piątek, 19 lipca 2019


Wysiadamy w Moście. To kilkudziesięciotysięczne miasto, które słynie z tego, że w latach sześćdziesiątych zburzono w nim starówkę, aby rozszerzyć działalność kopalni węgla brunatnego. Oraz z licznej społeczności romskiej, z powodu której o Moście zrobiło się w tym roku głośno. Kandydaci w październikowych wyborach samorządowych prześcigali się bowiem w pomysłach na rozwiązanie jej problemu.

Komitet Mostowianie dla Mostu proponował z plakatów wyborczych budowę „wiosek dla hołoty” i wygnanie tejże z miasta. Ugrupowanie Otwarty Ratusz – Most poszło dalej, ogłaszając na swoim fanpage’u, że „środki deratyzacyjne to za mało na te szkodniki” – dostali zaledwie parę procent, ale już „Mostowianie” zajęli trzecie miejsce i zachęcili mainstreamowe partie do podobnych, choć bardziej eufemistycznie sformułowanych postulatów.

(...)

Przemysł ciężki – górniczy i chemiczny – od lat dewastuje środowisko naturalne okolicy, ale daje pracę. Po transformacji coraz mniej stabilną i coraz mniejszej ilości osób (również z powodu ekologicznych limitów wydobycia), ale alternatywy nie widać. Siła nabywcza regionu należy do najniższych w całych Czechach, do najwyższych za to wskaźniki bezrobocia, komornika na karku, a nawet wykonywanych aborcji.

(...)

– Bezrobocie w górniczych regionach Czech spadło, ludzie nie żyją w nędzy, nie umierają z głodu, nie są bezdomni – dodaje Jaroslav Fiala politolog i redaktor naczelny magazynu „Alarm”– ale pracują od rana do nocy, są niepewni swojego zatrudnienia i ciężko związać im koniec z końcem. To klasyczny przykład biednych pracujących.

Jest jedna sprawa, która się wielu mieszkańcom bardzo nie podoba: Romowie.

Nie chcą robić, dużo ćpają, wykorzystują państwo – narzekają Mostowianie – współlokatorzy, współobywatele, nieprzystosowani, politycy boją się zajrzeć tam, gdzie oni mieszkają.

krytykapolityczna.pl

Szpitali nigdy wprost nie zmuszono do outsourcingu. „Uznać jednak należy – czytamy w raporcie – że decyzje te zostały wymuszone pośrednio przez wprowadzone regulacje prawne. Zmieniając sposób zarządzania i finansowania szpitali doprowadziły one do głębokiego kryzysu finansowego placówek, które zwróciły się w kierunku działań oszczędnościowych na pracownikach najniższych szczebli.”

Outsourcing w usługach publicznych jest pozostałością po czasach, gdy wierzono, że wolna konkurencja sama z siebie podniesie wydajność i jakość. Z jednej bowiem strony pozwala on danej placówce na zmniejszenie kosztów stałych. Personel sprzątający i dostarczający jedzenie nie jest zatrudniany bezpośrednio przez szpital, a dostarczanie usługi z zewnątrz zwalnia jednostkę z obowiązku utrzymywania kuchni i pralni o odpowiednich standardach.

Z drugiej, ma on służyć podniesieniu jakości usług. Pomysł jest prosty: skoro wiele podmiotów ma konkurować w jednym przetargu, to będą chciały dostarczyć usługi o najwyższej jakości po najniższej możliwej cenie, bo jakikolwiek fakap spowoduje utratę zaufania u zamawiającego.

(...)

To nie zły charakter dyrektorów i organów prowadzących szpitali doprowadził do wypchnięcia personelu niemedycznego do firm zewnętrznych, ale wpisane w regulacje prawne zachęty i ograniczenia. Problem jest systemowy, co pokazały oba raporty. Nigdy dość powtarzania w tym kontekście rzeczy oczywistej: wtedy, kiedy jedynym efektywnym kryterium oceny oferty jest cena, wykonawcy, by mieć szanse w przetargu, oszczędzają na jakości usług i zatrudnienia swoich pracowników.

Skutki tego rodzaju praktyk nietrudno sobie wyobrazić. Dostarczane do szpitali jedzenie było bardzo niskiej jakości i nie przychodziło na czas, podobnie jak czysta bielizna dla pacjentów czy fartuchy dla lekarzy. Pracownice sprzątające mówiły również, że często brakowało odpowiednich środków czystości: papieru toaletowego czy nakładek na mopy.

