niedziela, 12 stycznia 2020


Jest 28 marca 1996 roku, czwartek. Następnego dnia ma się rozpocząć dwudniowe posiedzenie Rady Europejskiej, na której negocjowana będzie reforma traktatu z Maastricht, mająca na celu poszerzenie kompetencji UE w zakresie polityki bezpieczeństwa i polityki zagranicznej. W tym samym czasie Komisja Europejska, bazując na rekomendacji służb weterynaryjnych analizujących rozprzestrzenianie się BSE (znanej szerzej jako „choroba szalonych krów”), wprowadza zakaz importu praktycznie wszystkich produktów pochodzenia wołowego z Wielkiej Brytanii.

Mocno poobijany i dołujący w sondażach rząd Johna Majora stawia wszystko na jedną kartę i idzie na kurs kolizyjny z Europą. Wielka Brytania postanawia zmusić KE do zmiany decyzji i zdjęcia embarga na mięso, sabotując wszystko, co tylko wymyśli Komisja Europejska, na każdym posiedzeniu międzyrządowym – nawet jeśli dana polityka jest po myśli rządu Jej Królewskiej Mości.

Czołowym zwolennikiem ówczesnej taktyki jest znany ze swojej wrogości wobec UE wiceminister ds. europejskich w brytyjskim MSZ David Davis. Ten sam David Davis 20 lat później zostaje pierwszym brytyjskim ministrem ds. wyjścia z UE w rządzie Theresy May. Jego taktyka negocjacyjna? Powtarzać w kółko te same komunały o nieugiętej Brytanii, głównie przed brytyjskimi dziennikarzami, dopóki UE się nie zgodzi na wszystkie brytyjskie żądania.

Obie historie z perspektywy mają podobny przebieg – najpierw Wielka Brytania robi coś bezsensownego (unika działań ws. BSE albo głosuje za wyjściem z Unii), UE nie zgadza się wziąć na siebie konsekwencji nonszalancji brytyjskiej klasy politycznej, po czym Brytyjczycy walczą z Brukselą, prężąc w mediach muskuły i obrażając kogo tylko się da. Z jakim skutkiem? Brytyjski sabotaż na niewiele się zdał, a negocjacje rozpoczęte w marcu 1996 zakończyły się pomyślnie podpisaniem traktatu amsterdamskiego w październiku 1997 przez centrolewicowy rząd Tony’ego Blaira. Konserwatyści katastrofalnie przegrali wybory w maju 1997 (BSE była oczywiście tylko jednym z elementów kampanii wyborczej), a zakaz eksportu wołowiny utrzymał się przez następne 10 lat. Nawet bardzo proeuropejski jak na brytyjskie standardy rząd Blaira nie był jednak w stanie przywrócić w Europie zaufania zniszczonego przez duet Major–Davis.

krytykapolityczna.pl

Dzieje Francji ostatnich 200 lat to sinusoida rewolucji i kontrrewolucji, walka idei republikańskiej z żywymi tendencjami monarchistycznymi i autorytarnymi. Odbijało się to gwałtownymi podziałami na życiu społecznymi i politycznym Francji przed drugą wojną światową. Stąd powtarzające się w społeczeństwie obawy przed wybuchem wojny domowej.

Państwo Francuskie, tzw. państwo Vichy (reżim Vichy), obejmujące południową Francję, utworzone pod przywództwem marszałka Petaine'a w porozumieniu z Niemcami hitlerowskimi, było swoistą odpowiedzią na te zagrożenia.

Powstałe na gruzach III Republiki latem 1940 r., pomimo swej proweniencji nie jest jednoznacznie oceniane ani w historiografii powszechnej, ani tym bardziej francuskiej. Oczywiście, podkreśla się wasalczy stosunek tego reżimu do nazistowskich Niemiec, jego urzędowy antysemityzm, współudział w Holokauście i zwalczanie francuskiego ruchu oporu, ale jednocześnie wskazuje się na legalne źródła władzy rządu Vichy (akty prezydenta i Zgromadzenia Narodowego), równy i wrogi dystans zarówno do komunizmu, jak i francuskiej wersji faszyzmu, praktycznie masowe poparcie dla starego marszałka czy mało znany fakt nieprawdopodobnego rozkwitu życia kulturalnego i czytelnictwa w latach 1940–1944 (33 tys. tytułów, w ponad 12 mln egzemplarzy!).

Państwo Francuskie Petaine'a posiadało też wiele atrybutów suwerenności, w tym najważniejszy, a więc ius legatum et tractatum: prawo nawiązywania i utrzymywania stosunków dyplomatycznych, nie mówiąc już o posiadanym zwierzchnictwie nad francuskim imperium kolonialnym.

Problem ze stosunkiem do Vichy jest zatem gdzie indziej.

