wtorek, 22 lutego 2022


Piotr Olejarczyk, Onet: - Czy są jakieś sankcje Zachodu, których rzeczywiście obawia się Putin?

Prof. Katarzyna Pisarska przewodnicząca Rady Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego: Mógłby się obawiać, gdyby był przekonany, że te sankcje będą na tyle skuteczne, że nie będzie można ich obejść. Kreml ma bardzo konkretne doświadczenie z sankcjami. Dotyczy to przede wszystkim tych nałożonych w 2015 r. po zestrzeleniu samolotu komercyjnego Malaysia Airlines. Wtedy Zachód, prawie rok po aneksji Krymu i w cieniu wojny na Donbasie, nałożył bardzo dotkliwe – jak na relację z Rosją – sankcje.

- Jakie to były sankcje?

One dotyczyły zarówno kwestii związanych z możliwością pożyczek na rynkach europejskich przez banki rosyjskie, jak i finansowania przez zachodnie firmy takich inwestycji, które mogłyby wspierać dalsze wydobycie gazu i ropy w Rosji. Te sankcje były dotkliwe, ale Kreml nauczył się różnymi sposobami je obchodzić. Całościowe sankcje zostały nałożone właściwie tylko na Krym, ale tym Rosja się nie przejęła. Bo jest w stanie dostarczać Krymowi wszystko.

- Jak teraz wygląda sytuacja, jeżeli chodzi o potencjalne sankcje dla Rosji?

Na pewno sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Na stole jest szereg różnych i nowych sankcji, które wcześniej były nie do pomyślenia. Mowa jest tutaj o cięciu całego systemu bankowego, np. systemu SWIFT. To są kary, które zostały nałożone na Iran. Ja w Iranie byłam dwa razy i wiem, jak to jest niemożliwie dokuczliwe dla obywateli i co to znaczy dla gospodarki i ekonomii.

- Co oznaczałoby takie zablokowanie systemu SWIFT dla Rosji?

Gdyby wprowadzić taką sankcję przeciwko Rosji, oznaczałoby to de facto, że nigdzie na świecie nie działają rosyjskie karty kredytowe. Obywatele rosyjscy mieliby dużo problemów z podróżowaniem. Banki miałyby problemy z wymianą międzynarodową. To są bardzo poważne, tzw. atomowe sankcje.

Warto pamiętać, że już kilka lat temu przez sankcje Krym został odcięty od systemu SWIFT. Jeżeli pan pojedzie teraz na Krym, nie może pan używać kart kredytowych, korzystać z bankomatów. Została zamknięta możliwość importu i eksportu z Krymu. Nie jest możliwe również inwestowanie na Krymie. Nawet jeżeli pan jest polskim obywatelem i zaciąga pan pożyczkę w dowolnym banku w Polsce, musi pan podpisać deklaracje, że te pieniądze nie pójdą na żadne inwestycje do Krymu. To dotyczy 450 mln Europejczyków.

onet.pl

– W nocy z niedzieli na poniedziałek nie mogłem spać. Naliczyłem 90 wystrzałów artyleryjskich. To było straszne, bardzo straszne. Pociski wybuchały gdzieś daleko. Mam krewnych w Staromychajliwce, to tuż przy linii frontu. Mówią, że to z naszej strony padają strzały. Od kilku dni prowokują. Gdyby ukraińska armia odpowiedziała, nie byłoby pewnie już mojego domu – relacjonuje „Rzeczpospolitej" mieszkaniec Doniecka, który prosi o zachowanie anonimowości. – Tu ludzie nie udzielają się, starają się nie rozmawiać z nieznajomymi, nigdy nie wiadomo, na kogo trafisz, a bardzo dużo jest kapusiów. Jeżeli doniosą, że sympatyzuję Ukrainie, wywiozą mnie w nieznanym kierunku – mówi.