(...)

Co więcej, z kolein outsourcingu niełatwo się wydostać. Przejście na dostarczanie usług niemedycznych przez firmy zewnętrzne wiąże się z likwidacją infrastruktury koniecznej do ich dostarczania na miejscu: zamknięciem kuchni, pralni czy redukcją przestrzeni, w których trzyma się środki czystości. Taką odpowiadającą standardom infrastrukturę niełatwo odbudować, zwłaszcza jeśli podstawowym motywem do jej likwidacji były oszczędności. Nie dziwi zatem fakt, że choć robiono wyceny kosztów i strat przejścia na outsourcing, to w zasadzie nigdy nie wykonano bilansu dla kontynuowania korzystania z firm zewnętrznych.

Pracownicy firm sprzątających, ochroniarskich i dostarczających wyżywienie w badanych placówkach pracowali na umowach cywilnoprawnych, które pozwalały na omijanie przepisów dotyczących (i tak oburzająco niskiej) płacy minimalnej oraz uprawnień do płatnych zwolnień lekarskich czy płatnych urlopów. Jak dobitnie stwierdza autorka: „Instytucje państwowe godziły się zatem z tym, że w firmach zewnętrznych warunki płacowe pracowników będą radykalnie gorsze, niż w przypadku zatrudnienia przez szpital.” Wyjątkiem były osoby z orzeczeniem o niepełnosprawności, dzięki którym firmy zatrudniające otrzymywały dopłaty z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

krytykapolityczna.pl

Jak wspominają autorki, jesienią 1977 roku Komitet Obrony Robotników przekształcił się w Komitet Samoobrony Społecznej „KOR”, który spotykał się co miesiąc w mieszkaniu profesora Edwarda Lipińskiego. W spotkaniach tych brali udział młodzi opozycjoniści, do których zaliczali się wówczas Jacek Kuroń czy Adam Michnik, ale także autorytety należące do starszej generacji, której przedstawiciele pamiętali jeszcze czasy II RP, czyli tak zwani Starsi Państwo.

Podczas obrad, relacjonują autorki, „spierano się o różne sprawy, ale nic bodaj nie wzbudziło takiej emocji Starszych Państwa, jak projekt oświadczenia na sześćdziesiątą rocznicę odzyskania niepodległości”. Wysunęli oni propozycję, by rocznicę „uczcić nie zdawkowym, rytualnym oświadczeniem KOR, tylko obszerną oceną całego dwudziestolecia międzywojennego”. Odpowiedni tekst opracowali Jan Józef Lipski, Adam Michnik oraz Jerzy Ficowski.

Michnik mówił potem, że „tekst był napisany oczywiście z wielką aprobatą, respektem, szacunkiem dla dokonań II RP, ale też bardzo krytycznie. Przedstawiliśmy go i rozpętało się piekło”. Kuroń twierdził z kolei, że uczestnicy dyskusji podzielili się „nie według opcji: prawica – lewica, ale idealnie wiekowo, według pokoleń. Cała młoda część KOR, od prawa do lewa, uważała projekt za dobry”. Jak wyjaśniał Kuroń: „oddając cześć wielkiemu dziełu Dwudziestolecia, chcieliśmy też wspomnieć o Berezie Kartuskiej, zamachu majowym, prześladowaniu mniejszości narodowych”, jednak „wszyscy, ale to wszyscy Starsi Państwo zakrzyknęli zgodnym chórem: «Świętości nie szargać!»”.

Dlaczego tak się stało? Oto wyjaśnienie Kuronia: „Myślę, że taki stosunek Starszych Państwa do sprawy był podyktowany głównie tym, że szło o ich młodość, ich dzieło, a oświadczenie składali tak naprawdę nie społeczeństwu, ale władzom, które ich dzieło opluwały”. Sam Kuroń był zdania, że oświadczenie wydane przez KOR powinno być skierowane do społeczeństwa, a nie do władz i chciał do tego przekonać Starszych Państwa. Jak piszą autorki „Jacka”, chodziło o to, „żeby podjąć najlepsze tradycje tamtej Rzeczypospolitej, dokonać wyboru, co trzeba powielać, a co zmienić”. Kuroń uważał, że Starsi Państwo „nie muszą przed nikim bronić II RP”, za to „mają obowiązek bycia krytyczni wobec samych siebie”.

