niedziela, 27 kwietnia 2025



Brutalna napaść 22 kwietnia to również najkrwawszy atak na turystów od czasu wybuchu rebelii 36 lat temu. Grupa nazywająca się Frontem Oporu przyznała się do odpowiedzialności za niego w mediach społecznościowych, tłumacząc ten atak na turystów napływem 85 tys. osadników. Pakistański rząd zaprzeczył swojemu zaangażowaniu w napaść, jednak indyjski minister spraw zagranicznych Vikram Misri oskarżył Pakistan o udział w ataku.

Powiedział również, że Indie natychmiast zawieszają obowiązujący od 60 lat traktat o podziale rzeki i zamykają jedyne przejście graniczne między obydwoma krajami. Dodał także, że Indie dały pakistańskim attache ds. obrony tydzień na opuszczenie kraju i wycofują swój personel wojskowy z Pakistanu. Pakistańczycy przebywający w Indiach na podstawie programu zwolnienia z obowiązku wizowego mają natomiast 48 godzin na opuszczenie kraju.

Byli indyjscy wojskowi i funkcjonariusze wywiadu oskarżyli siły zbrojne Pakistanu o kierowanie atakiem i wezwali do zdecydowanej i szybkiej reakcji. Dwanaście dni po ataku z 2019 r., w którym zginęło 40 indyjskich policjantów, Indie przeprowadziły nalot na Pakistan. Siły powietrzne Pakistanu odpowiedziały tym samym następnego dnia. Reagując na pakistański odwet, jeden z indyjskich odrzutowców rozbił się na terytorium Pakistanu, ale pilot przeżył i powrócił do Indii.

(...)

Atak ten jest ciosem dla indyjskiego rządu, który twierdził, że ustabilizował sytuację w Kaszmirze. Od początku antyindyjskiej rebelii w 1989 r. zginęły tam dziesiątki tysięcy osób. Jednak w ostatnich latach przemoc ze strony bojowników wydawała się słabnąć. Indyjski rząd przypisywał to swojej decyzji z 2019 r. o zniesieniu półautonomicznego statusu Kaszmiru i podzieleniu tego stanu na dwa terytoria federalne: Dżammu i Kaszmir oraz Ladakh.

Umożliwiło to dziesiątkom tysięcy osób z zewnątrz znalezienie pracy i zakup ziemi w regionie. Wzrosła liczba turystów. Doprowadziło to jednak również do pogorszenia stosunków z Pakistanem. W przemówieniu wygłoszonym w tym miesiącu szef armii pakistańskiej, generał Asim Munir, określił Kaszmir jako "naszą tętnicę szyjną".

onet.pl/The Economist


Oficjalny chiński nadawca CCTV poinformował, że straż przybrzeżna "wprowadziła kontrolę morską i sprawuje suwerenną jurysdykcję" nad rafą Sandy Cay, będącą częścią spornego archipelagu Spratly.

Zajęcie rafy odbyło się w przededniu rozpoczynających się w przyszłym tygodniu corocznych filipińsko-amerykańskich ćwiczeń wojskowych, obejmujących m.in. obronę wybrzeża oraz operacje ofensywne na morzu.

"Financial Times", zauważa, że nie można jeszcze mówić o całkowitej okupacji rafy Sandy Cay przez Chiny, ponieważ nie widać tam oznak stałej obecności wojskowej. Według filipińskich władz wojskowych chińska straż przybrzeżna "wycofała się" po umieszczeniu chińskiej flagi na zajętym terytorium.

Gazeta podkreśla, że Sandy Cay to piaszczysta mielizna o powierzchni nieco ponad 200 mkw., która ma jednak strategiczne znaczenie dla Chin, ponieważ pozwala rozszerzyć jurysdykcję na obszar 12 mil morskich, obejmujący wyspę Titu, którą Filipiny wykorzystują do śledzenia ruchów chińskiej marynarki wojennej. Oficjalne ogłoszenie przez Chiny kontroli nad Sandy Cay zwiększa też obawy, iż Pekin zamierza anektować również inne niezamieszkane rafy oraz fragmenty wybrzeża Morza Południowochińskiego.

PAP


Wydawać by się mogło, że nadeszły lepsze czasy dla chińskich Big Techów. To jednak tylko pozory. Pekin osiągnął to, co chciał – zdobył kontrolę nad prywatnymi platformami technologicznymi, więc dalsze restrykcje tracą już sens. USA coraz mocniej uderzają na-tomiast w chińską branżę technologiczną. Wszystko to może zniszczyć marzenia Pekinu o dominacji na świecie w technologiach kluczowych.

