Bukiet suszonych róż leży na chodniku, na kamiennych schodach stoją cztery lampy nagrobne. Nad nimi stoi dwóch żołnierzy z brązu. Mają na sobie szerokie płaszcze i stalowe hełmy. Jeden z nich trzyma flagę i robi wymach prawą ręką, by rzucić granat. Drugi żołnierz klęczy za nim, z karabinem maszynowym w gotowości.
Drezno, Olbrichtplatz. Figury znajdują się w mieście od 1945 r., najpierw na Albertplatz, a teraz w pobliżu Muzeum Wojskowo-Historycznego Bundeswehry. Przedstawiają radzieckich żołnierzy w walce. Milcząco przypominają o zwycięstwie nad dyktaturą nazistowską i o poległych żołnierzach Armii Czerwonej.
Pomnik w Dreźnie był pierwszym pomnikiem wzniesionym dla żołnierzy radzieckich w Niemczech. Na terenie byłej NRD znajduje się wiele innych pomników i grobów wojennych żołnierzy Armii Czerwonej. Sowieckie miejsca pamięci od lat budzą kontrowersje, a rosyjska inwazja na Ukrainę na nowo rozpaliła debatę: jak wschodnioniemieckie miasta powinny poradzić sobie z tym dziedzictwem?
Ostatnie wydarzenia wokół pomnika w Dreźnie pokazują, że nie ma na to prostej odpowiedzi — ale że miasta i ich mieszkańcy muszą znaleźć odpowiedź. A wszystko zaczęło się od tweeta.
Pod koniec marca Stefan Scharf, członek Wolnych Demokratów (FDP) w Dreźnie, wezwał na Twitterze do rozebrania pomnika na Olbrichtplatz. Już dawno stracił on swój "czcigodny charakter" i powinien zostać wystawiony w muzeum, napisał Scharf. Nawiązuje on do 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej ZSRR, która stacjonowała w Dreźnie podczas zimnej wojny. To te czołgi pomogły stłumić powstanie ludowe w NRD w 1953 r. i Praską Wiosnę w 1968 r. Dziś 1. Gwardyjska Armia Pancerna przemierza Ukrainę jako część sił rosyjskich. Pomnik żołnierzy radzieckich — uważa Scharf — powinien zniknąć z miasta.
Kilka tygodni po opublikowaniu tweeta Stefan Scharf nadal nie zmienił swojego stanowiska. — Nie chodzi o to, żeby zniknęła radziecka czy rosyjska historia — mówi — Ale ten pomnik ukrywa więcej niż mówi.
Za rosyjskim napisem — który wychwala "wieczną chwałę" żołnierzy Armii Czerwonej — jego twórcy ukryli inne walczące na wojnie narodowości ZSRR. I na dodatek, podkreśla Scharf, "napis na pomniku przedstawia Armię Czerwoną jako wyzwolicieli i ukrywa fakt, że radzieckie czołgi były używane przeciwko cywilom".
Polityk FDP nie jest osamotniony w swoich poglądach. Na swojej stronie internetowej ratusz nazywa pomnik "pomnikiem sprzeczności". Symbolizuje on wolę oporu wobec agresji reżimu nazistowskiego, ale jako pomnik zwycięski dokumentuje również "charakter systemu stalinowskiego i reżimu okupacyjnego".
Żądając demontażu, Scharf miał nadzieję, że jego tweety wywołają dyskusję. W kwietniu portal informacyjny Tag24 podjął dyskusję na ten temat. I prawdopodobnie tak tweet trafił do rosyjskiego konsula generalnego w Lipsku. Andrej Dronow napisał list bezpośrednio do burmistrza Drezna, Dirka Hilberta (FDP).
Pismo Dronowa jest dobrym przykładem rosyjskiego rewizjonizmu historycznego. Liczne radzieckie pomniki w Niemczech są "widocznymi znakami wdzięcznej pamięci Rosjan i żyjących dziś Niemców" — czytamy w nim. Pozwolenie na ich zniknięcie jest nie do pomyślenia, ponieważ "wymazałoby to to, co czyni nas, Rosjan i Niemców, wyjątkowymi". A więc ani słowa o Ukraińcach, Białorusinach czy innych narodowościach, które również walczyły w Armii Czerwonej.
List konsula generalnego wywołał w Dreźnie zdumienie. To niezwykłe, że przedstawiciel Federacji Rosyjskiej wykorzystuje tweet członka partii politycznej, by napisać list do burmistrza. Konsulowi ostatecznie odpisał radny Holger Hase, który jest przewodniczącym okręgu FDP. Napisał, że chociaż sprzeciwia się demontażowi pomnika, to Scharf miał prawo napisać taki tweet.
Hase uważa, że konsul generalny doskonale wiedział, że burmistrz jest niewłaściwym adresatem jego listu. Niemniej jednak "z pewnością było to zamierzone", by list trafił do miasta. W końcu burmistrz i rada miejska w uchwale po wybuchu wojny w Ukrainie wyraźnie opowiedzieli się przeciwko rosyjskiej agresji. — Nie wyobrażam sobie, żeby rosyjski konsulat nie potrafił odróżnić administracji miasta od partii politycznej — uważa Hase. Tweet o pomniku był dla Dronowa najwyraźniej dobrą okazją do publicznego poskarżenia się i do próby zdyskredytowania osób, które krytykują pomnik.
List Dronowa wykorzystuje schemat z rosyjskiej propagandy: twierdzenie, że stosunki między Berlinem a Moskwą psuje strona niemiecka — a nie rosyjska wojna napastnicza czy groźby ataków nuklearnych i zamrożenie dostaw gazu.
W podobnym duchu co list, rosyjski MSZ pod koniec czerwca próbował oczernić rząd w Berlinie. W oświadczeniu opublikowanym w rocznicę inwazji Niemiec na Związek Radziecki mówi się o "agitacji propagandowej" i "rusofobicznej histerii" w Niemczech. "Słowem i czynem urzędnicy berlińscy narażają na szwank rezultaty dziesięcioleci wysiłków Rosji i Niemiec, mających na celu przezwyciężenie powojennej wrogości, niechęci i nieufności między narodem rosyjskim i niemieckim" — czytamy w oświadczeniu Moskwy.
onet.pl/Die Welt