Jak twierdzi, w ubiegłym tygodniu nic nie zapowiadało burzy. Ludzie chodzili do pracy, życie w mieście toczyło się tak, jak zawsze w warunkach tlącej się od 2014 roku wojny. – Ni stąd, ni zowąd ogłoszono ewakuację. Sporządzono listę pracowników sektora budżetowego i podstawiono autobusy. Nikomu nic nie powiedziano, gdzie jadą i kiedy ewentualnie wrócą. Po drugiej stronie granicy nikt na tych ludzi nie czekał, wielu się dowiedziało, że jadą daleko w głąb Rosji. Ludzie nie chcą wyjeżdżać – opowiada mój rozmówca. Nie opuścił Doniecka, gdy trwały regularne walki w latach 2014–2015, nie zamierza wyjeżdżać i teraz, gdy cały świat mówi o zbliżającej się rosyjskiej inwazji na Ukrainę. – Mam krewnych w Petersburgu, proponowali ostatnio, że przyjadą do Rostowa i zabiorą naszą rodzinę do siebie. Ale musielibyśmy zrezygnować z dorobku życia, wylądowalibyśmy w obcym mieście. Nie chcę mieszkać kątem u kogoś, tu się urodziłem i tu raczej spędzę resztę życia – mówi. Tłumaczy, że wyjazd w głąb Ukrainy nie jest taki prosty. Trzeba uzbierać stos papierów, a jeżeli ktoś wyjedzie i nie uzyska odpowiedniej zgody, władze samozwańczej republiki mogą nawet zarekwirować jego nieruchomość. A od poniedziałku, jak twierdzi, w mieście nie działa już służba migracyjna, gdzie wcześniej załatwiano takie formalności.

Mężczyźni nie mogą opuścić miasta, jeżeli nie wywożą własnym samochodem żony z dziećmi do Rosji. Każdy w wieku 18–55 lat otrzymał SMS-y z nakazem stawienia się w najbliższym komisariacie wojskowym. Od kilku dni trwa powszechna mobilizacja. A jak ktoś się nie stawi? – To źle się skończy, tu działa prawo wojenne. Dlatego kobiety chowają w domach synów i wnuków w wieku poborowym, ci od kilku dni nie wychodzą z mieszkań. Nie zapalają światła i siedzą cicho, udając, że w środku nikogo nie ma. Bo każdy chce żyć – mówi.

Mieszkańcy Doniecka zresztą od lat starają się nie wychodzić bez potrzeby na zewnątrz, po 23.00 obowiązuje godzina policyjna, ale już po 20.00 przestaje kursować publiczny transport. Wyjście z domu wieczorem, jak przyznaje mój rozmówca, jest bardzo ryzykowne. – Bywa tak, że nawet przez dziesięć dni nigdzie nie wychodzę. W ostatni weekend poszedłem na zakupy. Ale mocno strzelano, bałem się iść zbyt daleko. Zauważyłem, że służby komunalne w mojej okolicy zmieniają przy szkole flagi DRL (samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej – red.) na rosyjskie. Zapytałem, co się dzieje, ale robotnik odpowiedział, że nic nie wie i że dostali taki rozkaz – opowiada. W mieście przestały działać szkoły, a pod koniec ubiegłego tygodnia mieszkańcy nie doczekali się emerytur i zasiłków socjalnych. Od lat krąży tam wyłącznie rubel i rozdano ponad 750 tys. rosyjskich paszportów. Staruszkom, którzy udali się do urzędów pocztowych, tłumaczono, że „pieniędzy na razie nie ma". – Sklepy i apteki jeszcze działają, ale produkty i leki są często podrobione, jakość jest bardzo zła. Ale wyboru nie mamy – relacjonuje.

W trakcie naszej rozmowy w poniedziałek wieczorem zaczęło się orędzie Władimira Putina. Mój rozmówca wraz z bliskimi usiadł przed telewizorem. Rosyjski prezydent właśnie ogłosił, że uznaje niepodległość samozwańczych republik Donieckiej i Ługańskiej. – Wojna, powiedz polskiemu dziennikarzowi, że będzie wielka wojna. Pójdą dalej – przebijał się do słuchawki głos obecnej w mieszkaniu znajomej. – I co teraz? Świat to znów przełknie? Przecież to rozbiór Ukrainy – rzuca pytanie, na które nie ma jeszcze odpowiedzi.

rp.pl

Piotr Olejarczyk, Onet: - Wygłaszając oświadczenie, Putin wspomniał, że jego kraj otrzymał kiedyś obietnicę, że NATO nie będzie rozszerzane na Wschód, ale obietnica ta nie została dotrzymana. Jak pan to skomentuje?