Chiński sektor technologiczny zamknął trzeci kwartał ub.r. z mieszanymi wynikami finansowymi. Widać, że nie wszystkie firmy radziły sobie z rosnącymi wyzwaniami. Niektóre z nich, jak SIMC czy ZTE, poniosły spore straty. Inne, takie jak JD.com, Huawei czy Xiaomi odnotowały nieznaczne wzrosty (odpowiednio 1,6, 1 i 0,6-procentowy wzrost przychodów rok do roku). Trochę lepiej zamknęły kwartał BAT (Baidu, Alibaba i Tencent) czy NetEase (wzrosty w granicach 6–12 proc.). Tylko niektóre, takie jak Didi czy ByteDance, mogą cieszyć się z wyników (odpowiednio prawie 27 proc. i 40 proc.). Co stoi za taką sytuacją? Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że głównym winowajcą są USA i nakładane przez nie restrykcje na transfer technologii do Chin. Możliwe jest jednak to, że kluczowy cios w branżę wyprowadził sam Pekin.

Chińskie restrykcje nakładane na prywatne firmy technologiczne mają twarz założyciela Alibaby – Jacka Ma, który swoimi wypowiedziami rozzłościł władze. Miliarder został przykładnie ukarany, a jego firmie mocno uszczuplono majątek. O represjach względem innych przedsiębiorstw aż tak wiele nie dyskutowano, co nie znaczy, że nie wystąpiły. Oberwało się nie tylko gigantom, czyli Baidu, Alibabie, Tencentowi, Xiaomi czy Didi, ale obostrzenia dopadły także wyglądające dość niewinnie Meituan (chiński Grupon) czy Xiaohongshu (chiński Instagram).

Prywatne firmy technologiczne w postrzeganiu Pekinu stanowią zagrożenie dla szeroko rozumianych wpływów partii na gospodarkę i społeczeństwo. Pod płaszczykiem sloganu „niekontrolowanej ekspansji kapitału” władze od dwóch lat na różne sposoby uprzykrzają im życie. Wstrzymywano bowiem emisje akcji na chińskich i zagranicznych parkietach. Nakładano kary za prowadzenie działań monopolistycznych. Odmawiano licencji na sprzedaż. Zakazywano fuzji, a nawet rejestracji nowych użytkowników. Firmy są zmuszane do przekazywania datków na rzecz funduszy tzw. „wspólnego dobrobytu”, co w rzeczywistości oznacza transfer środków z sektora prywatnego do podmiotów państwowych.

Restrykcje wprowadzane przez Pekin uderzyły bezpośrednio w majątki właścicieli firm. Niektórzy zostali pozbawieni udziałów w swoich własnych spółkach. Dla przykładu, wspomniany Jack Ma musiał zredukować udziały w Alibabie do około 5 proc. (był udziałowcem większościowym). Ograniczenia dotknęły też drobnych akcjonariuszy. Chińczycy w ostatnich latach ochoczo inwestują na giełdzie, a IPO spółek technologicznych mogło stać się dla wielu drogą do powiększenia majątku. Nierzadko zaciągali pożyczki na zakup akcji firm, które do niedawna uważano za pewniaki. Pekin wstrzymując emisje akcji, ukrócił możliwości szybkich zarobków z giełdy.

Kampania władz nie zakończyła się na uszczupleniu firmowych skarbców i ograniczeniu obywatelom możliwości wzbogacenia się. Prawdopodobnie ważniejsze od pieniędzy dla partii jest zachowanie pełnej kontroli nad firmami technologicznymi, co szybko odbiło się na ładzie korporacyjnym tych podmiotów. Pekin wprowadził swoich ludzi do spółek, a także stał się właścicielem specjalnych akcji (tzw. złota akcja), które przyznają spore możliwości oddziaływania na firmę, w tym opcję zgłaszania weta w przypadku strategicznych decyzji. Ponadto w wielu spółkach technologicznych (i nie tylko) funkcjonują komitety partyjne zrzeszające pracowników, którzy zapisali się do Komunistycznej Partii Chin. Chociaż firmy starają się uspakajać inwestorów, że ich powiązania z władzą są nieszkodliwe dla ich biznesów. Inwestorzy nie dają jednak wiary tym tłumaczeniom, co widać po spadkach notowań spółek.

Nie można pomijać jeszcze jednego aspektu kontroli Pekinu nad gigantami technologicznymi, jakim jest szeroki dostęp do danych, które zbierają platformy. Władze usilnie zachęcają obywateli, aby korzystali z nowych technologii. Obecnie szacuje się, że około miliard Chińczyków korzysta z Internetu. Zgromadzone przez największych graczy niejednokrotnie wrażliwe dane obywateli stanowią ogromną bazę, z której władze mogą korzystać na różne sposoby. I tak dla przykładu, krótkoterminowo pewne braki technologiczne w uczeniu maszynowym mogą równoważyć dużą ilością danych wejściowych, co daje sporą przewagę nad Zachodem.

(...)

