czwartek, 11 października 2018
Paradoksalnie, ludzie żyjący w średniowieczu byli bliżej osiągnięcia szczęśliwej bezczynności znanej z Krainy Obfitości niż my obecnie. Około roku 1300 kalendarz wypełniały dni wolne i święta. Juliet Schor, historyczka i ekonomistka z Harvardu, wyliczyła, że w tamtych czasach liczba dni wolnych od pracy stanowiła co najmniej jedną trzecią wszystkich dni w roku. W Hiszpanii udział ten wynosił zdumiewające 5 miesięcy, a we Francji niemal pół roku. Większość wieśniaków nie pracowała ciężej, niż to było potrzebne do życia. „Tempo życia było wolne – pisze Schor – nasi przodkowie nie byli być może bogaci, mieli za to mnóstwo czasu na wypoczynek”.
Gdzie więc podział się ten czas wolny?
Sprawa jest naprawdę bardzo prosta. Czas to pieniądz. Wzrost gospodarczy może przynieść albo większą ilość czasu wolnego, albo większą konsumpcję. W latach 1850–1980 rosło i jedno, i drugie, lecz później zwiększała się tylko konsumpcja. Nawet tam, gdzie dochody realne pozostały na tym samym poziomie i nierówności szybko narastały, konsumpcyjne szaleństwo nadal trwało, ale już na kredyt.
(...)
Na początku XX wieku Henry Ford przeprowadził serię eksperymentów, które wykazały, że robotnicy są najbardziej wydajni, gdy pracują 40 godzin w tygodniu. Dodatkowe 20 godzin pracy tygodniowo dawało korzyści przez 4 tygodnie, później zaś wydajność pracy spadała.
Inni posunęli się jeszcze dalej. Pierwszego grudnia 1930 roku, gdy wciąż szalał wielki kryzys, W. K. Kellogg, magnat zajmujący się produkcją płatków kukurydzianych, wprowadził w fabryce w Battle Creek w stanie Michigan sześciogodzinny dzień pracy. Był to świetny pomysł: dzięki temu Kellogg mógł zatrudnić dodatkowych 300 osób, a liczba wypadków przy pracy spadła o 41 procent. Ponadto pracownicy stali się znacznie bardziej wydajni. „Dla nas nie jest to kwestia czysto teoretyczna – z dumą opowiadał lokalnej gazecie Kellogg. – Jednostkowy koszt wytworzenia produktu tak się obniżył, że stać nas na płacenie za sześć godzin pracy tyle samo, co poprzednio płaciliśmy za osiem”.
(...)
Prawie pół wieku później brytyjski premier Edward Heath również odkrył zalety kapitalizmu płatków kukurydzianych, choć stało się to przypadkiem. Pod koniec 1973 roku miał on duże problemy: inflacja była rekordowo wysoka, wydatki rządu astronomicznie wysokie, a związki zawodowe wykluczały możliwość zawarcia jakiegokolwiek kompromisu. Jakby tego było mało, górnicy postanowili rozpocząć strajk. Z powodu częstych braków w dostawach energii Brytyjczycy przykręcili termostaty i założyli swoje najgrubsze swetry. Przyszedł grudzień i nawet bożonarodzeniowa choinka na Trafalgar Square nie została oświetlona.
Heath zdecydował się na radykalne kroki. Pierwszego stycznia 1974 roku zarządził trzydniowy tydzień pracy. Do czasu zażegnania kryzysu energetycznego pracownikom nie wolno było w pozostałe dni tygodnia korzystać z prądu. Magnaci stalowi spodziewali się, że produkcja przemysłowa spadnie aż o 50 procent. Ministrowie brytyjskiego rządu obawiali się gospodarczej katastrofy. Gdy w marcu 1974 roku przywrócono pięciotygodniowy dzień pracy, urzędnicy przystąpili do obliczania całkowitych strat produkcyjnych. Widząc rezultat, nie mogli uwierzyć własnym oczom: w sumie wyniosły one 6 procent.
krytykapolityczna.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)