Kilka lat temu nieżyjący już Sebastian Rybarczyk zauważył, że przedwojenne podziały polityczne wśród Francuzów zostały rzucone na grunt okupacyjnej rzeczywistości, a przegrana w kompromitującym stylu kampania obronna tylko umocniła tendencje antyrepublikańskie i antydemokratyczne.

Vichy bowiem było eksperymentem prawicy tradycjonalistycznej, wrogiej dziedzictwu rewolucji francuskiej i świeckiemu republikanizmowi. Odpowiedzią elit skupionych wokół Petaine'a na kryzys państwowości francuskiej była rewolucja narodowa prowadzona pod hasłami praca – rodzina – ojczyzna, z odrzuceniem zasady wolności, równości i braterstwa. I choć Marsylianka pozostawała hymnem narodowym, to w Vichy wdrażano program etatystyczny, konserwatywny w hasłach i socjalistyczny w praktyce, wrogi Żydom, demokratom i komunistom, co stanowić miało o wspólnocie ideowej nazistów i petainowców.

Jednocześnie samo Państwo Francuskie Vichy żyło życiem „podwójnym". Kolaboracja bowiem, jak opór, była powszechna i trudno tutaj wskazać wyraźną linię, bo różne były formy zarówno jednego, jak i drugiego. Państwo Vichy bowiem w latach 1940–1942 było neutralnym państwem satelickim Trzeciej Rzeszy, posiadającym, jak wskazano wcześniej, wiele atrybutów suwerenności, a jego status w tych relacjach z Niemcami był zbliżony do Węgier czy Rumunii. Większość Francuzów uznawała służbę czy pracę na rzecz Państwa Francuskiego, będącego prawnym sukcesorem III Republiki, za coś oczywistego. Uznawanie bowiem legalności Państwa Francuskiego i bycie lojalnym jego urzędnikiem nie przeszkadzało być jednocześnie wrogim wobec Niemiec, a po zajęciu Vichy przez hitlerowców w 1942 r. aktywnie już zwalczać okupanta.

Ten paradoks dotknął praktycznie wszystkich grup społecznych, a zwłaszcza takich elit, jak urzędnicy, wojskowi, prywatny biznes czy intelektualiści – zarówno prawicowi, jak i lewicowi. Do anegdoty przeszło, jak prześladowani przez Josepha Darnanda, szefa policji Vichy, działacze Komunistycznej Partii Francji, zwrócili się do okupacyjnych władz niemieckich o wznowienie wydawania dziennika „L'Humanite" w Paryżu, czemu Niemcy, przez wzgląd na sojusz ze Związkiem Sowieckim, byli przychylni. Tylko zdecydowana interwencja premiera Vichy Lavala utrąciła tę inicjatywę.

Niewolni od tych dylematów byli również prawnicy, przede wszystkim sędziowie, którzy na dodatek wydawali orzeczenia w imieniu Państwa Francuskiego i na podstawie obowiązujących przed wojną przepisów. Nie wahali się przy tym zarówno przed skazywaniem członków Resistance, jak i wydawaniem zarządzeń umożliwiających policji Vichy udział w obławach na Żydów latem 1942 r.

(...)

Wobec powszechnej niemal akceptacji dla rządów Vichy w społeczeństwie francuskim, zwłaszcza w latach 1940–1942, a jednocześnie minimalnym, choć stale rosnącym poparciu dla Wolnej Francji de Gaulle'a, oczywiste się stało, że wolność Francji przyniosą Anglosasi. Francuzi bowiem byli pogodzeni z istniejącym stanem i pielęgnowali, nawet w obliczu okupanta, przedwojenne podziały polityczne. Dlatego z wyjątkiem kilku spektakularnych procesów czołówki politycznej Vichy, Petaine'a, Lavala czy Darnanda oraz kilkuset pomniejszych, a także samosądów, ofiarą których padło ok. 1000 osób, państwa Vichy nie rozliczono.

Stworzono za to już w czasie wojny i przy aktywnym współudziale gen. de Gaulle'a koncepcję tzw. uzupełniających się wzajemnie ról: Komitetu Wolnej Francji pod jego kierownictwem na emigracji i rządów marszałka Petaine'a w kraju. Obaj działali bowiem w tym samym celu, a więc utrzymania ciągłości państwa francuskiego i przetrwania substancji narodowej. Lecz w tym założeniu wyłącznie de Gaulle reprezentował Francję suwerenną, nawiązującą do dzieła Wielkiej Rewolucji Francuskiej, do republikanizmu rozumianego jako synteza myśli Rousseau, idei niepodzielności i laickości.

