czwartek, 11 września 2025



Alaksandr Łukaszenka skomentował naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony. - Widzicie, co się ostatnio dzieje. Drony tam latały. Nawet my byliśmy nimi zarzucani, choć nie leciały w naszym kierunku - powiedział. - Widzieliśmy, gdzie te drony latają. Zestrzeliliśmy wszystko, co się dało. Ale kilka zostało. Poinformowaliśmy Polskę natychmiast, z jak największym wyprzedzeniem. Co z tego wynikło? - zapytał. - Słuchajcie, [zachowali się - red.] jak dzikusy. Nagle podsycają napięcie. Prawdopodobnie chcą, żebyśmy na to odpowiednio zareagowali. Cóż, ostrzegałem już tysiące razy, że nie chcemy żadnych wojen ani konfliktów. Nie chcemy, żeby granice były zamknięte. Ale jeśli zostaniemy postawieni przed faktem dokonanym, będziemy zmuszeni zareagować - stwierdził białoruski dyktator.

W pewnym momencie Alaksandr Łukaszenka zaczął mówić o polskich władzach. - Jak już mówiłem, Polacy to mądrzy ludzie. Nie pozwolą na żadne tam panoszenie się Tuskowi, Nawrockiemu, Dudzie. Ten ostatni zmądrzał, kiedy przestał być prezydentem, udzielił kilku wywiadów. Wcześniej jako pierwszy podżegał do wojny w Ukrainie. Teraz już obwinia Ukrainę. O co chodzi? Cóż, to ich problem - powiedział. - Naszym zadaniem jest ochrona kraju - dodał.

gazeta.pl


Białoruska państwowa agencja informacyjna BelTA przytoczyła w czwartek 11 września słowa białoruskiego lidera, który podziękował prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi za wysiłki, jakie podejmuje na rzecz ustanowienia pokoju w różnych częściach świata. - Choć może to zabrzmieć banalnie, chcę podziękować waszemu prezydentowi - nie dlatego, że chcę mu tu słodzić, bo to nie w moim stylu - za te wysiłki, które podejmuje na rzecz pokoju, przede wszystkim w naszym regionie - stwierdził podczas spotkania w Mińsku z przedstawicielem prezydenta USA Johnem Coale’em. - Zatrzymał siedem, sześć wojen czy konfliktów, nieważne ile. Zatrzymał ich niemało. Mówię to jako historyk i jako prezydent, który pracuje już długo: żaden prezydent Stanów Zjednoczonych nie podjął tylu i takich działań na rzecz pokoju na świecie - stwierdził białoruski dyktator i dodał, że dziękuje "Donaldowi za wysiłki, jakie dziś podejmuje w polityce światowej". (...)

- Najważniejsze teraz - tak to widzę - by Donald, mimo swojego wybuchowego charakteru, nie stracił zainteresowania tym tematem. Najważniejsze, byście wy - Amerykanie - utrzymali kurs, który dziś obraliście w kwestii porozumień pokojowych. Zwłaszcza tutaj w regionie - w konflikcie Rosji i Ukrainy - powiedział Łukaszenka. - I najważniejsze: życzę wam większej obiektywności. Trzeba słuchać wszystkich, Donald to potrafi, ale wnioski musi wyciągać sam - zaznaczył białoruski przywódca. 

W czwartek strona białoruska zwolniła 52 więźniów politycznych, w tym 14 obcokrajowców. W tej grupie jest także dwóch Polaków. Decyzja o ułaskawieniu została podjęta przez Alaksandra Łukaszenkę w dniu jego spotkania z przedstawicielem amerykańskiej administracji Johnem Coale’em. Wśród zwolnionych więźniów politycznych, oprócz Polaków, są między innymi Łotysze, Niemcy, Francuzi i Brytyjczycy. Centrum Obrony Praw Człowieka "Wiasna" podało, że na wolność wyszli działacze białoruskiej opozycji: Uładzimir Mackiewicz, polityk Mikoła Statkiewicz i dziennikarz Ihar Łosik. Państwowa agencja BelTA podała, że po rozmowach Łukaszenki z przedstawicielem Stanów Zjednoczonych Waszyngton chce wznowić działalność amerykańskiej ambasady w Mińsku. Amerykanie zamierzają znieść sankcje wobec białoruskich linii lotniczych BiełAvia, a także zapowiedzieli możliwość zorganizowania spotkania Donalda Trumpa z białoruskim dyktatorem. Łukaszenka cytowany przez białoruskie media reżimowe powiedział, że jego celem jest odbudowa kontaktów ze Stanami Zjednoczonymi, co ma sprzyjać działaniom Donalda Trumpa na rzecz pokoju.

