Na początku marca 2022 r. na Zachód padł blady strach. Putin wie, że po latach zimnej wojny i katastrofie w Czarnobylu sprzed blisko 40 lat Europa i USA są szczególnie wyczulone na każdy komunikat, w którym znajduje się fraza "bezpieczeństwo atomowe". To status quo zostało naruszone w momencie, gdy stara elektrownia została pozbawiona prądu w marcu 2022 r. Choć jądrowe reaktory już od lat nie funkcjonują, to wciąż trzeba chłodzić np. zużyte paliwo. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej natychmiast poinformowała świat, że brak energii elektrycznej to naruszenie "kluczowego filaru bezpieczeństwa" w Strefie. Jednocześnie dodano, że ilość wody chłodzącej wypalone paliwo jest wystarczająca, a przez 48 godzin sytuację ratowały awaryjne generatory diesla.
W rosyjskiej niewoli znajdowało się wówczas blisko 100 pracowników elektrowni i 200 ochroniarzy. Jedną z więzionych osób była inż. Ludmiła Kozak, która pilnuje procedur bezpieczeństwa w nieczynnej elektrowni od 2003 r. – 24 lutego nad ranem na wszystkich monitorach zobaczyłam, że przez płoty, ogrodzenia i bramy przechodzą czarne ludziki. Było ich bardzo dużo i po kilku godzinach nasze dotychczasowe miejsce pracy stało się więzieniem. Rosjanie przyszli z automatami. Początkowo po prostu kazali nam pracować dalej. Nic szczególnego z nami nie robili, ale nie pozwolili nam ze sobą rozmawiać ani korzystać z telefonów. Po prostu mieliśmy robić swoje, ale za plecami siedzieli nam żołnierze z karabinami – opowiada kobieta.
– Żadnych świństw narobić nie chcemy, ale rozumiecie, że obiekt jest znaczący, więc będzie wokół dużo zamieszania – mówili. Dla nich okupacja Czarnobyla to była reklama na cały świat. Chcieli, żeby Zachód wyraźnie zarejestrował, że zaczęła się wojna. Na początku dotarli tu ludzie dość wykształceni. Dobrze znali teren, procedury i konstrukcję. Wyglądało, jakby przygotowywali się do tej operacji w innych tego typu stacjach np. w Petersburgu czy w Kursku, bo tam znajdują się bliźniacze elektrownie. Bardzo dobrze wiedzieli, co i jak u nas działa. Czuli się jak u siebie – opowiada pracowniczka czarnobylskiej elektrowni.
– Musieliśmy pracować niemal 24 godziny na dobę. Ludzie panikowali. Płakali. Tracili przytomność. Nie wytrzymywaliśmy stresu. Rosjanie też po kilku dniach zrobili się bardziej nerwowi, bo nie udał im się trzydniowy marsz na Kijów. Zaczęły się bombardowania. Słyszeliśmy wystrzały, wybuchy. Było coraz gorzej. Im więcej ich przyjeżdżało z Kijowa poturbowanych i rannych, tym częściej zaczynali snuć różne scenariusze, co z nami zrobią. Zaczęli się na nas wyżywać. Mówili, że Kijowa już nie ma. My nie wiedzieliśmy, co dzieje się z naszymi rodzinami. To chyba było w tym wszystkim najgorsze. Im dłużej trwały walki, tym mniej było tu na miejscu tych wykształconych oficerów, a coraz więcej takich prymitywnych wojskowych – wspomina Ludmiła Kozak.
Rosjanie na terenie elektrowni atomowej w Czarnobylu i w Strefie Wykluczenia urządzili sobie bezpieczny przyczółek. Wiedzieli dobrze, że tego obszaru Ukraina nie może zaatakować ciężkim kalibrem. Dlatego "zona" zamieniła się w bazę wojskową. Tutaj Rosjanie przyjeżdżali odetchnąć po bojach, odnowić siły, przegrupować się.
– Zwozili ciężki sprzęt wojenny, broń. Śmiali się, że mają tu sanatorium. Autobus do Homla kursował dwa razy dziennie i przywoził im wszystko, co tylko chcieli. Ci, którzy przyjechali później, nie mieli już takiej wiedzy, jak ci z początku i zachowywali się bardzo nieostrożnie, mimo naszych ostrzeżeń. Chodzili do lasów na polowania, piekli szaszłyki z tego mięsa, dużo pili alkoholu i wtedy robiło się bardzo nieprzyjemnie. Krzyczeli na nas, a im pod Kijowem było gorzej, tym stawali się jeszcze bardziej agresywni. Kłócili się i bili nawet między sobą – opowiada inżynierka.
Z jej opowieści, a także ze słów przewodnika i byłego pracownika elektrowni Wołodymyra Werbickiego, dziś członka lokalnej obrony terytorialnej wynika, że to właśnie Rosjanie z tej późniejszej zmiany kopali wokół Strefy Wykluczenia okopy w najbardziej skażonych miejscach.
– Ci pierwsi mieli dokładne mapy, wiedzieli perfekcyjnie, w jakich miejscach radiacja jest w zonie najwyższa, a gdzie niższa. Nie pomyliliby się – przyznaje Werbicki. – To, co oni narobili w tzw. Czerwonym Lesie to z punktu widzenia zagrożenia radiacyjnego po prostu katastrofa. Kopali w ziemi, w której w latach 80. zakopywano najbardziej napromieniowaną glebę. Kiedyś był tu wielki las, drzewa miały charakterystyczny czerwony kolor, ale większość z nich została ścięta lub obumarła, właśnie ze względu na to, że rośliny przyjęły ogromną dawkę radiacji – wyjaśnia Werbicki, który w dniu katastrofy 26 kwietnia 1986 r. był jednym z mieszkańców Prypeci. Wraz z innymi został ewakuowany z zagrożonego obszaru i nigdy więcej nie wrócił do swojego mieszkania. Kiedy podchodzimy do przypadkowych drzew przy drodze, zbliża do nich licznik Geigera. Wskaźnik promieniowania gwałtownie rośnie.
– Pracownicy elektrowni tłumaczyli Rosjanom, że nie powinni tu niczego ruszać, bo to wyjątkowo niebezpieczne, ale oni z kolei mówili, że w ten sposób robili ich dziadkowie podczas II wojny światowej. Takie podejście wynika najprawdopodobniej z tego, że rosyjska armia ma dotychczas wyższe dzienne normy napromieniowania. Z tego, co wiem, tam dopuszczalna dawka radiacji na wojskowego to 50 rentgenów dziennie. Czyli żołnierz w sytuacji bojowej, w przypadku wojny jądrowej, może przebywać w niebezpiecznym środowisku 12 dni, a później umiera. W tym miejscu, gdzie stoimy, poza asfaltem, radiacja jest wielokrotnie wyższa. Dlatego w trawie można jeszcze znaleźć puste rosyjskie apteczki. Jest wiele opakowań po środkach przeciwwymiotnych. To jeden ze sposobów jak pozbyć się z organizmu skażenia. To bardzo silne substancje, które działają jak środki narkotyczne, ale w wypadku napromieniowania one podtrzymują czynności życiowe – tłumaczy nasz przewodnik.
onet.pl