piątek, 21 lutego 2025



Były polski sędzia Tomasz Szmydt wraz ze zbiegłym na Białoruś przed prawem i pożyczkodawcami spolonizowanym Włochem Davidem Carbonarem (o którym pisaliśmy), przeprowadzili na antenie Międzynarodowego Radia Białoruś wywiad z kontrowersyjnym byłym duchownym Jackiem Międlarem. Autor m.in. książki “Polska w cieniu Żydostwa” stawał wielokrotnie przed sądem za słowne ataki na Żydów i homoseksualistów. 

Od dłuższego czasu - akurat wtedy, gdy Ukraina mierzy się z rosyjską agresją - były ksiądz poświęca swój czas na studiowanie rzezi wołyńskiej i kwestii “banderyzmu” na Ukrainie. 

Nie wchodząc w szczegóły, bo Międlar sypie nimi jak z rękawa, najciekawsza wydaje się tu jego teza, że ukraiński “banderyzm” jest pielęgnowany przez “Anglosasów”, którzy chcą go wykorzystać do zwalczania Rosji. “Anglosasi” to określenie używane na masową skalę przez kremlowską propagandę i wcale nie dziwi, że Szmydt szczegółowo dopytywał o ten wątek.

Ku zadowoleniu prowadzących Międlar sprowadzał całą historię polsko-ukraińskich relacji do zbrodni popełnianych przez Ukraińców na Polakach. I wyrażał przekonanie, że w rzeczywistości ten zbrodniczy charakter i nienawiść do Polaków są wśród nich zakorzenione. Mówił to w kontekście obecności w Polsce milionów Ukraińców, którzy mają sprowadzić nieszczęście na nasz kraj.

Na koniec Międlar został zapytany przez Szmydta o zatrzymanie go ABW w grudniu 2019 roku. Negatywnie wypowiadał się w tym kontekście o ówczesnym szefie MSWiA Mariuszu Kamińskim, a ciepłe słowa znajdował dla ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, który, jak twierdził, miał interweniować w jego sprawie, przenosząc w inne miejsce zajmującą się śledztwem prokurator.

Prowadzący audycję wyrazili nadzieję, że rozmowa z Jackiem Międlarem nie będzie ostatnią i pozwolili mu reklamować na antenie swoje produkcje.

pl.belsat.eu


Netanjahu do Białego Domu przyjechał bardziej jako klient niż partner, ale został potraktowany jako klient-VIP i obrzucony upominkami premium. Natomiast zupełnie inaczej sytuacja wyglądała z Abdullahem II i Sisim (który po przeczołganiu Abdullaha II w Gabinecie Owalnym przez Trumpa odwołał swój przyjazd). Tu Trump wyszedł z założenia, że skoro daje im pieniądze (a pomoc do Egiptu wyjątkowo nie została zawieszona) to mają robić co im każe i w ogóle to „ruki po szwam”. Reszta na Bliskim Wschodzie dzieli się na bogatych (więc istotnych), biednych (więc nieważnych) oraz Iran i innych trouble-makerów. W tej pierwszej kategorii jest przede wszystkim Arabia Saudyjska, która nieprzypadkowo została wybrana na miejsce rozmów USA-Rosja. I choć Trump nie spotkał się jeszcze z MBS-em to wiele wskazuje na to, że to właśnie do Arabii Saudyjskiej uda się w swą pierwszą podróż (która zapewne obejmie też Izrael) w celu spotkania z Putinem. Królestwo to zajmuje centralne miejsce w planach Trumpa również ze względów prywatnych, nie jest bowiem tajemnicą, że MBS zainwestował w 2021 r. 2 mld dolarów w firmę Jareda Kushnera robiąca interesy w Izraelu. MBS obiecał też już inwestycje warte 600 mld USD w USA. Tyle, że wszystko potyka się o sprawę palestyńską, a pomysł Trumpa na Gazę jest z perspektywy saudyjskiej nierealistyczny i grozi zbyt poważnymi problemami w regionie by MBS skłonny był go zaakceptować. A Netanjahu wpadł w taki entuzjazm, że ciężko go powstrzymać (Rubio zresztą nie miał takiego zamiaru, natomiast senatorowie już tak).

