niedziela, 31 lipca 2022


Bukiet suszonych róż leży na chodniku, na kamiennych schodach stoją cztery lampy nagrobne. Nad nimi stoi dwóch żołnierzy z brązu. Mają na sobie szerokie płaszcze i stalowe hełmy. Jeden z nich trzyma flagę i robi wymach prawą ręką, by rzucić granat. Drugi żołnierz klęczy za nim, z karabinem maszynowym w gotowości.

Drezno, Olbrichtplatz. Figury znajdują się w mieście od 1945 r., najpierw na Albertplatz, a teraz w pobliżu Muzeum Wojskowo-Historycznego Bundeswehry. Przedstawiają radzieckich żołnierzy w walce. Milcząco przypominają o zwycięstwie nad dyktaturą nazistowską i o poległych żołnierzach Armii Czerwonej.

Pomnik w Dreźnie był pierwszym pomnikiem wzniesionym dla żołnierzy radzieckich w Niemczech. Na terenie byłej NRD znajduje się wiele innych pomników i grobów wojennych żołnierzy Armii Czerwonej. Sowieckie miejsca pamięci od lat budzą kontrowersje, a rosyjska inwazja na Ukrainę na nowo rozpaliła debatę: jak wschodnioniemieckie miasta powinny poradzić sobie z tym dziedzictwem?

Ostatnie wydarzenia wokół pomnika w Dreźnie pokazują, że nie ma na to prostej odpowiedzi — ale że miasta i ich mieszkańcy muszą znaleźć odpowiedź. A wszystko zaczęło się od tweeta.

Pod koniec marca Stefan Scharf, członek Wolnych Demokratów (FDP) w Dreźnie, wezwał na Twitterze do rozebrania pomnika na Olbrichtplatz. Już dawno stracił on swój "czcigodny charakter" i powinien zostać wystawiony w muzeum, napisał Scharf. Nawiązuje on do 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej ZSRR, która stacjonowała w Dreźnie podczas zimnej wojny. To te czołgi pomogły stłumić powstanie ludowe w NRD w 1953 r. i Praską Wiosnę w 1968 r. Dziś 1. Gwardyjska Armia Pancerna przemierza Ukrainę jako część sił rosyjskich. Pomnik żołnierzy radzieckich — uważa Scharf — powinien zniknąć z miasta.

Kilka tygodni po opublikowaniu tweeta Stefan Scharf nadal nie zmienił swojego stanowiska. — Nie chodzi o to, żeby zniknęła radziecka czy rosyjska historia — mówi — Ale ten pomnik ukrywa więcej niż mówi.

Za rosyjskim napisem — który wychwala "wieczną chwałę" żołnierzy Armii Czerwonej — jego twórcy ukryli inne walczące na wojnie narodowości ZSRR. I na dodatek, podkreśla Scharf, "napis na pomniku przedstawia Armię Czerwoną jako wyzwolicieli i ukrywa fakt, że radzieckie czołgi były używane przeciwko cywilom".

Polityk FDP nie jest osamotniony w swoich poglądach. Na swojej stronie internetowej ratusz nazywa pomnik "pomnikiem sprzeczności". Symbolizuje on wolę oporu wobec agresji reżimu nazistowskiego, ale jako pomnik zwycięski dokumentuje również "charakter systemu stalinowskiego i reżimu okupacyjnego".

Żądając demontażu, Scharf miał nadzieję, że jego tweety wywołają dyskusję. W kwietniu portal informacyjny Tag24 podjął dyskusję na ten temat. I prawdopodobnie tak tweet trafił do rosyjskiego konsula generalnego w Lipsku. Andrej Dronow napisał list bezpośrednio do burmistrza Drezna, Dirka Hilberta (FDP).

Pismo Dronowa jest dobrym przykładem rosyjskiego rewizjonizmu historycznego. Liczne radzieckie pomniki w Niemczech są "widocznymi znakami wdzięcznej pamięci Rosjan i żyjących dziś Niemców" — czytamy w nim. Pozwolenie na ich zniknięcie jest nie do pomyślenia, ponieważ "wymazałoby to to, co czyni nas, Rosjan i Niemców, wyjątkowymi". A więc ani słowa o Ukraińcach, Białorusinach czy innych narodowościach, które również walczyły w Armii Czerwonej.