Robert Pszczel, były dyplomata, w latach 2010-15 dyrektor Biura Informacji NATO w Moskwie, ekspert Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego: Odpowiem anegdotą. Kilkanaście lat temu Putin miał przemówienie i już wtedy zaczął mówić o tych rzekomych obietnicach NATO w sprawie rozszerzenia na Wschód. To przemówienie było wygłoszone bodajże w sobotę lub niedzielę, a ja w poniedziałek byłem na konferencji w Petersburgu. Można powiedzieć, że byłem pierwszym przedstawicielem NATO w Rosji, który to wystąpienie komentował. Byłem o to pytany przez rosyjskich dziennikarzy. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie ma jakichkolwiek dowodów, że NATO jako organizacja złożyła takie obietnice Rosji. Nie mogła ich złożyć, bo aby zmienić politykę tzw. otwartych drzwi, trzeba byłoby zmienić artykuł 10 traktatu waszyngtońskiego. Do tego są potrzebne parlamenty i nigdy w życiu taki wniosek nie został złożony.

- Putinowi pewnie chodziło o jakieś nieoficjalne rozmowy.

To, co ktoś powiedział przy kominku w 1990 roku, nie ma większego znaczenia. Otwarte archiwa prezydenta Clintona, jego korespondencja z Jelcynem, plus wypowiedzi samych uczestników, np. Gorbaczowa – to wszystko pokazuje, że nawet takich rozmów nie było. Że dyskusja dotyczyła zjednoczenia Niemiec, a nie obietnic w sprawie NATO. Pamiętam, że ja to wszystko mówiłem w Petersburgu i moi rosyjscy interlokutorzy kiwali głowami. I co wtedy od nich usłyszałem? Od dziennikarzy rosyjskich, od studentów, od analityków? "No wiesz, my słyszymy, co ty mówisz. Ale jeśli nasz prezydent tak mówi, to to musi być prawda".

- To pokazuje rzeczywiście zupełnie inne myślenie Rosjan.

Ja im wtedy też tak odpowiedziałem. Że to jest zasadnicza różnica między Rosją a np. moim krajem, ale i innymi państwami na Zachodzie. Tłumaczyłem im, że jak w Polsce prezydent coś powie, to już część osób zakłada, że to pewnie nie musi być prawda. Bo w demokracjach ścierają się różne poglądy i jest otwarta dyskusja. Rosjanie tego wszystkiego posłuchali, pokiwali głowami. Przytaknęli, ale usłyszałem: „no tak, ale wiesz, w Rosji jest inaczej”. Tylko wtedy można było sobie na ten temat z Rosjanami nawet trochę pożartować.

- No właśnie chciałem pana zapytać o tę różnicę. W latach 2010-2015 pełnił pan funkcję dyrektora Biura Informacji NATO w Moskwie. Czym tamta Rosja różniła się od tej obecnej?

Przyjechałem do Moskwy w czasie pierwszego etapu rozwoju współpracy Rosji z NATO, a już wyjeżdżałem w zupełnie innym. Na szczycie NATO-Rosja w Lizbonie przyjęto oświadczenie, że działamy razem, że jest wspólne partnerstwo. Trzeba przyznać, że choć różniliśmy się w pewnych kwestiach, to była współpraca, np. w walce z terroryzmem.

- To, co i kiedy się zmieniło?

W 2012 r. w Rosji doszło do czegoś, czego Kreml boi się zawsze najbardziej. Czyli do sytuacji, której nie był w stanie przewidzieć, i której nie jest w stanie kontrolować. Doszło wówczas do wybuchu pewnych protestów społecznych ze względu już na coraz bardziej oszukane wybory. Jak to zwykle w Rosji bywa, w takich sytuacjach w kraju następuje przysłowiowe przykręcanie śruby od wewnątrz i wykorzystywanie tych tradycyjnych wrogów do straszenia. Skończyło się to niestety tragedią w postaci aneksji Krymu, bo Putin potrzebował odwrócenia uwagi i zwarcia szeregów. To zadziałało wtedy. Mam ogromne wątpliwości, czy zadziała tym razem.