(...)

Łuczywo i Bikont relacjonują, że w 1977 roku negocjacje nie były łatwe: „Był taki moment, kiedy wyglądało, że strony się nie dogadają i trzeba będzie w ogóle zrezygnować z oświadczenia – wspominał Kuroń. – Gdy to jednak zaproponował, Starsi Państwo zaprotestowali. Wspólne redagowanie uznali za lekcję trudnego kompromisu. W ferworze dyskusji Adam Michnik zwrócił się do profesora Lipińskiego: «Skoro tak było świetnie, to po co pan profesor tę Ligę Obrony Praw Człowieka i Obywatela zakładał?». «Bo byłem głupi» – odpowiedział profesor”.

kulturaliberalna.pl

W jednym amerykański model bez wątpienia sprawdza się znakomicie – chodzi o tworzenie PKB. Z punktu widzenia PKB wytwarzanego na głowę mieszkańca USA są jednym ze zdecydowanie najzamożniejszych krajów świata. Gdybyśmy zapytali przypadkowego przechodnia o poziom PKB per capita w USA i np. we Francji, Niemczech czy Szwecji, to zapewne stwierdziłby, że jest porównywalny. Prawda jest jednak taka, że USA biją na głowę pod tym względem wszystkie kraje UE – poza Irlandią, ale mierzenie PKB w tym raju podatkowym mija się z celem. Zresztą PKB Irlandii sztucznie pompują też głównie korporacje amerykańskie – Google czy Apple. PKB na głowę w USA w 2016 r. wynosiło 58 tys. dolarów, tymczasem w Niemczech i Szwecji 49 tys. dol., w Wielkiej Brytanii 43 tys. dol., a we Francji 41 tys. W Polsce w tym czasie wyniosło 27 tys. dol. – oczywiście wszystkie te dane uwzględniają parytet siły nabywczej.

Jest to jednak marnym pocieszeniem dla milionów Amerykanów żyjących w biedzie. Zasięg biedy w USA porównywalny jest z krajami Ameryki Południowej, a nie z zamożnymi krajami Europy Zachodniej. Poniżej granicy ubóstwa w USA w 2016 r. żyło 18 proc. społeczeństwa, tymczasem w Wielkiej Brytanii 12 proc., w Niemczech jedynie 10 proc., w Szwecji 9 proc., a we Francji tylko 8. W niezamożnej Polsce poniżej progu ubóstwa w 2016 r. żyło 11 proc. obywateli. Oczywiście bieda jest względna – ubogi z USA ma więcej pieniędzy, niż ubogi z Polski. Tylko że bieda powoduje też wykluczenie społeczne. Milionów biednych Amerykanów średnio obchodzi, że mają więcej pieniędzy niż biedni Polacy – oni porównują się do swoich rodaków. I na własnej skórze odczuwają fakt, że przeróżne atrakcje oferowane przez amerykański model są poza ich zasięgiem – i będą takie zapewne do końca życia. Co jest tym bardziej bolesne w kraju tak nastawionym na prestiż i osobisty sukces, jak USA.

W USA nie tylko jest mnóstwo osób biednych – ubodzy w USA tracą też zdecydowanie więcej do nieubogich rodaków, niż ubodzy w większości krajów Europy. Wyrażane jest to w tak zwanym wskaźniku luki dochodowej. Przeciętne gospodarstwo domowe w USA żyjące poniżej granicy ubóstwa ma wydatki niższe od granicy ubóstwa aż o 40 proc. Tylko dwa kraje wykazywane przez OECD wyprzedzają USA pod tym względem – RPA oraz Włochy, których gospodarka przechodzi od co najmniej dekady poważne kłopoty (co ciekawe, gospodarka USA podobno ma się świetnie). W Wielkiej Brytanii luka dochodowa wynosi 36 proc., w Polsce 29 proc., w Niemczech 26 proc., we Francji 24 proc., a w Szwecji jedynie 23 proc. Inaczej mówiąc, ubodzy w Niemczech, Francji czy Szwecji żyją zaraz pod kreską, a tych z USA do pokonania granicy ubóstwa czeka długa droga.