Współpraca izraelsko-saudyjska jest też Trumpowi potrzebna do kontrowania Iranu, a także ze względu na projekty tranzytowe. Jeśli chodzi o tę drugą kwestię to związane jest to z projektem szlaku tranzytowego łączącego Indie z Morzem Śródziemnym i omijającym zarówno Iran jak i Turcję, który miałby być konkurencją dla chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku, a jednocześnie konsolidować współpracę indyjsko-izraelską i indyjsko-arabską, a przede wszystkim indyjsko-amerykańską. Kluczową rolę w tym projekcie odgrywają Zjednoczone Emiraty Arabskie, które w planach Trumpa zajmują ważne miejsce, choć nie aż tak jak Arabia Saudyjska. Trzecim istotnym partnerem Trumpa na Bliskim Wschodzie jest Katar (tam co prawda Rubio nie pojechał, ale Trump wysłał Witkoffa), który dla Trumpa jest sprawdzonym kanałem negocjacji z „trouble-makerami”. W tej kategorii Trump widzi z grubsza trzy podmioty: dżihadystów, Palestynę i Iran. Z tymi pierwszymi w wizji Trumpa sprawa jest prosta: „go to hell!”. 16 lutego tak właśnie zrobiono z jednym z liderów afiliowanej przy Al Kaidzie syryjskiej organizacji Hurras ad-Din (wyeliminowany poprzez uderzenie precyzyjne w prowincji Idlib). Jeżeli chodzi o Palestynę to w wizji Trumpa jeśli Palestyńczycy dostaną nowe domy na Synaju i w Jordanii (a Sisi z Abdullahem nie mają nic do gadania, bo przecież dostają kasę) to zapomną o Palestynie i wszyscy będą zadowoleni (co jest dość naiwnym i mało realistycznym założeniem). Natomiast Iranowi Trump postanowił pokazać kij (perspektywa nalotów na instalacje atomowe) i marchewkę (kwitnąca gospodarka uszczęśliwiająca i naród i reżim) i był pewien, że logiczny wybór jest tylko jeden: marchewka i bezpośrednie negocjacje Iran – USA. Tyle, że Iran podszedł do tego zupełnie inaczej. Palestyńczycy zresztą też.

Jeśli chodzi o Bliski Wschód to warto też zwrócić uwagę, że od inauguracji nie doszło do żadnej poważnej interakcji między nową administracją USA a Turcją, mimo że po upadku Assada rola Turcji w regionie wzrosła. Choć wcześniej pojawiały się spekulacje, że Trump będzie bardziej przyjazny wobec Erdogana niż Biden, to problem tkwi w tym, że Turcja nie ma zbyt wiele do zaoferowania USA i dlatego została pominięta w rozmowach o Bliskim Wschodzie oraz o Ukrainie. Poza tym napięte relacje między Izraelem a Turcją ewidentnie skłaniają Trumpa i jego ekipę do utrzymania wsparcia dla syryjskich Kurdów (za czym lobbuje Izrael). W dodatku w ekipie Trumpa sporo jest osób, które w przeszłości ostro krytykowały Turcję z pozycji chrześcijańskich i za wspieranie dzihadystów (np. Pete Hegseth czy Tulsi Gabbard). Trudno powiedzieć czy Erdogan zdoła jakoś przekonać do siebie Trumpa, ale póki co znamienne było to, że w chwili gdy w Białym Domu Trump gościł premiera Indii Narendę Modiego to Erdogan udał się do Pakistanu. Trump i jego ekipa, w przeciwieństwie do Europejczyków, nie zamierza się też śpieszyć z podejmowaniem decyzji w sprawie Syrii, a delegacja USA odmówiła podpisania deklaracji w sprawie odbudowy Syrii, przyjętej na konferencji zwołanej przez Macrona do Paryża. Warto jeszcze dodać, że formalnie drugim po Netanjahu gościem w Białym Domu był armeński premier Nikol Paszynian, choć spotkał się z nim tylko Vance, a nie Trump. Spotkanie z Trumpem nie było w ogóle planowane i nie mogłoby się odbyć, gdyż zaburzyłoby logikę hierarchii interesów, ale jednocześnie fakt, że Trump zlecił Vance’owi przyjęcie Paszyniana (co dla armeńskiego lidera było niezwykle ważne) pokazał, że USA nie zamierzają odpuszczać Armenii.

