Volkswagena, koszty restrukturyzacji zaczną zwracać się dopiero w 2037 r.

Volkswagen także zrewidował koszty. Plan restrukturyzacyjny, odpisy związane z Porsche i inne zakładają poziom ok. 10 mld euro. O problemach Porsche pisaliśmy już wcześniej - w producenta luksusowych samochodów uderzyły jednocześnie: spadek sprzedaży w Chinach i polityka celna USA. 

W poniedziałek w całych Niemczech zaplanowano ponad 280 wydarzeń protestacyjnych. Pracownicy Volkswagena, Audi czy Porsche, ale także Mercedes-Benz i BMW oraz największych poddostawców części będą domagać się od rządu kanclerza Friedricha Merza ochrony miejsc pracy, obniżenia kosztów energii oraz tarczy przed zalewem taniego importu.

Jak przypomina Bloomberg, z niemieckiej branży motoryzacyjnej już od 2019 roku wyparowało około 100 tysięcy miejsc pracy. Jeszcze gorsza sytuacja panuje u poddostawców, którzy w latach 2019-2025 zwolnili 74 tysiące osób (to prawie jedna czwarta całej ich siły roboczej). A to dopiero początek: Volkswagen rozważa globalne cięcia obejmujące nawet 100 tys. stanowisk, BMW redukuje 8 tys. etatów, a Mercedes-Benz wprost ogranicza produkcję w Niemczech, przenosząc ją do tańszych lokalizacji - w tym na Węgry, co dobitnie pokazuje trend ucieczki kapitału do Europy Środkowo-Wschodniej.

– Nie będziemy bezczynnie patrzeć, jak kluczowy przemysł jest krok po kroku wydrążany. Pracownicy nie są winni porażkom ostatnich lat i nie powinni teraz za nie płacić – grzmi cytowany przez Bloomberga Thorsten Gröger, szef potężnego związku zawodowego IG Metall w Dolnej Saksonii.

Ekonomiczne tąpnięcie przekłada się na politykę. Rządzący obecnie chadecy kanclerza Merza ponieśli właśnie druzgocące porażki w wyborach regionalnych (m.in. w Berlinie i Meklemburgii-Pomorzu Przednim czy Saksoni-Anhalt), ustępując miejsca skrajnej prawicy (AfD) i antykapitalistycznej Lewicy.

Chylący się rząd próbuje reagować, ogłaszając fundusz infrastrukturalny o wartości 500 mld euro oraz pakiety zachęt inwestycyjnych mających obniżyć ceny prądu. Problem w tym, że polityczne młyny mielą powoli. Kluczowe cięcia podatków dla korporacji mają wejść w życie dopiero w 2028 roku. Dla branży, która tu i teraz zwalnia dziesiątki tysięcy ludzi i walczy o przetrwanie, to stanowczo zbyt późno.

Aby w pełni zrozumieć obecny kryzys, trzeba spojrzeć szerzej. Niemiecki model gospodarczy przez dekady opierał się na trzech filarach: stosunkowo taniej energii (głównie z Rosji), otwartych rynkach zbytu i nienasyconym popycie z Chin. Dziś żaden z tych filarów już nie istnieje.

bankier.pl


Pomimo uszkodzeń saudyjskiego rurociągu Wschód-Zachód, dostawy ropy z Bliskiego Wschodu okazują się być na wyższym poziomie, niż obawiał się rynek. Aby ominąć zablokowany port w Yanbu, koncern Saudi Aramco podjął decyzję o przekierowaniu większych wolumenów surowca do eksportu przez Cieśninę Ormuz.

Firma analityczna Kpler podaje, że wrześniowy eksport ze strony saudyjskiego giganta powrócił do poziomu ponad 4 mln baryłek dziennie (bpd) po sierpniowym dołku na poziomie 2,4 mln baryłek. Dane satelitarne wskazują, że przez Cieśninę Ormuz przechodziło w ostatnich dniach do 2,9 mln baryłek ropy dziennie. 

Analitycy banku JPMorgan wyliczają w najnowszym raporcie, że całkowity przepływ ropy z Bliskiego Wschodu wyniósł w ostatnich 10 dniach średnio 17,1 mln bpd i kształtuje się o 6,1 mln bpd poniżej średniej z 2025 roku.

bankier.pl

niedziela, 20 września 2026


 
Mieszkańcy Berlina wybiorą w niedzielę nowy parlament miasta. Sondaże wskazują na wyrównaną rywalizację Lewicy i CDU o zwycięstwo przy wyraźnym wzroście poparcia dla prawicowo-populistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD). Jednym z głównych tematów kampanii był kryzys na rynku mieszkaniowym oraz rosnące czynsze.

Zgodnie z badaniem Politbarometer dla stacji ZDF, opublikowanym w piątek, w wyborach w Berlinie powinna zwyciężyć Lewica, która może liczyć na wynik na poziomie 22 proc. Kolejne miejsca w badaniu przypadły CDU (20 proc.), AfD (18 proc.), Zielonym (15 proc.) oraz SPD (12 proc.).

Gdyby takie przewidywania sprawdziły się, to AfD podwoiłaby wynik jaki uzyskała w niemieckiej stolicy w poprzednich wyborach na poziomie kraju związkowego w 2023 roku. Byłby to kolejny dobry rezultat dla partii po głosowaniu w Saksonii-Anhalcie z 6 września, gdzie wygrała uzyskując 43,8 proc. głosów.

Obecnie w Berlinie rządzi koalicja CDU z SPD, ale według wszystkich sondaży po niedzieli straci większość. Chadekom nie pomógł skandal związany z reprezentującym tę partię burmistrzem Kaiem Wegnerem. Polityk ten kłamał na temat swoich działań w trakcie styczniowego blackoutu na południu Berlina.

Główną kandydatką na nowego burmistrza jest Elif Eralp z Lewicy. Jeśli do tego dojdzie, to 45-latka o korzeniach tureckich będzie pierwszą osobą o pochodzeniu migranckim na tym stanowisku. Byłby to także pierwszy przypadek, gdy w Czerwonym Ratuszu (siedziba burmistrza Berlina) zasiądzie polityk Lewicy, partii szczególnie popularnej na wschodzie miasta.

Jednym z głównych tematów kampanii był kryzys mieszkaniowy i wysokie czynsze. Lewica opowiada się m.in. za przejęciem części mieszkań należących do firmy wynajmujących tysiące mieszkań, podczas gdy CDU stawia przede wszystkim na szybszą budowę nowych lokali.

Spór dotyczy także słynnego Tempelhofer Feld, popularnego terenu rekreacyjnego na dawnym lotnisku, większego od nowojorskiego Central Parku. Zabudowę tej przestrzeni mieszkańcy Berlina odrzucili w referendum w 2014 roku. CDU chce jednak dopuścić budowę około 20 tys. mieszkań na obrzeżach pola. Przeciwne są temu Lewica, Zieloni i SPD.

Ważnymi tematami w kampanii były także bezpieczeństwo, porządek, komunikacja publiczna oraz edukacja. Berlińska AfD akcentowała sprawę migracji, domagając się m.in. natychmiastowego wstrzymania przyjmowania w mieście osób ubiegających się o azyl.

W wyborach uprawnionych do głosowania jest blisko 2,5 mln mieszkańców Berlina. Wyłoniony zostanie skład Izby Deputowanych, czyli parlamentu kraju związkowego Berlin, oraz dwunastu zgromadzeń dzielnicowych. Po raz pierwszy w wyborach do Izby Deputowanych będą mogli wziąć udział także 16- i 17-latkowie. Lokale wyborcze będą otwarte od godz. 8 do 18. Po ich zamknięciu podane będą prognozy exit poll, wstępny końcowy wynik znany będzie w nocy.

Głosowanie w Berlinie, połączone z z niedzielnymi wyborami w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, może mieć poważne konsekwencje na szczeblu federalnym. Kolejne po Saksonii-Anhalcie rozczarowujące dla chadeków wyniki mogą kosztować kanclerza Friedricha Merza nawet stanowisko. Szef rządu jest rekordowo niepopularny i powszechnie krytykowany za styl komunikacji. W ostatnich miesiącach jego pozycja w partii osłabła.

PAP


Nagranie opublikował na Telegramie deputowany do Dumy Państwowej z ramienia Partii Komunistycznej Federacji Rosyjskiej Siergiej Kazankow. Jak dodał, do incydentu - zarejestrowanego przez kamerę monitoringu - doszło w lokalu wyborczym nr 343 w Azanowie w Republice Mari El.

"Wykorzystując moment, w którym obserwatorzy wyszli z sali, członkini komisji wyborczej wrzuciła do urny dwa pliki kart do głosowania" - napisał Kazankow, dodając, że widocznej na nagraniu kobiety nie powstrzymała nawet kamera transmitująca przebieg głosowania na żywo.

"Wiele mówi się ostatnio o wrogach naszego kraju, którzy chcą zdyskredytować wybory. Wygląda na to, że prawdziwi wrogowie zasiadają w komisjach wyborczych" - ocenił deputowany.

(...)

Przewodnicząca Centralnej Komisji Wyborczej Ella Pamfiłowa w rozmowie z rosyjskim Interfaxem potwierdziła, że otrzymała informację o możliwym fałszowaniu głosów w tym lokalu.

W niedzielę wieczorem rosyjska Centralna Komisja Wyborcza podała, że sprawujące władzę ugrupowanie Jedna Rosja otrzymało 57,54 proc. głosów.

Rosja przeprowadziła wybory do Dumy Państwowej na okupowanych terytoriach Ukrainy oraz w Naddniestrzu, Osetii Południowej i Abchazji. Głosowanie potępiła m.in. Komisja Europejska, a w niedzielę również polskie MSZ.

interia.pl


Wydane w sobotę oświadczenie czołowych postaci Zgromadzenia Narodowego stanowi wyraźny przełom w dotychczasowym przekazie partii. Marine Le Pen oraz Jordan Bardella kategorycznie zadeklarowali, że Francja nie ulegnie żadnym próbom nacisku ze strony władz na Kremlu.