gazeta.pl


Zdaniem dr. hab. Bohdana Szklarskiego z Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego "Donald Trump zachowuje możliwość odgrywania roli mediatora". - Trump jest bardzo ostrożny w swoim publicznie wyrażanym stosunku do Putina i - jak to Trump - woli mieć wszystkie opcje otwarte. Gdyby to był atak wojskowy i żołnierze zginęliby u nas, byłaby inna sytuacja. Zdaniem Trumpa nie jest to więc powód wymagający ostrej reakcji, która odcinałaby go od szans spowodowania, że kiedyś Putin usiądzie do rozmów z Zełenskim, co poszłoby na jego chwałę. Myślę, że dlatego Trump nie potępił naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej - powiedział amerykanista i politolog w rozmowie z Gazeta.pl. Ponadto ekspert zaznaczył, że powściągliwość polityka może wynikać z oczekiwania działań, które nastąpiłoby po ich ewentualnej zapowiedzi.

Głos w sprawie zabrał również ekspert z dziedziny wojskowości i redaktor portalu "Strefa Obrony Dawid Kamizela. - Wszyscy patrzą na Stany Zjednoczone. Jeżeli nic się nie zmieni, to będzie to zachęta dla Rosji, żeby robić tak dalej, bo przecież nie poniesie żadnych konsekwencji, nie zostanie zagrożona kolejnymi sankcjami, nie nastąpi jakieś duże wzmocnienie amerykańskiej obecności w Europie i Polsce. Więc gdzie dla Rosjan jest tutaj jakiś utrata korzyści, utrata jakiegoś zysku? A zysk sam w sobie za te działania jest na poziomie politycznym, bo widzimy te wibracje w społeczeństwie, na poziomie militarnym, czyli rozpoznanie naszego systemu obrony powietrznej, sprawdzenie reakcji, jak nasze systemy radiotechniczne działają, ale też na poziomie współpracy z sojusznikami, czyli szybkość reakcji. Holendrzy to zrobili i chwała im za to. Oni zdali egzamin, ale NATO nie jest spójne w 100 procentach. To jest konglomerat różnych państw z różnymi politykami, z różnymi poglądami. I takie testowanie na pewno przyda się Rosjanom. Bo to są wnioski na przyszłość. To są wnioski, które sprawdzone w Polsce mogą się przydać w kontekście być może jakichś planów agresji wobec państw bałtyckich - powiedział ekspert w Gazeta.pl.

(...)

Donald Trump do tej pory rozmawiał z Karolem Nawrockim i opublikował jedynie krótki wpis dotyczący rosyjskich dronów. "Co jest z Rosją, która narusza polską przestrzeń powietrzną dronami? No to zaczynamy!" - napisał prezydent USA w środę 10 września. - To jest jakaś abstrakcja. Przyznam, że dwa razy próbowałem jakoś ten wpis zinterpretować, ale jego nie da się zinterpretować - powiedział Dawid Kamizela w rozmowie z Gazeta.pl.

gazeta.pl


Z 19 rosyjskich dronów, które wleciały nad Polskę w nocy z wtorku na środę, "co najmniej 3" miały zostać zestrzelone. Strzelać miały samoloty, para holenderskich F-35 i para polskich F-16. Czym konkretnie - oficjalnie nie podano. Wskazówką jest zdjęcie leżącego na ziemi fragmentu rakiety AIM-120C-7, które trafiło w środę rano do sieci. Jest też nagranie z kamery na czyimś domu, na którym wyraźnie widać rakietę wykonującą krótki lot i trafiającą w coś, co wybucha w płomieniach. Mały dystans wskazuje na użycie rakiety krótszego zasięgu AIM-9.

Oba pociski to standardowe wyposażenie myśliwców NATO. Broń uchodząca za bardzo dobrą, ale jakość kosztuje. Dla klienta zagranicznego ta pierwsza to nawet ponad milion dolarów. Ta druga około połowy tej kwoty. Ich celem była natomiast antyteza jakości, czyli masowo produkowane proste rosyjskie drony. Ceny liczone w zależności od wersji od kilkudziesięciu tysięcy dolarów do około 100-200 tysięcy. Wniosek nasuwa się sam: na dłuższą metę tak się nie da.

(...)