Taka ryzykowna parabola pozwoliła Francuzom nie tylko bardzo szybko zapomnieć o wstydliwych latach kolaboracji, ale przede wszystkim umożliwiła bezbolesne przejście całego aparatu administracyjnego i wymiaru sprawiedliwości Vichy na służbę IV Republiki.

rp.pl

„Kiedyś, kiedy będą załatwiali moją sprawę historycznie, pamiętaj, że nie byłem świnią”. Te słowa wypowiedział ppłk Zygmunt Berling do Zdzisława Peszkowskiego, przyszłego księdza i kapelana Rodzin Katyńskich, a ówczesnego podchorążego w armii Andersa. Ks. Peszkowski przyznał potem: „Czułem, że jest on (Berling) częścią jakiegoś polskiego etosu rozdarcia”. Postać Berlinga do dziś budzi wiele kontrowersji. Z jednej strony, wiele osób, w tym jego byłych podwładnych, ceni go za to, że wyrwał z łagrów i mrozów Rosji radzieckiej wiele istnień ludzkich. Z drugiej, zarzuca mu się współpracę ze Stalinem, wykorzystanie sprawy Polski do własnej kariery wojskowo-politycznej. Obwiniano go o bycie agentem NKWD i propagowanie komunizmu. Stał się celem ataków przede wszystkim Instytutu Pamięci Narodowej, co skutkuje usunięciem pomników i zmianami nazw ulic.

A jaki był naprawdę? Czy był wyrachowanym karierowiczem? A może postacią tragiczną, rozdartą między polityką a tym, co ludzkie i żołnierskie? Wreszcie – czy był komunistą z przekonania, z wyboru czy z konieczności? A może nie był nim wcale?

Berling na pewno był pragmatykiem, co nie wykluczało patriotyzmu. Zdawał sobie sprawę, że alianci są daleko. Pamiętał doskonale wrzesień 1939 r. i to, jak zachowali się wobec Polski. Sam przyznawał, że komunistą nie był i nie będzie, ale wiedział, że Rosja Radziecka jest potężna i to Stalin będzie rozdawał karty po zakończeniu wojny. W miarę upływu czasu sytuacja geopolityczna się zmieniała. Konflikt ZSRR z III Rzeszą otwierał przed Polakami znajdującymi się na terytorium Rosji nowe możliwości wyrwania się z łagrów i z niewoli, ocalenia życia. Także wyzwolenia Polski pod polskim sztandarem, nawet jeśli trzeba by walczyć jako polskie wojsko pod nadzorem Armii Czerwonej. „Polska na lata będzie związana z Rosją, więc dla dobra Polski ta współpraca będzie konieczna”, twierdził Berling.

Czy to, że wybrał Rosję zamiast odległej Anglii i Francji, czyni go zdrajcą? Chciał armii polskiej formowanej w Rosji, ale miał inną wizję walki niż Anders. Kierował się nie uwielbieniem dla Stalina, ale myślą, by żołnierze 1. Armii Ludowego Wojska Polskiego mogli wkroczyć na ziemie Polski, manifestując tym samym obecność polskiego oręża. Rozumiał, że żołnierze Andersa, cała polska emigracja wojskowo-polityczna, będą z czasem balastem dla aliantów. To, że Stalin wykorzystywał Berlinga i jego armię do swoich wyrachowanych rozgrywek, jest już inną kwestią.

Nie można oskarżać Berlinga o fascynację komunizmem. W lutym 1920 r. awansował do stopnia kapitana. Podczas wojny polsko-bolszewickiej wsławił się jako dowódca V batalionu kieleckiego w obronie Lwowa, za co został uhonorowany Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. To, że Berlingowi, mimo jego antysowieckiej przeszłości, pozwolono w Rosji na formowanie sił zbrojnych, trzeba uznać za paradoks historii. Łatwo dziś oceniać zachowania takich ludzi jak Berling, zapomina się bowiem, że był to czas, gdy ktoś potrzebny łatwo mógł się zamienić w kogoś skazanego na fizyczny niebyt. Można było np. polecieć do Moskwy i już nie wrócić.

Zygmunt Berling chciał żyć. Czy można mieć mu to za złe? Uniknął losu swoich kolegów i przeżył jako jeniec w Starobielsku, podczas gdy inni spoczęli w masowej mogile w Katyniu. W październiku 1940 r., zaledwie osiem miesięcy przed wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej, bolszewicy sprowadzili do specjalnego obozu pod Moskwą, a potem do samej Moskwy, paru polskich oficerów sztabowych, w tym płk. Berlinga, i zaproponowali im przygotowanie armii polskiej do walki przeciwko Niemcom. Berling stawiał jednak bardzo ostro jeden warunek: do tej armii będą mogli wejść wszyscy polscy szeregowi i oficerowie, niezależnie od ich poglądów politycznych. Rozmowa toczyła się z Ławrientijem Berią i jego zastępcą Wsiewołodem Mierkułowem. „Ależ naturalnie – odpowiedzieli. – Polacy wszystkich poglądów politycznych będą mieli prawo wstąpić do tej armii”. „A więc doskonale – odrzekł Berling. – Mamy świetne kadry dla armii w obozach Starobielska i Kozielska”. Wówczas Mierkułowowi wyrwało się: „Nie, ci to nie. Zrobiliśmy z nimi wielką pomyłkę”. (My sdiełali s nimi bolszuju oszybku).