Przedstawiciele francuskiej skrajnej prawicy podkreślili, że polityka zagraniczna i stanowisko państwa nie ulegną zmianie pod wpływem zewnętrznych działań destabilizujących.

"Żadna prowokacja, żadna tajna operacja i żadna destabilizująca akcja nie mogą skłonić Francji, by ułatwiła Rosji osiągnięcie jej celów w wojnie na Ukrainie" - komunikat Marine Le Pen i Jordana Bardelli, liderów Zgromadzenia Narodowego.

Wyrazisty sprzeciw wywołała m.in. decyzja władz w Moskwie o objęciu czasowym nadzorem państwowym majątku zachodnich koncernów działających na terenie Federacji Rosyjskiej, co dotknęło m.in. francuską sieć Auchan oraz koncern Nestle. Liderzy ugrupowania nazwali te ruchy wrogim aktem, uderzającym bezpośrednio w interesy i prawa francuskich przedsiębiorstw.

Ponadto politycy zadeklarowali pełne poparcie dla działań mających na celu ochronę i wzmocnienie bezpieczeństwa krajowej infrastruktury strategicznej.

Pomimo ostrzejszej retoryki wobec Rosji, liderzy skrajnej prawicy zaznaczyli, że kwestie wsparcia finansowego dla Kijowa powinny pozostać przedmiotem wewnętrznej dyskusji politycznej.

"Debaty na temat poziomu pomocy finansowej udzielanej Ukrainie i warunków tej pomocy są uprawnione, natomiast nie są uprawnione naciski z zagranicy" - podkreślili liderzy.

Oświadczenie wydano niedługo po piątkowym spotkaniu w Pałacu Elizejskim, gdzie prezydent Emmanuel Macron rozmawiał z liderami partii politycznych na temat sytuacji międzynarodowej. Szef państwa ostrzegał wówczas przed wyraźnym wzrostem rosyjskiego zagrożenia hybrydowego w Europie.

Zauważalna korekta stanowiska Le Pen i Bardelli stanowi zwrot w porównaniu z wcześniejszymi deklaracjami polityków ich formacji. Jeszcze na początku września wiceprzewodniczący Zgromadzenia Narodowego Louis Aliot sugerował możliwość całkowitego wstrzymania wsparcia dla Ukrainy. Wzmocnienie przekazu antyrosyjskiego następuje w kluczowym momencie - Marine Le Pen przygotowuje się do startu w wiosennych wyborach prezydenckich, w których według obecnych sondaży plasuje się na pozycji liderki.

gazeta.pl\PAP


Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski poinformował w niedzielę, że podczas nocnego ataku na region moskiewski Siły Obrony wykorzystały szereg ukraińskich środków rażenia powietrznego dalekiego zasięgu, w tym Flamingo, Palianycia i Pelican.

"W regionie moskiewskim tej nocy nasze dalekosiężne ataki odniosły bardzo wyraźny skutek. Zniszczono jeden z kluczowych zakładów przemysłu naftowego Rosji oraz obiekt logistyczny agresora. To miliardy dolarów, które zasilają machinę wojenną. W akcji uczestniczyły w szczególności: FP-1, RZ-100, MICH-2000, Palianycia, Vendetta, Luty, Bars, Flamingo, Siczeń, Pelican" - napisał Zełenski w komunikatorze Telegram.

Według prezydenta w operacji wzięły udział: Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), Siły Systemów Bezzałogowych (SBS), Siły Operacji Specjalnych, Główny Wywiad Wojskowy (HUR) oraz Służba Wywiadu Zagranicznego.

Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy również przekazał o tym, że jednostki Sił Obrony Ukrainy zaatakowały w nocy z soboty na niedzielę rafinerię Gazpromnieft-Moskiewska Rafineria Naftowa w rejonie Kapotnia w Moskwie.

Według Sztabu Generalnego na terenie obiektu odnotowano rozległy pożar. Uszkodzone zostały instalacja destylacji atmosferyczno-próżniowej AVT-6, kompleksowa instalacja przerobu ropy naftowej oraz instalacja izomeryzacji.

Moskiewska Rafineria Naftowa jest jednym z największych zakładów rafineryjnych w Rosji. Zdolność przerobowa zakładu wynosi około 12 mln ton ropy naftowej rocznie. Zakład przetwarza ropę naftową oraz produkuje benzyny samochodowe, olej napędowy i paliwo lotnicze, mazut oraz inne produkty naftowe.

PAP


W wyniku ataków rakietowych Rosji Ukraina praktycznie utraciła swój przemysł stalowy, a trzy główne huty w kraju zostały całkowicie unieruchomione - napisał w niedzielę brytyjski dziennik "Financial Times", powołując się na przedstawicieli branży i władze w Kijowie.

Jak pisze "FT", na początku tego miesiąca rosyjskie rakiety balistyczne uderzyły w wielkie piece trzech największych zakładów hutniczych - w obwodzie dniepropietrowskim na środkowym wschodzie oraz w obwodzie zaporoskim na południu Ukrainy. Odpowiadały one dotychczas za 90 proc. produkcji stali w państwie. Zaatakowane zostały zakłady koncernu Metinvest oraz fabryka ArcelorMittal w Krzywym Rogu. W czwartek zakład w Zaporożu został zaatakowany ponownie dwiema rakietami balistycznymi - był to już czwarty ostrzał tego obiektu w ciągu niespełna miesiąca. We wrześniowych atakach zginęło 17 hutników.

"Obecnie Ukraina nie ma już przemysłu stalowego. Wiedzieli o zakładach wszystko, wiedzieli dokładnie, gdzie uderzyć" - oświadczył Ołeksandr Wodowiz, szef biura prezesa Metinvestu. Dodał, że w tej chwili nie sposób oszacować, czy naprawy potrwają tygodnie, miesiące, czy lata, co uderzy w podatki i zatrudnienie - same tylko zaatakowane huty zatrudniały ponad 15 tys. osób.

Dziennik podkreśla, że paraliż hutnictwa wpisuje się w szerszą, nową kampanię powietrzną Moskwy, której celem jest zniszczenie gospodarki i oporu Ukrainy. Rosyjskie rakiety i drony atakują centra logistyczne, porty, infrastrukturę kolejową i stacje paliw. Z 5 mln mkw. nowoczesnych magazynów na Ukrainie zniszczono już 2,1 mln mkw.

Według szacunków ukraińskiego premiera Serhija Koreckiego same tylko straty podatkowe wynikające z ostatnich ataków wyniosą około 1,5 mld dolarów, pogłębiając tegoroczny deficyt budżetowy kraju, szacowany na 27 mld dolarów.

"Mamy do czynienia z gospodarczą wojną na wycieńczenie. Rosja próbuje zaatakować ukraińską gospodarkę tak mocno, jak to możliwe" - podsumowała w rozmowie z gazetą Ołena Biłan, główna ekonomistka banku inwestycyjnego Dragon Capital.

Hutnictwo przez dziesięciolecia stanowiło jeden z głównych motorów napędowych ukraińskiej gospodarki i kluczowe źródło walut z eksportu. Rosyjska kampania przeciwko infrastrukturze przemysłowej i logistycznej jest odpowiedzią na ukraińskie uderzenia dronami dalekiego zasięgu w rosyjskie rafinerie i obiekty wojskowe. Według ekspertów doprowadzenie do zapaści ukraińskiego przemysłu ma na celu wymuszenie na Kijowie ustępstw politycznych. 

PAP

sobota, 19 września 2026



Rosyjskie Ministerstwo Obrony stwierdziło 19 września, że od początku 2026 r. siły rosyjskie zajęły ponad 5300 kilometrów kwadratowych i ponad 220 osiedli na Ukrainie, w tym ponad 670 kilometrów kwadratowych i 27 osiedli do tej pory we wrześniu 2026 r. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że siły rosyjskie zajęły jedynie 147,7 kilometrów kwadratowych i 40 osiedli, ale w 2026 r. straciły netto 20 osiedli. Uwzględnienie obszarów, na które siły rosyjskie zinfiltrowały się, ale których nie kontrolują, zwiększa całkowite rosyjskie zyski do 718,8 kilometrów kwadratowych w tym roku, co nadal jest znacznie poniżej roszczeń rosyjskiego Ministerstwa Obrony z 19 września. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że z drugiej strony siły ukraińskie wyzwoliły w 2026 r. co najmniej 972,56 km2 i 60 osiedli. 


(...)

Ta kremlowska kampania informacyjna jest szczególnie ważna w kontekście trwających w dniach 18-20 września wyborów do rosyjskiej Dumy Państwowej, gdyż Kreml stara się pozycjonować partię Jedna Rosja jako partię zwycięstwa na Ukrainie i przedstawia wybory jako referendum w sprawie wojny. Ta rosyjska operacja informacyjna prawdopodobnie ma również na celu przekonanie zachodniej publiczności, że wsparcie dla Ukrainy jest daremne tuż przed corocznymi sesjami Zgromadzenia Ogólnego ONZ, które odbędą się w dniach 21-28 września.

(...)

