sobota, 1 grudnia 2018


Nie inaczej jest z najnowszą epidemią narkotykową dotykającą Stany – masowym uzależnieniem od opiatów. Epidemia zaczęła się od przepisywanych na receptę leków przeciwbólowych. Z leków na receptę wielu uzależnionych przechodzi do heroiny, rozpowszechnianej na terenie Stanów przez sieci meksykańskich gangów. Już w 2008 roku przedawkowanie (przede wszystkim opiatów) staje się w Stanach główną przyczyną nienaturalnych zgonów – więcej ludzi ginie z przedawkowania niż w wypadkach samochodowych czy strzelaninach.

Krajobraz tej epidemii rysuje w swojej reporterskiej książce „Dreamland” Sam Quinones. Pejzaż opiatowej katastrofy kształtują dwa kluczowe społeczno-polityczne czynniki. Pierwszym są amerykańskie polityki zdrowotne, powstające na przecięciu interesów wielkich firm farmaceutycznych i ubezpieczeniowych. W interesie obu graczy leży model, gdzie pacjentom skarżącym się na bóle i różne inne dolegliwości podaje się po prostu coraz większe ilości uśmierzających je leków. Z punktu widzenia akcjonariuszy firmy ubezpieczeniowej sensowniej jest zrefundować pacjentce cierpiącej na bóle pleców wizyty u wypisującego recepty lekarza pierwszego kontaktu, niż np. płacić za długą fizjoterapię.

Drugą ważną częścią równania opisującą epidemię opiatów jest upadek „pasa rdzy” – stanów niegdyś stanowiących przemysłowy kręgosłup Ameryki, dziś duszących się w bezrobociu, długu i braku nadziei. Miejscem, w którym Quinones zaczyna i kończy swoją narrację jest Portsmouth w stanie Ohio, typowe dla amerykańskiego Środkowego Zachodu miasto średniej wielkości. Jeszcze kilka dekad temu ośrodek przemysłowy ze stalownią, fabrykami obuwia i sznurówek. Przemysł zapewniał dobre, stabilne miejsca pracy klasie pracującej i średniej. Tworzył szkielet, wokół którego wzrastać mógł społeczny kapitał.

Dziś wszystko to przeszłość. Od kilku dekad fabryki zamykają się – ich właściciele przenoszą produkcję w miejsca, gdzie siła robocza jest tańsza. Portsmouth się wyludnia – kto może ucieka do sąsiednich miast i stanów - gdziekolwiek, gdzie widać jakieś perspektywy. W tym krajobrazie, na przeciwległym brzegu rzeki Ohio, w miasteczku South Shore w Kentucky, wyrasta pierwsza w Stanach „fabryka prochów” – przychodnia zdrowia, która swój model biznesowy opiera nie na leczeniu czegokolwiek, ale na masowym wypisywaniu pacjentom recept na leki przeciwbólowe.

Epidemia opiatów nie ogranicza się przy tym do miejsc takich jak Portsmouth. Dotyka także zamożnych przedmieść klasy średniej w słonecznej Kalifornii i innych miejscach kojarzonych raczej z amerykańskimi sukcesami ostatnich dekad. Sukces ten – zwłaszcza od czasu wielkiego kryzysu z przełomu 2008 i 2009 roku – podszyty jest jednak niepewnością. Amerykańska klasa średnia obawia się, czy zdoła utrzymać swój status i przekazać go następnemu pokoleniu. Klasa pracująca boi się zupełnej ekonomicznej degradacji. Po raz pierwszy od długiego czasu amerykańska przyszłość przynosi więcej lęków niż nadziei. Ta atmosfera stwarza hossę zarówno dla ekspansji opiatowego nałogu, jak i politycznego populizmu spod znaku Trumpu. Oba dopadają zresztą często te same grupy społeczne.

dwutygodnik.com