Kolejny cios w chiński sektor technologiczny przyszedł z USA. Branża, niegdyś magnes dla amerykańskiego kapitału, obecnie doświadcza znacznego ograniczenia jego napływu z powodu eskalacji napięć geopolitycznych. W ciągu ostatnich dwóch lat inwestorzy ograniczyli zaangażowanie, co odbiło się na ogólnych nastrojach w gospodarce.

Waszyngton wydał w sierpniu zakaz nowych inwestycji amerykańskich w Chinach ukierunkowanych na AI, zaawansowane półprzewodniki i kwantowe technologie informacyjne. Obejmuje to wszelkie inwestycje portfelowe, private equity, venture capital, joint venture i inwestycje od podstaw. Oszacowano, że zeszłoroczne amerykańskie inwestycje bezpośrednie płynące do Chin osiągnęły najniższy pułap od dwóch dekad. Natomiast inwestycje wysokiego ryzyka spadły do najniższego poziomu w ostatniej dekadzie.

Nie oznacza to jednak, że Chiny przestały być atrakcyjne. Nadal przyciągają sporymi stopami zwrotu (w ostatnich 5 latach kształtowały się w okolicach 9 proc.). Przytłaczająca większość inwestycji przynosi zyski. (...)

Z początkiem 2024 r. zauważono pewną odwilż w relacjach Pekin-Big Techy. Wymusiła ją komplikująca się sytuacja branży technologicznej. Po pierwsze, nasilający się spór z USA oraz rozlewanie się tego konfliktu na innych technologicznych partnerów Chin. Po drugie, słabsze od oczekiwań ożywienie po pandemii. Po trzecie, częściowe fiasko chińskich programów samowystarczalności technologicznej. Nawet sami Chińczycy przeprowadzają badania ukazujące, że program „Made in China 2025” nie pobudził innowacyjności w stopniu, jaki zakładano. Dodatkowo problemy demograficzne i niski wzrost produktywności nie pomagają gospodarce.

Wszystko to sprawiło, że Pekin zdał sobie sprawę, że powinien elastycznie postępować względem firm technologicznych, gdyż są one sprzymierzeńcem w wyścigu technologicznym kraju z USA. Dał temu wyraz premier Li Qiang podczas marcowego Chińskiego Forum Rozwoju. „Polityka łagodzenia” współgra z koncepcją „nowej industrializacji”, która ma wspomagać rozwój przemysłu szczególnie w kontekście osiągnięcia samowystarczalności technologicznej. Koncentrując się na zaawansowanej produkcji, bezpiecznych łańcuchach dostaw i rozwoju podstawowych technologii, industrializacja ma pobudzić chińską konkurencyjność i pozycję we wiodących innowacyjnych sektorach.

Pekin osiągnął już to co chciał – uzyskał kontrolę nad Big Techami. Teraz będzie mu znacznie łatwiej zdusić każdy przejaw ich zbyt dużych wpływów. Natomiast na horyzoncie jawi się ważniejszy cel – wygrać wyścig technologiczny z USA. Do jego osiągnięcia niezbędne są działające w sposób nieskrępowany innowacyjne firmy.

obserwatorfinansowy.pl


Chiny i Rosja jako sąsiedzi dość długo spierały się o granice. W sumie istnieje około 40 dokumentów, które w różnych okresach od XVII w. regulowały spory terytorialne między tymi dwoma krajami. Najważniejszym dokumentem dla historii wyspy Damanskij jest traktat pekiński z 1860 r., który przyłączył do Imperium Rosyjskiego należące niegdyś do Chin tereny Ussuri i Amur oraz wyznaczył wschodnią granicę między krajami. Spory o przynależność tych regionów ucichły dopiero w 2008 r., kiedy Rosja przekazała chińskiej stronie wyspę Tarabarow na Amurze.

Traktat pekiński był bardzo niekorzystny dla Chin, ponieważ traciły one terytoria oraz całe rzeki Amur i Ussuri, które w całości przechodziły w ręce Rosji. Jest to nietypowy przypadek podziału terytoriów: zazwyczaj granica między państwami była ustalana nie wzdłuż jednego z brzegów (w tym przypadku chińskiego), ale wzdłuż toru wodnego (bezpiecznej "ścieżki" dla statków) rzek żeglownych lub wzdłuż środka koryta rzek nieżeglownych — takie podejście uważano za sprawiedliwe i powszechnie przyjęte. W tym przypadku całe rzeki przypadły jednemu państwu, a drugie nie otrzymało nic.

Gdyby traktat pekiński został sporządzony zgodnie z normami międzynarodowymi, Damanskij najprawdopodobniej od razu stałaby się własnością Chin, ponieważ wyspa znajduje się bliżej chińskiej strony od toru wodnego rzeki Ussuri. Jednak zgodnie z obowiązującym traktatem granica przebiegała wzdłuż lewego (chińskiego) brzegu Ussuri, co oznacza, że Damanskij w całości należał do Rosji (a później do ZSRR). Podczas sporządzania traktatu Chińczycy nie byli gotowi dyktować swoich warunków: właśnie zakończyła się druga wojna opiumowa, a Chiny musiały odpierać ataki armii angielskiej i francuskiej, które znalazły się u bram Pekinu.