Szef sztabu 3. Korpusu Armii Ukrainy i zastępca dowódcy Petro Horbatenko oświadczył 19 września, że siły ukraińskie utworzyły specjalne kanały koordynacyjne, przeprowadziły serię ataków na rosyjskie miejsca startu dronów, utworzyły systemy obrony powietrznej i walki elektronicznej (EW) oraz odcięły rosyjskie linie zaopatrzenia w sektorze, aby ukształtować pole bitwy przed kontrofensywą przeciwko rosyjskiemu występowi na północ od Łymania. Dowódca obrony powietrznej ukraińskiego 3. Korpusu Armii oświadczył 19 września, że siły ukraińskie priorytetowo traktują identyfikację i niszczenie rosyjskich miejsc startu dronów, aby przeciwdziałać rosnącej liczbie rosyjskich dronów rozpoznawczych i uderzeniowych. Dowódca oświadczył, że ukraińskie ataki na rosyjskich operatorów dronów odsunęły rosyjskie jednostki dronów dalej od linii frontu i zmusiły elitarne rosyjskie jednostki Centrum Zaawansowanych Systemów Bezzałogowych Rubikon do przeniesienia wszystkich sił rozmieszczonych na tym obszarze do innego sektora. Systematyczna, ukraińska kampania uderzeniowa średniego zasięgu przeciwko rosyjskiej logistyce w okupowanym obwodzie ługańskim zakłóciła rosyjską logistykę do 120 kilometrów od linii frontu i ograniczyła dostawy paliwa na linię frontu, nadwyrężając zdolność Rosji do wykorzystania dronów i EW do ochrony przed ukraińskimi dronami /EW potrzebuje generatorów prądu - red./.

W 2024 r. ISW oceniło, że przywrócenie manewrów na poziomie operacyjnym będzie wymagało zneutralizowania rosyjskiego kompleksu taktycznego rozpoznania (TRSC), aby ułatwić penetrację, (...). TRSC to wyrażenie używane przez ISW do szczegółowego opisu obecnego systemu ciągłego rozpoznania powietrznego i dronów uderzeniowych w połączeniu ze starszą bronią załogową, artylerią i przygotowaną obroną. (...) Ukraińska kampania uderzeniowa średniego zasięgu odizolowała rosyjskie siły frontowe od posiłków i zaopatrzenia. Siły ukraińskie utworzyły bańkę antydronową wykorzystującą głównie elektroniczne systemy bojowe nad siłami ukraińskimi, która tymczasowo zakłóciła rosyjski TRSC i poruszała się wraz z nacierającymi siłami ukraińskimi. Ten projekt kampanii jest zgodny z oceną ISW z 2024 r. dotyczącą tego, w jaki sposób można przywrócić manewr we współczesnej wojnie.

(...)

Rzecznik ukraińskiego 7. Korpusu Szybkiego Reagowania Sił Powietrzno-Szturmowych oświadczył 19 września, że ukraińskie dowództwo wojskowe przydzieliło kierownictwo Hulyaipole obszarowi odpowiedzialności 7. Korpusu Szybkiego Reagowania. Rzecznik stwierdził, że kierunek Hulyaipole jest jednym z najważniejszych i najbardziej intensywnych sektorów wzdłuż południowej linii frontu, zauważając, że obszar ten jest mniej miejski i charakteryzuje się bardziej otwartym terenem, (...). Rzecznik oświadczył, że rosyjska 5. i 35. Armia Połączonych Broni (zarówno Wschodni Okręg Wojskowy [EMD], jak i część Wschodniego Ugrupowania Sił) prowadzą operacje ofensywne w kierunku Hulyaipole w celu ominięcia ukraińskich pozycji obronnych wokół Orichowa. Polewyj oświadczył, że siły rosyjskie próbują ominąć Małą Tokmaczkę (na południowy zachód od Hulaipola i na południowy wschód od Orichiwa) z północnego wschodu, aby ostatecznie dotrzeć na obrzeża miasta Zaporoże. Rzecznik dodał, że siły rosyjskie prawdopodobnie zgromadziły wystarczającą liczbę pojazdów opancerzonych, aby wzmocnić rosyjską piechotę i przeprowadzić taktyczne ataki zmechanizowane tam, gdzie siły rosyjskie “odniosły przynajmniej niewielkie sukcesy taktyczne”.


understandingwar.org

piątek, 18 września 2026



Od początku pełnoskalowej inwazji w 2022 r. ataki Moskwy uszkodziły lub zniszczyły ponad 500 lokomotyw. Ponad 60 proc. z nich zostało trafionych w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy. Koleje Ukraińskie tracą obecnie od 37 do 40 lokomotyw miesięcznie.

Rosyjskie ministerstwo obrony przyznało, że uderza w pociągi, opisując ataki jako część strategii, której celem jest zniszczenie ukraińskiej logistyki wykorzystywanej do transportu zagranicznej broni na potrzeby działań wojennych Kijowa.

Ukraińcy twierdzą, że cel jest szerszy. — Rosjanie dążą do odizolowania naszych społeczności na linii frontu, zasiania paniki i strachu wśród i tak już wyczerpanej ludności oraz sparaliżowania gospodarki — mówi Ołeksandr Percowski, prezes zarządu JSC Ukrzaliznycia, państwowego operatora kolejowego Ukrainy.

Rosja rozpoczęła ataki na pociągi pasażerskie jesienią ubiegłego roku po zdobyciu anten sieciowych — dodaje Percowski. Technologia ta pozwala dronom na wymianę sygnałów lub łączenie się z naziemnymi nadajnikami w Białorusi albo na okupowanych terenach Ukrainy. To umożliwia operatorom sterowanie bezzałogowcami w czasie rzeczywistym pomimo środków wojny elektronicznej. Pomaga też w trafianiu w ruchome cele, takie jak pociągi.

— Jesienią ubiegłego roku [Rosjanie] trafili pociąg w pobliżu Łozowej, miasta w obwodzie charkowskim, zabijając sześć osób. Od tego czasu wprowadziliśmy procedury ewakuacyjne. Udało nam się uratować większość ludzi, ale Rosjanie wciąż niszczą nasze lokomotywy — mówi Percowski.

Rosja wykorzystuje przeciwko pociągom przede wszystkim drony z napędem odrzutowym. To zagrożenie, któremu Ukraina nie była jeszcze w stanie w pełni przeciwdziałać. Podczas gdy ukraińskie ministerstwo obrony pracuje nad rozwiązaniami we współpracy z producentami systemów przeciwdziałania dronom, Ukrzaliznycia opracowuje zintegrowany model transportowy, który w przypadku zatrzymania lub trafienia pociągu pozwoliłby operatorom przewozić pasażerów autobusami.

Chociaż większość ataków ma miejsce w promieniu 200 km od linii styku z siłami rosyjskimi lub granicy z Rosją i dotyka zwłaszcza regionów na wschodzie i południu Ukrainy, Moskwa rozszerzyła ostatnio zarówno zasięg geograficzny, jak i potencjalne cele. — Obecnie Rosjanie wykorzystują anteny i repeatery w Białorusi, by atakować również zachodnie regiony Ukrainy — wyjaśnia Percowski.

(...)

— Najnowsze ataki w pobliżu granicy z Polską pokazują, że dodatkowym celem jest zwiększenie zagrożenia dla naszych zagranicznych gości, partnerów, dyplomatów, polityków i dziennikarzy. Rosjanie chcą, aby oni również bali się podróżować do Ukrainy, ponieważ fakt, że pomimo wszystkich prób izolacji Ukrainy nadal jesteśmy otwarci i interesujący dla świata, doprowadza Rosjan do szału — twierdzi Percowski.

onet.pl\Politico
 

Nie jest zupełnie jasne, czy teraz to tylko amerykańska administracja próbuje zachęcić rosyjskiego przywódcę do podjęcia poważnych rozmów pokojowych za pomocą ustępstw i ofert, czy też jest to próba nawiązania współpracy inicjowana przez Rosjan lub obie strony. Magazyn „The New Yorker” pisze w tekście poświęconym dyplomacji i biznesom Kushnera, że to Rosjanie jako pierwsi zaoferowali Amerykanom „deale biznesowe w zamian za korzystne dla nich porozumienie pokojowe” z Ukrainą.

- Tak się powszechnie uważa - powiedział magazynowi były przedstawiciel USA w tym regionie.

Autor tekstu w „TNY” dotarł do kopii poufnego raportu przygotowanego przez europejską agencję wywiadowczą, z którego wynika, że sam Trump i ludzie z jego otoczenia omawiali różne możliwe kontrakty z Rosją. We współpracę biznesową miałaby być zaangażowana rodzina Trumpa, jego wysłannik do Rosji Steve Witkoff, były wysłannik Richard Grenell i przyjaciel Donalda Trumpa juniora Gentry Beach.

Z drugiej strony „New York Times” zwraca uwagę, że niezależnie od prób wdrożenia nowych sankcji na rosyjską ropę, zainicjowanych przez zmarłego niedawno senatora Lindsaya Grahama, administracja Trumpa z coraz większą determinacją próbuje innych sposobów, by skłonić Putina do zakończenia wojny na Ukrainie.

„Według osób znających przebieg tych rozmów Biały Dom rozważa teraz podpisanie umów biznesowych z Rosją jeszcze przed zakończeniem walk w Ukrainie (...), co miałoby pokazać, że USA myślą poważne o resecie w stosunkach z Rosją” - relacjonuje dziennik.

Oznacza to, że wysłannicy Trumpa, Kushner i Witkoff „szukają po omacku nowych sposobów, by nakłonić Rosję do zaprzestania walk” - komentuje „NYT”. Rozmówcy dziennika oceniają, że Waszyngton rozważa daleko idące ustępstwa na rzecz Kremla.

Należy też pamiętać, że Trump jest pod wrażeniem ekonomicznego potencjału Rosji, który ocenia jako „kolosalny”, a Kreml od początku jego drugiej kadencji proponował mu porozumienia biznesowe dotyczące np. wydobycia metali ziem rzadkich i aluminium, tworzenia spółek joint venture w Arktyce, a nawet zaangażowanie amerykańskich firm z sprzedaż rosyjskiego gazu w Europie - wylicza dziennik.

Może to też oznaczać - spekuluje dalej - że Kushner i Witkoff nie mają już żadnych nowych pomysłów na prowadzenie negocjacji z Kremlem.