Przy tak dużym zasięgu ubóstwa i dalekim dystansie, który dzieli ubogich w USA od reszty rodaków, w oczywisty sposób musi rosnąć łamanie prawa. W końcu działalność na czarnym rynku zaczyna się nie dlatego, że się wyssało mordercze instynkty z mlekiem matki, lecz dlatego, że nie widzi się szans na dorobienie się w legalny sposób. Ubogich w USA jest mnóstwo, ich dystans do reszty społeczeństwa jest bardzo odległy, więc i skłonność do chwytania się nielegalnych zajęć większa. Pod względem wskaźnika morderstw (liczba przypadków na 100 tys. mieszkańców) USA są wyprzedzane jedynie przez Łotwę, RPA, Rosję, Meksyk i Brazylię (spośród krajów wykazanych przez OECD). Wskaźnik zabójstw w USA to 4,9, tymczasem w Polsce 0,8, w podobno „terroryzowanej przez islamistów” Francji 0,6, w Szwecji, która ponoć „ma zaraz upaść” równe 1, w Niemczech 0,4, a w Wielkiej Brytanii 0,2. Poza krajami bałtyckimi, w żadnym kraju UE wskaźnik zabójstw nie jest wyższy od 2.

Jak sobie radzą Stany Zjednoczone z plagą przestępczości? Najprościej – masowo wsadzają ludzi do więzień. To w końcu prostsza metoda, niż żmudne reformowanie modelu ekonomiczno-społecznego. Wskaźnik inkarceracji to liczba osób w więzieniu na 100 tys. mieszkańców. Pod tym względem USA biją już na głowę wszystkich w OECD. Amerykański wskaźnik inkarceracji wynosi 655, a w drugiej pod tym względem Turcji – 287. W Polsce 199, w Wielkiej Brytanii 141, we Francji 102, w Niemczech tylko 78, a w Szwecji zaledwie 57.

W kraju, w którym brak powszechnej opieki zdrowotnej, miliony obywateli nie mają ubezpieczenia zdrowotnego, a usługi zdrowotne są piekielnie drogie, musi fatalnie wyglądać ogólny poziom zdrowia obywateli. Dwa najważniejsze wskaźniki badania poziomu zdrowia w społeczeństwie to przeciętna długość życia oraz umieralność niemowląt. Pod względem długości życia USA przypominają kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Średnia długość życia w USA to niecałe 79 lat, czyli dokładnie pół roku więcej niż w dużo mniej zamożnej Polsce i pół roku mniej niż w Czechach. W Niemczech i Wielkiej Brytanii długość życia to 81 lat, a we Francji i Szwecji ponad 82 lata. W Stanach Zjednoczonych umiera 6 niemowląt na tysiąc urodzeń żywych, czyli dokładnie tyle, ile w Rosji. W Polsce i Francji umierają 4 niemowlęta na tysiąc urodzeń żywych, a w Niemczech ponad 3. W Szwecji notuje się tylko 2,5 zgony noworodków na tysiąc urodzeń.

USA trapią też przeróżne problemy społeczne. Jednym z nich jest chociażby epidemia otyłości. Jak wiadomo, współcześnie na otyłość cierpią głównie ubodzy, a nie bogaci. Zamożni mogą zadbać o podniebienie i apetyt, a zarazem nie przytyć, dzięki zdrowemu i niskokalorycznemu pożywieniu. Mają też czas i pieniądze na regularne treningi oraz trenerów personalnych czy dietetyków. Ubodzy muszą się żywić jedzeniem niskiej jakości, które zwykle obfituje w tłuszcze nienasycone oraz węglowodany, za to ma niewiele białka. Prowadzą często nieregularny tryb życia, od fuchy do fuchy, co zniechęca do regularnego dbania o siebie. Oczywiście w USA otyłość nie wynika jedynie z zasięgu ubóstwa, ale przede wszystkim z amerykańskiego stylu życia, opierającego się o przesadną konsumpcję, co jest zresztą typowe dla krajów z wysokimi nierównościami, w których konsumpcja to element prestiżu oraz tłumienia stresu. Na nadwagę lub otyłość cierpi aż 71 proc. Amerykanów. Więcej jest jedynie w Meksyku i Chile. W Europie takich osób jest wyraźnie mniej – na nadwagę cierpi 53 proc. Polaków, 51 proc. Niemców, 49 proc. Szwedów i 46 proc. Francuzów.

nowyobywatel.pl

"Prawdziwą władzę daje - nie chce nawet wymieniać tego słowa - strach" - powiedział Trump pod koniec marca 2016 r., gdy rywalizował jeszcze m.in. z Hillary Clinton o urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. To ta wypowiedź dała tytuł całej książce, którą otwiera kontrowersyjna sprawa wypowiedzenia układu USA z Koreą Południową - układu będącego podstawą ich wzajemnych stosunków gospodarczych (umowa KORUS), ale także sojuszu wojskowego.

