Nikolaos Gavalakis: W książce "The System: Who Rigged It, How We Fix It" twierdzi pan, że ustrój polityczno-gospodarczy w Stanach Zjednoczonych jest zamknięty w błędnym kole bogactwa i władzy. Czy może pan rozwinąć tę tezę?
Robert B. Reich: Coraz większa część dochodu narodowego Stanów Zjednoczonych znajduje się dziś w rękach bardzo bogatych Amerykanów. Razem dysponują ogromną pulą pieniędzy. Część z tych pieniędzy wykorzystują, by wpływać na politykę. W USA niemal nie istnieją ograniczenia sum, jakie można przeznaczyć na rywalizację polityczną, w tym reklamy, marketing w mediach społecznościowych czy inne działania pomagające konkretnym kandydatom.
Tryby ustroju politycznego Stanów Zjednoczonych są dziś nasmarowane pieniędzmi bogatych. Z tego powodu dokonano szeregu zmian w regułach obowiązujących amerykański kapitalizm od mniej skwapliwego egzekwowania praw antymonopolowych po utrudnianie organizacji pracownikom. Zwykłym ludziom utrudniono, a wielkim koncernom ułatwiono ogłoszenie upadłości. Rozszerzono prawa własności intelektualnej, przez co korporacjom farmaceutycznym czy technologicznym jest dziś łatwiej zdobywać patenty i prawa autorskie.
Utrudniono też wnoszenie pozwów zbiorowych. Zgodne z prawem jest dziś wykorzystywanie do wykonywania transakcji na giełdzie informacji niejawnych dotyczących przedsiębiorstw. Zgodnie z prawem można też odkupować akcje i sztucznie pompować ich cenę. Ograniczenia wprowadzone w latach 30. w celu kontrolowania Wall Street niemal zupełnie zniesiono przed kryzysem finansowym 2008 roku. Po tym kryzysie narzucono nowe ograniczenia, które jednak po pewnym czasie też zredukowano.
Podatki dla osób o wysokim dochodzie drastycznie obniżono. Na tym właśnie polega błędne koło: dzięki swoim pieniądzom bogaci modyfikują „wolny rynek”, stosując wymienione przeze mnie, ale i inne niezliczone sposoby, a wtedy w ich ręce przechodzi jeszcze więcej bogactwa, co pozwala im na następną rundę zmian w gospodarce, działających oczywiście wciąż na ich korzyść.
Nie wspomniałem jeszcze o bailoutach i subsydiach. Widzi pan, że nawet podczas pandemii pomoc finansową otrzymują wielkie koncerny, bogaci dostają ulgi podatkowe, a zwykli ludzie prawie nic.
To sprawia, że są podatni na manipulacje demagogów takich jak Trump?
Im więcej ludzi czuje, że nie może się wybić, niezależnie od tego, jak ciężko pracują, im bardziej tracą nadzieję na poprawienie sytuacji swojej i swoich dzieci, tym większy jest poziom gniewu i frustracji. To podatny grunt dla demagoga, który wykorzystuje ten gniew i frustrację dla własnych celów: żeby zbudować elektorat i skierować gniew na kozły ofiarne, takie jak imigranci, biedni, elity kulturowe czy tzw. głębokie państwo. Coś podobnego robił Hitler w latach 30. Demagodzy nagminnie żerują na gniewie i frustracji klasy pracującej. To ich częsta strategia.
Dlaczego nie widzimy większego oburzenia społecznego i znaczniejszych protestów?
Przeciwnie, sprzeciw jest ogromny. Dwojgiem poważnych kandydatów w prawyborach Partii Demokratycznej byli Bernie Sanders i Elizabeth Warren. Ich sukces świadczy o istnieniu bardzo licznego ruchu progresywnego wśród demokratów. Jeśli chodzi o Partię Republikańską, to Donaldowi Trumpowi wciąż jeszcze udaje się ogłupiać wielu ludzi pracujących, by wierzyli, że jest ich bohaterem, zbawcą, ale oni też zaczynają się orientować. Widzą, że porządnie obciął podatki bogatym i korporacjom i że poluzował przepisy BHP. W czasie pandemii jest to moim zdaniem jeszcze lepiej widoczne.
W Stanach Zjednoczonych kilka mitów, które snują oligarchowie, wreszcie rozwiewa się w konfrontacji z rzeczywistością. Jeden z tych mitów głosi, że tradycyjny podział na prawicę i lewicę istnieje do dziś. Tak naprawdę mamy do czynienia z podziałem na demokrację i oligarchię. Oligarchowie chcą, żeby ludzie byli poróżnieni, bo to najprostszy sposób odwrócenia uwagi od tego, ile władzy i bogactwa skoncentrowali w swych rękach nieliczni. Ludzie jednak zaczynają to dostrzegać.
Drugi mit opowiada o istnieniu wolnego rynku, dla którego rząd jest intruzem, ale on także zaczyna rozchodzić się w szwach, tym szybciej w czasie pandemii.
Jeszcze inna opowiastka jest o tym, że korporacje są społecznie odpowiedzialne i można na nich polegać, że odpowiadają przed swoimi pracownikami i ich społecznościami. To fikcja. Korporacje odpowiadają tylko przed akcjonariuszami i dyrektorami, którzy otrzymują wynagrodzenia w zależności od sukcesu firmy.
Do tego dochodzi wreszcie mit merytokracji: że płacą ci tyle, ile jesteś wart. Ludzie zaczynają dostrzegać, że system został zniekształcony przez władzę i pieniądze. Jeszcze kilka lat temu problematyka władzy była rzadko poruszana przez ekonomistów, a nawet przez politologów, ale dziś zaczyna zyskiwać poczesne miejsce w dyskusjach. We wszystkich tych aspektach ludzie robią się coraz bardziej świadomi i czynni politycznie. Chcą odzyskać dla siebie politykę i gospodarkę, zagarnięte przez oligarchów.
W wyborach parlamentarnych w połowie kadencji prezydenta Trumpa w 2018 roku mocno i z powodzeniem dały o sobie znać nastroje postępowe. Izbę Reprezentantów przejęli demokraci, i to bynajmniej nie korporacyjni demokraci z Wall Street. To młodzi postępowcy, tacy jak Alexandria Ocasio-Cortez, i wiele innych kobiet i osób o różnorodnych kolorach skóry. Czasy się zmieniają.
W przeszłości krytykował pan demokratów jako partię podtrzymującą status quo. Jakie pańskim zdaniem popełnili błędy? Co musi zrobić Joe Biden, żeby wygrać nadchodzące wybory?
Partia Demokratyczna porzuciła klasę pracującą. To był jej największy błąd. Pracownicy stanowili bardzo ważną część koalicji Partii Demokratycznej w latach 30., za Franklina D. Roosevelta. Jednak w ciągu ostatnich czterdziestu lat Partia Demokratyczna chciała się usytuować w tzw. centrum. Demokratom się wydawało, że nowe centrum mieści się na przedmieściach zamieszkałych przez klasę średnią wyższą, czyli tzw. podmiejskich wyborców niezdecydowanych. Moim zdaniem to nie był dobry pomysł.
Ogromną amerykańską klasę robotniczą pozostawiono samą sobie. Demokraci prawie zapomnieli o związkach zawodowych. Pozwolili na to, żeby udział w związkach spadł z 35 procent siły roboczej w sektorze prywatnym do 6,4 procent. A brak zdrowych i silnych związków poważnie osłabił Partię Demokratyczną.
krytykapolityczna.pl