W połowie XX w. chińskie władze przypomniały sobie o historycznej niesprawiedliwości i zaczęły poważnie mówić o "utraconych" przez Chiny terytoriach, w tym o tych, które przeszły do Rosji. Według różnych szacunków Chiny straciły od 4 do 10,5 mln km kw swojego terytorium. Dla porównania: powierzchnia współczesnych Chin szacowana jest na 9,6 mln km kw.

"Około 100 lat temu obszar na wschód od Bajkału stał się terytorium Rosji i od tego czasu Władywostok, Chabarowsk, Kamczatka i inne miejscowości są terytorium Związku Radzieckiego. Nie przedstawiliśmy jeszcze rachunku za ten rejestr" – powiedział w 1964 r. przewodniczący NRCh Mao Zedong.

W 1964 r. Chiny i ZSRR przeprowadziły jednak negocjacje w sprawie kwestii granicznych. Były one trudne, ale zakończyły się sukcesem: strony wstępnie uzgodniły, że granica będzie przebiegać wzdłuż torów wodnych rzek. Niemniej jednak sukcesu nie potwierdzono oficjalnie: według jednej z wersji nie zgodził się Nikita Chruszczow, według innej – Mao Zedong.

Zwykli Chińczycy mieszkający w przygranicznych regionach nie przejmowali się sporami terytorialnymi. Wchodzili na terytorium radzieckie, nie myśląc o przestrzeganiu reżimu granicznego, spokojnie łowili ryby w radzieckich wodach, a czasem nawet kosili trawę na wyspach należących do ZSRR.

Od połowy lat 60. Chińczycy zaczęli coraz częściej przekraczać granicę. Co więcej, według radzieckich strażników granicznych, na wyspy nie przedostawali się już rybacy i rolnicy, ale prowokatorzy. Chińczycy organizowali na terytorium radzieckim prawdziwe wiece i nieśli transparenty wzywające do słuchania Mao Zedonga, odrzucenia idei "rewizjonizmu" i opuszczenia "terytorium Chin". W akcjach uczestniczyli głównie chińscy żołnierze przebrani za cywilów. Sowieckim strażnikom granicznym wydano rozkaz wypędzania intruzów, ale bez użycia broni — dlatego przepędzali Chińczyków długimi kijami.

Sytuacja wygląda tak: przychodzi rybak, wbija w śnieg portret Mao na patyku i zaczyna robić dziurę. Wyjaśniamy [mu]: nie wolno przekraczać granicy. Odprowadzamy. Następnego dnia przychodzi 20 rybaków. Trzy sieci i każdy ma cytaty [Mao Zedonga]. Machają nimi, żeby lepiej łowić. Odprowadzamy ich. Przywożą na granicę 500 osób. Kobiety, dzieci, organizują wiec, biją w bębny. Ładują się do samochodów i jadą na radziecki brzeg – opowiadał szef jednej ze strażnic Witalij Bubenin.

Chińskie prowokacje stopniowo nasilały się i w końcu pojawiły się pierwsze ofiary. W grudniu 1967 r. jedno ze starć na odcinku posterunku granicznego "Kulebiakiny Sopki" zarejestrował major Grigorij Skladaniuk, później odznaczony medalem "za zasługi bojowe". Opowiadał, że Chińczycy w nocy celowo przerwali lód na rzece Ussuri, aby odciąć drogę radzieckim żołnierzom, a w ciągu dnia zbliżyli się do granicy na traktorach i samochodach, uzbrojeni w pałki z gwoździami i łomy. Aby powstrzymać tłum, radzieccy strażnicy graniczni musieli użyć transporterów opancerzonych: według Skladaniuka pod kołami BTR zginęło co najmniej pięciu Chińczyków, strona radziecka nie poniosła żadnych strat.

Podobna sytuacja miała miejsce na Damanskij. Na początku 1969 r. na wyspę wkroczyło 25 chińskich żołnierzy, którzy mieli przy sobie broń i cytaty Mao Zedonga. Radzieccy strażnicy graniczni zaczęli odpierać naruszających granicę kolbami karabinów, ponieważ nadal nie wolno było otworzyć ognia. Udało im się "zdobyć" kilka karabinów od uciekających chińskich żołnierzy. Odkryli przy tym, że chińska broń była naładowana – chociaż każdy przypadkowy strzał mógł sprowokować wybuch wojny między Związkiem Radzieckim a Chinami.