Na razie daleko nam jednak do zabezpieczenia tego, co najważniejsze. Trwają oczywiście duże programy modernizacyjne, z których najważniejsze to Wisła, Narew i Pilica. Razem stworzą nowoczesną wielowarstwową obronę przeciwlotniczą gdzieś w pierwszej połowie przyszłej dekady, ale według klasycznych koncepcji. Wszystkie te programy zaczęto na długo przed wojną w Ukrainie i pojawieniem się problemu dronów w rodzaju rosyjskich Szachedów, nie wspominając o dronach jeszcze mniejszych. Wisła, Narew i Pilica mają bronić przed samolotami, śmigłowcami, rakietami i innymi klasycznymi środkami napadu powietrznego. Przed Szachedami też oczywiście będą mogły, ale wracamy do podstawowego problemu koszt-efekt. Strzelanie do prostych rosyjskich latadeł rakietami systemu Patriot (program Wisła) czy CAMM (programy Narew i Pilica+) to strzelanie z armaty do wróbla. Działkami i najlżejszymi rakietami Piorun systemu Pilica to co innego, ale te mają bardzo ograniczony zasięg (to tak zwany system VSHORAD – obrona powietrzna bardzo krótkiego zasięgu rzędu kilku kilometrów) i połączone z nimi radary mogą mieć problem z wykrywaniem oraz śledzeniem tego rodzaju celów.

Dodatkowo do obrony można używać samolotów i śmigłowców. Te pierwsze, zwłaszcza pełnokrwiste maszyny wielozadaniowe, są jednak bardzo drogie w użyciu, tak samo jak ich uzbrojenie. Na tanie drony można ewentualnie przeznaczyć tańsze w eksploatacji samoloty szkolno-bojowe, w rodzaju kupionych od Korei Południowych FA-50 ze starszymi rakietami powietrze-powietrze. Dodatkowo AH-64 Apache z ich działkiem pokładowym, które też ma się nadawać do strzelania do dużych dronów, choć to już drogi w użyciu system uzbrojenia. Cele mogą im wskazywać dwa latające radary Saab 340 i zamówione już balony z radarami systemu Barbara.

Doświadczenia ukraińskie wskazują jednak na konieczność posiadania dodatkowej klasy systemów, stworzonych konkretnie z myślą o bezzałogowcach. Po pierwsze z odpowiednimi radarami pozwalającymi je pewnie wykrywać. Po drugie z tanimi tak zwanymi "efektorami", czyli czy to rakietami, czy działkami, czy dronami. Po trzecie ze zintegrowanym systemem walki elektronicznej, który część intruzów może obezwładnić bez jednego strzału. Tego właśnie w Polsce nie ma. W 2022 roku kupiono kilkanaście systemów SkyCtrl polskiej firmy APS za 150 milionów złotych i skierowano głównie do ochrony kluczowych lotnisk czy stanowisk nowoczesnych systemów przeciwlotniczych. SkyCtrl w postaci, jaką posiadamy, służy do wykrywania i próby zakłócania działania małych dronów. Firma APS we współpracy z Ukraińcami i pod wpływem doświadczeń z używania go w boju, do dzisiaj znacznie rozwinęła swój produkt. Wstępnie proponuje też pożenienie go z np. norweskim stanowiskiem działka automatycznego. Polskie wojsko do wczoraj się tym jednak nie interesowało, bo nie ma w nim tradycji ciągłego rozwijania oraz modyfikowania sprzętu raz przyjętego do służby. Kupione w 2022 roku systemy SkyCtrl są, jakie były. Natomiast technologia bezzałogowców rozwinęła się w tym czasie błyskawicznie.

Innych propozycji w Polsce jest wiele. Polskie firmy na przestrzeni ostatnich lat proponowały wiele rozwiązań, od tanich rakiet przeciwlotniczych o wdzięcznej nazwie Grzmot, samobieżnej armaty przeciwlotniczej SA-35, adaptacji wieży ZSSW-30 do zwalczania dronów, kilku różnych radarów i systemów walki elektronicznej czy całego pakietu rozbudowującego system Pilica o możliwości zwalczania dronów. Pomysłów, propozycji i prototypów dużo na przestrzeni ostatnich dwóch lat. (...)

gazeta.pl


W czwartek 11 września podczas spotkania z prezydentem Finlandii Alexandrem Stubbem Wołodymyr Zełenski wezwał sojuszników do ponownego przemyślenia kwestii własnych zdolności obrony powietrznej po naruszeniach polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony. Ukraiński lider podkreślił, że Ukraina jest "otwarta i gotowa", by wspierać wysiłki swoich sojuszników. Stwierdził, że państwa takie jak Polska powinny rozważyć "wielowarstwowe podejście" do obrony powietrznej, ponieważ systemy rakietowe, takie jak amerykańskie Patriot, są zbyt kosztowne, by używać ich przeciwko tańszym dronom wykorzystywanym przez Rosję. - Nikt na świecie nie ma wystarczającej liczby rakiet, by zestrzelić wszystkie różne typy dronów - powiedział.