„The Nowe Yorker” podkreśla, że ani Witkoff, ani Kushner, który ma 45 lat, nie mają żadnego doświadczenia w dyplomacji, a ponadto zięć Trumpa nie szanuje zawodowych dyplomatów, polega raczej na radach biznesmenów i utrzymuje, że „porozumienia pokojowe są jak deale w nieruchomościach”.

W administracji Trumpa funkcjonuje jako „minister bez teki”. A gdy wraz z Witkoffem otrzymali misję mediowania w sprawie wojny przeciw Ukrainie „obaj wierzyli, że Putin to porządny facet (...) a rosyjska armia jest niezwyciężona” - powiedział magazynowi dyplomata, który pragnął zachować anonimowość.

Były doradca Donalda Trumpa ds. bezpieczeństwa John Bolton ocenił niedawno w artykule na łamach „Washington Post” że nieudolne negocjacje wysłanników USA tylko skłaniają Putina do eskalowania konfliktów. Uznał też, że rozmowy pokojowe, jakie prowadzą Witkoff i Kushner, „zakrawają na desperację”, są „bezwartościowe”, a strona amerykańska nie wniosła ostatnio w te rozmowy żadnej nowej inicjatywy. Taka dyplomacja „może przynieść więcej strat niż pożytku” - podsumował autor, który był ambasadorem USA przy ONZ.

PAP



Francuska sieć supermarketów Auchan to jedna z nielicznych wielkich zachodnich firm, która nie chciała opuścić Rosji po jej inwazji na Ukrainę. "Wyjście z Rosji jest nie do pomyślenia z punktu widzenia ludzkiego życia" - utrzymywał Yves Claude, szef francuskiej sieci handlowej. I odpowiadając na krytykę tej decyzji przez prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego przekonywał w dzienniku "Le Journal Du Dimanche":

Najważniejsze jest utrzymanie naszych pracowników i zagwarantowanie naszej głównej misji, którą jest kontynuacja żywienia ludności obu tych krajów [Rosji i Ukrainy].

Teraz Francuzi mogą pluć sobie w brodę. 

Wieczorem w czwartek 17 września prezydent Rosji Władimir Putin ogłosił dekret o "tymczasowym" przejęciu przez państwo rosyjskiej filii Auchan, do której należy 230 supermarketów w 100 rosyjskich miastach. To jeden z liderów handlu detalicznego w Rosji. 

W tym samym dekrecie Putin zdecydował o "tymczasowym" przejęciu sześciu fabryk szwajcarskiego koncernu spożywczego Nestle, produkujących kawę, słodycze, jedzenie dla dzieci i karmę dla zwierząt domowych. Ten sam los spotkał również sieć ponad 100 marketów budowlanych Leroy Merlin, należących do francuskiego koncernu Adeo. Pod koniec 2023 r. Francuzi sprzedali je spółce Scenari Holding ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, którą według mediów założyli menedżerowie rosyjskiej filii Leroy Merlin. W następnym roku markety zaczęły działać pod szyldem "Lemana Pro". 

Do tych łupów prezydent Rosji dorzucił rosyjską filię francuskiej firmy logistycznej FM Logistics, która ma w Rosji 25 kompleksów magazynowych o powierzchni 865 tys. m2 i wykonuje 830 tys. operacji transportowych rocznie. A także spółki międzynarodowej firmy logistycznej Bati Logistics. 

Majątek firm przejętych dekretem Putina jest warty co najmniej 600 mld rubli, co obecnie stanowi równowartość 6 mld euro - napisał dziennik "Kommiersant". Ofiary dekretu Putina nie odniosły się jeszcze do jego decyzji. 

Przejętego przez Putina majątku zachodnich firm nie dostały rosyjskie państwowe koncerny. Całość akcji rosyjskich filii tych firm prezydent Rosji przekazał w zarząd spółce "L.E.W. Management". 

Według dziennika "RBK" spółka ta została zarejestrowana pod koniec 2024 r. z kapitałem zakładowym wynoszącym 15 tys. rubli, co obecnie stanowi równowartość 150 euro. Zeszły rok zakończyła stratą 15 tys. rubli.

Nie wiadomo, do kogo należą akcje tej spółki. Jej szefem od tygodnia jest Andriej Krajuszkin.

Dziennik "Nowaja gazieta Jewropa" napisał, że to generał rosyjskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (MSW). Od 2016 r. do co najmniej 2020 r. był zastępcą szefa zarządu MSW ds. migracji. W marcu 2020 r. media pisały, że Krajuszkin miał potrącić swoim samochodem na przejściu dla pieszych 5-letnie dziecko, a potem wdał się w awanturę z jego ojcem. Jednak potem nigdy nie informowano, czy stracił stanowisko w MSW i co się z nim dzieje. 

Formalnie, przejęcie przez państwo spółki w tymczasowy zarząd nie oznacza jej konfiskaty. W Rosji w praktyce oznacza to jednak zwykle bezterminowe zawłaszczenie majątku zachodniego inwestora. Tak było z elektrowniami fińskich koncernów Fortum i niemieckiego Uniper, które Putin przejął "tymczasowo" wiosną 2023 r. 

Takie przejęcie może być także metodą wymuszenia sprzedaży majątku za ułamek jego wartości. W taki właśnie sposób Kreml przejął browary duńskiego koncernu Carlsberg, a francuski koncern Danone zmusił do sprzedaży największych w Rosji zakładów mleczarskich.

gazeta.pl

czwartek, 17 września 2026



Prezydent USA Donald Trump zagroził w środę, że może nałożyć "bardzo ciężkie cła" na Unię Europejską, jeśli uzna potencjalne przyjęcie Kanady jako członka stowarzyszonego Unii za "wrogi akt".

Trump skomentował w ten sposób możliwość przystąpienia Kanady do UE jako "członka stowarzyszonego". Uznał, że to "śmieszne", bo Kanada jest "okropnym partnerem handlowym". Zagroził jednak, że może z tego powodu nałożyć cła na UE.

- Jeśli uznam, że to wrogi akt, nałożę bardzo poważne cła, albo przestanę handlować z Europą w wielu kwestiach - powiedział Trump podczas rozmowy z dziennikarzami w Karolinie Północnej. - Jeśli więc to zrobią, jeśli Europa zrobi to ze złymi intencjami - jeśli to dobre intencje, to w porządku - ale jeśli stoją za tym złe intencje, nałożę bardzo ciężkie cła - dodał.

O możliwości akcesji Kanady mówiła w środę przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Szefowa KE zadeklarowała w orędziu o stanie Unii, że chce współpracować z premierem Kanady nad otwarciem dla jego kraju drogi do uzyskania statusu pierwszego członka stowarzyszonego UE. Biuro premiera Kanady Marka Carneya przekazało, że szef rządu z zadowoleniem przyjął propozycję.

Współpraca miałaby dotyczyć m.in. minerałów krytycznych, możliwości przemysłu obronnego, sztucznej inteligencji (AI), możliwości obliczeniowych, bezpieczeństwa energetycznego, przestrzeni kosmicznej oraz usług finansowych i płatności. Rozmowa Carneya i von der Leyen dotyczyła też handlu cyfrowego poza sektorem rolnym oraz "szerokiego zakresu usług".

W orędziu o stanie UE von der Leyen mówiła, że chodzi o stworzenie z Kanadą "przestrzeni wspólnego dobrobytu i bezpieczeństwa gospodarczego". Zapowiedziała też współpracę w dziedzinie inteligentnej produkcji, stworzenie sojuszu technologicznego, integrację "przemysłowych baz obronnych", a Arktyka ma się stać "sztandarowym projektem".

PAP


Izba Reprezentantów przegłosowała w środę ustawę o sankcjach wobec Rosji i cłach na towary z państw kupujących rosyjską ropę naftową i gaz. Ustawa, którą wcześniej przyjął Senat, daje prezydentowi uprawnienia do nałożenia nawet 100-procentowych ceł, w tym na kraje UE.

Ustawa została przyjęta stosunkiem głosów 262-159 przy sprzeciwie większości Demokratów i poparciu wszystkich poza siedmioma kongresmenami Republikanów. Głosowanie stanowi zwieńczenie trwających od kwietnia 2025 r. wysiłków Kongresu, by skłonić prezydenta do wywarcia presji wobec Rosji. Ustawa trafi teraz na biurko prezydenta. Biały Dom, mimo ponad roku sprzeciwiania się ustawie, teraz ją popiera.

Projekt zainicjowany i nazwany imieniem zmarłego senatora Lindseya Grahama zobowiązuje prezydenta do nałożenia w ciągu 30 dni ceł w wysokości do 100 proc. na pięciu największych importerów rosyjskiej ropy naftowej, pięciu największych importerów gazu oraz pięć państw umożliwiających omijanie sankcji przez Rosję.

Lista tych państw nie została wymieniona w ustawie, choć według danych zebranych przez Senat, miałyby to być m.in. Chiny, Indie, Słowacja, Węgry, Azerbejdżan, Turcja, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kazachstan czy Singapur. Ustawa kodyfikuje też istniejące sankcje przeciwko rosyjskim władzom, instytucjom finansowym i sektorowi energetycznemu oraz zachęca do nakładania nowych sankcji, w tym przeciwko rosyjskiej flocie cieni. Daje też jednak prezydentowi szerokie możliwości odstąpienia od restrykcji i ceł.

Ustawa została przegłosowana przy znaczącym sprzeciwie Demokratów, dotychczas zdecydowanie opowiadającymi się za wsparciem Ukrainy i presją na Rosję. Wszystko ze względu na zawarte w ustawie przepisy dające prezydentowi uprawnienia do nakładania wysokich ceł, w tym na sojuszników USA.