- Dlaczego?

Pierwszą ofiarą tego reżimu są Rosjanie. Najbardziej utalentowani, najmądrzejsi, ludzie z najwyższymi wartościami moralnymi – dużo takich osób z Rosji już wyjechało, albo tak jak Nawalny jest prześladowanych, siedzi w łagrze.

Interesy reżimu nie są tożsame z interesami zwykłych obywateli Federacji Rosyjskiej. Interesy reżimu zostały tak zdefiniowane, że konfrontacja zarówno wewnętrzna (zwiększony autorytaryzm), jak i konfrontacja ze światem zewnętrznym stały się instrumentem bronienia Putina i jego reżimu. Wszyscy chyba powinni już z tego zdawać sobie sprawę. To ma kolosalne znaczenie i po części wracamy tu do pierwszej części naszej rozmowy. Bo co Zachód powinien teraz robić? Otóż jeśli Rosja sama się zdefiniowała jako nasz antagonista, to musimy uderzyć w te czułe miejsca. Czyli interesy tej całej kliki, która obsługuje Kreml.

onet.pl

Poniedziałkowe posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Rosji odbyło się w ogromnej sali kolumnowej na Kremlu. Władimir Putin siedział przy biurku, na którym miał rozłożonych kilka kartek z notatkami. Państwowi urzędnicy z kolei zajęli miejsca w znacznej odległości od prezydenta i — co wyraźnie widać było na ich twarzach — nieco zmieszani oczekiwali na rozwój zdarzeń.

I choć rosyjska propaganda przekonuje, że celem spotkania było zasięgnięcie przez Władimira Putina opinii na temat przyszłości Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, to wiele wskazuje na to, że posiedzenie było tak naprawdę dokładnie wyreżyserowanym i nagranym wcześniej spektaklem, który miał pokazać siłę prezydenta Rosji. Świadczą o tym wpadki, którymi teraz żyje internet.

Już kilka godzin po zakończeniu posiedzenia rady (lub emisji nagrania) Władimir Putin wygłosił orędzie do obywateli. Uznał niepodległość Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej powołanych przez prorosyjskich separatystów. Równocześnie mówił w orędziu, że wiele krajów Europy Wschodniej wniosło do NATO kompleksy związane z "rosyjskim zagrożeniem".

Do jednego z najbardziej kuriozalnych zdarzeń podczas spotkania rady doszło, gdy głos zabrał Siergiej Naryszkin, szef Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej. To o dwa lata starszy od Władimira Putina wysoki rangą urzędnik, który od lat robi karierę na Kremlu.

Putin, siedząc za biurkiem niczym nauczyciel wywołujący uczniów do tablicy, wsłuchiwał się, co mają do powiedzenia jego urzędnicy. Gdy głos zabrał Naryszkin kamery uchwyciły Putina, który z niedowierzaniem słucha tego, co do powiedzenia ma jego urzędnik.

Zniecierpliwiony rosyjski prezydent w pewnym momencie stanowczo zapytał Naryszkina, czy ten popiera wniosek Dumy Państwowej o uznanie niepodległości dwóch separatystycznych republik, które chcą oderwać się od Ukrainy. "Mówcie wprost" — zachęcał Putin. Urzędnik był wyraźnie zmieszany i jąkając się, wyznał, że "poprze" ten wniosek. Putin dopytywał, czy Naryszkin "poprze, czy popiera" ten wniosek.

Wtedy właśnie urzędnik wypowiedział zdanie, które cześć ekspertów uznaje za zwykłą pomyłkę, ale dla innych była to chwila szczerości Naryszkina. "Popieram propozycję wstąpienia Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej w skład Federacji Rosyjskiej" — powiedział Naryszkin.

Putin zganił go, mówiąc, że "nie o tym rozmawiamy". "Rozmawiamy o uznaniu ich niepodległości" — powiedział Putin, a gdy wreszcie urzędnik uznał, że poprze wniosek, prezydent Rosji odrzekł: "bardzo dobrze, siadajcie".