Pierwszy strzał na Damanskim padł w nocy 2 marca 1969 r. 300 żołnierzy Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej okopało się na zachodnim brzegu wyspy – dosłownie zakopali się w śniegu, ogrzewając się wódką ryżową. Chińczycy byli uzbrojeni w karabiny automatyczne Kałasznikowa i karabinki SKS, a każdy miał w kieszeni cytaty Mao Zedonga. Po chińskiej stronie stały również wielkalibrowe karabiny maszynowe i moździerze, gotowe do wsparcia żołnierzy, którzy wylądowali na Damanskij.

Sowieccy strażnicy graniczni zauważyli grupę 30 chińskich żołnierzy dopiero o 10:20. O przełamaniu Chińczyków na Damanskij poinformowano przełożonych i na wyspię wylądowało kolejnych 32 strażników granicznych pod dowództwem starszego porucznika Iwana Strelnikowa, szefa straży. W tym momencie był to jedyny oficer na wyspie, który nie posiadał wyższego wykształcenia wojskowego.

Prowokacje Chińczyków wydawały się już czymś zwyczajnym, więc Strelnikow spokojnie udał się na negocjacje z intruzami. Towarzyszący mu strażnicy graniczni szli z niezaładowanymi karabinami: wszyscy obawiali się przypadkowego wystrzału. Dalszy przebieg wydarzeń ma dwie interpretacje. Według wersji radzieckiej dowódca wyraził protest wobec swojego chińskiego odpowiednika, ten głośno coś odpowiedział, a następnie rozległy się dwa strzały – był to sygnał do rozpoczęcia operacji. Chińczycy otworzyli ogień i zabili 17 radzieckich strażników granicznych, w tym Strelnikowa.

Chińska wersja wydarzeń z 2 marca różni się od radzieckiej. Według niej, jako pierwsi otworzyli ogień żołnierze radzieccy, którzy chcieli otoczyć chiński patrol, dlatego żołnierze Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej musieli przeprowadzić "kontratak w celu samoobrony".

W walkach o Damanskij Związek Radziecki stracił 58 osób, a Chiny – od 68 do 300.

Walki 2 marca trwały do około godziny po południu, ponieważ na pomoc żołnierzom radzieckim przybyli strażnicy graniczni pod dowództwem Witalija Bubinina (później został pierwszym dowódcą oddziału specjalnego "Alfa") na transporterach opancerzonych i zakończyły się odwrotem Chińczyków. Tego dnia zginęło 31 radzieckich strażników granicznych, a 14 zostało rannych. Strona chińska do dziś ukrywa swoje straty, dlatego o poległych chińskich żołnierzach wiadomo tylko ze słów radzieckich strażników granicznych. Według ich szacunków Chiny straciły około 100–150 osób.

"Badanie i opinia komisji lekarskiej, która zbadała zwłoki zabitych radzieckich strażników granicznych, wykazały, że Chińczycy rozstrzeliwali rannych z bliska, zadając im ciosy bagnetami i nożami. Twarze niektórych zabitych zostały zniekształcone nie do poznania, z niektórych zerwano ubrania i buty" – napisano w jednym z raportów władz dotyczących walk w Damanskij.

Dwa tygodnie później, 15 marca 1969 r., chińska artyleria i moździerze ponownie ostrzeliły Damanskij, który dzień wcześniej został zajęty przez radzieckich strażników granicznych. Następnie rozpoczęła się ofensywa chińskiej piechoty, a strona radziecka, nie mogąc utrzymać wyspy przy pomocy czołgów i transporterów opancerzonych, wycofała się. W tej bitwie zginęło kolejnych 17 radzieckich strażników granicznych i siedmiu żołnierzy. Ostatecznie chińskie wojsko opuściło wyspę dopiero po ostrzale ich brzegu z systemów "Grad", ale nie była to ostatnia potyczka.

Starcia na granicy ostatecznie ustały dopiero jesienią 1969 r. Działania wojenne zakończyły się po negocjacjach między ZSRR a Chinami, które odbyły się bezpośrednio na lotnisku w Pekinie. Premier ZSRR Aleksiej Kosygin wracał z pogrzebu przywódcy komunistycznego Wietnamu Ho Chi Minha i zatrzymał się w stolicy Chin, gdzie powitał go premier Rady Państwa ChRL Zhou Enlai. Uzgodnili oni zaprzestanie prowokacji na granicy i pozostawienie wojsk w miejscach, w których się wówczas znajdowały. W momencie negocjacji na Damanskij osiedlili się właśnie Chińczycy, a żołnierze radzieccy jedynie zapewniali osłonę bojową wyspy z daleka.