(...)

Jednocześnie, gdy w Monachium Vance oskarżał Europę o odejście od wartości na rzecz ideologii woke Trump zaprosił do Białego Domu premiera Wielkiej Brytanii Keir Starmera. Doszło do tego zresztą w sposób dość osobliwy, gdyż Trump wysłał swojego przedstawiciela Marka Burnetta, a następnie zadzwonił do niego w czasie obiadu z brytyjskim premierem i ten przekazał komórkę Starmerowi. Warto dodać, że wcześniej Elon Musk zorganizował na X całą kampanię bezpardonowych ataków na Starmera, opartych na oskarżeniach o tolerowanie muzułmańskich gangów pedofili i gwałcicieli. Starmer, wcześniej nie ukrywający swej niechęci do Trumpa, znalazł się jednak pod ścianą z sondażami lecącymi mu na łeb na szyję. Gdy Musk solidnie przetrzepał go kijem, Trump znienacka rzucił gałązką oliwną, stwierdzając, że bardzo lubi Starmera i robi on „dobrą robotę”. Wydaje się przy tym, że Trump bardziej chce z nim rozmawiać o Pacyfiku, a nie o Europie, Rosji i Ukrainie.

Sama Europa została celowo zepchnięta na plan dalszy w tym dyplomatycznym schemacie. Trump czuje bowiem jej słabość, więc postanowił solidnie zdzielić ją kijem. I takie właśnie było zadanie Vance’a i Hegsetha. Trump zresztą ma świadomość, że część zbesztanych liderów chwieje się na swych stołkach i dlatego też Vance demonstracyjnie odmówił spotkania z Scholtzem. Z drugiej strony Trump i tak ma z kim rozmawiać w Europie, a nadzwyczajne spotkanie przywódców europejskich w Paryżu zakończyło się niczym. Jednym z kluczowych krajów w trumpowskiej wizji Europy jest przy tym Polska, o czym świadczyło wysłanie Hegsetha do Warszawy. Faktem jest, że ta wizyta nie przyniosła żadnych konkretów, ale chodziło tu o pewną demonstrację i wpisywało się to w schemat spotkań Trumpa i jego przedstawicieli (w którym nie ma nic przypadkowego i chaotycznego). Zresztą zaraz za Hegsethem w Warszawie pojawił się jeszcze Kellogg, który, będąc specjalnym przedstawicielem ds. Rosji i Ukrainy, zamiast na rozmowy z Rosjanami w Rijadzie (powierzone doświadczonemu Rubio) przyjechał do nas. I ani Kellogg ani Hegseth nie uczynili sobie z Polski stop-overa w drodze do Kijowa, jak to było często w zwyczaju za poprzedniej ekipy w Białym Domu. Zadaniem Kellogga było przy tym złagodzenie tego co było wcześniej mówione w Brukseli i Monachium. Trump w ten sposób wskazuje, że Polska odgrywa ogromną rolę w jego planach.

defence24.pl


Na to, co się dziś dzieje między USA a Rosją, nie warto reagować polskim odruchem warunkowym: Hitler-Stalin-Monachium-Jałta-rosyjskie wojska w Warszawie. Historyczne skojarzenia, które ostatnio wyskakują nam z lodówki, nie służą rozumieniu, tylko raczej zaciemniają obraz, a przede wszystkim są wyrazem bezradności. Powinno się napisać: „Nie wiem, co będzie, sytuacja zrobiła się nieprzewidywalna", ale żeby przykryć tę bezradność, to pisze się: „Drugie Monachium i druga Jałta". Odkładaj takie rzeczy na bok, nie czytaj i się nimi nie zajmuj.