Politycy partii byli jednak w tej sprawie podzieleni. Większość, jak wiceszef komisji spraw zagranicznych Gregory Meeks, uznawała, że ustawa daje zbyt wielką swobodę prezydentowi jeśli chodzi o nakładanie ceł i odchodzenie od nałożenia sankcji i pozwoli na arbitralne stosowanie taryf przez prezydenta, np. przeciwko Unii Europejskiej. Meeks i inni wskazywali, że Trump już teraz może w każdej chwili nałożyć dodatkowe sankcje bez ustawy, lecz konsekwentnie odmawia podejmowania takich kroków.

- W tej ustawie jest tyle luk, że uważam, że to bardzo mało prawdopodobne, że sankcje kontemplowane w tej ustawie ujrzą światło dzienne - ocenił z kolei lider Demokratów Hakeem Jeffries.

Jeden z czołowych kongresmenów ugrupowania, Steny Hoyer, argumentował jednak, że Trump już i tak ma uprawnienia do nakładania ceł, a odrzucenie ustawy wysłałoby zły sygnał dla świata.

- Jeśli nie uda nam się przegłosować tego projektu ustawy, na Kremlu rozlegną się okrzyki radości, a w Kijowie pojawią się łzy - ostrzegał. W podobny sposób argumentowali wspierający Ukrainę Republikanie, w tym współautor inicjatywy Michael McCaul. Zdaniem McCaula, ruch ten skłoni Rosję do negocjacji, a Kongres stanął przed wyborem między "postawą Churchilla i postawą Chamberlaina".

- Zło nadciąga, historia wzywa i teraz jest czas na działanie - oznajmił.

Z kolei przewodniczący Izby Mike Johnson już po głosowaniu przedstawił ustawę jako element "maksymalnej presji przeciwko machinie wojennej Putina".

"Zbyt długo Putin finansował tę niszczycielską wojnę pieniędzmi i zasobami krajów, które przymykały na to oko, a dziś to się kończy" - oznajmił w oświadczeniu.

W poniedziałek komisja regulaminowa Izby odrzuciła poprawki zgłoszone przez Demokratów, które m.in. zakazywałyby nakładania ceł na europejskich sojuszników Ameryki. Odrzucona została także poprawka o finansowym wsparciu Ukrainy. Jeszcze w czerwcu Izba, w tym niemal wszyscy Demokraci przegłosowali inną ustawę sankcyjną - bez zapisów o cłach - lecz nie podjął jej Senat. Mimo to, do głosowania za projektem zachęcali swoich kolegów Demokraci z Senatu, którzy zgodnie z Republikanami przegłosowali ją w lipcu.

Według senator Demokratów Jeanne Shaheen zapisy o sankcjach na flotę cieni mogą sprawić, że część zagranicznych firm przestanie kupować rosyjską ropę naftową. Aby tak się jednak stało, administracja Trumpa musi jednak nałożyć te restrykcje.

PAP


Dowódca 3. Korpusu Armii Ukrainy, generał brygady Andrii Biletskyi, oświadczył 17 września, że ukraińska kontrofensywa przeciwko rosyjskiemu występowi na północ od Lymanu — Operacja Vivaldi — udaremniła rosyjski plan okrążenia Pasa Twierdzy od północy przez Lyman i Światohirsk oraz od południa przez Dobropillyę. Biletskyi oświadczył, że siły rosyjskie zamierzają, aby szczypce północne i południowe zbiegły się w Barvinkove w obwodzie charkowskim, zajmując w ten sposób cały obwód doniecki. Biletskyi oświadczył, że siły ukraińskie operacyjnie pokonały rosyjski szczypce północne w kierunku Lymanu i że operacja Vivaldiego jest kontynuowana.

Ukraiński 3 Korpus Armii poinformował 17 września, że systematyczna kampania uderzeniowa Ukrainy średniego zasięgu przeciwko rosyjskiej logistyce w okupowanym obwodzie ługańskim pogorszyła rosyjskie dostawy paliwa na linię frontu i nadwyrężyła zdolność Rosji do wykorzystania dronów i EW do ochrony przed ukraińskimi dronami. Systemy EW mają znaczne wymagania dotyczące zużycia energii, a siły rosyjskie polegają na generatorach napędzanych olejem napędowym do zasilania systemów EW w celu przeciwdziałania ukraińskim dronom. Kampania Ukrainy wymierzona w rosyjską logistykę i dostawy energii bezpośrednio wspierała tłumienie rosyjskich systemów EW, wspomagając ukraińskie wysiłki na rzecz osiągnięcia taktycznego overmatchu dronów w celu wsparcia ukraińskich postępów zmechanizowanych w kierunku Lyman.


(...) Zastępca dowódcy ukraińskiego 3. Korpusu Armii, major Maksym Żorin, oświadczył 16 września, że ukraińska operacja Vivaldi pod dowództwem Lymana zakończyła się sukcesem ze względu na ścisłe przestrzeganie milczenia informacyjnego i brak doniesień o trwającej kontrofensywie, co wprowadziło w błąd rosyjskie dowództwo wojskowe i ułatwiło postęp Ukrainy. Zhorin stwierdził, że siłom ukraińskim udało się utrzymać swoje postępy w tajemnicy częściowo dzięki systemowi “Dron Ochronny”, który składa się z różnych systemów EW i pomógł siłom ukraińskim zneutralizować około 20.000 rosyjskich dronów. Siły ukraińskie wykorzystały wcześniej OPSEC, aby osiągnąć zaskoczenie operacyjne podczas kontrofensywy Oleksandrivki na Ukrainie wiosną 2026 r., kiedy siły ukraińskie celowo przeprowadziły misje podnoszenia flagi w bezpiecznych odległościach, aby ukryć prawdziwy zasięg ukraińskich pozycji. Siły ukraińskie osiągnęły w szczególności zaskoczenie operacyjne podczas dwóch ostatnich kontrofensyw, stosując rygorystyczny OPSEC.

(...) Dowódca 1. Korpusu (Gwardii Narodowej w Azowie), generał brygady Denys Prokopenko, oświadczył 11 września, że rosyjskie 51. i 8. Armie Połączonej Broni (CAA, oba Południowe Okręgi Wojskowe [SMD]) oraz 41. CAA (Centralny Okręg Wojskowy [CMD]) przygotowują się do przyszłych zmechanizowanych ataków w kierunku Dobropillya jesienią, starając się wykorzystać sezonowe zmiany pogody, które bardziej sprzyjają atakom zmechanizowanym. Prokopenko stwierdził, że około 1200 załóg dronów z elitarnego rosyjskiego Centrum Zaawansowanych Systemów Bezzałogowych Rubikona — około jednej trzeciej całkowitych sił Rubikona — działa w kierunku Dobropillya, co wskazuje, że siły rosyjskie prawdopodobnie zamierzają użyć dronów do wsparcia przechwytywania powietrza na polu bitwy w celu ukształtowania pola bitwy, a także umożliwienia rosyjskich ataków zmechanizowanych. Prokopenko dodał, że siły rosyjskie prawdopodobnie zaczną wzmacniać swoje istniejące jednostki szturmowe, które składają się z około 200 żołnierzy piechoty, ze zmechanizowanymi kolumnami składającymi się z około 50 pojazdów opancerzonych, aby odwrócić uwagę sił ukraińskich i zwiększyć prawdopodobieństwo udanego przełomu. Prokopenko ocenił, że rosyjska kampania ofensywna zakończy się we wrześniu 2026 r., a siły rosyjskie zaczną zmieniać taktykę w kierunku prób zmechanizowanych przełomów do października 2026 r., przy czym siły rosyjskie będą próbowały zająć co najmniej jedną osadę Pasa Twierdzy do końca jesiennej kampanii, aby stworzyć przyczółek do dalszych ofensyw.


Zarówno siły ukraińskie, jak i rosyjskie eksperymentowały z ponownym wprowadzeniem ograniczonych elementów manewru zmechanizowanego na poziomie taktycznym, aby wyrwać się z wojny pozycyjnej i przywrócić manewr na polu bitwy, przy czym wysiłki Ukrainy były jak dotąd znacznie skuteczniejsze.


understandingwar.org


Po pierwsze, w reakcji na każdą rosyjską prowokację lub atak hybrydowy w stosunku do jakiegokolwiek państwa Zachodu, Zachód (jako całość, a nie jako dane państwo), powinien odpowiadać kolejnym pakietem uzbrojenia dla Ukrainy. Pakiet ten powinien zawierać albo określoną liczbę danego typu uzbrojenia, albo dawać Ukrainie możliwości rażenia celów w głębi Rosji.

Po drugie, w reakcji na każdą rosyjską prowokację lub atak hybrydowy wymierzony w dowolne państwo Zachodu należałoby wydalać z terenu UE kilku Rosjan, przy czym chodziłoby nie o zwykłych ludzi, ale np. o mieszkające na Zachodzie lub studiujące na Zachodzie dzieci rosyjskiej elity.

Po trzecie, poza asymetryczną odpowiedzią, którą jest wsparcie Ukrainy, należałoby również asymetrycznie karać wspierające Rosję Chiny. Pekin musi zrozumieć, że jeśli chce handlować z Europą, musi wpłynąć na Moskwę, by ta nie atakowała Europy. Chiny można karać chociażby za pomocą skutecznych barier administracyjnych — nie całkiem eleganckich, a gdy trzeba, również ocierających się o granice prawa. Na przykład przedłużając w nieskończoność procedury celne albo homologacyjne wobec chińskich towarów.

Po czwarte, należy w stosunku do Rosji zacząć stosować język bezpośrednich, tyle że niewerbalnych gróźb. Przykładowo w odpowiedzi na podpalenia — najpierw Centrum Handlowego przy ul. Marywilskiej w Warszawie, a obecnie zakładów WB Electronics — należałoby podłożyć w wybranym miejscu na terenie Federacji Rosyjskiej materiały wybuchowe wraz z artefaktem, który dałby Moskwie bardzo wyraźnie do zrozumienia, kto materiały te pozostawił.