"Zełenski powiedział, że Ukraina, która jest silnie uzależniona od zachodnich systemów obrony powietrznej dalekiego zasięgu, wypracowała wyrafinowane podejście wewnętrzne do odpierania rosyjskich ataków i jest w stanie udzielić swoim sojusznikom wskazówek w tych kwestiach. Zełenski dodał, że polski premier Donald Tusk zgodził się już na wysłanie przedstawicieli wojskowych do Ukrainy w tej sprawie" - donosi Reuters. Ponadto agencja dodała, że źródło zaznajomione z tematem przekazało, że "polscy wojskowi przejdą szkolenie z zestrzeliwania dronów".

gazeta.pl


- Moskwa apeluje do Warszawy o jak najszybsze rozważenie decyzji o zamknięciu przejść granicznych na granicy z Białorusią, ponieważ ten krok jest destrukcyjny - powiedziała Maria Zacharowa. Jak dodała, "konfrontacyjne kroki Polski mają na celu usprawiedliwienie polityki dalszej eskalacji napięć w Europie". - Zamknięcie przejść granicznych zaszkodzi partnerom Warszawy, a także polskiemu biznesowi oraz podważy podstawowe zasady humanitarne - stwierdziła rzeczniczka MSZ Rosji. - Wzywamy Warszawę do zastanowienia się nad konsekwencjami tak destrukcyjnych działań i jak najszybszego ponownego rozważenia podjętej decyzji - podsumowała. 

Granica z Białorusią zostanie całkowicie zamknięta na czas rosyjsko-białoruskich manewrów "Zapad 25" - poinformował w środę (10 września) premier Donald Tusk. W projekcie podkreślono, że ćwiczenia są "wymierzone w kontekście politycznym bezpośrednio we wschodnią flankę Sojuszu Północnoatlantyckiego, ewidentnie antyzachodnich i antypolskich, a także w obliczu nasilającej się presji migracyjnej na granicy polsko-białoruskiej, wspieranej przez działania władz Białorusi". Manewry w pobliżu polskiego terytorium rozpoczną się w piątek 12 września i potrwają do 16 września. Według danych litewskiego wywiadu w rosyjsko-białoruskich ćwiczeniach "Zapad" ma wziąć udział około 30 tysięcy żołnierzy.

gazeta.pl


Donald Tusk w czwartek 11 września wieczorem zabrał głos po Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. - Jeszcze raz chcę powtórzyć bardzo ważną rzecz (...), stanowisko naszych wojskowych i większości liderów politycznych i państwowych urzędników: każdy, kto będzie chciał zaatakować Polskę w jakikolwiek sposób, zostanie potraktowany adekwatnie, tak jak to było w nocy 10 września. Polska bardzo cierpliwie, ostrożnie i rozsądnie reagowała na różnego typu prowokacje i to trwało latami - powiedział premier podczas konferencji prasowej.

- Mieliśmy i mamy pełną świadomość, że jako część Sojuszu Północnoatlantyckiego, jesteśmy współodpowiedzialni za zachowanie pokoju i dlatego polskie reakcje były zawsze adekwatne - dodał szef rządu. - W sytuacji, gdy pojawiło się bezpośrednie zagrożenie, przekroczenie polskiej granicy (...), państwo polskie (...) zdecydowało o zestrzeleniu dronów, które stanowiły największe zagrożenie - zaznaczył polityk. - Cenimy sobie i z zadowoleniem przyjąłem identyczną deklarację prezydenta, że od pierwszych godzin nasza współpraca przebiega wzorowo. Wokół trudnych decyzji udało się zbudować polityczne porozumienie - dodał Tusk i przekazał, że umówił się z prezydentem na "dalszą, ścisłą, współpracę".

Jak przekazał szef rządu, tematem dnia była także "czarna strona, jeśli chodzi o zachowania sąsiadów, przestrzeń publiczną, dezinformację i próby siania chaosu". - W Polsce maski opadły, coraz precyzyjniej identyfikujemy tych, którzy ze względów politycznych, czy z głupoty, czy są zdrajcami, wysługują się rosyjskiej propagandzie i dezinformacji - podkreślił. Jak zaznaczył Tusk, "nam się nie wydaje, że za prowokacją stoi Rosja". - My to wiemy - zaznaczył i dodał, że ma nadzieję, że nikt z sojuszników "nie będzie udawał, że nic się nie stało".

gazeta.pl


„Właściwie rozpoczęliśmy proces odbudowy (podczas wojny z Ukrainą)....Wróciliśmy do siebie…. Znaczna część wewnętrznych celów specjalnej operacji wojskowej została osiągnięta. To już Rosja, która postrzega siebie jako niezależne państwo-cywilizację, zupełnie inne społeczeństwo niż Zachód....To, co wydarzyło się w naszym społeczeństwie, jest zwycięstwem, z którego możemy być dumni… To wydarzenie historyczne, całe nasze społeczeństwo zmienia się we właściwym kierunku” 

