poniedziałek, 9 grudnia 2024



Sytuacja w Syrii przez ostatnie dni była w rosyjskich mediach wstydliwie pomijanym tematem. A jeśli się już pojawiała – to tylko na marginesie w materiale o wyjeździe ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa do Kataru. Dopiero dzisiaj nastąpiło przebudzenie: w porannych wydaniach TV1 i TV NTW wydusiły, że armia syryjska opuściła Damaszek bez walki. I tyle.

Jak zaczarowane milczały też na temat wydarzeń w Syrii oficjalne czynniki. Putin był zajęty czarowaniem Alaksandra Łukaszenki dostawami „Oriesznika”, więc zapewne nie miał czasu na wypowiedź, podobną do tej z 2017 r. Wtedy 11 grudnia Putin odwiedził bazę w Khmeimim, ogłosił zwycięstwo i zapowiedział: „jeśli terroryści znów podniosą głowę, to zostaną zmieceni”. Ta deklaracja miała oznaczać definitywny powrót Rosji do statusu światowej potęgi, która rozdaje karty w polityce międzynarodowej. Teraz Putin nie miał w związku z dynamiczną sytuacją w Syrii ani nic do powiedzenia „terrorystom”, ani też nie zaprezentował tych uderzeń nie z tej ziemi, które wtedy zapowiadał. Może i dobrze.

Rosyjski MSZ opublikował dziś oficjalny komunikat na swojej stronie (...): „W wyniku rozmów B. Asada z szeregiem uczestników konfliktu zbrojnego na terytorium Syrii podjął on decyzję o rezygnacji z urzędu prezydenckiego i opuszczeniu kraju, wydał polecenie, aby przekazanie władzy nastąpiło drogą pokojową. Rosja w tych rozmowach nie brała udziału. (…) Federacja Rosyjska utrzymuje kontakt ze wszystkimi ugrupowaniami opozycji syryjskiej [bardzo ciekawe – AŁ]. (…) Rosyjskie bazy na terytorium Syrii znajdują się w stanie podwyższonej gotowości bojowej. W danym momencie poważnego zagrożenia dla nich nie ma”. Jak długo potrwa „dany moment”? Nie wiadomo. Gdy piszę te słowa, spływają już w szybkich mediach pierwsze doniesienia o ewakuacji.

Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow z marsem na obliczu oznajmił, że zwycięstwo przeciwników Asada to „starannie zaplanowana za granicą operacja”. Czyja? Ma się rozumieć, Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników.

Zabrał głos wiceprzewodniczący Rady Federacji Konstantin Kosaczow: Rosja będzie nadal okazywać pomoc narodowi Syrii, jeżeli będzie taka potrzeba. Ale jednocześnie dał do zrozumienia, że Moskwa nie będzie więcej uczestniczyć w wojnie domowej: „z tym Syryjczycy będą musieli poradzić sobie sami”.

tygodnikpowszechny.pl


Weryfikowaniem działań Łukasza Grabarczyka zajmowaliśmy się z przerwami od początku 2024 roku. W lutym pojechaliśmy w tym celu do Ukrainy. Odwiedziliśmy między innymi Lwowskie Wojskowo-Medyczne Kliniczne Centrum Państwowej Straży Granicznej Ukrainy. Od lat 80. XX w. mieści się ono w zabytkowej willi w stylu późnej secesji lwowskiej przy ul. Łyczakowskiej. Co prawda liczba szpitali, w których miał pracować w Ukrainie Łukasz Grabarczyk, różni się w zależności od podawanej przez niego wersji, ale na podstawie publikowanych przez niego zdjęć i filmów zidentyfikowaliśmy tylko tę jedną placówkę.

Przed szpitalem kilku żołnierzy pod bronią. Dyrektor placówki Andrij (imię zmienione ze względów bezpieczeństwa) wychodzi nam na spotkanie i zaprasza do szpitala. Potwierdza: doktor Łukasz Grabarczyk był tu na początku wojny. Dowodzą tego także zdjęcia z jego prywatnego archiwum, publikowane w polskich mediach. Dyrektor jest jednak zszokowany opowieściami neurochirurga.