List konsula generalnego wywołał w Dreźnie zdumienie. To niezwykłe, że przedstawiciel Federacji Rosyjskiej wykorzystuje tweet członka partii politycznej, by napisać list do burmistrza. Konsulowi ostatecznie odpisał radny Holger Hase, który jest przewodniczącym okręgu FDP. Napisał, że chociaż sprzeciwia się demontażowi pomnika, to Scharf miał prawo napisać taki tweet.

Hase uważa, że konsul generalny doskonale wiedział, że burmistrz jest niewłaściwym adresatem jego listu. Niemniej jednak "z pewnością było to zamierzone", by list trafił do miasta. W końcu burmistrz i rada miejska w uchwale po wybuchu wojny w Ukrainie wyraźnie opowiedzieli się przeciwko rosyjskiej agresji. — Nie wyobrażam sobie, żeby rosyjski konsulat nie potrafił odróżnić administracji miasta od partii politycznej — uważa Hase. Tweet o pomniku był dla Dronowa najwyraźniej dobrą okazją do publicznego poskarżenia się i do próby zdyskredytowania osób, które krytykują pomnik.

List Dronowa wykorzystuje schemat z rosyjskiej propagandy: twierdzenie, że stosunki między Berlinem a Moskwą psuje strona niemiecka — a nie rosyjska wojna napastnicza czy groźby ataków nuklearnych i zamrożenie dostaw gazu.

W podobnym duchu co list, rosyjski MSZ pod koniec czerwca próbował oczernić rząd w Berlinie. W oświadczeniu opublikowanym w rocznicę inwazji Niemiec na Związek Radziecki mówi się o "agitacji propagandowej" i "rusofobicznej histerii" w Niemczech. "Słowem i czynem urzędnicy berlińscy narażają na szwank rezultaty dziesięcioleci wysiłków Rosji i Niemiec, mających na celu przezwyciężenie powojennej wrogości, niechęci i nieufności między narodem rosyjskim i niemieckim" — czytamy w oświadczeniu Moskwy.

onet.pl/Die Welt

Kilka dni po rozpoczęciu przez Rosję inwazji na Ukrainę rosyjski samolot transportowy stanął na pasie startowym lotniska w Chartumie, stolicy Sudanu. Według dokumentów miał przewozić ciastka, ale Sudan praktycznie nigdy ich nie eksportuje, więc urzędnicy nabrali podejrzeń – opisuje CNN.

Choć pracownicy lotniska obawiali się, że próba zatrzymania samolotu może rozgniewać coraz bardziej prorosyjskie władze wojskowe Sudanu, ostatecznie przeszukali maszynę. W środku znaleźli kolorowe opakowania ciastek, a pod nimi – drewniane skrzynie zawierające tonę złota.

Lutowy incydent był jednym z co najmniej 16 znanych rosyjskich lotów szmuglujących złoto z Sudanu w ciągu ostatnich 18 miesięcy. Z wywiadów z wysoko postawionymi urzędnikami w Sudanie i USA wynika, że był częścią złożonej rosyjskiej operacji grabienia sudańskich zasobów, by wzmocnić Rosję w obliczu zachodnich sankcji gospodarczych – pisze CNN.

Dowody wskazują również, że z Rosją współpracują sudańskie władze wojskowe, które umożliwiły wyprowadzenie złota wartego miliardy dolarów, co pozbawiło budżet zubożałego kraju bardzo istotnych dla niego środków. W zamian Rosja udzieliła wsparcia wojskowego i politycznego juncie, która brutalnie tłumi ruch demokratyczny.

Według amerykańskich urzędników Rosja aktywnie wspierała wojskowy zamach stanu z 2021 r., który obalił cywilny rząd przejściowy. — Od dawna wiemy, że Rosja eksploatuje surowce naturalne Sudanu. By utrzymać dostęp do tych surowców, Rosja zachęcała do wojskowego puczu – powiedział jeden z urzędników.

W centrum tego układu pomiędzy Rosją a sudańskimi generałami znajduje się rosyjski oligarcha Jewgenij Prigożyn, właściciel prywatnej firmy wojskowej znanej jako grupa Wagnera. Jej najemnicy oskarżani są o tortury, masowe zabójstwa i grabieże w kilku ogarniętych wojnami państwach, w tym w Syrii i Republice Środkowoafrykańskiej.