źródło: audycja „Eskalacja Aleksandra Dugina” - radio Sputnik

x.com/Maciej_Korowaj


2 września 1945 roku zakończyła się II wojna światowa, a jednym z jej rezultatów były narodziny nowego supermocarstwa - Stanów Zjednoczonych Ameryki. USA były wiodącym na świecie producentem ropy naftowej, stali, samolotów, samochodów i elektroniki. Posiadały dwie trzecie światowych rezerw złota i ponad połowę światowych mocy produkcyjnych. W 1947 r. Stany Zjednoczone odpowiadały za jedną trzecią światowego eksportu i ponad dwukrotnie przewyższały wartość amerykańskiego importu. Dolar stał się światową walutą rezerwową, a Ameryka światowym wierzycielem.

Pierwsze we wszystkim - żadne imperium w przeszłości nie osiągnęło takich wyżyn. "Z ekonomicznego punktu widzenia świat leżał u stóp Ameryki" - pisze historyk Paul Kennedy. Wydawało się, że militarnie również. USA miały najpotężniejsze siły powietrzne na świecie - 85 tys. samolotów, drugie miejsce z dużą luką zajmował ZSRR - 18 tys. Amerykańska marynarka wojenna wielokrotnie przewyższała wszystkie inne razem wzięte. USA były jedynym posiadaczem broni atomowej.

(...)

Pod koniec wojny siły zbrojne USA liczyły 12 milionów ludzi. Jak na kraj o populacji 132 milionów - bardzo dobry wynik, nie ustępujący nawet ZSRR, który według spisu ludności z 1939 roku liczył 170 milionów ludzi. Problem tkwił w strukturze amerykańskiej machiny wojskowej. Marynarka Wojenna i Siły Powietrzne pochłaniały ogromne zasoby ludzkie - odpowiednio 3,3 miliona i 2,4 miliona osób. Z pozostałych 8,3 miliona, tylko 2,8 miliona trafiło bezpośrednio do Armii Sił Lądowych (AGF) - czyli dywizji i dołączonych do nich jednostek wzmacniających. Reszta, jak to z przymrużeniem oka ujął generał McNair, dowódca AGF, stała się "niewidzialną hordą ludzi" zaangażowanych w służbę garnizonową i logistykę w ogromnych łańcuchach dostaw na całym świecie.

Kiedy Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny w 1941 roku, amerykańskie dowództwo, wciąż obawiając się upadku ZSRR, obliczył, że w tym przypadku do pokonania Niemiec i Japonii będzie wymagać 334 dywizji. Całkiem rozsądna liczba, ponieważ Niemcy podczas II wojny światowej mieli w aktywnej armii 250-270 dywizji (wszystkie sformowane około 550), a Japończycy do końca wojny mieli 145 dywizji. Ale okazało się, że z dostępnymi zasobami ludzkimi Amerykanie nie zbliży się do tych liczb. Niemożliwe jest posiadanie "wszystkich największych" naraz - marynarki wojennej, lotnictwa i armii.

Stany Zjednoczone ograniczyły się do sformowania 89 dywizji (plus 6 dywizji piechoty morskiej), z których 68 walczyło w Europie. Biorąc pod uwagę 26 brytyjskich, wystarczyło to do złamania oporu Niemców na froncie zachodnim i włoskim. Ale to przy założeniu, że 60-70 proc. sił Wehrmachtu pochodziło z frontu sowiecko-niemieckiego.

Rozpoczęta z sukcesem 6 czerwca 1944 r. operacja Overlord szybko zaowocowała serią ciężkich bitew pozycyjnych w Normandii i dopiero 25 lipca Amerykanom udało się przełamać niemieckie pozycje obronne w pobliżu Saint-Lô i wejść w przestrzeń operacyjną. 25 sierpnia Paryż został wyzwolony, a alianci ruszyli w kierunku granicy III Rzeszy. W tych letnich bitwach Niemcy użyli 37 dywizji przeciwko 35 dywizjom alianckim, w tym 20 amerykańskim. Liczby te nie dają pełnego obrazu walczących grup, ponieważ dywizje anglo-amerykańskie były zauważalnie "grubsze" od niemieckich, a dodatkowo dysponowały masą jednostek wzmacniających, przez co rzeczywisty stosunek liczbowy, według obliczeń historyka Niklasa Zetterlinga, wynosił 3,8:1. Ale jest jeszcze jedna ważna rzecz: nawet przy takich nakładach Niemcy z powodzeniem utrzymywali front przez siedem tygodni, a załamał się on tylko dlatego, że ich rezerwy strategiczne w tym momencie poszły dokładnie w przeciwnym kierunku - na Białoruś.