Podkreśla stanowczo: - Doktor Grabarczyk nie operował w naszym szpitalu żadnego żołnierza. Przywiózł sprzęt medyczny, był na sali operacyjnej, odwiedził rannych, lecz w żadnej operacji nie brał udziału.

- Byli u nas także lekarze z Francji, Holandii i Litwy. Niektórzy specjalizowali się w traumatologii, znali się na rzeczy i bardzo chcieli pomagać, operować żołnierzy. Ale nikogo nie dopuściliśmy do operowania wojskowych - dodaje lekarz.

Dyrektorowi lwowskiej placówki wtóruje chirurg Igor Mankewycz.

Z pomocą rzecznika prasowego łączymy się z nim na WhatsApp. Nie ma go na miejscu. Operuje w placówce niedaleko Bachmutu na wschodzie Ukrainy. To m.in. on, jako przedstawiciel lwowskiego szpitala, pozostawał w kontakcie z Grabarczykiem. Przypomnijmy: neurochirurg tłumaczył, że do Lwowa zaprosił go ukraiński kolega, który był wcześniej na stażu w Olsztynie.

Mankewycz opowiada:

- Faktycznie byłem na wymianie w Polsce. W 2015 albo 2016 r. dostałem zaproszenie, by przez parę tygodni obserwować pracę lekarzy w szpitalu MSWiA w Olsztynie. Nie poznałem wówczas doktora Grabarczyka. Odezwał się, kiedy zaczęła się inwazja. Mówię po polsku, więc kontaktowało się ze mną mnóstwo wolontariuszy. Ktoś musiał przekazać Grabarczykowi mój numer.

- Powiedział, że jest jedynym polskim lekarzem, który jeździ do wojskowych szpitali w Kijowie i na wschodzie kraju i chciałby pomagać także we Lwowie. Zapytał, czego potrzebujemy. Odpowiedziałem, że materiałów opatrunkowych i VAC-ów, czyli urządzeń do oczyszczania ran. Potrzebowaliśmy wtedy wszystkiego, szpital był przepełniony rannymi.

Jak mówi Mankewycz, w marcu Grabarczyk przyjechał do lwowskiego szpitala pierwszy raz. Porozmawiali chwilę w dyżurce, głównie o potrzebach szpitala. Polak miał powiedzieć, że wraca do Polski, ale będzie szukał możliwości, aby pomóc szpitalowi.

- Za drugim razem przyjechał czarnym busem. W środku były kartony z materiałami opatrunkami i aparaty VAC. Chciał zobaczyć szpital. To, w jakich warunkach leczeni są ranni. W ogóle nie pojawił się temat, czy może kogoś zoperować. Mowy nie było, by uczestniczył w operacji. Kategorycznie nie dopuszczaliśmy obcokrajowców do leczenia żołnierzy - kontynuuje Mankewycz.

- Z grzeczności i wdzięczności za pomoc humanitarną oprowadziliśmy go po oddziale. Wchodził do rannych, więc daliśmy mu fartuch i czapkę. Oprowadziłem go po intensywnej terapii, zaprowadziłem do sali operacyjnej. Zdjęcia, które były później wykorzystane w mediach, zostały zrobione właśnie podczas tego obchodu. "Wycieczka" trwała kilkadziesiąt minut. Potem Grabarczyk odjechał - twierdzi Igor Mankewycz.

Później, według słów ukraińskiego lekarza, dr Grabarczyk odwiedził szpital jeszcze tylko raz. - Jak sam mówił, wpadł się przywitać w drodze do Kijowa. Wymieniliśmy kilka zdań. Reasumując, on był u nas trzy razy. Łącznie spędził w naszym szpitalu jakąś godzinę.

Przypomnijmy: według relacji Łuksza Grabarczyka, pierwszym pacjentem zoperowanym przez niego we Lwowie z ukraińskimi specjalistami był 18, 20 lub 21-letni Denis Błyzniuk.