Warto sobie zafundować detoks od tzw. mediów tożsamościowych (po obu stronach), czyli tych, gdzie z góry wiadomo, że Trump to Hitler, ewentualnie Trump to mesjasz. Będziecie tam zalewani skrajnymi interpretacjami, mózgi wam się zlasują, w jednym kramiku każda trumpowa brednia będzie rozdmuchiwana do rozmiarów słonia, w drugim ta sama brednia będzie na wszystkie strony usprawiedliwiana. W sytuacji, kiedy niemal każdy „normals" pod naszą szerokością geograficzną zastawia się: „Wejdą, nie wejdą, a jeśli wejdą, to kiedy?", taka dodatkowa dawka skrajnych interpretacji może tylko wpędzić w depresję. Już lepiej, jeśli nic nie będziecie czytać, niż jeśli panicznie będziecie śledzić każdy wykwit naszej publicystyki. Punktowo warto wybrać kilku spokojniejszych autorów, ja oczywiście polecam wszelkiej maści symetrystów, jak Jurasz czy Magierowski, ale nazwisk jest sporo, tylko trzeba poszperać.

Trump jest mistrzem robienia szumu w mediach i zwracania na siebie uwagi. Właśnie o to mu chodzi, żeby elity amerykańskie i europejskie jęczały ze zgrozy, bo to go buduje. Jego słowa należy traktować jak spektakl, cyrk, kuglarskie sztuczki obliczone na wywołanie emocji i wrzasków na widowni (nie tylko oklasków). Chamskie zagrywki wobec Zełenskiego (który zresztą głupio na nie reaguje) mogą rzeczywiście przerażać, ale niespecjalnie warto je z pełnym namaszczeniem analizować. Podobnie rzecz się ma z bredniami Trumpa - „Ukraina sama wywołała wojnę", „Putinowi można wierzyć, że chce pokoju" - jutro powie coś przeciwnego, a pojutrze coś jeszcze innego, nawet nie będzie pamiętał. Liczy się nieustanny szum i ruch w interesie. To nie tylko jego sposób działania, ale po prostu natura mediów społecznościowych i współczesnej komunikacji. Trump ma ją w małym palcu.

Dawniej należałoby dodać: „No ale jednak to, co mówi prezydent USA, ma znaczenie, nawet jeśli wszyscy wiedzą, że bredzi i zmienia zdanie". Owszem, kiedyś miałoby to znaczenie, dziś - umiarkowane. Wszyscy się przyzwyczaili do mediów społecznościowych, shitstormów, które trwają trzy godziny i nic z nich nie zostaje. Waga głupich odzywek Trumpa w przestrzeni międzynarodowej jest inna, niż byłaby dekadę temu, to nie znaczy, że żadna, ale jednak dużo mniejsza. Chlapnięcie bredni, która kiedyś zakończyłaby karierę tego czy innego polityka, dziś wywołuje sztorm może nawet bardziej gwałtowny, ale tylko chwilowy, po czym nikt nic nie pamięta, nikt tak do końca nie traktuje niczego poważnie, może to powiedział, może nie powiedział, a może to były tylko jakieś jaja i deepfejki, zresztą już po godzinie mamy coś nowego. Jak ktoś już totalnie przesadzi, to najwyżej może skasować tłita i sprawa załatwiona - taka mniej więcej jest dziś waga słów w polityce, nawet tych wygłaszanych przez prezydentów i premierów.

(...)

W niemal każdej chamskiej lub fejkowej opinii na temat Ukrainy czy Zełenskiego, Trump wspomina o Bidenie. Widać tu czystą obsesję, wszystko jest winą Bidena, to przez niego wybuchła wojna. Te toksyczne emocje Trumpa - świadczące o jego złym charakterze, ale to przecież nic nowego - są widoczne jak na dłoni (w słowotoku Trumpa da się zwykle znaleźć ziarno prawdy, bo faktycznie Biden nie miał pomysłu na rozstrzygnięcie wojny, poza dawaniem Ukrainie kroplówki). Nienawiść Trumpa do Bidena definiuje obecnie dużą część jego narracji na temat Ukrainy, miejmy nadzieję, że ta emocja w końcu się wypali.