Ukraińska prasa analizująca poniedziałkowe wydarzenia na Kremlu przekonuje, że tak naprawdę całe to wydarzenie było nagrane wcześniej, a nie transmitowane na żywo. Na dowód tego internauci publikują zbliżenia na zegarki ministrów uczestniczących w spotkaniu.

Okazuje się, że na zegarku szefa rosyjskiego resortu obrony dwa razy widać różne godziny. Raz internauci dostrzegli wskazówki pokazujące 12.50, a drugi raz 13.40. Natomiast zegarek mera Moskwy Siergieja Sobianina pokazywał godzinę 12.10.

onet.pl

Dlatego wizja Ukrainy jaką przedstawił Putin w swoim orędziu była schizofreniczna, a samo wystąpienie chaotyczne i desperackie, z kuriozalnym wykładem pseudohistorycznym. Putin zaczął orędzie od podkreślenia braterskich więzów łączących Ukrainę i Rosję by następnie wylać na nią kubeł pomyj. Określenie „Ukraina im. Lenina" jest szokujące i tak naprawdę stanowi sugestię, że Ukraińcy nie byliby w ogóle narodem gdyby nie Lenin. Kuriozalne było również to, że choć Putin zastrzegł, że nie oskarża Lenina to de facto zarzucił mu, że ten stworzył podwaliny pod nacjonalizmy w państwie sowieckim, wymyślił konfederacyjny format ZSRR upodmiotowiając republiki związkowe, w tym w szczególności Ukrainę, a także podarował jej rdzenne ziemie rosyjskie. Oczywiście, ostatecznym winnym musiał być zewnętrzny wróg, który poprzez presję wywieraną na bolszewików zmusił ich do koncesji na rzecz narodów związkowych. To oczywiście czysty bełkot, a po takim przemówieniu „rosyjscy patrioci" powinni wyciągnąć zwłoki Lenina z mauzoleum na Placu Czerwonym, odbyć na Łobnym Miestie sąd nad nieboszczykiem, a następnie go powiesić, poćwiartować, spalić i wystrzelić prochy z armat tak jak to Moskwiczanie zrobili z carem Dymitrem w 1606 r. W końcu, w przeciwieństwie do Lenina, Dymitr żadnych rosyjskich ziem nikomu nie podarował.

Nowsza „historia Ukrainy według Putina" była jeszcze bardziej dla niej obraźliwa (zresztą wiele zarzutów nie odnosiło się tylko do Ukrainy ale całej „niewdzięcznej" przestrzeni poradzieckiej). Obecną swoją państwowość, według Putina, Ukraina zawdzięcza nie narodowym aspiracjom Ukraińców ale spiskowi w najwyższych kręgach przywództwa sowieckiego w końcu lat 80-tych. Później było już tylko coraz gorzej: oligarchowie, korupcja, wykorzystywanie rosyjskiej pomocy i okazywanie jej niewdzięczności, no i oczywiście szalejący nacjonaliści. Wreszcie nastąpił „krwawy przewrót" w 2014 r., który wyniósł do władzy „neonazistów", prześladujących Rosjan, nakręcających rusofobię. Nie ma co ukrywać, ze Ukraina nie jest państwem idealnym jeśli chodzi o stosunki polityczne czy gospodarcze, niemniej to samo można powiedzieć również o Rosji. Różnica jest taka, że w Rosji wybory są farsą, w której główny aktor od ponad 20 lat jest ten sam, a na Ukrainie mają one realne znaczenie. Obecne władze Ukrainy mają legitymację pochodzącą z wyborów ale o tym Putin oczywiście nie wspomniał. Za to podkreślał, że Ukraina jakoby nie jest suwerena, lecz idzie na pasku USA i innych państw zachodnich, które z premedytacją ją niszczą. A Rosja nad tym boleje.