To kolejna rzecz, która zszokowała lekarzy z placówki.

Dr Nazar Ilkiw, kierownik pracowni endoskopii kliniki chirurgii przegląda przy nas dokumentację medyczną Błyzniuka. Przebywał on we lwowskim szpitalu od 16 do 31 marca 2022. Ilkiw był jego lekarzem prowadzącym. Twierdzi, że tu także neurochirurg z Olsztyna znacząco mija się z prawdą.

- Błyzniuk był ciężko ranny. Przywieźli go z urazem kręgosłupa. Miał niedowład dolnych kończyn. Byliśmy bezsilni, bo potrzebował operacji. A my nie mieliśmy odpowiedniego sprzętu, by ją przeprowadzić. Pacjent nie był operowany w naszym szpitalu - tłumaczy.

- Wykonaliśmy tylko chirurgiczną obróbkę rany, czyli zmianę opatrunku, oczyszczenie, ustawienie drenażu. Grabarczyk nie tylko nie operował u nas Błyzniuka. On nawet nie uczestniczył w zmianie opatrunków - dodaje dr Ilkiw.

Grabarczyk w niemal wszystkich materiałach dziennikarskich opowiadał, że sam przywiózł Denisa do Olsztyna.

- Szpital z Olsztyna sam zwrócił się do nas z propozycją pomocy. Przekazali nam pomoc humanitarną, a następnie zaoferowali, że mogą przyjąć kilku pacjentów. Wytypowano Błyzniuka ze względu na ciężkie rany i brak możliwości udzielenia dalszej pomocy u nas - wspomina Igor Mankewycz. - Ze względu na to, że mówię po polsku, poproszono mnie, bym zawiózł Błyzniuka do Olsztyna. Wyruszyliśmy 31 marca. Jechaliśmy we troje: ja, Błyzniuk i kierowca - opowiada Mankewycz. Przypomina sobie, że do Grabarczyka odezwał się już w Olsztynie, spotkali się na terenie szpitala uniwersyteckiego. Polski lekarz nie brał udziału w transporcie chorego z Ukrainy do Polski.

- Grabarczyk nas trochę oprowadził, przedstawił innym lekarzom. Przyjechał też jego kolega anestezjolog - Radosław (nazwiska Ukrainiec nie pamięta). Później oddaliśmy dokumenty Błyzniuka, pojechaliśmy do hotelu a następnego dnia wróciliśmy do Lwowa. Jako lekarze byliśmy zobowiązani, by kontaktować się z pacjentami, którzy wyjechali za granicę. Zadzwoniłem do Błyzniuka, by dowiedzieć się, na jakim etapie jest jego rehabilitacja. Jego obowiązkiem jako żołnierza było wrócić do Ukrainy i stanąć przed komisją medyczną, która uznałaby czy nadal nadaje się do służby. Ale Błyzniuk nie zamierzał już wracać - wspomina Mankewycz.

Ukraińscy lekarze odnoszą się też do innych wypowiedzi Łukasza Grabarczyka w mediach. WP opowiadał: - Rannych było tak dużo, że urolog operował rękę, a ortopeda klatkę piersiową. Zaczynał ten, który pierwszy był wolny. Dopiero potem specjalista danej dziedziny przychodził mu pomagać.

Mankewycz kontruje: - Nigdy nie było tak, by urolog operował rękę, a ortopeda klatkę piersiową. Mamy procedury, wymagania, dokumentację. Za każdego pacjenta ponosimy odpowiedzialność. To nie jest jakiś Dziki Zachód. Takie opowieści można włożyć między bajki.

Atmosfera rozluźnia się w mgnieniu oka, gdy lekarze czytają wypowiedź dr Grabarczyka o spotkaniu z dr Mankewyczem.

"Chodzę wzdłuż tego płotu w tę i z powrotem, a żołnierze mnie obserwują. Boją się szpiegów, są przeczuleni. Nagle ulga, bo w oddali dostrzegłem Olega [imię zmienione, przyp. red.]. "Cześć generale!" - krzyknąłem. I wtedy facet na bramie przeładował kałasza, wycelował we mnie i rzucił: "U nas mówi się na niego król!" [...] Odczekał kilka sekund, aż miałem nogi z waty i zrobił: He, he, he!. Żartowniś".