23 czerwca rozpoczęła się tam strategiczna ofensywa Armii Czerwonej (operacja Bagration), podczas której Grupa Armii Centrum została pokonana w ciągu kilku dni. Próbując zaszyć rozległy front, Niemcy przerzucili tam 35 dywizji, w tym 12 dywizji czołgów i dywizji zmotoryzowanych. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby przewidzieć rezultat ich pojawienia się w Normandii i podwojenia grupy przeciwnej aliantom - żadne przełamanie pod Saint-Lô nie byłoby możliwe.

Aby być uczciwym, to samo odnosi się do Bagration: rażący sukces operacji wynikał z faktu, że Grupa Armii Centrum miała tylko jedną dywizję pancerną w rezerwie na swoim 900-kilometrowym froncie. W tym czasie osiem niemieckich dywizji pancernych walczyło z aliantami na niewielkim skrawku ziemi w pobliżu normandzkiego miasta Caen. Gdyby te mobilne jednostki znajdowały się na Białorusi w czerwcu 1944 r., Bagration miałby znacznie jaśniejszy wygląd lub nawet całkowicie zawiódł.

Krótko mówiąc, latem 1944 r. jednoczesne działania na froncie zachodnim i wschodnim zapewniły niezbędną synergię, aby zadać Wehrmachtowi klęskę, z której już się nie podniósł. To właśnie miał na myśli generał Eisenhower, głównodowodzący siłami alianckimi w Europie, kiedy w 1942 roku określił utrzymanie ZSRR z dala od wojny jako kluczowe zadanie dla Stanów Zjednoczonych. /?/ "Jeśli Rosja się wycofa, nie widzi dla nas nic lepszego niż impas", powiedział sekretarz wojny Henry Stimson.

Ale nawet w bardzo sprzyjających warunkach, które rozwinęły się w rzeczywistości, armia amerykańska w Europie jesienią i zimą 1944 r. doświadczyła poważnych braków kadrowych. Od momentu lądowania do końca września straciła 152 tys. ludzi, w tym 36 tys. zabitych i zaginionych. Straty stosunkowo niewielkie jak na standardy frontu wschodniego, ale ponieważ 95 proc. z nich stanowili piechurzy i czołgiści, szybko okazało się, że amerykańskie dywizje nie mają kogo wysyłać do ataków.

Do tego czasu armia amerykańska pozyskała już wszystkich ludzi, których mogła usunąć z gospodarki kraju bez narażania na szwank swojego zadania bycia arsenałem przemysłowym dla całej koalicji antyhitlerowskiej. W cywilnej sile roboczej nie było już wolnych zasobów ludzkich; pełne zatrudnienie odnotowano w Ameryce do samego końca wojny. Wojsko zostało poproszone o samodzielne poradzenie sobie z "kryzysem piechoty i czołgów". Na linię frontu zaczęto przerzucać łącznościowców, strzelców przeciwlotniczych, urzędników, kucharzy. Do AGF przeniesiono nawet 24 tysiące podchorążych szkół lotniczych. Cały ten kontyngent miał bardzo mgliste pojęcie o walce piechoty i nie było czasu na ich szkolenie, co logicznie doprowadziło do nowej rundy strat.

Oto typowa historia ze wspomnień Beltona Coopera, oficera batalionu remontowego w amerykańskiej 3 Dywizji Pancernej. W szczytowym momencie bitwy o Ardeny otrzymał rozkaz obsadzenia 17 nowych czołgów, do czego wysłano mu 17 zmechanizowanych kierowców, świeżo po szkoleniu, oraz 35 świeżo wyszkolonych piechurów, z których większość nigdy wcześniej nie widziała czołgu z bliska. Ale rozkazy to rozkazy: każdemu mechanikowi-kierowcy przydzielono dwóch żołnierzy, którym pośpiesznie pokazano podstawowe części sprzętu i trzykrotnie oddano strzały z wieżyczki. Po kilku godzinach takiego "szkolenia" czołgi zostały wysłane na front, a Cooper wkrótce znalazł 15 z tych 17 pojazdów trafionych i spalonych. Czy ktokolwiek z załogi przeżył i ilu? - pozostało dla niego nieznane. "Niestety, taka tragedia miała się powtórzyć jeszcze nie raz" - podsumowuje.