Berling mógł łatwo się domyślić, co oznaczała ta „wielka pomyłka”. I że jeśli nie będzie jak najgorliwiej eksponował poparcia dla Stalina we wspólnej walce z Niemcami, on także stanie się „pomyłką”.

tygodnikprzeglad.pl

Znaczna część pożyczek zaciąganych pierwotnie przez suwerenów była motywowana potrzebą zabezpieczenia granic i prowadzenia działań zbrojnych. Koszty zagranicznych kampanii wojennych lub odpierania najazdów obcych armii bywały większe od źródeł dochodów. Spadek znaczenia feudalnych zobowiązań do służby wojskowej skłaniał władców do tworzenia wojsk najemnych, takich jak kondotierzy w Wenecji, Florencji i Genui.

Tacy żołnierze musieli otrzymywać zapłatę. W ten sposób doszło do rozwoju długu państwowego jako środka zapewniającego przetrwanie państwa (Stasavage 2011). Umożliwiał finansowanie wydatków, których ostateczna wielkość i czas trwania nie były znane.

XIX wiek był okresem przejściowym, podczas którego rządy, wciąż pożyczając pieniądze na prowadzenie wojen, zarazem emitowały dług publiczny w celu dostarczania dóbr publicznych. Na pierwszy ogień poszedł krajowy dług publiczny, a państwa emitowały obligacje w celu sfinansowania edukacji i robót publicznych. Wraz ze wzrostem dochodów, rozwojem produkcji i ekspansją miast, społeczeństwo zaczęło domagać się od państwa zapewnienia dostępu do czystej wody, kanalizacji i jeszcze szerszej edukacji publicznej. Już w połowie XIX wieku dług państwowy wykorzystywany był do finansowania rozmaitych wydatków publicznych, począwszy od rozwoju systemów wodociągowych i kanalizacyjnych, aż po budowę linii kolejowych, portów i kanałów.

W XX wieku doszło do gwałtownego wzrostu poziomu zadłużenia z powodu wielkich wojen, recesji, panik bankowych i kryzysów finansowych, a także polityki prowadzonej w reakcji na te wydarzenia. Pod koniec XX wieku po raz pierwszy pojawiło się również zjawisko sekularnego (długotrwałego) wzrostu relacji długu publicznego do PKB, co było spowodowane reakcją rządów na powszechne oczekiwania społeczeństw w zakresie zapewniania emerytur, opieki zdrowotnej i innych niesfinansowanych usług społecznych.

Państwa podejmowały różne działania w celu obniżenia swojego zadłużenia – od tych najbardziej podstępnych (jak psucie pieniądza i wywoływanie inflacji) do tych najbardziej skrajnych (ogłaszanie niewypłacalności i restrukturyzacja). Częstotliwość występowania niewypłacalności państw miała wyraźny komponent cykliczny. Przed I wojną światową częstotliwość występowania przypadków niewypłacalności państw była związana z poważnymi kryzysami finansowymi (z lat 1826, 1873, 1890). Ta prawidłowość powtarzała się również w kolejnych stuleciach.

W XVIII i XIX wieku rządy podejmowały jednak nadzwyczajnie wysiłki w celu obsługi i spłaty ogromnych długów powstałych w wyniku kosztownych wojen.

Państwa mogą zrobić trzy rzeczy, aby obniżyć swoje zadłużenie w stosunku do PKB: wygenerować nadwyżki pierwotne, obniżyć realną stopę procentową lub powiększyć swoją gospodarkę i zdolność do obsługi zadłużenia. Przed I wojną światową konsolidacja zadłużenia osiągana była głównie poprzez generowanie nadwyżek budżetowych. Wielka Brytania uzyskiwała nadwyżki przez większą część stulecia, a Stany Zjednoczone przez pięć kolejnych dekad po wojnie secesyjnej.

Tymczasem po II wojnie światowej obniżanie wskaźników zadłużenia oparte było głównie na różnicy między stopą wzrostu a stopą oprocentowania. Jak podkreślał w swojej pracy Reinhart (2012), ta korzystna różnica była skutkiem zarówno solidnego wzrostu gospodarczego, wynikającego z działań na rzecz odbudowy ze zniszczeń i skutecznego nadrabiania zaległości rozwojowych, jak i ujemnych, realnych stóp procentowych, wspieranych przez restrykcyjne krajowe regulacje finansowe, kontrolę przepływu kapitału i uporczywą inflację.

obserwatorfinansowy.pl