Taka narracja rodzi pytanie do kogo była ona skierowana. Raczej nie do Ukraińców, chyba, że Putin już całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Faktem jest przy tym, że nie wyglądał w czasie tego przemówienia na zupełnie zrównoważonego, niemniej to nie oznacza, że jest całkiem szalony. O jego nienajlepszej kondycji świadczy również marna jakość scenariusza widowiska, którego zwieńczeniem było to orędzie i ceremonia. Rzekome wtargnięcie dwóch ukraińskich „grup dywersyjnych" na terytorium Rosji, choć okrzyknięte „aktem agresji" przez rosyjską propagandę, budziło zdziwienie nawet u kremlowskich propagandystów, a w świetle podawanych przez USA informacji o planowanych operacjach „fałszywej flagi" było jak zmoknięty kapiszon, a nie poważna eksplozja. Kabaretowy wymiar miała z kolei „narada", w której wyraźnie znudzony Putin wysłuchiwał „rad" kolejnych oficjeli zgodnie deklarujących, że należy uznać ŁNR i DNR. Ożywił się jedynie gdy szef Służby Wywiadu Zagranicznego Siergiej Naryszkin najwyraźniej miał problem z pojęciem swojej roli i najpierw zaczął mówić o dalszych negocjacjach, a później ofukany przez Putina całkowicie się pogubił i poparł „przyłączenie Doniecka i Ługańska do Rosji". 

Po tym teatrze Putin ogłosił, ze musi to przemyśleć, co było już całkowitą farsą. Można jednak przypuszczać, że cały ten teatr, histeryczne orędzie, w trakcie którego rosyjski przywódca wzdychał, sapał i kasłał, a także równolegle nadawana w rosyjskich mediach kuriozalna propaganda, miały dwóch adresatów: zachodnich przywódców oraz rosyjskie społeczeństwo. Jeżeli chodzi o tych pierwszych to była to ostatnia, desperacka próba zastraszenia Zachodu i skłonienia go do ustępstw. Temu służyło oskarżanie Ukrainy o to, że zamierza ponownie dysponować bronią nuklearną, wywołać III wojnę światową (w domyśle nuklearną) i sprowadza islamskich terrorystów jako sojuszników (wątek zasygnalizowany i nie rozwinięty). Interesujące jest przy tym to, że w jednym orędziu Putin oskarżył Ukrainę o to, że próbuje wciągnąć Zachód do III wojny światowej i jednocześnie oskarżył Zachód o pchanie Ukrainy do wojny z Rosją, a nawet uderzenia atomowego Ukrainy na Rosję. Ten drugi przekaz był jednak już kierowany do rosyjskiej opinii publicznej. Do niej kierowana była również cała narracja zohydzająca Ukrainę oraz demonizująca NATO i rzekome plany Zachodu zniszczenia Rosji.

defence24.pl

– Osobiście, zawsze uważałem Nord Stream 2 za realny i dobry projekt. Amerykański sceptycyzm nie jest niczym nowym. Już w latach 60 XX. sprzeciwiali się i tymczasowo sankcjonowali niemiecko-rosyjskie projekty energetyczne. Obecny sekretarz stanu USA Anthony Blinken napisał nawet w 1987 roku książkę o kryzysie w relacjach USA-Niemcy w kontekście „syberyjskich rurociągów”. Jestem przekonany, że nikt nie otworzy Nord Stream 2 jeżeli Rosjanie zdecydują się najechać na Ukrainę. Z drugiej strony, jeżeli do tego nie dojdzie to głupio byłoby nadal blokować ten projekt. Jeżeli amerykanie chcieliby tego, musieliby zaproponować coś w zamian. Jestem pewny, że oni patrzą w ten sam sposób – ocenia Gabriel.

Były minister gospodarki ocenia również decyzję o oddaniu we władanie Gazpromu największych magazynów gazu w Niemczech – Teraz łatwo tę decyzje krytykować, ale wtedy były inne czasy. Głęboko wierzyłem w liberalizację rynku gazu. Ostatnie dziesięciolecia charakteryzowały się liberalizacją i odpolitycznieniem wielu sektorów życia. W efekcie, jeśli chodzi o dostawy gazu, skupiliśmy się wyłącznie na cenie. W końcu celem liberalizacji rynku energii w Europie było zapewnienie bezpieczeństwa dostaw przez samych uczestników rynku, bo to skutkowało znacznie niższymi kosztami. A uczestnicy rynku wybrali najtańsze źródło energii: rosyjski gaz z gazociągów. Po prostu myśleliśmy, że po upadku żelaznej kurtyny „dywidenda pokoju” będzie możliwa do osiągnięcia także w polityce energetycznej. Nikt nie sądził, że tak zmieni się sytuacja geopolityczna – konkluduje były wicekanclerz.