Dyrektor, dr Ilkiw i rzecznik szpitala Serhij Tkaczenko wybuchają śmiechem.

- Mankewycz, teraz już na pewno będziesz miał ksywkę "Król"!

Mankewycz też śmieje się ze słów Grabarczyka, ale zaraz poważnieje.

- Mnie się to wszystko nie mieści w głowie. Jest mi po ludzku przykro. Pokazaliśmy Grabarczykowi szpital z wdzięczności. Jak lekarze lekarzowi. Ten człowiek skorzystał z naszej ufności. Zrobił zdjęcia, by promować siebie, a w dodatku przedstawił nas w bardzo złym świetle. Naraził naszą reputację, opowiadając bzdury - mówi.

wp.pl


Na pewno największym przegranym obecnej sytuacji jest Iran i układ jego sojuszników czyli tzw. „oś oporu”. Iran i szyickie milicje w Iraku zostali pozbawieni sojusznika, gdyż Syria już na pewno nie będzie szyicko-alawicka. Jeśli Turcja zaatakuje SDF (póki co toczą się walki o Manbidż), a USA wycofa swój parasol ochronny znad głów Kurdów, to Iran może szukać taktycznego sojuszu z SDF, ale w tej chwili jest to scenariusz bardzo wątpliwy bo Kurdowie wolą układ z USA i być może nawet z Izraelem. Kurdowie zresztą nigdy nie będą strategicznym sojusznikiem Iranu i w Syrii takiego sojusznika Iran już nie znajdzie, co jest dla tego państwa geopolityczną klęską. W trudnym położeniu znajduje się też Hezbollah. Po militarnym osłabieniu w wyniku nalotów Izraela został on odcięty od głównego sojusznika oraz okazał bezradność wobec likwidacji innego. Jest to zatem duża szansa dla Libanu na wyjście z politycznego kryzysu (generowanego przez Hezbollah), a także pozbycie się obciążenia w postaci uchodźców syryjskich (jeśli sytuacja w Syrii rzeczywiście się ustabilizuje, co znów jest wariantem optymistycznym i niepewnym). Niemniej Hezbollah może tak łatwo nie dać się rozbroić. Poza tym w czarnym scenariuszu może wciągnąć Liban do wojny z dżihadystycznymi ugrupowaniami syryjskimi. Zresztą, Liban może się też obawiać, że jeśli pod nowym sunnickim reżimem dojdzie do wzmocnienia Syrii to w jakiejś perspektywie (na pewno dłuższej niż kilka miesięcy) państwo to wróci do ideologii Wielkiej Syrii i będzie chciało sobie podporządkować Liban. Warto pamiętać, że syryjska okupacja Libanu skończyła się raptem niespełna 20 lat temu. Taka interwencja będzie tym bardziej realna jeśli Hezbollah się nie rozbroi.

Nie wydaje się natomiast by Irak miał powody do obaw. Dżolani nie będzie powtarzał błędu Bagdadiego i nie zamierza tworzyć jakiegoś transgranicznego tworu. Irak też nie popełnił błędu i nie interweniował w Syrii i teraz tym bardziej nie ma ku temu powodu, a granica syryjsko-iracka jest dobrze zabezpieczona. Oczywiście otwartym pytaniem jest czy te dwa państwa będą w najbliższym czasie utrzymywać stosunki dyplomatyczne. Trzeba bowiem pamiętać, że Dżolani swą karierę bojową zaczynał właśnie w Iraku w szeregach irackiej Al Kaidy Abu Musaba al-Zarkawiego, którego głównym celem było mordowanie szyitów. Z całą pewnością wrogie relacje Syrii i Iraku będą na rękę Izraelowi, dla którego obecny rozwój wypadków nie jest do końca korzystny. Osłabianie Assada przez dżihadystyczną rebelię oraz odcięcie Iranu od Libanu było korzystne, ale Assad po 7.10 nie był zbyt aktywny w atakowaniu Izraela. Zmiana słabego przywódcy ze znienawidzonej przez sunnicką większość alawickiej mniejszości na stabilny reżim sunnicki (jeśli taki powstanie – niemniej jest to jedna z opcji) będzie stanowić zagrożenie dla Izraela, zwłaszcza, że Hamas (wywodzący się z Bractwa Muzułmańskiego) ma więcej wspólnego z HTS niż z Iranem. Dlatego już pojawiły się informacje o intensywnych nalotach Izraela w Syrii, których celem jest zapewne jak największe osłabienie potencjału militarnego „nowej” Syrii (cokolwiek by to miało oznaczać).