Rakieta z Korei Północnej, która obecnie - jak przypomina Woodward - może przenieść broń jądrową, jest w stanie dolecieć do Los Angeles w 38 minut. Wykrycie takiego pocisku jest możliwe już po 7 sekundach od jego wystrzelenia, ale tylko dzięki współpracy wojskowej z Koreą Południową. Bez tego Amerykanie mają do dyspozycji jedynie radary na Alasce, które wykryją rakietę dopiero po 15 minutach. Różnica między 7 sekundami a 15 minutami - jak zauważa Woodward - jest olbrzymia, a to na rzecz tej różnicy, a tym samym przeciwko bezpieczeństwu USA, działał Trump.

"Problem ten nie pojawiłby się, gdyby nie wściekłość Trumpa wywołana informacją, że Stany Zjednoczone notują ujemny bilans handlowy z Koreą Południową (różnica wynosiła 18 miliardów dolców co roku), a do tego przeznaczają 3,5 miliarda dolarów rocznie na utrzymanie swoich żołnierzy na terytorium sojusznika (...). Opinia publiczna nie orientowała się w powadze sytuacji. Trump wydawał się nieobliczalny: ciągle lawirował i rzadko prezentował stałe poglądy. Kiedy wpadał w kiepski nastrój, potrafił się wściec z dowolnego powodu - ważnego lub błahego. Podejmował wówczas decyzje takie jak w kwestii umowy KORUS: +Dzisiaj się z niej wycofujemy+" - pisze Woodward.

Ostatecznie do tego nie doszło, ale nie dzięki refleksji samego Trumpa, lecz - jak przedstawia to Woodward - dzięki urzędnikom w Białym Domu, którzy ukrywali przed prezydentem dokumenty. "Był to ni mniej, ni więcej, tylko administracyjny zamach stanu podważający wolę prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego konstytucyjną władzę" - napisał dziennikarz, który opisał działania administracji Trumpa, w tym Gary'ego Cohna - byłego prezesa banku Goldman Sachs, a we wrześniu 2017 r. głównego doradcy gospodarczego. Według Cohna, wypowiedzenie umowy KORUS byłoby katastrofalne dla bezpieczeństwa Amerykanów.

forsal.pl

Jakub Bodziony: Ameryka prezydenta Trumpa dalej jest gwarantem polskiego bezpieczeństwa?    

Jacek Bartosiak: Na to pytanie nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. To zostanie sprawdzone podczas konfliktu lub realnego zagrożenia. Jeśli ktoś w ogóle miałby szanse przyjść nam z pomocą, to przecież tylko Amerykanie. Ale czy na pewno to zrobią? Nie wiadomo.

Mimo wszystko retoryka prezydenta Trumpa uderza w wiarygodność Sojuszu.

To nie jest ważne. NATO nie istnieje, a bez Ameryki Sojusz nie ma znaczenia. To Stany Zjednoczone dysponują siłą, która decyduje o polityce. Rosjanie w ogóle nie przejmowaliby się NATO gdyby nie było tam Amerykanów. Państwa Zachodniej Europy nie dysponują odpowiednimi siłami.

To pokazały próby zachodnich interwencji poza granicami Europy – w Libii czy Syrii.

Dlatego liczą się tylko Amerykanie, którzy mają co raz mniej pieniędzy. Do tego dochodzą ich problemy na zachodnim Pacyfiku, na Bliskim Wschodzie i Rosja, której potrzebują w rozgrywce z Chinami i Iranem. Amerykańskie wojska są rozproszone i rozsiane po całym globie – nie jest ich na tyle dużo, aby jednocześnie pomóc w konflikcie czarnomorskim, na Bliskim Wschodzie i wschodniej flance NATO. Dlatego Trump jest wściekły – i swoją złość kieruje na Europę Zachodnią.

Mówił pan, że w Białym Domu zawsze będzie istnieć możliwość resetu w stosunkach z Rosją. Czy dojdzie do niego w wyniku ostatniego spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w Helsinkach?