biznesalert.pl

Historia liberalizacji rynku gazu w Unii Europejskiej rozpoczęła się w 1998 roku, czyli 24 lata temu, kiedy Komisja Europejska i Parlament Europejski przyjęły dyrektywę o wspólnych zasadach wewnętrznego rynku gazu. Podstawowe założenie to wolność wyboru pozwalająca gospodarstwom domowym oraz biznesowi zmieniać dostawcę w zależności od oferty, podobnie jak dzieje się obecnie powszechnie np. w sieciach komórkowych. Jeżeli abonament przestaje się komuś podobać, przenosi numer do innej sieci. Są określone warunki zakończenia umowy, pakiety stałych usług i promocje. Wszystko to było możliwe dzięki rozwojowi rynku telekomunikacyjnego, między innymi dzięki rozwojowi infrastruktury zwiększającej dostępność usług (przepustowość sieci). Podobny efekt ma przynieść liberalizacja rynku gazu, możliwa także dzięki rozwojowi infrastruktury przesyłowej (przepustowość dostaw).

Śledztwo antymonopolowe Komisji Europejskiej uruchomione w 2006 roku z podejrzeniem działań nierynkowych największych graczy na rynku jak Gazprom, ale także E.on, EDF czy OMV znane ze współpracy z tą rosyjską firmą przy projektach Nord Stream 1 (konsorcjum) oraz Nord Stream 2 (partnerzy finansowi). Śledztwo zakończyło się dopiero w 2019 roku ugodą krytykowaną przez część uczestników rynku, jak PGNiG z Polski czy Naftogaz z Ukrainy. Jednakże Komisja formalnie stwierdziła nadużywanie pozycji dominującej przez rosyjski Gazprom. Rosjanie nadużywali jej poprzez ograniczanie dostępu do infrastruktury, niesprawiedliwe ceny i dzielenie rynków. Bruksela przyznała, że nie ma wpływu na umowy międzyrządowe takie, jak kontrakt jamalski w Polsce. Ustalenia Komisji posłużyły do zaprojektowania trzeciego pakietu energetycznego. To szereg regulacji liberalizujących rynek z 2009 roku: rozdział właścicielski, wolny dostęp stron trzecich i niezależne taryfy. Ma im obecnie podlegać gazociąg Nord Stream 2 zgodnie z dyrektywą gazową Unii Europejskiej. Regulacje te mają chronić klientów przed nadużyciami dostawców. Międzynarodowa Agencja Energii szacuje, że kraje Unii Europejskiej zapłacą w 2021 roku około 30 mld dolarów więcej za gaz niż gdyby trzymały się indeksu ceny ropy naftowej. Jednakże dzięki wzrostowi z 30 procent kontraktów indeksowanych do giełdy w 2010 roku do 80 procent w 2020 roku zagregowały już około 70 mld dolarów oszczędności na tańszym gazie. Nadszedł jednak kryzys gazowy, który zmniejszył nagle atrakcyjność giełd gazu jak TTF i sprawił, że indeks do ceny baryłki w 2021 roku znów stał się tymczasowo atrakcyjny, dając większą przewidywalność, przy wahaniach na parkiecie.

Liberalizacja rynku gazu dała większą elastyczność i niższą cenę w rachunkach gazowych, ale także większą ekspozycję na wahania na giełdzie. Indeks naftowy nie odzwierciedlał faktycznej relacji popytu i podaży w kontraktach. Warunki zależały od pozycji dostawcy, a w przypadku Gazpromu była ona dominująca i według ustaleń Komisji była wykorzystywana do nadużyć. Można podejrzewać, że ten koncern rosyjski ograniczył podaż gazu w Europie w 2021 roku, aby odwrócić ten trend, który długoterminowo działa na jego niekorzyść. To argument za drugim śledztwem antymonopolowym Komisji Europejskiej, która może potwierdzić recydywę i tym razem doprowadzić do bardziej bolesnych konsekwencji dla Rosjan. 