Największym państwowym wygranym jest Turcja. Znaczna część zwycięskich oddziałów jest z nią związana, ale jednocześnie próba zainstalowania w Damaszku marionetkowego rządu opozycyjnego rezydującego od lat w Stambule zapewne napotka na opory zarówno wewnątrz Syrii (HTS i SDF), jak i w regionie. Izrael, który ma obecnie fatalne relacje z Turcją, może w takiej sytuacji wspierać SDF. Również państwa arabskie takie jak ZEA czy Arabia Saudyjska nie będą podchodzić entuzjastycznie do takiego wzmocnienia Turcji w regionie, choć nie mają zbyt wielu opcji by temu przeciwdziałać. Państwa te nie mają zresztą w ogóle dobrych opcji jeśli chodzi o przyszłość Syrii, gdyż obawiają się też stworzenia państwa islamskiego wg. modelu Al Kaidy czy Bractwa Muzułmańskiego, a demokracja ze względów oczywistych też nie jest wymarzoną dla nich opcją. Chaos również nie jest dla nich dobrą opcją, gdyż może doprowadzić do odrodzenia się zagrożenia terrorystycznego i ogólnej destabilizacji regionu. Najlepszy dla nich byłby słaby rząd centralny opierający się na etnokonfesyjnym kompromisie i przekształcenie Syrii w zdecentralizowaną federację. To jest jedna z możliwych opcji, ale nie jest ona najbardziej prawdopodobna.

defence24.pl


Władze rosyjskie wyraźnie złagodziły swój język na temat syryjskich grup opozycyjnych, a rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych określiło aktorów sprzeciwiających się Syryjskiej Armii Arabskiej (SAA) Assada jako „grupy opozycyjne” – jest to zauważalna zmiana w stosunku do określenia takich grup, w tym Hayat Tahrir al-Sham (HTS), przez ministra spraw zagranicznych Rosji Siergieja Ławrowa, dzień wcześniej, 7 grudnia na Forum w Dosze, jako „terrorystów”. Również rosyjska agencja prasowa RIA Novosti w swoich artykułach opublikowanych 8 grudnia określiła syryjskie grupy opozycyjne mianem „uzbrojonej opozycji”, mimo że w artykułach z 7 grudnia nazwała je „terrorystami”.

(...)

Utrata rosyjskich baz w Syrii będzie miała poważne konsekwencje dla globalnego zasięgu militarnego Rosji i jej zdolności do działania w Afryce. Rosja wykorzystała swoją bazę morską w Tartusie do projekcji siły na Morzu Śródziemnym, zagrożenia dla południowej flanki NATO i połączenia swoich aktywów na Morzu Czarnym z Morzem Śródziemnym. Utrata rosyjskich baz w Syrii prawdopodobnie zakłóci rosyjską logistykę, wysiłki w zakresie zaopatrzenia i rotacje Korpusu Afrykańskiego, osłabiając w szczególności działania Rosji i projekcję siły w Libii i Afryce Subsaharyjskiej. Rosja mogłaby próbować wykorzystać swoją obecność w Libii lub Sudanie jako alternatywy, ale brak formalnych porozumień z tymi krajami i niewystarczająca infrastruktura sprawiają, że są one niewystarczającymi substytutami. Upadek reżimu Assada i niezdolność Rosji do utrzymania reżimu również zaszkodzi globalnemu wizerunkowi Rosji jako wiarygodnego sojusznika, zagrażając jej wpływom u afrykańskich autokratów, których Rosja stara się wspierać, i jej szerszemu geopolitycznemu celowi, jakim jest pozowanie na globalne supermocarstwo.