Putin wcale nie wygrał - i taki jest szerszy kontekst, o którym często się zapomina - ponieważ nie chapnął Ukrainy, nie zrealizował swoich głównych założeń z 2022 roku. Ukraina zachowała niepodległość oraz - przy okazji wojny - stała się skrajnie antyrosyjska. Zainstalowanie w Kijowie jakiegoś nowego Janukowycza jest obecnie mało prawdopodobne. Putin ma przy granicy wściekłe, niepodległe i nauczone bitki państwo z potężną armią, najsilniejszą w Europie. Tego nie zmieni nawet niekorzystny dla Ukrainy traktat pokojowy. Jeśli Putin dostanie w ramach „wspaniałego pięknego dealu" jakieś cymesy i przy okazji pięć lat na wzmocnienie sił, tak samo dostanie te lata na wzmocnienie Ukraina. Europa nie zrezygnuje ze wspomagania Ukrainy, pieniądze się znajdą, skoro nawet Niemcy chcą nareszcie wyjąć wydatki wojskowe z procedury nadmiernego deficytu, wojsko ukraińskie się nie zwinie i nadal będzie wiązać główne siły rosyjskie.

Wszystko, co robi obecnie polski rząd na arenie międzynarodowej jest kompletnie nieistotne i nieskuteczne z prostego powodu: nasza polityka zagraniczna w stu procentach podporządkowana została kampanii Trzaskowskiego. Platforma aż do wyborów prezydenckich nie zrobi nic dla polskiej racji stanu, choćby się waliło i paliło, chyba że przypadkowo dobro Trzaskowskiego z polską racją stanu będzie akurat tożsame. Wszelkie decyzje w sprawie Ukrainy są obecnie wykładnią polityki wewnętrznej, chyba żaden inny rząd w Europie nie robi tego tak bezwstydnie, nawet jeśli ma na horyzoncie wybory. Odmowa Tuska jakiejkolwiek rozmowy z Macronem na temat wysłania choćby garstki polskich żołnierzy w ramach europejskiej misji stabilizacyjnej to również wkład w kampanię Trzaskowskiego, podobnie jak ściemnianie, że „nikt nas o to nie prosił", skoro właśnie prosił i to kilkukrotnie (Amerykanie i Macron). Władza nam kłamie w żywe oczy z powodu zbliżających się wyborów, dokładnie tak samo, jak kłamała poprzednia w innych ważnych sprawach, warto to wiedzieć i rozumieć, zamiast się oburzać.

Symetrycznie jest po drugiej stronie: pisowskie donosy na polski rząd do Trumpa (te wszystkie obleśne tłity po angielsku, że oto - uprzejmie donoszę - Sikorski powiedział to czy tamto, obrażajo pana, panie Trump, olaboga!) to z kolei wsad w kampanię Nawrockiego. PiS bardzo liczy, że Trump zrobi coś, co pozwoli wygrać Nawrockiemu wybory, nie wiem, na jakiej podstawie, ale takie są tam marzenia. Słuchanie opozycji też sobie darujcie, oni również myślą jedynie o własnej partii i wyniku Nawrockiego, a „Dobropolski" musi poczekać, aż się to w maju przewali.

Każdy - podkreślam KAŻDY - kto dokłada teraz do pieca, obiektywnie służy Rosji. Nigdy dość przypominania tej prawdy. Rosyjskim planem dla Polski - i wynika to wprost z zadań komórki ds. polskich w FSB - jest podkręcanie polaryzacji politycznej. Rosji wszystko jedno, czy rządzi tu PO czy PiS, ważne, żeby się brali za łby i oskarżali o zdradę stanu oraz prorosyjskość. Rosyjskie trolle rano pracują na rzecz uskrajniania wyborcy PiS-u, po południu na rzecz eskalacji poglądów wyborcy PO, wieczorem z kolei podbechtują wielbicieli Konfy, są wśród "Silnych Razem" i „Klubów Gazety Polskiej", bowiem miłe jest im każde sfanatyzowane środowisko. Za każdym więc razem - szanowny czytelniku - kiedy polscy politycy i publicyści oskarżają drugą stronę o wszystko, co najgorsze, zdradę, onucowatość, agenturalność, Targowicę, wiedz, że ktoś dokłada się do osłabiania twojej ojczyzny. Zapamiętaj tę zasadę: kto najgłośniej wrzeszczy, że ci drudzy to agenci i trzeba ich powsadzać, właśnie ten agent. Omijaj, nie czytaj, bojkotuj. 

gazeta.pl