Walki na wyspie Damanskij się zakończyły, ale stosunki między Związkiem Radzieckim a Chinami przez długi czas pozostawały napięte. Minister obrony ZSRR Andriej Greczko rzekomo zaproponował nawet przeprowadzenie "prewencyjnego uderzenia" na obiekty nuklearne w Chinach, aby sąsiedzi nie próbowali już odbierać radzieckich ziem. Jesienią 1969 r. Amerykanie poważnie obawiali się wojny nuklearnej między Chinami a ZSRR.

Status wyspy Damanskij pozostawał sporny przez kolejne 22 lata. Wznowienie dialogu na temat granic udało się w 1989 r., kiedy Michaił Gorbaczow odwiedził Pekin, a częściowe rozwiązanie kwestii nastąpiło dopiero w 1991 r., kiedy sekretarz generalny Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin Jiang Zemin złożył rewizytę w Moskwie. W trakcie negocjacji ZSRR i Chiny podpisały porozumienie w sprawie wschodniego odcinka granicy. Podobnie jak w 1964 r., postanowiono wytyczyć granicę wzdłuż toru wodnego: wyspy znajdujące się po chińskiej stronie toru wodnego Amur i Ussury przeszły do Chin. Damanskij nie był wyjątkiem.

(...)

Umowa z 1991 r. nie uregulowała jednak statusu wszystkich spornych terytoriów. Kwestia ta została ostatecznie rozstrzygnięta dopiero w 2004 r.: Władimir Putin zatwierdził przekazanie Chinom wyspy Tarabarow i części wyspy Wielki Ussuri. W sumie Chiny otrzymały około 337 km kw terytorium Rosji — powierzchnia ta odpowiada trzykrotnej powierzchni Paryża lub powierzchni Krasnodaru.

onet.pl/Holod


Wang odwiedził Stany Zjednoczone na sześć miesięcy w 1988 r., a następnie napisał "Amerykę przeciwko Ameryce", książkę, która stała się standardową lekturą w kręgu władz Partii Komunistycznej. W swojej pracy sformułował podstawy tego, co 25 lat później pod rządami Xi miało stać się doktryną państwową. Co takiego zobaczył Wang Huning, co doprowadziło go do przekonania, że Stany Zjednoczone najlepsze czasy mają już za sobą?

Dwa kluczowe elementy prawdopodobnie doprowadziły Wanga do jego wniosku, z których oba są wciąż aktualne w erze Donalda Trumpa. Ich wpływ zostanie jeszcze bardziej zintensyfikowany przez obecne wydarzenia, które rozpętał 47. prezydent Stanów Zjednoczonych i które mają doprowadzić do cofnięcia globalizacji — i być może zwiastować koniec Ameryki jako światowej potęgi.

Pierwszym składnikiem są udane działania medyczne zainicjowane przez Komunistyczną Partię Chin zaraz po założeniu Republiki Ludowej. To dzięki nim średnia długość życia w Chinach wzrosła w drugiej połowie XX w. w sposób, który przyćmił rozwój wszystkich krajów uprzemysłowionych. Od 1950 do 2000 r. wzrosła ona z 30 do 70 lat, podczas gdy Anglii, Francji i USA zajęło to dwukrotnie więcej czasu. Szybki rozwój medycyny zaowocował również niższą śmiertelnością niemowląt. Dzięki ogólnokrajowym szczepieniom i wędrownym lekarzom na wsi, którzy mieli zagwarantować bezpłatną podstawową opiekę zdrowotną dla ludności, Chińczycy byli w stanie żyć w lepszym zdrowiu niż ich przodkowie.

Wkrótce po założeniu Republiki Ludowej nowi przywódcy rozpoczęli również alfabetyzację ludności. Uproszczono m.in. pisownię chińskich znaków. Spośród kohort, które rozpoczęły naukę po 1949 r., ok. 85 procent mężczyzn i nieco ponad 50 procent kobiet potrafiło czytać i pisać. Różnica w stosunku do poprzednich kohort jest znaczna: ok. 60 procent mężczyzn nie potrafiło czytać i pisać, a wszystkie kobiety pozostawały analfabetkami. Dostęp do szkolnictwa wyższego pozostawał bezpłatny do końca XX w. W latach 1949-1962 liczba absolwentów szkół wyższych wzrosła z 117 tys. do 812 tys.

Rozwój Chin i osiągnięcie przez nie pozycji światowej potęgi nie przebiegało liniowo. Jednak reformy z pierwszych dziesięcioleci, które z biegiem czasu były wielokrotnie rozwijane, ostatecznie sprawiły, że Chiny mają dziś zdrową i dobrze wykształconą populację, która może oferować swoje umiejętności w sposób konkurencyjny na rynku globalnym.

Chińska gospodarka nie odnosi dziś sukcesów tylko dlatego, że tamtejsza siła robocza jest tania. Jest wręcz przeciwnie, jak stwierdzili liderzy korporacyjni, tacy jak Tim Cook z Apple: chińscy wykwalifikowani pracownicy są znakomici. Niezależnie od tego, czy chodzi o smartfony, czy samochody elektryczne, nie każda niewykwalifikowana osoba może zapewnić wyniki gwarantujące standard i jakość. A tania produkcja tekstyliów przeniosła się już na dużą skalę do krajów takich jak Kambodża i Wietnam.