understandingwar.org


Wszystkie grupy kontrolujące terytorium Syrii chwaliły upadek reżimu syryjskiego i wyraziły pełną nadziei, ale niesprecyzowaną wizję przyszłości. Relacje HTS /Hayat Tahrir al-Sham - red./ z innymi grupami, które nadal kontrolują terytorium Syrii, pozostają niejednoznaczne, co sprawia, że ​​nadchodzące dni konsolidacji i negocjacji są kluczowe. Zarówno Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF), jak i wspierana przez Turcję Syryjska Armia Narodowa (SNA) wykorzystały ofensywę prowadzoną przez HTS do rozszerzenia swojego terytorium, w tym poprzez walkę ze sobą. Starcia między SDF i SNA trwały 8 grudnia. Powiązane z SNA pomieszczenie operacyjne /wspólne dowództwo wielu grup opozycyjnych - red./ pochwaliło obalenie Asada 8 grudnia i podkreśliło znaczenie zachowania instytucji państwowych, potrzebę współpracy i „poczucie odpowiedzialności” dzielone przez naród syryjski. Dowódca SDF Mazloum Abdi nazwał upadek Asada „okazją do zbudowania nowej Syrii opartej na demokracji i sprawiedliwości”, ale nie wdając się w dalsze szczegóły. Kluczowy przywódca Druzów, mający wpływy wśród południowych grup opozycyjnych, wezwał 8 grudnia do utworzenia administracji przejściowej w celu stworzenia nowej, zjednoczonej i wolnej Syrii.

(...)

Wspierana przez Turcję Syryjska Armia Narodowa (SNA) starła się z SDF w Manbidż we wschodniej prowincji Aleppo 8 grudnia. Powiązane z SNA centrum operacyjne twierdziło, że przejęło cały Manbidż 8 grudnia po kilku dniach walk w okolicy. SDF odrzuciło to roszczenie i oświadczyło później tego samego dnia, że ​​walki trwają w kilku dzielnicach Manbidż. SNA twierdziło, że 8 grudnia przejęło kilka miast, które wcześniej były kontrolowane przez SDF, na zachód od Manbidż. (...)

Siły Obronne Izraela (IDF) rozmieściły siły w celu utworzenia strefy buforowej w Syrii wzdłuż Wzgórz Golan. IDF oświadczyło, że rozmieszczenie tych sił jest operacją obronną i tymczasową mającą na celu ochronę Izraela przed możliwą niestabilnością w Syrii wynikającą z upadku reżimu syryjskiego. Premier Izraela Beniamin Netanjahu powiedział 8 grudnia, że ​​uważa, że ​​porozumienie o wycofaniu się z Wzgórz Golan z 1974 r. „upadło” wraz z upadkiem reżimu syryjskiego. Netanjahu powiedział, że nakazał IDF zajęcie opuszczonych pozycji Syryjskiej Armii Arabskiej (SAA), „aby zapewnić, że żadne wrogie siły” ich nie zajmą. Działalność IDF koncentruje się wokół Chana Arnabeha w centrum strefy wycofania w prowincji Kunajtira. Rzecznik Sił Obronnych Izraela mówiący po arabsku wydał 8 grudnia ostrzeżenia mieszkańcom Ufaniya, Quneitra, al Hamidiyah, Samdaniya al Gharbiya i al Qahtaniah w Syrii, aby pozostali w domach. Jednostka operacji specjalnych Shaldag izraelskich sił powietrznych zdobyła bez oporu pozycję SAA na szczycie góry Hermon 8 grudnia. Siły Obronne Izraela kontynuowały budowę umocnień obronnych, takich jak okopy, wzdłuż granicy. Siły opozycyjne dowodzone przez HTS ogłosiły przejęcie kontroli nad Quneitra 7 grudnia.