W końcu Ardeny były powrotem do niemieckiej bestii, która była już śmiertelnie ranna; w czasach swojej świetności była znacznie straszniejsza. "Biorąc pod uwagę sytuację systemu zaopatrzenia armii amerykańskiej, wydaje się wysoce nieprawdopodobne, by mogła ona sprostać wyzwaniu polegającemu na zlikwidowaniu dodatkowych 5,5 miliona Niemców (których Wehrmacht stracił na froncie wschodnim w latach 1941-1945) bez poniesienia odpowiednich strat" - podsumowuje Zetterling. Innymi słowy, mimo całej potęgi Ameryki, wyrzucenie z wojny któregokolwiek z jej pozostałych dwóch kluczowych sojuszników, Wielkiej Brytanii lub ZSRR, doprowadziło do pata: Austazja jest na zawsze w stanie wojny z Oceanią, ale żadna z nich nie może ostatecznie wygrać. (Oczywiście dotyczy to również Stanów Zjednoczonych, bez których udziału w II wojnie światowej bezwarunkowa kapitulacja III Rzeszy nie jest historycznie przewidywalna).

Jednak w 1945 roku niewiele osób było w stanie zastanowić się nad tym problemem. Po zwycięstwie nad Niemcami i Japonią wszystko inne wydawało się Amerykanom dziecinnie proste. W Stanach Zjednoczonych, według słów historyka Theodore'a Wilsona, narodził się "mit amerykańskiej potęgi porównywalnej do Lewiatana, tak niewyczerpanej i niewytłumaczalnej jak same źródła demokracji".

Wkrótce mit ten został poddany pierwszemu testowi.

W ciągu roku od rozpoczęcia, wojna koreańska (1950-1953) przekształciła się w taki właśnie impas. Po szybkim pokonaniu armii Kim Il Sunga, Amerykanie zostali kontratakowani przez nagły "milion chińskich ochotników"; front powrócił do pierwotnego 38 równoleżnika, gdzie zamarł. To właśnie tutaj amerykańska przewaga techniczna, spotęgowana zakazem Stalina użycia radzieckiego i chińskiego lotnictwa nad większością Korei, okazała się bezsilna wobec upartego i zmotywowanego wroga, a nawet głęboko zakopanego w ziemi.

Próbując znaleźć wyjście z koreańskiego impasu pozycyjnego, wojskowi kilkakrotnie sugerowali Białemu Domowi rozszerzenie wojny na Chiny poprzez rozpoczęcie ataków atomowych przeciwko nim. Przewidywalnie doprowadziło to do przystąpienia do wojny ZSRR, który zawarł wówczas sojusz wojskowy z Pekinem, ale nikt nie mógł przewidzieć, co stanie się dalej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że po wysłaniu 7 dywizji do Korei, Ameryka pozostawiła tylko 6 dywizji do obrony Europy.

Nic dziwnego, że Eisenhower, który objął urząd prezydenta w styczniu 1953 roku, wolał zły pokój od dobrej wojny światowej. W rzeczywistości jego program wyborczy opierał się na obietnicy pokoju. Jeszcze w 1944 roku Henry Stimson narzekał: "Gdy tylko nadchodzą wieści o naszych zwycięstwach, wszyscy chcą założyć marynarki i odejść ze służby. Ciekawą cechą naszych wspaniałych ludzi w Stanach Zjednoczonych jest to, że w ogóle nie czują się uczestnikami wojny i nie widzą potrzeby żadnego poświęcenia - zupełnie jak dzieci". Jest to jeszcze bardziej prawdziwe w przypadku wojny, która osiągnęła impas: według sondaży w pierwszym roku poparcie dla wysłania wojsk do Korei spadło z 78% do 38%.

onet.pl\The Moscow Times


Ponad 20 lat temu inne państwo, które niegdyś uważało się za wszechmocne na polu bitwy — Stany Zjednoczone — znalazło się w kłopotliwej sytuacji na ulicach Iraku i Afganistanu, gdzie rebelianci wykorzystywali improwizowane ładunki wybuchowe, aby zabijać lub okaleczać tysiące młodych Amerykanów w nowym rodzaju asymetrycznej wojny.

"Nie możemy działać wystarczająco szybko w tej dziedzinie" — powiedział Mingus w zeszłym miesiącu. Nie wspomniał jednak, że Pentagon potrzebował tragicznie dużo czasu, aby zwalczyć improwizowane ładunki wybuchowe. Wielu członków wojska i Kongresu — wśród nich zwłaszcza ówczesny senator Joe Biden — było oburzonych prawie dwuletnim opóźnieniem we wprowadzeniu pojazdów MRAP [pojazdy opancerzone o zwiększonej odporności na miny i ataki z zasadzki], które miały przeciwdziałać zagrożeniu ze strony improwizowanych ładunków wybuchowych. Kwestia ta została rozwiązana dopiero w 2006 r., kiedy to nowy sekretarz obrony Robert Gates zastąpił Donalda Rumsfelda.