W Sudanie głównym narzędziem Prigożyna jest spółka Meroe Gold, która wydobywa złoto i szkoli rządową armię. W 2020 r. została objęta amerykańskimi sankcjami i obecnie działa pod przykrywką sudańskiej firmy al-Solag – twierdzi CNN.

— Poprzez Meroe Gold i inne firmy związane z pracownikami Prigożyna rozwinął on strategię grabienia surowców gospodarczych krajów afrykańskich, w których podejmuje interwencje, w zamian za wsparcie dla miejscowych rządów – ocenił Denis Korotkow z pracującego w Londynie zespołu Dossier Center, śledzącego przestępczą działalność osób związanych z Kremlem.

Złoto wywożone z Sudanu przez Rosjan nie jest rejestrowane, więc trudno ustalić jego dokładną wartość. Według informacji od sygnalisty z sudańskiego banku centralnego w 2021 r. zniknęły 32,7 tony złota, które byłoby warte 1,9 mld dol. Wiele źródeł ocenia jednak, że skala procederu jest większa, a szmuglowanych jest około 90 proc. całej produkcji złota w Sudanie.

Kilka lokalnych kół dziennikarskich, z ustaleń których CNN korzystała w przygotowaniu artykułu, znalazło się na celowniku junty i musiało emigrować. Według źródeł w strukturach bezpieczeństwa dziennikarka CNN Nima Elbagir znalazła się na liście osób, których junta chce się pozbyć.

Samolot przeszukany w lutym w Chartumie odleciał z ciastkami i toną złota. Według CNN interweniowali w jego sprawie wysoko postawieni wojskowi. Część urzędników, którzy wykryli przemyt, zostało przeniesionych na prowincję, a niektórych wcielono do wojska. — Zapłacili za to, że wykonywali swoją pracę – powiedziało CNN źródło zapoznane ze sprawą.

onet.pl/PAP

Autorzy cofają się do wydarzeń z 12 kwietnia. W tym dniu przewodniczący trzech komisji Bundestagu zatrzymali się na krótko w Warszawie w drodze do Kijowa. Szefowa komisji obrony Marie-Agnes Strack-Zimmermann (FDP), szef komisji ds. europejskich Anton Hofreiter (Zieloni) oraz kierujący komisją spraw zagranicznych Michael Roth (SPD) spotkali się z kolegami z Sejmu. W śniadaniu uczestniczył też wiceminister Szymon Szynkowski vel Sęk, co nadało spotkaniu oficjalny charakter – czytamy w analizie opublikowanej na pierwszej stronie gazety.

Jak podkreślają autorzy, rozmowa rozpoczęła się „nie najlepiej”. Szynkowski vel Sęk uważany jest za „twardego zawodnika” i „ostro zabrał się” za gości, krytykując opieszałość Niemiec w sprawie pomocy dla Ukrainy. Były wiceszef MSZ Michael Roth, który dobrze zna Szynkowskiego vel Sęka, kontrował jego argumenty. Pomimo tego Niemcy czuli się jak „biedni grzesznicy” podczas przesłuchania, a nie jak goście u przyjaciół. Aby „ratować sytuację”, troje niemieckich parlamentarzystów zaproponowało, by Polska zwróciła się do Berlina z prośbą o rekompensatę za przekazane Ukrainie czołgi.

Jak twierdzi strona niemiecka, Polacy zareagowali pozytywnie na propozycję. Atrakcyjna wydała się im perspektywa otrzymania kilku egzemplarzy najnowszego niemieckiego czołgu Leopard 2 A7.

Freidel i Schuller zaznaczają, że rozwój wypadków po spotkaniu w Warszawie następował wolniej niż się spodziewano. Podczas spotkania w amerykańskiej bazie Ramstein dwa tygodnie później nic jeszcze nie było jasne. Z Warszawy nadeszły sygnały zniecierpliwienia, niemiecki rząd nie zareagował na to. Podczas spotkania niemieckiej minister obrony Christine Lambrecht z szefem MON Mariuszem Błaszczakiem, strona niemiecka poleciła ustalenie szczegółów fachowcom.