Jedna z konsekwencji tego stanu rzeczy stała się jasna w ostatnich dniach, gdy Donald Trump chciał zmusić firmy do opuszczenia Chin i przeniesienia produkcji z powrotem do USA za pomocą swoich karnych ceł. Wydaje się, że dzieje się wręcz przeciwnie, donosi "New York Times": coraz więcej firm próbuje rozszerzyć swoją produkcję w Chinach, ponieważ Stany Zjednoczone nie mają wystarczającej liczby dobrze wykwalifikowanych pracowników, których potrzebują.

Kontrast między Chinami a USA nie może być większy: Ameryka ma najwyższy wskaźnik umieralności niemowląt w wolnym świecie, a opieka zdrowotna jest 10 razy droższa niż w Niemczech. Nie ma powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, co w Europie jest przecież normą.

Koszt edukacji w Stanach Zjednoczonych jest astronomiczny: jeden rok w dobrej (tj. prywatnej) szkole średniej kosztuje do 50 tys. dol. (ok. 190 tys. zł), cztery lata college'u kosztują ok. 250 tys. dol (ok. 940 tys. zł). Szkolenie na prawnika kosztuje nawet 300 tys. dol. (ok. 1,1 mln zł). Zadłużenie, które rodziny lub młodzi dorośli muszą zaciągnąć w tym celu, pozostaje ogromnym obciążeniem przez dziesięciolecia. Wang Huning był w stanie dostrzec ten rozwój wydarzeń, kiedy pod koniec lat 80. udał się do USA, aby zobaczyć zniszczoną infrastrukturę.

onet.pl/Die Welt


Sześć krajów ma co najmniej 3-procentowy udział w światowej produkcji. Za Chinami plasują się Stany Zjednoczone, Japonia, Niemcy, Indie i Korea Południowa. Odnotujmy, jak bardzo zmienił się świat: tylko trzy z wymienionych państw to gospodarki przemysłowe o długiej tradycji – pozostałe trzy zostały uprzemysłowione niedawno. Cztery z krajów G7 nie zmieściły się w czołówce.

W ujęciu produkcji brutto udział Chin jest trzykrotnie większy od udziału USA, sześciokrotne od udziału Japonii i dziewięciokrotnie od udziału Niemiec. Tajwan, Meksyk, Rosja i Brazylia notują obecnie wyższe wartości produkcji brutto niż Wielka Brytania. Jeszcze dalsze miejsce – 15. – zajmuje Kanada.

Uprzemysłowienie Chin nie ma precedensu. Gdy ostatnim razem, tuż przed I wojną światową, zdetronizowano „króla produkcji”, Stany Zjednoczone prześcignęły Wielką Brytanię. Droga na szczyt zajęła Stanom Zjednoczonym lwią część stulecia. Detronizacja USA przez Chiny potrwała jakieś 15 czy 20 lat. Krótko mówiąc, industrializacja Chin nie znajduje precedensu.

(...) Jeśli ten proces wyobrazimy sobie jako wyścig konny o 25 okrążeniach – jedno okrążenie to jeden rok – wszystko rozstrzygnęło się w ciągu pierwszych 13 okrążeń. Nasze dane sięgają tylko do 1995 r. – wtedy Chiny miały lekką przewagę nad Kanadą, Wielką Brytanią, Francją, i Włochami. W 1998 r. prześcignęły Niemcy, w 2005 r. Japonię, a w 2008 r. Stany Zjednoczone. Od tamtej pory Chiny zwiększyły swój udział w globalnej produkcji ponad dwukrotnie, natomiast udział Stanów Zjednoczonych skurczył się o kolejne trzy punkty procentowe. Gdyby to naprawdę był wyścig konny, nuda dawno spędziłaby publiczność z trybun.

(...) udział Chin przekracza obecnie udział kolejnych największych producentów łącznie. Ten znamienny fakt pozwala zrozumieć bieżące napięcia handlowe między Stanami Zjednoczonymi i Chinami oraz skalę zakłóceń w łańcuchu dostaw spowodowanych ograniczeniem produkcji przez Chiny podczas pandemii COVID-19. Indie (nieuwzględnione osobno) uplasowały się na drugim miejscu pod względem tempa przyrostu udziału w globalnej produkcji przemysłowej: od 1995 r. zwiększył się on o dwa punkty procentowe.