Takim artefaktem mogłaby być, aby utrzymać się w nieco perwersyjnej, ale zrozumiałej dla Moskwy retoryce, płyta Czesława Niemena z piosenką "Płonąca stodoła". Do samych podpaleń nie powinniśmy się posuwać. Celem naszych działań powinna być deeskalacja, a nie eskalacja napięcia.

do deeskalacji w zamian za deeskalację, ale w razie jej braku - do eskalacji w odpowiedzi na eskalację. Pułapka polega oczywiście na tym, że Moskwa zażądałaby w zamian za deeskalację wstrzymania dostaw broni dla Ukrainy. Kreml powinien więc od razu dostać jednoznaczny sygnał, że dodatkowe pakiety broni, o których mowa w punkcie pierwszym, to jedynie to, co zamierzamy Ukrainie dostarczać ponad nasze standardowe wsparcie.

Wymienione pięć kroków nie gwarantują powstrzymania rosyjskich ataków, ale dają szansę, że tak się stanie. Jest tak, gdyż Rosjanie, jakkolwiek geograficznie część ich państwa położona jest w Europie, Europejczykami nie są i nie rozumieją języka wstrzemięźliwości, ostrzeżeń i półśrodków — normalnego w relacjach narodów zachodnich. Rozumieją za to, i to doskonale, język gróźb i przede wszystkim język bezwzględnej wendety.

Moskwa od prowokacji wobec Zachodu powstrzyma się jedynie wówczas, gdy zrozumie, że Zachód będzie się mścił, a rosyjskie działania się Moskwie nie opłacają. Na razie takiego komunikatu nie dostała. Widzi natomiast, że kolejne jej prowokacje i ataki zwiększają popularność tych, którzy nawołują do wstrzymania wsparcia dla Ukrainy rzekomo w imię naszego (i odpowiednio Niemców, Francuzów, Włochów, Hiszpanów i innych) bezpieczeństwa.

onet.pl

środa, 16 września 2026



W ostatnich sekundach swojego życia Tetiana B. nie była już 19-letnią studentką, a jedynie punktem danych. A jej zabójcą nie był człowiek, lecz oprogramowanie, które namierzyło B. W lipcu w Zaporożu, dużym mieście położonym na południowym wschodzie Ukrainy, w pobliżu linii frontu, trzech cywilów zginęło w ataku drona, który miał być sterowany całkowicie autonomicznie przez sztuczną inteligencję. To oznacza zabicie ludzi bez żadnego udziału człowieka.

Według "New York Timesa" dron eksplodował podczas zbliżania się do stacji benzynowej, uderzając w ścianę i rozrzucając odłamki w powietrzu. Zgodnie z relacją z miejsca zdarzenia Tetiana B., która jeszcze próbowała uciekać, wykrwawiła się na miejscu.

"New York Times" donosi również, że dwóch mężczyzn, 48-latek i 41-latek zmarli w szpitalu na skutek odniesionych obrażeń. Analityczka z think tanku Center for Strategic and International Studies (ang. Centrum Strategicznych i Międzynarodowych Studiów) powiedziała gazecie, że zabicie cywilów przez autonomiczny dron jest pierwszym udokumentowanym przypadkiem tego rodzaju.

(...)

Działa to w następujący sposób: za pomocą wbudowanej kamery dron skanuje otoczenie podczas lotu i porównuje je z zapisanymi zestawami danych. Jeśli chce się na przykład zniszczyć stacje benzynowe za pomocą dronów, jak ostatnio coraz częściej robili to Rosjanie w Ukrainie, wprowadza się do nich zdjęcia stacji benzynowych. Sztuczna inteligencja rozpoznaje je następnie podczas przelotu na podstawie ich kształtu i automatycznie rzuca się na nie.

Proces ten nie jest pozbawiony ryzyka. Dziennikarz Simon Shuster opisał niedawno w magazynie "Atlantic", że ukraiński producent dronów już kilka lat temu pokazał mu system sztucznej inteligencji, w którym za pomocą suwaka można było regulować precyzję namierzania celu. Na najniższym poziomie do automatycznego ataku wystarczałoby 30-procentowe dopasowanie do zapisanego celu, a na najwyższym — 90-procentowe.

W związku z tym nawet przy najbardziej ostrożnym ustawieniu nadal należałoby liczyć się ze stratami ubocznymi spowodowanymi błędnymi decyzjami. Według Shustera producenci powiedzieli mu wówczas, że sami uważają tę technologię za zbyt ryzykowną i dlatego nie będą jej dostarczać.

Trudno powiedzieć, czy było to wówczas prawdą i jak producenci postrzegają tę kwestię dzisiaj. Już samo udowodnienie, że atak został przeprowadzony przy użyciu sztucznej inteligencji, okazuje się trudne. Jak dotąd eksperci opierają się przede wszystkim na poszlakach.

W sprawie Zaporoża ukraińskie władze przedstawiły gazecie "New York Times" ustalenia, które mają potwierdzać autonomiczne użycie dronów. Zgodnie z nimi zabójczy dron typu Mołnia był częścią roju, co jest typowe dla dronów autonomicznych. Ponadto nie wysyłały one żadnych sygnałów radiowych. W dronach, które nie wybuchły na kawałki, znaleziono też elementy techniczne wskazujące na wykorzystanie sztucznej inteligencji.

Ekspert ds. dronów Fabian Hinz z brytyjskiej organizacji pozarządowej Conflict Armament Research (ang. Badań nad uzbrojeniem stosowanym w konfliktach) na podstawie tych informacji zakłada, że dron typu Mołnia użyty podczas ataku [w Zaporożu] rzeczywiście był egzemplarzem sterowanym przez sztuczną inteligencję. — Znaleziony sprzęt jest zbyt złożony jak na zwykły dron typu Mołnia. Ten typ drona ma bardzo prostą konstrukcję, w której wykorzystano głównie komponenty, które w naszym kraju [w Niemczech] można po prostu zamówić na Amazonie — mówi analityk w rozmowie z serwisem Die Welt.

Drony użyte w Zaporożu miały jednak najwyraźniej inną konstrukcję. Według Hinza nie miały one anteny, co wskazuje, że nie istniało połączenie radiowe z pilotem. Zamiast tego, jak podaje "New York Times", zainstalowano w nich układ Nvidia Jetson. To tak zwana platforma obliczeniowa typu embedded, czyli "moduł, który ze względu na swoją konstrukcję i moc obliczeniową jest bardzo silnie kojarzony z systemami sztucznej inteligencji" — wyjaśnia Hinz.

onet.pl\Die Welt


— Sytuacja jest bardzo zła — słyszymy od naszego informatora z kręgów rządowych.

I dalej: — Putin się niestety rozkręca, a raporty są coraz bardziej alarmujące.

Polscy urzędnicy w oficjalnych rozmowach nie ujawniają szczegółów kontaktów z Amerykanami. W zeszłym tygodniu premier Donald Tusk powiedział, że otrzymał raport od szefa amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) Johna Ratcliffe'a dotyczący możliwych zdarzeń w najbliższych miesiącach.

Zaznaczył, że Polska i Europa muszą być przygotowane na różne scenariusze, nie tylko na froncie rosyjsko-ukraińskim, ale też na wschodniej flance. Niedawno w Waszyngtonie był też minister koordynator ds. służb specjalnych Tomasz Siemoniak, który spotkał się twarzą w twarz z szefem CIA.

Spotkanie odbyło się niecałe dwa tygodnie po wizycie Ratcliffe’a w Moskwie. Misja szefa CIA miała pomóc ograniczyć napięcie. Według amerykańskich mediów miał tam ostrzegać przed atakiem na terytorium NATO i nakłaniać Rosjan do negocjacji pokojowych. Ratcliffe miał też przekazać Rosji, że jej pozycja słabnie i się pogorszy, jeśli działania zbrojne będą kontynuowane.

Tymczasem w nocy z 25 na 26 sierpnia Rosja wysłała nad Ukrainę 162 drony. Kolejnej nocy użyła 258 dronów oraz rakiet. Oczekiwanego uspokojenia nie było.

Jak powiedział później gazecie "The Washington Post" jeden z informatorów, po spotkaniach w stolicy Rosji Ratcliffe miał uznać, że przekazał zamierzony komunikat, ale w efekcie niczego nie zmienił. Według cytowanej osoby Rosja odebrała wizytę jako próbę nakłonienia Putina do przerwania wojny, a sam Putin odczytał ją jako oznakę słabości.

Według ukraińskich mediów Putin pierwotnie miał się spotkać z szefem Centralnej Agencji Wywiadowczej, ale w ostatniej chwili wykreślił ten punkt z harmonogramu.

Właśnie w takich okolicznościach w ostatnim czasie doszło do intensyfikacji kontaktów na linii Warszawa — Waszyngton. Z informacji Onetu wynika, że Amerykanie wysłali do Warszawy niepokojący sygnał.

— Amerykanie byli w szoku, że dzień po wizycie Ratcliffe’a Putin dokonał zmasowanego ataku na Ukrainę. Rozpytywali później sojuszników w Europie Środkowej, w tym nas, i zastanawiali się, co mogło być celem tej demonstracji. Bo co do tego, że była to demonstracja, nie mają żadnych wątpliwości — słyszymy od jednego z urzędników.