Niemiecki resort obrony zaproponował Polsce 100 czołgów Leopard 1 A5 – model z lat 60., zmodernizowany w latach 80. Jak twierdzi strona niemiecka, Polacy wykazywali początkowo zainteresowanie tą ofertą, jednak potem zareagowali jak ktoś, kto zamówił Teslę, a otrzymał Trabanta. Warszawa powiedziała „Nein”.

Berlin bronił swojej oferty zaznaczając, że nie ma żadnych zobowiązań wobec Polski. Gdy Polska przekazywała Ukrainie swoje czołgi, nie było żadnej umowy o wymianę (Ringtausch). „Dopiero po fakcie próbowaliśmy nadać całej operacji charakter wymiany” – tłumaczy Roth. Z niemieckiego punktu widzenia Polska nie miała żadnych podstaw do „grymaszenia”.

Na początku lipca Niemcy wyszli Polsce naprzeciw. Nowa oferta przewidywała przekazanie 20 Leopardów 2 A4. Dostawy miały zacząć się dopiero w kwietniu 2023 roku. W Berlinie uważano, że porozumienie z Polską jest blisko. Planowano nawet wspólne oświadczenie prasowe obu ministerstw, jednak sprawa znów utknęła w miejscu. W tej sytuacji Szynkowski vel Sęk oskarżył Niemcy o wprowadzenie Polski w błąd. Obie strony obarczają się wzajemnie o odpowiedzialność za fiasko.

Strona niemiecka zwraca uwagę na fakt, że wkrótce po odrzuceniu niemieckiej oferty, Polska zawarła porozumienie z Koreą Południową o dostawę 1000 czołgów i kilkuset haubic. Berlin uważa, że czasowa zbieżność nie jest przypadkowa. Wyborcy PiS lubią, gdy ich politycy atakują Niemców.

„Być może Polacy chcieli wykorzystać sytuację w polityce wewnętrznej, uważając, że porozumienie z Niemcami niewiele daje, a wkrótce ma dojść do umowy z Koreą?” – zastanawiają się autorzy, powołując się na niejawne źródła.

Osoby dobrze poinformowane uważają, że szczególną rolę we fiasku porozumienia z Niemcami odegrał Szynkowski vel Sęk, który „pełni podobną rolę jak do niedawna ambasador Ukrainy Andrij Melnyk”.

rp.pl

Pierwsze 20 czołgów T-72 trafiło do Polski prosto z ZSRR w 1978 roku. W 8.Drezdeńskim Pułku Czołgów Średnich w Żaganiu wchodzącym w skład 11.Dywizji Pancernej utworzono kompanię szkolna czołgów T-72. Miała ona na stanie 16 czołgów T-72, co było zgodne z ówczesną strukturą polskich pułków czołgów dywizji pancernych. Miały one wtedy pięć kompanii po 16 czołgów i czołg dowódcy pułku czyli łącznie 81 maszyn (nie było w nich szczebla batalionowego).

W następnych latach podjęto w Gliwicach seryjną produkcję T-72 w kooperacji z innymi państwami Układu Warszawskiego. Pierwsze 10 czołgów zmontowano tam w 1981 roku z części dostarczonych z Niżniego Tagiłu, gdzie mieściła się radziecka fabryka czołgów i uroczyście przekazano je wojsku w dniu 19 lipca 1982 roku czyli dokładnie 40 lat temu (sic !). Do końca 1990 roku w Łabędach wyprodukowano około 1610 czołgów T-72, z których połowa trafiła do WP, a połowa na eksport m. in. do NRD, Węgier, Iraku, Iranu, Jemenu i Syrii.

W latach 1981-1985 do wojska trafiło około 218  T-72M, w latach 1985-1986 około 183 T-72A, a w latach 1986-1991 około 352 T-72M1. Razem z 20 dostarczonymi z ZSRR dało to liczbę 773 czołgów T-72. Przezbrajano w nie kolejne pułku czołgów średnich, które przy tej okazji przechodziły na strukturę batalionową. Pułk łącznie miał ich wtedy 94 w trzech batalionach po 31 (trzy kompanie po 10 i czołg dowódcy batalionu) i czołg dowódcy pułku.