Wydaję mi się, że nie. Stany Zjednoczone myślą, że Europa po krytyce zmieni nastawienie, a Chiny poprzez wojnę handlową zostaną zmuszone do uległości. Kraje Pacyfiku Biały Dom będzie przekonywać do swojego planu za pomocą dwustronnych traktatów handlowych. Natomiast osłabionych sankcjami Rosjan również próbują do siebie przekonać. Dlatego myślą, że dadzą radę.

Trump spotkał się z Putinem, żeby dać Europie i Chinom do zrozumienia, że może zagrać w grę na równowagę – w znanym nam z Wielkiej Brytanii stylu „dziel i rządź”.

To zwiastuje powrót do dziewiętnastowiecznego stylu polityki międzynarodowej, który dla Polski nie skończył się dobrze.

Styl ten jest podstawowym systemem historycznym. Nie było tak w czasie Imperium Rzymskiego, kiedy ówczesny hegemon miał maksymę: „spokój w granicach limes”. Podobnie było po 1989 roku, bo Amerykanie dominowali na całym świecie.

Konstruktywistyczny ład światowy był oparty na jednym hegemonie, który na konferencji w Bretton Woods ustanowił prymat dolara i Bank Światowy. To jedno państwo regulowało ONZ i inne systemy, mając przy tym normatywne struktury. Czasami na peryferiach wybuchały pomniejsze konflikty i Amerykanie zbrojnie interweniowali w celu zapewnienia trwałość systemu. Mieli taką przewagę, że nikt nie był w stanie realnie im się przeciwstawić i budować koalicji balansujących. Ogół korzystał na tym, że USA ułożyło system, w którym każdy mógł mieć dostęp do globalnego rynku. Po 1991 roku Amerykanie wpuszczali do niego kolejne państwa. Ale ten czas już minął. Polacy po dołączeniu do zachodnich struktur politycznych i militarnych żyli uśpieni złotym czasem pauzy geopolitycznej.

Jak to się stało, że system zaprojektowany przez USA przestał im służyć?

Amerykanie przeoczyli Chiny, które rozegrały świetną partię – i w ten sposób są na drodze do światowej dominacji gospodarczej. System stworzony przez Stany Zjednoczone chwieje się w posadach, ale to nie jest sprawa, która może zakończyć się z dnia na dzień.

Chiny, dzięki swojej sile ekonomicznej, są pierwszym państwem, które rzuci realne wyzwanie USA?

Chiny już teraz są znacznie silniejsze niż kaiserowskie Niemcy czy Rosja radziecka. Amerykanie to przespali, ponieważ byli zaangażowani w peryferyjny konflikt na Bliskim Wschodzie. Zaczęli się budzić, zaproponowali pivot na Pacyfiku i myśleli, że to wystarczy.

W odpowiedzi na amerykański zwrot Chińczycy ogłosili projekt Nowego Jedwabnego Szlaku.

I wtedy zrobiło się poważnie. Okazało się, że Pekin pozyskuje co raz więcej partnerów handlowych. Chińczycy dołączyli do morskiego systemu wymiany handlowej i stali się jego głównym elementem. Wśród chińskich decydentów pojawiły się ambicję, by ustalać reguły gry, co jest możliwe ze względu na ogromny kapitał finansowy, jakim dysponują.

kulturaliberalna.pl

Dlaczego KNF objęła dopiero w październiku 2012 roku swoim nadzorem SKOK-i? Posłowie z zespołu śledczego odpowiadają krótko: bo posłowie PiS bronili Kas przed nadzorem Komisji. I wskazują: w 2006 roku rządzi PiS w koalicji z LPR i Samoobroną, premierem jest Jarosław Kaczyński. Większość sejmowa wprowadza ustawę o nadzorze finansowym i powołuje Komisję Nadzoru Finansowego. Poprawka opozycyjnej PO o objęciu nadzorem także SKOK-ów zostaje odrzucona przez koalicję rządzącą.

- Sektor SKOK-ów z małych kas, które bazowały na więzi członkowskiej, nagle rozrósł się do takich rozmiarów, że miał do 2 mln członków, a środki zdeponowane sięgały kilkunastu miliardów złotych. - To nie było bezpieczne i dlatego chcieliśmy objąć SKOK-i nadzorem - tłumaczy przewodnicząca zespołu.