Warszawę ta sytuacja niepokoi. Stawia pytanie o polityczną skuteczność Waszyngtonu. Zwłaszcza że sygnały, jakie płyną z USA, są sprzeczne. Prezydent Donald Trump raz chwali Ukraińców, innego dnia obciąża ich odpowiedzialnością za wysokie ceny paliw z powodu ukraińskich ataków na infrastrukturę energetyczną w Rosji.

onet.pl


Zgodnie z oficjalnymi komunikatami obie delegacje rozmawiały m.in. o sytuacji bezpieczeństwa w Europie, w tym o wojnie w Ukrainie, ale także o perspektywach rozwoju dwustronnych stosunków gospodarczych. W negocjacjach po raz pierwszy wziął udział białoruski premier Alaksandr Turczyn. Rezultatem rozmów było zwolnienie przez białoruskie władze 25 więźniów politycznych (m.in. dziennikarzy i artystów) oraz zdjęcie przez USA sankcji z dwóch białoruskich firm – produkującej farby i lakiery Łakokraski (została objęta obostrzeniami w 2008 r. jako jedna ze spółek-córek koncernu Biełniefitechim) oraz koncernu Biełliesbumprom zajmującego się obróbką drewna, który na listę sankcyjną został wpisany w 2023 r. USA wezwały też amerykańskie banki do odblokowania zamrożonych aktywów Białorusi, ze szczególnym uwzględnieniem ok. 43 mln dol. zgromadzonych w Citibanku. Podsumowując rezultaty rokowań, Coale nazwał umowę zawartą z Białorusią „przejściową”, co pokazuje, że obie strony miały większe oczekiwania odnośnie do ostatecznych rezultatów.

Pierwotnie wizytę Coale’a zapowiadano jeszcze na maj, ale była ona kilkukrotnie przekładana, co świadczy o trudnościach w procesie dwustronnych uzgodnień. Przyjazd Coale’a, choć niezakończony znaczącym sukcesem, sugeruje jednak, że był powiązany również z niepowodzeniem wizyty delegacji USA w Moskwie i Kijowie, która nie przełamała impasu w sprawie zakończenia wojny w Ukrainie. Przypadł też na czas kolejnego dużego tegorocznego sprawdzianu stanu gotowości bojowej białoruskich sił zbrojnych.

(...)

Obie strony zadeklarowały kontynuowanie rokowań. USA mają nadzieję na zaprzestanie przez białoruski reżim represji i zwolnienie wszystkich więźniów politycznych. Amerykanie najpewniej wyrazili też oczekiwanie, aby Białoruś zrezygnowała z prowadzenia działań hybrydowych wobec sąsiednich państw NATO (w ostatnich miesiącach szczególnie trudna była sytuacja na granicy z Łotwą). Białoruskie władze liczą z kolei, że USA będą w stanie wywrzeć presję na Litwę, aby odblokowała dostęp do swoich portów, szczególnie do terminala w Kłajpedzie, którego Białoruś jest współwłaścicielem i który wykorzystywała do eksportu nawozów potasowych. Mogły też wyrazić oczekiwanie, aby również Polska umożliwiła w przyszłości tranzyt białoruskich towarów przez swoje porty. Łukaszenka może też rozważać przyjazd do USA na kolejne posiedzenie Rady Pokoju, ale jedynie pod warunkiem, że strona amerykańska zaproponuje mu dodatkowe, indywidualne wydarzenia w programie wizyty.

pism.pl

wtorek, 15 września 2026



Dowódca 3 Korpusu Armii Ukrainy, generał brygady Andrii Biletskyi potwierdził 15 września, że siły ukraińskie prowadzą kontrofensywę — Operację Vivaldi — przeciwko rosyjskiemu występowi na północ od Łymania. Biletskyi oświadczył, że siły ukraińskie oczyściły lub wyzwoliły łącznie 85 kilometrów kwadratowych, w tym wyzwoliły Serednie (na północny zachód od Lymania) i oczyściły rosyjskich infiltratorów z Nowoseliwki (na południe od Serednie), Jarowej (na południowy zachód od Nowoseliwki), Oleksandrivki (na zachód od Serednie) i przedmieścia Korovii Yar (na północny zachód od Serednie). Biletskyi zauważył, że te ukraińskie zdobycze stanowiły dopiero pierwszą fazę operacji Vivaldi i że siły ukraińskie będą kontynuować operację. Siły ukraińskie prawdopodobnie poczyniły dodatkowe zyski wykraczające poza to, co donosił Biletskyi, a źródła rosyjskie zaczynają uznawać te zyski. Siły rosyjskie ostrzeliwują ukraińskie pozycje w Kolodyazi (na północny wschód od Lymania) artylerią rurową, według geolokalizowanego materiału filmowego opublikowanego 15 września. Wybitny rosyjski milbloger przyznał dodatkowo, że siły rosyjskie próbują wypchnąć siły ukraińskie z Kolodyazi — nieśmiałe potwierdzenie, że siły ukraińskie prawdopodobnie wyzwoliły Kolodyazi w związku z geolokalizowanym materiałem filmowym. Rosyjscy milblogerzy i źródło donoszące o Rosyjskim Zachodnim Ugrupowaniu Sił w dalszym ciągu wskazują, że sytuacja sił rosyjskich na tym obszarze, w tym na północ i południe od Kolodyazi, stale się pogarsza.

(...) 3. Korpus Armii opublikował dodatkowy film omawiający operację Vivaldi, zauważając, że jego operatorzy dronów dodatkowo odizolowali rosyjską logistykę poprzez dwa etapy ataków: najpierw na głębokościach do 50 kilometrów od linii frontu, a następnie rozszerzając się do 120 kilometrów od linii frontu. 3. Korpus Armii oświadczył, że te ukraińskie ataki zmusiły siły rosyjskie do zamknięcia rurociągu dostarczającego paliwo z Rosji do okupowanego obwodu ługańskiego; do przeniesienia elementów wsparcia 144. Dywizji Strzelców Zmotoryzowanych (20. Armia Połączonej Broni, Moskiewski Okręg Wojskowy) z okupowanej Ukrainy do obwodu woroneskiego; oraz do rozproszenia rosyjskich składów paliwa i amunicji, węzłów komunikacyjnych, stanowisk dowodzenia i transportów, w tym do Rosji i do lasów, co jeszcze bardziej utrudnia rosyjską logistykę. 

(...)

Dotychczasowe zdobycze Ukrainy na północ od Lymanu sprawiły, że i tak już nierealny rosyjski plan okrążenia Pasa Twierdzy od północy i południa stał się niewykonalny. Wybitny rosyjski milbloger powiązany z Kremlem zgodził się z oceną ISW, przyznając, że sukcesy Ukrainy opóźnią ofensywę Rosji na Słowiańsk — cel rosyjski po zajęciu samego Lymania. Milbloger ostrzegł, że północna flanka Rosyjskiego Południowego Ugrupowania Sił (działającego na obszarze na południowy wschód od Lymanu i na wschód od Kramatorska) jest obecnie narażona na ukraińskie kontrataki i wysiłki przechwytujące. Milbloger stwierdził, że siły rosyjskie również straciły pozycje na południe od Lymanu i walczą o odzyskanie pozycji w samym Lymanie z powodu ukraińskich postępów. Rosyjscy milblogerzy nadal obwiniają kulturę “pięknych doniesień”, w której przesadne twierdzenia o postępach Rosji od dowódców pól bitewnych do wyższego dowództwa wpływają na planowanie operacyjne, za umożliwienie ukraińskiego postępu. Inny znany milbloger twierdził, że niektórzy rosyjscy dowódcy wojskowi próbują ukryć skalę strat poniesionych przez Rosję, szybko tworząc oddziały szturmowe składające się z nieprzeszkolonego personelu w celu odzyskania terytorium, ale wyższe rosyjskie dowództwo wojskowe jest teraz świadome sytuacji na miejscu.

Siły rosyjskie w dalszym ciągu przedkładają ataki mające na celu natarcie frontalnie na Pas Twierdzy od południa i okrążenie Pasa Twierdzy od południowego zachodu nad wysiłki mające na celu natarcie na miasta od wschodu, mimo że wysiłki wokół Łymania nie powiodły się. Rosyjskie dowództwo wojskowe może w dalszym ciągu internalizować utratę istotnej i taktycznej inicjatywy Łymania na tym obszarze lub może dążyć do przecięcia ukraińskich naziemnych linii komunikacyjnych (GLOC) z Pasem Twierdzy od zachodu. Rosyjskie dowództwo wojskowe prawdopodobnie będzie również dążyć do osiągnięcia efektów informacyjnych poprzez kontynuowanie rzekomych lub rzeczywistych postępów w obwodzie donieckim, co jest priorytetowym wysiłkiem Rosji, który Kreml może przedstawić jako zwycięstwa w kraju i za granicą. Trwająca kontrofensywa Ukrainy podważa jednak rosyjskie wysiłki w zakresie wojny poznawczej i prawdopodobnie będzie je kontynuować w miarę kontynuowania sił ukraińskich, a później ujawniania większej ilości informacji na temat operacji Vivaldi.


(...)

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow 15 września odstąpił od zaproponowanego przez USA i Ukrainę zawieszenia broni w zakresie infrastruktury energetycznej. Nazwał zaproponowane przez USA zawieszenie broni “bardzo dobrym pomysłem” i “dobrą inicjatywą”, ale zauważył, że zawieszenie broni energetycznej nie rozwiąże problemów światowego rynku energii i że Rosja potrzebuje, aby Zachód zniósł sankcje nałożone na Rosję, aby “nasycić” światowy rynek rosyjską energią.

(...)

Podoficer ukraińskiego batalionu działającego w kierunku Dobropillyi oświadczył 15 września, że siły rosyjskie rozmieszczają nowe jednostki i intensyfikują próby dotarcia do Dobropillyi w ciągu ostatnich kilku tygodni przed zmianami sezonowymi i utratą liści. Podoficer stwierdził, że siły rosyjskie coraz częściej wykorzystują różnego rodzaju drony uderzeniowe, usprawniają rozpoznanie i starają się zwiększyć głębokość uderzeń w tym rejonie. Podoficer zauważył, że rosyjskie drony światłowodowe nadal stanowią wyzwanie dla sił ukraińskich, gdyż jedynym skutecznym środkiem zaradczym jest rozmieszczenie mobilnych grup ogniowych na szlakach logistycznych. Podoficer stwierdził, że siły rosyjskie mogą próbować wykorzystać złą pogodę jako przykrywkę do przeniesienia dużej liczby personelu w kolumnach zmechanizowanych na kierunek Dobropillya, tak jak to miało miejsce wcześniej w kierunku Pokrowska przy użyciu mgły, ale stwierdził, że siły ukraińskie są w pełni przygotowane na ten scenariusz, jeśli Rosjanie się na to zdecydują. Podoficer stwierdził, że rosyjska zdolność do zorganizowania dużej liczby grup piechoty jest ograniczona, głównie ze względu na potrzebę wsparcia powietrznego, i oceniono, że rosyjskie ataki zmechanizowane na tym obszarze są obecnie mało prawdopodobne.