W następnej dekadzie w Łabędach uruchomiono produkcję zmodernizowanych czołgów znanych jako PT-91 Twardy. WP otrzymało ich łącznie 233 sztuki. Niecała setka z nich była wyprodukowana od podstaw jako nowe czołgi, a kolejne powstawały już z przebudowania istniejących T-72 różnych wersji. Największą łączną liczbą czołgów T-72 i PT-91 dysponowaliśmy pod koniec ubiegłego wieku i było ich około 888. W następnych latach ich liczba zaczęła spadać.

defence24.pl

Rosyjscy okupanci promują organizację "Jesteśmy razem z Rosją" w okupowanych ukraińskich obwodach, prawdopodobnie prezentując fasadę „oddolnego” wezwania do rosyjskiej aneksji okupowanej Ukrainy i przygotowując się do sfałszowanych referendów w sprawie aneksji okupowanych terenów. Rosyjski urzędnik okupacyjny Władimir Rogin powiedział 27 lipca rosyjskiemu portalowi „Ruskij Mir” że „ruch przekształci się w skuteczną platformę, która przyspieszy proces wejścia regionu do Rosji”. Rosyjski kanał informacyjny „Readovka” poinformował 26 lipca, że ​​członkowie Jednej Rosji, partii politycznej prezydenta Rosji Władimira Putina oraz członkowie Wszechrosyjskiego Frontu Ludowego obsadzają kwaterę główną organizacji w okupowanych obwodach ukraińskich. Rosyjski gubernator rosyjskiego obwodu Penza, wysoki rangą członek Jednej Rosji Oleg Melnichenko, 29 lipca otworzył „biuro humanitarne” dla „Jesteśmy razem z Rosją” w Tokmak w obwodzie zaporoskim.

Możliwość ukraińskiej kontrofensywy na okupowany Chersoń może zakłócić rosyjskie próby przygotowania referendów w sprawie aneksji i zmuszenia chersońskich cywilów do rejestracji w celu uzyskania rosyjskich paszportów. Ukraińskie Centrum Oporu poinformowało 29 lipca, że ​​władze okupacyjne Jednej Rosji opuściły Chersoń 29 lipca. Centrum twierdziło, że członkowie partii przygotowywali się do referendum w sprawie aneksji w mieście pod przykrywką „działań humanitarnych” i zmuszali ukraińskich cywilów do zgłaszania się po rosyjskie paszporty w zamian za pomoc humanitarną. Centrum poinformowało, że członkowie partii uciekli, ponieważ obawiają się ukraińskiej kontrofensywy w mieście po strajku 26 lipca na moście Antoniwki. ISW nie mogła potwierdzić raportu Ukraińskiego Centrum Oporu. Jednakże, Rosyjski milblogger Jurij Kotyenok i prorosyjski portal „KhersonLife” donosili 29 lipca, że ​​władze okupacyjne organizują zakrojone na szeroką skalę „forum publiczne” pod auspicjami „Jesteśmy razem z Rosją” w Chersoniu 30 i 31 lipca, aby ogłosić „powrót prawa do samostanowienia i nowego historycznego przeznaczenia dla mieszkańców południowej Rosji”, tak niektóre źródła rosyjskie zaczęły odnosić się do ukraińskiego obwodu chersońskiego. Źródła rosyjskie twierdziły, że weźmie w nim udział ponad 500 delegatów. Odwołanie, przełożenie lub niska frekwencja na tym wydarzeniu sugerowałaby, że członkowie Jednej Rosji faktycznie uciekli z miasta w oczekiwaniu na ukraińską kontrofensywę.

Urzędnicy okupacji w dalszym ciągu ograniczali również użycie ukraińskiej waluty i próbują wymusić rubelizację okupowanych obszarów, ale mogą mieć ograniczony dostęp do rubli w gotówce. Szef administracji obwodu Ługańskiego Serhij Haidai powiedział 29 lipca, że ​​rosyjskie siły okupacyjne nie zainstalowały ani nie obsługiwały żadnych bankomatów w Kreminnie, Rubiżnym czy Popasnej od czasu zajęcia tych miast w maju i że sytuacja jest podobna w Siewierodoniecku i Łysychańsku. Haidai powiedział, że rosyjscy okupanci próbują wydawać emerytury pieniężne cywilom na okupowanych obszarach, ale mogą je dostarczać tylko pocztą.

understandingwar.org