Siły Powietrzne Izraela (IAF) przeprowadziły ataki powietrzne na byłe obiekty SAA, w tym zaawansowane składy broni i amunicji w Syrii, aby uniemożliwić grupom opozycyjnym zdobycie tych materiałów. Siły Powietrzne Izraela przeprowadziły ataki powietrzne na skład broni i amunicji w Majadin, w prowincji Deir ez-Zor. Siły Powietrzne Izraela zaatakowały co najmniej siedem celów wojskowych w południowo-zachodniej Syrii, w tym lotnisko wojskowe Mezzeh i byłą bazę 4. Dywizji SAA na górze Qasioun pod Damaszkiem. Siły Powietrzne Izraela zaatakowały również byłą bazę 90. Brygady SAA w pobliżu granicy izraelsko-syryjskiej i bazę lotniczą Khalkhala na północ od miasta Suwayda w południowo-zachodniej Syrii. Siły Powietrzne Izraela zaatakowały również Centrum Badań Naukowych i kompleks bezpieczeństwa w Damaszku, w tym budynki wywiadu i administracji celnej, które, jak poinformowały Reutersa nieokreślone regionalne źródła bezpieczeństwa, były wcześniej wykorzystywane przez Iran do opracowywania i przechowywania pocisków, a także poufnych danych wojskowych i innego sprzętu. Źródła powiązane z opozycją podały, że atak lotniczy Sił Obronnych Izraela uderzył w przejście Al-Kusajr na granicy libańsko-syryjskiej, którego Hezbollah używał wcześniej do transportu broni do Libanu. Izrael niszczy irańską infrastrukturę wojskową w Syrii, co utrudni wysiłki Hezbollahu zmierzające do odbudowy w Libanie, a tym samym ograniczy zagrożenie ze strony Iranu dla Izraela.

Stany Zjednoczone przeprowadziły ataki powietrzne na ponad 75 celów ISIS w centralnej Syrii 8 grudnia. Ataki powietrzne wymierzone były w personel i obiekty ISIS i nie spowodowały żadnych ofiar cywilnych. Prezydent USA Joe Biden i generał Michael Kurilla, dowódca Centralnego Dowództwa USA, niezależnie od siebie, podkreślili, że Stany Zjednoczone zapobiegną odbudowie i wykorzystaniu niestabilności w Syrii przez ISIS. Oświadczenia te odzwierciedlają ryzyko, że upadek reżimu syryjskiego może umożliwić ISIS skonsolidowanie i rozszerzenie swojej pozycji w Syrii. Kurilla ostrzegł, że Stany Zjednoczone pociągną do odpowiedzialności każdego aktora w Syrii, który wspiera lub współpracuje z ISIS.

(...)

Twardogłowy irański parlamentarzysta stwierdził, że Iran powinien skupić się na „testach bomb atomowych” po upadku reżimu syryjskiego. Ahmad Naderi opublikował na X (Twitter) 8 grudnia, że ​​Iran powinien skupić się na testach bomb atomowych i ożywieniu Osi Oporu. Naderi wcześniej stwierdził, że Iran powinien zdobyć broń jądrową, aby przywrócić odstraszanie. Retoryka Naderiego jest zgodna z rosnącymi apelami wysokich rangą urzędników irańskich zachęcających irańskiego Najwyższego Przywódcę Alego Chameneiego do odwołania jego fatwy z 2003 r. zakazującej produkcji i używania broni jądrowej. Ta retoryka jest szczególnie godna uwagi w świetle niedawnej ekspansji irańskiego programu nuklearnego, która ułatwia Iranowi budowę broni. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) poinformowała w listopadzie 2024 r., że Iran nadal rozwija swój program nuklearny poza parametrami Wspólnego Kompleksowego Planu Działań. Iran powiadomił Międzynarodową Agencję Energii Atomowej 29 listopada, że ​​planuje znaczną rozbudowę swoich zdolności wzbogacania uranu poprzez zainstalowanie ponad 6000 dodatkowych wirówek i uruchomienie niektórych z nich w obiektach jądrowych Fordow i Natanz.

understandingwar.org


Mówi pan o mężczyznach. Jeśli kobiety korzystają w związku z pornografii, to problem się nie pojawia?