W roku 2009, gdy rządzi już koalicja PO-PSL, do Sejmu trafia projekt obejmujący nadzorem SKOK-i. Jednak po jej uchwaleniu, 30 listopada 2009 roku, ówczesny prezydent Lech Kaczyński nie podpisuje ustawy i odsyła ją do Trybunału Konstytucyjnego. Wniosek Pałacu Prezydenckiego przygotowuje Andrzej Duda, podsekretarz stanu.

- To spowodowało, że SKOK-i pozostały poza nadzorem przez jeszcze 3 lata - dodaje Izabela Leszczyna.

To wtedy, zdaniem posłów Platformy, wokół SKOK-ów powstaje wiele spółek outsourcingowych, do których wyprowadzane są działania, łącznie z analizą ryzyka kredytowego. Te spółki łączy osoba senatora Grzegorza Biereckiego, który często jest w nich członkiem zarządu. Te dane były ogólnie dostępne na stronach KNF, choć za czasów Marka Chrzanowskiego w KNF zostały usunięte.

Dopiero interpelacja posłanki Leszczyny spowodowała, że dane wróciły na stronę.

- Te spółki wysysały pieniądze z Kas. Koszty działalności bieżącej coraz częściej przewyższają przychody z Kas. Taką sytuację zastała KNF, przejmując nadzór nad SKOK-ami - tłumaczy Leszczyna.

Mimo prężnie rozwijającego się systemu Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, myli się ten, kto uważa, że podatki z nich wpływały do polskiego budżetu. - W 2007 roku powstaje spółka SKOK Holding w Luksemburgu, założona przez Grzegorza Biereckiego. Spółka ta nadzoruje kilkanaście spółek wokół SKOK-ów. Szeroki strumień kasy płynie do Luksemburga - tłumaczy przewodnicząca zespołu ds. SKOK.

W październiku 2012 roku SKOK-i zostają objęte nadzorem KNF. Wówczas okazuje się, że w SKOK Wołomin istnieje protokół z lustracji z 9 sierpnia 2009 roku, z którego wynika, że Kasa Krajowa o nieprawidłowościach w Wołominie wiedziała już w 2008 roku - twierdzą posłowie opozycji.

18 marca KNF rozpoczyna postępowanie mające na celu ustanowić zarząd komisaryczny w SKOK Wołomin.

Jak mówią posłowie badający aferę SKOK, dwuznaczną rolę odegrała Kasa Krajowa SKOK. Nie tylko przymykała oko na wieloletnie nieprawidłowości, forsowała też Mariusza G., szefa SKOK Wołomin, na prezesa zarządu i to już przy sprzeciwie KNF - 6 sierpnia 2014 r., po tym jak KNF zawiadamia prokuraturę, a pan Wojciech Kwaśniak zostaje pobity i wszyscy wiedzą, że w SKOK Wołomin dzieją się rzeczy straszne, KNF odmawia zatwierdzenia Mariusza G. na stanowisko prezesa zarządu SKOK Wołomin, Kasa Krajowa zgłasza wówczas protest - tłumaczy Izabela Leszczyna.

Mariusz G. to bliski współpracownik Grzegorza Biereckiego. Odszedł z Kasy Krajowej dopiero razem z Biereckim w 2012 roku. Wcześniej w 2011 roku sektor SKOK-ów nagrodził go Feniksem jako najlepszego menedżera w systemie SKOK.

wiadomo.co

Czy z brexitu płyną wnioski dla Polski? Zdecydowanie tak. I nie chodzi o proste stwierdzenie, że z Unii Europejskiej niełatwo się wychodzi. Brexit to przede wszystkim zderzenie rojeń o wielkości państwa z twardą rzeczywistością. Brytyjczycy – a zwłaszcza zwolennicy brexitu – szli do referendum przekonani o sile swojego kraju, o odpowiedzialności rządu i kompetencjach urzędników, a wreszcie o międzynarodowej atrakcyjności marki „Zjednoczone Królestwo”.

Słabość Brytyjczyków w negocjacjach przywodzi na myśl tragifarsę. Przede wszystkim brexit pokazał Brytyjczykom, że nie są tym, kim myśleli, że są. Co ciekawe, to samo dotyczy Unii Europejskiej. Rzekomo „ciapowata”, zbiurokratyzowana i niesprawna – w rozmowach okazała się twardym partnerem. Wyspiarze nie są w stanie niczego jej narzucić. I jeszcze za twardy brexit mogą zapłacić rozpadem Zjednoczonego Królestwa.

