poniedziałek, 3 lutego 2025



Kiedy ludzie w ZSRR stali w kolejkach po papier toaletowy i kaszkę dla dziecka, młody Nikita Michałkow dzięki ojcu podróżował do Japonii, Australii i USA, wizyty w Wenecji były dla niego chlebem powszednim, podobnie jak piękne kobiety. W latach 70. sprowadził sobie mercedesa, których w całym ZSRR było może kilkadziesiąt. Życie młodego księcia konweniowało z jego aparycją i charakterem. Był bardzo wysokim, atletycznym mężczyzną, przez dużą część życia podobnym do Freddiego Mercury’ego – ze względu na epicki wąs, wiewiórczo wysunięte górne zęby i roześmiane oczy, oddające ogromną radość życia. Ci, którzy z nim pracowali, podkreślali jego poczucie humoru i ciągły głód nowych przeżyć.

Nikita Michałkow od dziecka jest nauczony, że z każdą władzą trzeba dobrze żyć, ponieważ pozwala to zachować ciągłość fizycznego bezpieczeństwa rodziny oraz przywilejów. Dlatego był reformatorem za Gorbaczowa, demokratą za Jelcyna i oświeconym konserwatystą za Putina. Jednocześnie sam kocha być władzą. Do tego stopnia, że pod koniec 1998 roku chodziły wiarygodne słuchy o jego kandydaturze na prezydenta Rosji. Możliwe, że tak by się stało, gdyby już wtedy nie zaczęła świecić gwiazda Putina. Liczba stanowisk Michałkowa w ciągu ostatniego ćwierćwiecza przyprawia o zawrót głowy. Zasiadał w organach Ministerstwa Obrony i Komitetu Śledczego (odpowiednik polskiej prokuratury), w radach cerkiewnych, uniwersyteckich i wojskowych, w komitecie zimowej olimpiady Soczi 2014, był członkiem rady fundacji kremlowskiego oligarchy Olega Deripaski i kilkukrotnym mężem zaufania Putina. Łącznie to kilkadziesiąt funkcji, co przekłada się na konkretne pieniądze. Na przykład produkowane przez niego wino podawane jest w samolotach państwowej spółki lotniczej Aerofłot. Poza tym Michałkow został chyba dożywotnio prezesem Związku Filmowców Rosyjskich, dzięki czemu trzęsie rosyjską kinematografią. Nie mówiąc o tym, że otrzymał od Ministerstwa Spraw Wewnętrznych tak zwaną migałkę, czyli niebieskiego koguta na dach samochodu, dzięki któremu jego limuzyna może sobie spokojnie przemierzać zakorkowaną Moskwę niczym karetka na sygnale.

Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję


Gazeta "Frankfurter Allgemeine Zeitung" ("FAZ") pisała w ubiegłym roku przy okazji 70. urodzin byłej kanclerz, że w czasach Merkel "gospodarka była stabilna, bezrobocie niskie, euro uratowane, a konflikty z Rosją czy Chinami utrzymywane w ryzach". "Wielu czuło się komfortowo w tym rzekomo wiecznym pokoju i dobrobycie. Teraz przychodzi czas na rachunki: Niemcy mają wiele pracy do wykonania, aby stać się mniej zależne od rosyjskiej energii, ochrony wojskowej ze strony USA i chińskiej technologii. To potrwa" - oceniał wówczas "FAZ".

PAP


Wzrost gospodarczy Węgier w 2024 r. został osłabiony przez małą liczbę zamówień. Szacuje się, że węgierska gospodarka w ubiegłym roku wzrosła o zaledwie 0,5 do 0,7 proc. Produktu Krajowego Brutto (PKB). Stoi to w jaskrawej sprzeczności z pierwotnym celem rządu wynoszącym 4 proc.

Co więcej, wygląda na to, że inflacja będzie dalej rosnąć, a forint nadal się osłabia — choć w ostatnich trzech miesiącach nastąpiło pewne ożywienie — co ma dodatkowe implikacje inflacyjne. Obawy te powstrzymały bank centralny przed obniżeniem podstawowej stopy procentowej poniżej poziomu 6,5 proc., który został po raz pierwszy osiągnięty we wrześniu.

W swojej publicznej retoryce Orban nadal obwinia wojnę w Ukrainie za osłabienie obecnego popytu w UE, a tym samym za stagnację gospodarczą Węgier.

Węgierski premier wierzy natomiast, że powrót Trumpa do Białego Domu będzie katalizatorem globalnego wzrostu gospodarczego, w dużej mierze dlatego, że prezydent USA zapowiada zaprzestanie działań wojennych w Ukrainie.

(...)

Orban oczekuje, że wynikający z ewentualnego wstrzymania działań wojennych spadek wydatków wojskowych zostanie przekierowany na konsumpcję. Jest to scenariusz, który nie bierze pod uwagę gróźb Trumpa dotyczących nałożenia ceł na import USA z UE.