(...)

Recepta na zagrożenie Gazpromu to zwiększenie wydobycia europejskiego gazu, do którego doszło już w Danii i Norwegii, co jest nawiasem mówiąc istotne z punktu widzenia projektu gazociągu Baltic Pipe do Polski, który ma pozwolić na zawarcie bezpiecznego kontraktu długoterminowego poza Rosją. Złoże Tyra w Dani, które miało zostać porzucone ze względu na zaawansowaną transformację energetyczną tego kraju zostało zrewitalizowane. Podobnie Holendrzy wstrzymują się z zamknięciem największego złoża gazu w Europie zwanego Groningen i zwiększają tam wydobycie na wypadek niedoborów. Transformacja powinna się odbywać przy ograniczonym wykorzystaniu gazu jako paliwa przejściowego w celu uniknięcia wzrostu zależności od jego importu z Rosji. Z tego względu tak istotny jest rozwój energetyki jądrowej zmniejszającej rolę gazu w energetyce doby transformacji. Międzynarodowa Agencja Energii szacuje, że zapotrzebowanie na to paliwo osiągnie szczyt w połowie lat dwudziestych tego wieku, by spaść o 20 procent, czyli prawie 90 mld m sześc. do 2040 roku. MAE ostrzega, że należy naciskać także na rozwój wykorzystania pomp ciepła zamiast piecyków gazowych w celu zmniejszenia ekspozycji cen dla gospodarstw domowych na wahania cen gazu. Kolejna recepta to rozwój dostaw gazu skroplonego, między innymi ze Stanów Zjednoczonych. To rozwój rynku giełdowego pozwolił na swobodne zawieranie kontraktów spotowych na dostawy LNG, dzięki którym to źródło pozwala zmniejszać oddziaływanie kryzysu energetycznego na rynek gazu. Odbiorcy tego paliwa rywalizują o kontrakty na dostawy LNG z Azjatami. Długoterminowo jest to narzędzie rynkowe wzmacniania bezpieczeństwa dostaw pozwalające też obniżyć ceny dzięki możliwości wyboru. 

(...)

Nieprzypadkowo właśnie w przełomowym 2022 roku rośnie presja na polski PGNiG, aby podpisał nowy kontrakt jamalski z rosyjskim Gazpromem. Elementy tej presji to fałszywe informacje o „pisowskiej formule” ustalonej w arbitrażu wygranym w 2020 roku oraz wniosek Gazpromu o nowy arbitraż w sprawie cen od listopada 2017 roku złożony w połowie stycznia. To zwyczajowa kontra Rosjan, którzy zawsze odpowiadają na wnioski Polaków o obniżki analogicznym apelem podwyżki, pokazując jak traktują swych partnerów. To nie jest „formuła pisowska” jak sugerują anonimowe wrzutki w Internecie, prędzej europejska, poza tym nie została dostosowana w całości do oczekiwań Polaków i Komisji Europejskiej, a jedynie zbliżona. Rosjanie chcą natomiast przekonać Polaków, że gaz będzie tańszy tylko w nowym kontrakcie, a spot i dostawy spoza Rosji nie są już atrakcyjne. Robią to wbrew faktom przedstawionym powyżej, ale mogą zyskać posłuch. Według informacji BiznesAlert.pl część rządu oraz opozycji skłania się ku podpisaniu nowej umowy długoterminowej z Gazpromem.

Zwycięstwo polskiego PGNiG w Trybunale Arbitrażowym w Sztokholmie było możliwe dzięki regulacjom antymonopolowym. Arbitraż zarządził modyfikację formuły cenowej i zmniejszenie jej zależności od wartości ropy naftowej a zwiększenie od giełdy gazu TTF w Holandii. Wbrew obiegowej opinii nie doszło do zastąpienia formuły naftowej giełdową. To orzeczenie było zgodne z duchem liberalizacji rynku gazu w Unii Europejskiej obecnym od prawie ćwierćwiecza. 

biznesalert.pl