„Po raz pierwszy w nowożytnej historii Brytania jest mała”, pisze jeden z felietonistów serwisu Politico. Wielka Brytania nie wie, jaką tak naprawdę siłą dysponuje, nie wie, jak działa Unia, a w związku z tym sprawia wrażenie „niezdarnej i bezczelnej”. Dokładnie taką samą diagnozę znajdziemy w brytyjskim tygodniku „The Economist”. Obecny autor rubryki o brytyjskiej polityce Adrian Wooldridge pisze, że na całym świecie wizerunek Brytyjczyków – jako narodu pragmatyków, konserwatywnych i rozsądnych, a jednocześnie otwartych na świat – zaczyna się walić. Prawdziwym zmartwieniem nie jest jednak to, że ów wizerunek się zmienia, pisze Wooldridge, ale że „to bardziej ponure spojrzenie na Brytanię jest bardziej realistyczne niż to poprzednie”.

W rozmowie z Łukaszem Pawłowskim i Tomaszem Sawczukiem Wooldridge przyznaje, że ostatne dwa lata wysadziły z hukiem wszystkie potoczne przekonania na temat brytyjskiego systemu politycznego i klasy politycznej. „Każdy dzień przynosi zdarzenia absolutnie wyjątkowe. Jeśli danego dnia nie stanie się coś wyjątkowego, już samo to czyni ten dzień wyjątkowym”. A on – jeszcze niedawno uznający ideę powtórnego referendum za absurdalną – dziś uważa, że to najlepsza z katalogu złych opcji, jakie ma do wyboru brytyjski rząd!

Zwyczajne wycofanie wniosku o wyjście, do czego – jak stwierdził ostatnio Trybunał Sprawiedliwości UE – Wielka Brytania ma prawo, zaaprobowanie warunków wyjścia, jakie wynegocjowała premier Theresa May lub wyjście bez żadnych ustaleń (tak zwany no–deal Brexit). Ta ostatnia budzi entuzjazm najtwardszych zwolenników brexitu i przerażenie większości innych komentatorów, bo może mieć katastrofalne skutki dla brytyjskiej gospodarki ściśle związanej z gospodarkami państw Unii.

kulturaliberalna.pl

Epoka maltuzjańska w gospodarce trwała mniej więcej do początku rewolucji przemysłowej. Od początku historii aż do tego momentu światowy dobrobyt w zasadzie nie postępował. Jakikolwiek wzrost gospodarczy pociągał za sobą jedynie wzrost liczby ludności, a nie wzrost poziomu życia.

Innymi słowy PKB na głowę w zasadzie stało w miejscu przez tysiące lat – chłop w XVII-wiecznej Francji żył na podobnym poziomie, co chłop w starożytnej Babilonii. W tamtych czasach niezbędna była więc walka o ograniczone zasoby, a polityka międzynarodowa była grą o sumie zerowej – nasze zyski musiały oznaczać czyjeś straty. Racjonalne było więc rozszerzanie strefy wpływów po to, by zwiększać domenę, z której czerpie się zyski. Dążenia władców tamtego okresu do uzyskania kontroli nad nowymi zasobami i terytoriami można więc uznać za racjonalne – po prostu nie było innej możliwości bogacenia się.

Obecnie żyjemy w epoce postmaltuzjańskiej, w której następuje szybki wzrost PKB na głowę połączony z wzrostem liczby ludności. To epoka oparta na fundamentach zupełnie różnych od poprzedniej. Obecnie polityka międzynarodowa spokojnie może przyjmować rezultat win-win – żeby się wzbogacić, nie trzeba najeżdżać sąsiada, a w zasadzie to przeszkadza nawet w rozwoju, czego przykładem jest Rosja. Państwa potrafią też generować olbrzymią wartość dodaną nie kontrolując zasobów naturalnych, czego przykładów jest mnóstwo: Izrael, Korea Południowa, Finlandia, Tajwan i tak dalej. Politycy nie są już zakładnikami uwarunkowań geograficznych, jak próbują nam wmówić geopolitycy.

(...)

Skoro czynniki geograficzne są kluczowe dla powodzenia i historii państw, to dlaczego Korea Południowa jest bogatym eksporterem technologii, zaś Północna biednym barakiem wojskowym? Dlaczego Kostaryka jest średnio zamożną demokracją, a położona obok Nikaragua ubogą despotią?

krytykapolityczna.pl