[Przypomnijmy, że węgierska gospodarka w dużej mierze polega na niemieckim sektorze motoryzacyjnym. Obłożenie go cłami przez Trumpa miałoby zatem dalekosiężne konsekwencje także dla Budapesztu].

Premier Węgier stawia również na liczne inwestycje w sektorze motoryzacyjnym — w szczególności w należące do Chin fabryki akumulatorów do pojazdów elektrycznych — które zostaną uruchomione w 2025 r. i będą stanowić siłę napędową do zwiększenia eksportu.

Pomimo wszystkich tych optymistycznych założeń, rząd Orbana na przełomie roku stracił 1 mld euro (ok. 4,2 mld zł) z funduszy spójności. Wpłynie to na deficyt budżetowy Węgier, który w 2025 r. może wynieść od 4 do 4,5 proc. UE wykorzystuje tę sytuację, wstrzymanie funduszy zwiększa bowiem presję na Budapeszt.

(...)

Tymczasem kontrolowane przez węgierski rząd media nieustannie podkreślają znaczenie Orbana na arenie międzynarodowej, podkreślając znaczenie jego relacji z Trumpem, Putinem i przewodniczącym Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinpingiem. Zachwalają jego "mądre" wysiłki na rzecz pokoju w Ukrainie, a także rzekome wielkie osiągnięcia dyplomatyczne węgierskiej prezydencji w UE — w szczególności przyjęcie Rumunii i Bułgarii do strefy Schengen.

onet.pl/Politico


Ze znajomym żołnierzem rozmawiamy w nieujawnionym miejscu na ogarniętym wojną Donbasie. Jest potężnym, zbliżającym się do dwóch metrów wzrostu mężczyzną około pięćdziesiątki, o poszarzałej ze zmęczenia twarzy. Niedawno wrócił z kolejnego kilkutygodniowego pobytu na linii frontu. Jak mówi, czasy, kiedy żołnierze odbywali na pozycjach dwu- lub trzydniowe tury przed zrotowaniem ich przez kolejną grupę, dawno minęły.

— U nas na jamkach [w okopach] powinno być w tej chwili 90 ludzi, bo tylu liczy rota — mówi, popijając czarną, mocną kawę z cukrem. — A jest 20. Rotacji nie ma. Ja najdłużej byłem pięć tygodni non stop na linii frontu, bez jednego dnia wychodnego, żeby się chociaż wykąpać.

— Ostrzały trwają nieraz całą dobę — mówi inny żołnierz, który aktualnie przechodzi rekonwalescencję po ranach odniesionych w trakcie intensywnych walk. — Jak nie artyleria, to szturmy albo drony. Gdyby dowódcy dawali choćby po kilka dni wytchnienia, to mielibyśmy czas, żeby się zregenerować, uspokoić głowę, ale co, jeśli jesteś na pozycjach miesiąc, albo półtora? Ja najdłużej byłem przez 36 dni.

Według znajomego żołnierza, z którym rozmawiamy, niedobory kadrowe i brak rotacji zaliczają się do głównych, choć nie jedynych powodów samowolnych oddaleń z jednostek.

Ukraińska prokuratura generalna podaje, że do końca ubiegłego roku wszczęto ponad 90 tys. spraw dotyczących dezercji i oddaleń się z jednostek bez pozwolenia. Oznacza to, że odsetek ten zbliża się do 10 proc. Zjawisko ucieczek z jednostek nasiliło się w ciągu ostatniego roku. Analogiczne dane po stronie rosyjskiej wskazują na 2,5 proc. dezercji. Czytając te dane, należy jednak pamiętać, że pochodzą one z instytucji państwowych dwóch toczących wojnę krajów i znajdujących się w sytuacji intensywnej wojny dezinformacyjnej.

Nawet uwzględniając ten fakt, oficjalne dane ukraińskie są niepokojąco wysokie. A według naszych źródeł nie obejmują one wszystkich oddaleń z jednostek.

Jeden z żołnierzy wyjaśnia nam pewien nieformalny mechanizm, który wytworzył się we frontowych jednostkach. — Chłopaki nie są rotowani po dwa, trzy miesiące, ale znam też takich, którzy są tu od ośmiu miesięcy. Nie widzieli rodziny, żony, dzieci. To normalne, że chcą wrócić do domu. Pozwolenia nie dostają, więc robią to na zasadzie samowolki. Ale to są ludzie przeszkoleni i zapisani w systemie, więc posiedzą parę tygodni z rodziną i są powoływani z powrotem, bez żadnych konsekwencji. To jest taka półlegalna samowolka, obecnie bardzo popularna. Sam myślę, żeby to zrobić — mówi.