(...)

Siły ukraińskie utrzymują pozycje na północ od Biłohirii (na wschód od Orichowa) i w centrum Orichowa — na obszarach, na których źródła rosyjskie twierdziły wcześniej, że siły rosyjskie utrzymują pozycje — zgodnie z geolokalizowanym materiałem filmowym opublikowanym 13 i 14 września.

(...)

Rosyjski milbloger twierdził, że siły rosyjskie w dużej mierze kontrolują Orichów, konsolidują pozycje i prowadzą operacje oczyszczające w mieście. Siły rosyjskie przeprowadziły ograniczone misje infiltracyjne do Orichowa, ale ISW nie zaobserwowało żadnych dowodów pozwalających ocenić, czy siły rosyjskie skonsolidowały jakiekolwiek pozycje w mieście.


understandingwar.org


OpenAI obwieścił, że popiera ponadpartyjną propozycję ustawy Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych, która de facto zwiększy kontrolę nad działalnością całej branży. Chodzi o nałożenie na czołowe firmy zajmujące się AI obowiązku angażowania zewnętrznych ekspertów w celu zapewnienia bezpieczeństwa opracowywanych przez nie modeli.

Chris Lehane, dyrektor ds. spraw międzynarodowych w OpenAI, powiedział we wtorek dziennikarzom, że firma popiera kluczowy zapis ustawy FRONTIER, czyli projektu autorstwa przedstawicieli Izby Reprezentantów Jaya Obernolte'a (republikanina z Kalifornii) i Lori Trahan (demokratki z Massachusetts), który stworzyłby pierwsze federalne ramy dotyczące bezpieczeństwa sztucznej inteligencji.

Ustawa ta zmusiłaby między innymi czołowe laboratoria zajmujące się sztuczną inteligencją do dopuszczenia do swoich firm "niezależnych organizacji weryfikacyjnych" (IVO), aby upewnić się, że ich modele są opracowywane w bezpieczny sposób.

Podczas poniedziałkowego spotkania na Kapitolu Lehane powiedział, że spotkał się z jednym ze współautorów projektu ustawy i "szczegółowo omówił nasze stanowisko w sprawie niezależnych organizacji weryfikacyjnych oraz jasno dał do zrozumienia, że możemy to poprzeć".

— Myślę, że ważne było dla nich, aby to usłyszeć właśnie od nas, i chcieliśmy wyrazić to naprawdę jasno — dodał lobbysta OpenAI.

To pierwszy przypadek, kiedy OpenAI poparło konkretny federalny nakaz wymagający, by zewnętrzni eksperci ds. bezpieczeństwa weryfikowali działania czołowych firm opracowujących zaawansowaną sztuczną inteligencję.

Jednak firma — której lobbyści mają ogromne wpływy na Kapitolu i w stanowych organach ustawodawczych — od kilku dni ostrożnie zbliżała się do tej idei.

W zeszłym tygodniu OpenAI z opóźnieniem poparło kalifornijski projekt ustawy ustanawiający proces akredytacji i weryfikacji "niezależnych organizacji weryfikacyjnych" — ten techniczny termin obejmuje grupę podmiotów, głównie z obszaru Zatoki San Francisco, które prawdopodobnie zostałyby wykorzystane przez władze do oceny [działań] twórców sztucznej inteligencji. Firma ogłosiła swoje poparcie dla tego rozwiązania dokładnie w momencie, gdy demokratyczny gubernator Kalifornii Gavin Newsom podpisał ustawę.

Tego samego dnia Lehane opublikował wpis na blogu, w którym nazwał "niezależną weryfikację" kluczowym filarem "obowiązkowych krajowych wymogów dotyczących bezpieczeństwa sztucznej inteligencji", do których przyjęcia obecnie wzywa Kongres. W sobotę dyrektor generalny OpenAI, Sam Altman, zobowiązał się do dobrowolnego włączenia zewnętrznych oceniających do swojej firmy — była to odpowiedź na oświadczenie dyrektora generalnego Anthropic, Dario Amodeiego, który złożył podobną obietnicę kilka godzin wcześniej.

/Bańka pęka? - red./

onet.pl\Politico


Po zbombardowaniu w połowie lipca przez Arabię Saudyjską (KAS) lotniska w Sanie uśpiony przez ok. cztery lata konflikt zaczął nabierać intensywności. Na początku września br. przerodził się w regularne starcia Hutich ze wspieranymi przez Saudyjczyków siłami rządowymi Rady Przywództwa Prezydenckiego (PLC) oraz prorządowymi Narodowymi Siłami Oporu. 8 września Huti przeprowadzili ataki na cele w Arabii Saudyjskiej (m.in. na infrastrukturę energetyczną w regionie Dżazan, Absze i Nadżranie), a w ciągu kolejnych dni poczynili znaczące postępy terytorialne i przed 11 września przejęli kontrolę m.in. nad jemeńskim portem Mokka oraz wyspą Perim u wejścia do Bab al-Mandab. Tym samym poszerzyli możliwości kontrolowania i ewentualnego zablokowania cieśniny. W ataku Huti zastosowali nowe technologie – użyto modelu językowego Claude do zaprogramowywania trajektorii pocisków. Pojawiły się również doniesienia, że jedną z przyczyn błyskawicznej ofensywy na wybrzeżu Morza Czerwonego było przygotowanie deepfake’a ze spreparowanym głosem przywódcy Narodowych Sił Oporu, który miał nawoływać do odwrotu. 

Zaognienie konfliktu jest związane z przedłużającym się impasem negocjacyjnym między USA a Iranem i ma na celu wywarcie presji na Amerykanów. Huti, ugrupowanie klienckie Iranu, jest uzależnione od zasobów i doraźnych interesów swojego patrona, chociaż realizuje również własne cele związane z utrzymaniem i poszerzaniem kontrolowanego terytorium. Huti wykorzystali wewnętrzne osłabienie zwalczającej ich koalicji – w styczniu 2026 r. siły emirackie pod presją saudyjską wycofały się m.in. z wyspy Perim i z Mokki, pozostawiając margines bezpieczeństwa. Najnowsza eskalacja ma też na celu sprawdzenie przez Iran i jego sojuszników praktycznego działania paktu z Mekki. Jego członkowie – KAS, Turcja i Pakistan – deklarowali, że atak na jednego z nich będzie atakiem na wszystkich. Do tej pory ani Turcja, ani Pakistan nie zaangażowały się zbrojnie. Starają się one uniknąć uwikłania w potencjalnie długi konflikt i liczą, że nie dojdzie do rozlania się działań zbrojnych na terytoria saudyjskie, co – według oświadczenia pakistańskiego ministra obrony z 8 września – uruchomiłoby postanowienia o wspólnej obronie. Będzie do tego potrzebna wyraźna prośba KAS.

Eskalacja na południu Półwyspu jest niebezpieczna przede wszystkim dla KAS, które postrzega Hutich jako zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Państwo to stało się celem ataku dronowego, który 11 września rozlegle uszkodził rurociąg Petroline, najważniejszą alternatywę przesyłową dla cieśniny Ormuz. Drony miały zostać wysłane z Iraku. Brak wyraźnego wsparcia Turcji i Pakistanu – sojuszników z Mekki – sprawia, że siła oddziaływania nowej osi bezpieczeństwa regionalnego słabnie. Zaognienie konfliktu w Jemenie utrudni ponadto przełamanie impasu po drugiej stronie Półwyspu. Narażenie statków na ataki w Zatoce Adeńskiej i na Morzu Czerwonym podnosi koszty wojny USA i Izraela z Iranem dla państw regionu. Wzmacnia również przeświadczenie o nieefektywności Stanów Zjednoczonych jako głównego gwaranta bezpieczeństwa państw Rady Współpracy Państw Zatoki (GCC). Chociaż spodziewana jest kontrofensywa sił PLC wspierana przez saudyjskie bombardowania pozycji Hutich w głębi kontrolowanego przez nich terytorium, nie jest jasne, czy uda im się odbić utracone ziemie w ciągu najbliższych dni.

(...)

Z perspektywy europejskiej najistotniejszym – i najbardziej negatywnym – skutkiem zaostrzenia konfliktu w Jemenie jest zdolność Hutich do efektywnego zamknięcia cieśniny Bab al-Mandab. Akwen ten jest ważny z perspektywy światowego handlu, ponieważ jest częścią szlaku morskiego łączącego Azję z Europą poprzez Morze Czerwone i Kanał Sueski. Rejs alternatywną trasą, prowadzącą wokół kontynentu afrykańskiego, jest dłuższy nawet o dwa tygodnie, a przez to bardziej kosztowny. Wzrost ryzyka żeglugi krótszą trasą będzie miał więc negatywne konsekwencje gospodarcze. Ekspansja terytorialna z początku września w połączeniu z atakiem na Petroline wywołała z kolei wzrost cen ropy na światowych rynkach, co przyczyni się do dalszych podwyżek cen paliw i innych towarów. Niepokój inwestorów dodatkowo pogłębiło oświadczenie Omanu z 14 września, w którym ogłoszono odłożenie spotkania przedstawicieli państw GCC i Iranu w sprawie nowego modelu zarządzania cieśniną Ormuz, a także ataki na statki w tym regionie.

pism.pl