Niektóre badania pokazują, że kiedy kobieta korzysta pornografii, to efekty są przeciwne: im więcej jej ogląda, tym większe jest jej zadowolenie z seksu i ze związku.

Czemu?

Nie wiadomo, ale zapewne wynika to między innymi z różnic neurobiologicznych między kobietami i mężczyznami. Ja przedstawiam hipotezę dotyczącą roli neuroprzekaźników, na przykład oksytocyny.

Ma pan na myśli hormon miłości, który wydziela się podczas przytulania i seksu, zwiększa poziom zaufania itd.?

To nie jest takie proste. Ostatnia dekada badań bardzo niuansuje ten obraz. Oksytocyna częściowo odpowiada za budowanie więzi, zdolność do przebaczania sobie nawzajem różnych rzeczy i budowania bliskości… u kobiet. U mężczyzn częściej pełni funkcję filtra społecznie istotnych informacji. Jeśli w związku jest źle, a partner jest lękowy, oksytocyna sprawi, że zacznie dostrzegać więcej sygnałów mówiących o tym, że jest niedobrze. U kobiety więcej orgazmów będzie dawało więcej spokoju, a u mężczyzny z wysokim poziomem lęku lub wysoką tendencją do rywalizacji – jeszcze więcej niepokoju. I to jest kolejna z kolei pętla, która może sprawiać, że dorosłemu panu X tak trudno jest się wyrwać z uzależnienia.

Co gorsza, u pana X – oraz innych osób, które od pornografii się uzależniają – rozwija się zjawisko hipersensytyzacji. Ta zmiana w mózgu stanowi o nałogu. Sprawia, że wrażliwość na wszystkie wskazówki, które sygnalizują nagrodę, zaczyna być bardzo duża. X mówi, że w pewnym momencie prawie każdy bodziec sprawiał, że był pobudzony i zaczynał myśleć o pornografii.

(...)

X mówi wiele razy, że na tym etapie, jako 25-letni mężczyzna, jest jak zombi. Dziewczyna go zdradza, a on nie czuje nic.

To wiąże się z dopaminą…

Czyli takim neuroprzekaźnikiem, który się aktywuje, kiedy człowiek robi coś przyjemnego, jak mówi mądrość ludowa?

Właśnie nie do końca. Trochę szkody narobiło takie popularne, uproszczone spojrzenie na dopaminę: YouTube jest pełen "detoksów dopaminowych", treści mówiących, że dopamina jest wręcz szkodliwa i tym podobnych stwierdzeń. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Istnieje pięć typów receptorów, które odbierają dopaminę w różnych obszarach mózgu. Dopamina rzeczywiście daje nakręcenie, taki haj. Jest kluczowa dla motywacji, do uczenia się zależności między wskazówkami, działaniami i nagrodami... Istnieje ścieżka dopaminergiczna do kory ruchowej i w tym układzie dopamina pozwala kontrolować ruchy. To jej niedobór powoduje chorobę Parkinsona. Poziom dopaminy skacze również, kiedy mózg informuje nas, że nasze oczekiwania rozmijają się z rzeczywistością.

Rozmowa na temat zdrady odbyła się w trakcie ciągu oglądania pornografii i masturbacji; mózg pana X był konsekwentnie zalewany taką dopaminową "zupą". Ludziom trudno jest w takim stanie wyłapać, czy to, co do nich dociera, ma jakieś znaczenie, czy nie i jak to rozumieć. Czują się raczej niespokojni i zagubieni.

Mózg X nie był w stanie przyswoić i zrozumieć komunikatu o tym, że partnerka po czterech latach zdradziła?

Właśnie. On zresztą z pornografii korzystał tak, żeby się znieczulać. Miał za sobą solidny trening, jak nie odczuwać emocji. 

gazeta.pl