Triumfalny pochód Chin wyhamował i prawdopodobnie zatrzymał się na poziomie mniej więcej jednej trzeciej produkcji świata. By to potwierdzić, potrzeba będzie jednak świeższych danych – statystyki z ostatnich dwóch lat w próbce są niereprezentatywne ze względu na wpływ wydarzeń związanych z pandemią COVID-19. Wskaźniki rozwoju World Development Indicators (WDI) Banku Światowego obejmują dane o wartości dodanej do 2022 r. – te potwierdzają hipotezę o stagnacji – ale nie przedstawiają danych o produkcji brutto.

(...)

(...) Stany Zjednoczone w znacznie większym stopniu polegają na produkcji z Chin niż vice versa. Choć fakt ten w pierwszej chwili szokuje, nie powinien zaskakiwać. Jest czymś naturalnym, że kraj, który generuje 11 procent światowej produkcji kupuje więcej od kraju o 35-procentowym udziale w tej produkcji niż odwrotnie. Konkretne liczby są jednak zdumiewające. Przed 2002 r. ekspozycja Chin na dobra pośrednie z USA przewyższała ekspozycję odwrotną. Później jednak to USA miały większą ekspozycję. W 2020 r. ekspozycja USA na produkcję przemysłu Chin była trzykrotnie wyższa.

(...)

(...) zależność Chin od sprzedaży na rynek amerykański jest i zawsze była większa niż zależność odwrotna. W połowie pierwszej dekady XXI wieku zależność Chin od USA była dziesięciokrotnie większa niż zależność odwrotna. Od tej pory asymetria ta znacznie się zmniejszyła.

Powyższe elementy składają się na obraz niezwykłej, historycznej, kształtującej rzeczywistość świata asymetrii zależności od łańcucha dostaw pomiędzy Chinami a  innymi wielkimi producentami przemysłowymi. Politycy być może chcieliby uwolnić – „odczepić” (decouple) swoje gospodarki od zależności od Chin. Nasze dane sugerują, że takie „odczepienie” byłoby trudne, mozolne, kosztowne i powodujące zakłócenia – zwłaszcza w przypadku producentów z grupy G7.

Przed zamknięciem tego rozdziału historii o awansie Chin trzeba koniecznie stwierdzić, że opisana gigantyczna asymetria w gruncie rzeczy wynika z mocarstwowej pozycji Chin w przemyśle przetwórczym. Żeby to unaocznić, wyobraźmy sobie, jak wyglądałyby te same wykresy, gdyby przedstawiały dane dla OPEC, G7 i sektora naftowego. Zobaczylibyśmy nieskończenie większą zależność G7 od dostaw OPEC niż odwrotnie. 

(...)

Na koniec przeanalizujmy wskaźniki globalizacji Chin.

Widzimy, że na drodze do pozycji przemysłowego supermocarstwa, wskaźnik globalizacji brutto (GGR) Chin gwałtownie wzrósł – prawie dwukrotnie – w pierwszym dziesięcioleciu okresu dostępności danych. Ściślej mówiąc, większość zmian nastąpiła w okresie 1999-2004. W tym czasie globalizacja święciła niezwykłe triumfy i prawdopodobnie dlatego Chiny są powszechnie uważane za gospodarkę silnie uzależnioną od eksportu. Historia nie kończy się jednak w 2004 roku.

Od tamtej pory wskaźnik globalizacji Chin systematycznie spada. Musimy odnotować fakt, że poziom GGR w 2020 r. niewiele przekraczał początkowy poziom z 1995 r. Krótko mówiąc, przemysł Chin nie jest już tak zależny od eksportu, jak mogłoby się nam wydawać. Owszem, na pierwszym etapie dynamicznego wzrostu eksport rósł szybciej niż produkcja (a więc GGR zwiększało się). Później jednak produkcja rosła szybciej niż eksport, co sugeruje, że sprzedaż na rynek wewnętrzny zyskiwała względnie większe znaczenie w porównaniu ze sprzedażą eksportową – niezależnie od faktu, że zarówno krajowe, jak i zagraniczne obroty rosły szybko w ciągu całej fazy dynamicznego wzrostu. Podważa to mit o wyłącznej roli eksportu w sukcesie Chin. Od mniej więcej 2004 r. Chiny w coraz większym stopniu stają się swoim własnym najlepszym klientem.

Wniosek z powyższego jest prosty: otwartość Chin mierzona GGR znacznie się zmniejszyła. W 2020 r. Chiny były nieznacznie tylko bardziej zależne od zagranicznych rynków zbytu niż w 1995 r.

Chiny to obecnie jedyny światowy gigant przemysłowy. Jak pokazuje ich niedawny sukces w zakresie samochodów elektrycznych, szeroka i głęboka baza przemysłowa tego kraju może ułatwiać uzyskanie przewagi konkurencyjnej w praktycznie wszystkich sektorach. Wyjątkiem są sektory najbardziej zaawansowane, w których kraje G7 wciąż utrzymują przewagę.

obserwatorfinansowy.pl