— Uciekają zwykle nie ci nowi, ale ci, którzy walczą od dłuższego czasu, po prostu mają już tego dość — dodaje inny z żołnierzy. — Ucieczki się nasiliły, kiedy zaczęło nam brakować ludzi i zaczęły się ciężkie walki. Ludzie psychicznie tego nie wytrzymują, wielu ucieka, patrząc na moją kompanię, to spokojnie 20 proc., choć tak do końca to trudno wyliczyć, bo mamy też wiele strat bojowych. Jednak wielu też wraca. Jeżeli są poza jednostką dłużej niż tydzień, zabierają im miesięczną pensję i tyle.

Formuła, o której opowiadają żołnierze, to samowolne opuszczenie jednostki [Самовільне залишення частини], zwane popularnie "SeZeCze", od pierwszych liter z ukraińskiej nazwy. Zgodnie z literą ukraińskiego prawa chodzi o opuszczenie jednostki na okres nie dłuższy niż trzy dni, za który grozi aresztowanie na pięć dni. W praktyce "SeZeCze" obejmuje znacznie dłuższe okresy, a jednostki wojskowe przymykają na nie oko i często nie odnotowują ich w swoich raportach.

Ukraińskiemu państwu, bardziej niż na karaniu, zależy obecnie, aby żołnierze po prostu wrócili do walki. Stąd popularna w ostatnich tygodniach akcja: "Wracaj z »SeZeCze«, wszystko będzie dobrze", czy też "Wracaj z »SeZeCze«, czekają na ciebie".

Mimo to nie wszyscy wracają, bo powodów okresowych oddaleń lub twardych dezercji jest więcej.

Fundamentalną przyczyną obecnych deficytów w armii jest wadliwy system rekrutacji. Z początkiem pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 r. pamiętające sowieckie czasy, przestarzałe komisariaty wojskowe zostały zamienione na nowoczesne z założenia centra rekrutacji. Tymi rychło zaczęły jednak wstrząsać skandale korupcyjne. Nie okazały się też skuteczniejsze od swoich poprzedników. Efektem są chaotyczne łapanki pod salami koncertowymi lub na ulicach.

(...)

Kolejny powód to zła organizacja i równie złe dowodzenie.

Przykładem są brygady z serii 150 (od 150 do 157), które docelowo miały liczyć w sumie ponad 50 tys. żołnierzy i powstrzymać ofensywę rosyjskich wojsk. Efekt ich tworzenia okazał się opłakany.

Przede wszystkim, brygady były formowane z nowo mobilizowanych żołnierzy, często z ulicznych łapanek, o zerowej motywacji do walki. Często nie większe doświadczenie miała kadra dowódcza. — Wielu dowódców po prostu zginęło w walce. Inni po latach na froncie zaczęli odchodzić do prywatnych biznesów. Front także deprawuje ludzi. Ten, kto wcześniej był dobrym dowódcą, dziś woli się dorabiać na korupcyjnych historiach. To wszystko odbija się zarówno na sytuacji na froncie, jak i na szkoleniach na tyłach — wyjaśnia nam jeden z żołnierzy, którzy od początku rosyjskiej inwazji walczy na pierwszych liniach.

onet.pl


Specjalny urzędnik państwowy (special government employee, SGE) to kategoria pracowników stworzona dla zewnętrznych ekspertów doradzających władzom, którzy podlegają ograniczonym kontrolom dotyczącym konfliktów interesu i którzy wykonują tę pracę przez mniej niż 130 dni w roku.

Współpracownicy Elona Muska związani z Departamentem Wydajności Państwa (DOGE), działającym jako instytucja państwowa, przejęli w ostatnich dniach kontrolę nad szeregiem kluczowych agencji państwowych, otrzymując dostęp m.in. do danych na temat wszystkich pracowników federalnych i podatników, a także do systemu płatności resortu finansów. Jak podał portal Wired, wśród nich jest sześciu studentów lub niedawnych absolwentów uczelni, którzy wcześniej pracowali m.in. jako stażyści w firmach związanych z byłymi wspólnikami Muska.

Najbogatszy człowiek świata i jego ludzie objęli też czołową rolę w procesie zamykania agencji pomocy zagranicznej USAID, którą miliarder określił jako "organizację przestępczą", która "musi zginąć".

Demokraci kwestionują legalność wszystkich tych posunięć i zapowiedzieli złożenie skarg do sądu, by je zatrzymać.

Leavitt, a wcześniej też Trump, twierdzili, że wszystkie działania Muska są zgodne z prawem i z wolą prezydenta. Trump twierdził też, że jeśli Musk — którego firmy posiadają wiele kontraktów rządowych — wejdzie w obszar, gdzie wystąpi konflikt interesów, zostanie powstrzymany.

PAP