Gates — zbulwersowany tym, co nazwał codziennymi "stosami pogrzebowymi dla naszych żołnierzy" — przełamał opór biurokratyczny Pentagonu. "Pospieszcie się! Żołnierze giną" — powtarzał niechętnym urzędnikom i uruchomił program przyspieszony, aby wysłać tysiące pojazdów MRAP do Iraku i Afganistanu.

Krytycy twierdzą, że Departament Obrony ma obecnie podobne problemy z dronami. W tamtej epoce, jak napisał Gates w swojej autobiografii z 2014 r., długie opóźnienia we wdrażaniu pojazdów MRAP wynikały z tego, że "nikt na wysokim stanowisku nie chciał wydać pieniędzy na ich zakup", a urzędnicy w Pentagonie, "związani sztywną i nieelastyczną strukturą biurokratyczną, trzymali się swoich starych planów, programów i sposobu myślenia".

Obecnie niektórzy eksperci wojskowi twierdzą, że z wielu tych samych biurokratycznych powodów Pentagon zbyt wolno dostosowuje się do najnowszych zmian w asymetrycznej wojnie: dronów. W rzeczywistości większość działań nadrabiających zaległości miała miejsce dopiero w ciągu ostatniego miesiąca. Krótko po ogłoszeniu utworzenia grupy zadaniowej w lipcu sekretarz obrony Pete Hegseth przedstawił ważną inicjatywę o nazwie "Unleashing U.S. Military Drone Dominance" [Rozpoczęcie dominacji amerykańskich dronów wojskowych] i oświadczył na konferencji prasowej, że drony są największą innowacją na polu walki od pokolenia.

Jednak Hegseth zauważył mimochodem, że do tej pory "jednostki amerykańskie nie są wyposażone w śmiercionośne małe drony, których wymaga współczesne pole walki". Za opóźnienia obwiniał głównie administrację Bidena, twierdząc, że "wprowadziła ona tylko biurokratyczne utrudnienia", podczas gdy "nasi przeciwnicy wspólnie produkują miliony tanich dronów każdego roku". Pentagon nie odpowiedział na prośby o komentarz.

Co najważniejsze, po obejrzeniu, jak Ukraińcy niszczą rosyjskie czołgi i strategiczne samoloty za pomocą uzbrojonych dronów, Hegseth stwierdził, że bezzałogowce powinny być teraz traktowane jak amunicja — tania, jednorazowa i możliwa do masowej produkcji — a nie jak nowe, drogie samoloty, których opracowanie może zająć lata, zanim przejdzie przez biurokratyczne procedury Pentagonu. Nowa polityka Departamentu Obrony w zakresie dronów ma również na celu przyspieszenie ich wykorzystania poprzez przyznanie dowódcom niższego szczebla uprawnienia do zakupu i wdrażania tzw. dronów grupy 1 i 2 lub mniejszych pojazdów, takich jak małe quadcoptery FPV [drony z widokiem z perspektywy pierwszej osoby], które mogą być używane na poziomie jednostki i które okazały się tak skuteczne na froncie w Ukrainie.

(...)

Kiedy w zeszłym miesiącu siły USA opublikowały materiał filmowy opisany jako "pierwsze zrzucenie granatu z bezzałogowego systemu powietrznego w armii amerykańskiej", reakcja w mediach społecznościowych była miażdżąca. "Śmieszy mnie fakt, że bez cienia ironii nazywają to nowością, podczas gdy Ukraińcy pokazują takie nagrania od 2022 r., a może nawet wcześniej. Ktoś w amerykańskiej armii jest kompletnie naćpany" — napisał jeden z komentujących. "LOL Ukraina i Rosja robią to już od trzech lat" — napisał inny. Eksperci wskazali, że drony wyposażone w granaty zostały po raz pierwszy użyte przez ISIS w Iraku prawie 10 lat temu, w 2017 r.

(...)

— W Ukrainie prawie każdy żołnierz wie, jak używać dronów, jak je obsługiwać i jak ich unikać. W Stanach Zjednoczonych nawet się to nie zaczęło — mówi Kateryna Bondar, urodzona w Ukrainie specjalistka wojskowa z Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych oraz autorka najnowszego raportu "Unleashing U.S. Military Drone Dominance: What the United States Can Learn from Ukraine" (Rozpoczęcie dominacji dronów wojskowych USA: czego Stany Zjednoczone mogą nauczyć się od Ukrainy).

Niektórzy eksperci, tacy jak Jensen i Bondar, obawiają się, że nawet przy przeznaczeniu ogromnych środków finansowych rewolucja dronowa nie zmienia wystarczająco sposobu myślenia o podstawowych metodach prowadzenia wojny.

Jensen twierdzi, że wojsko wydaje się niechętne do wprowadzenia istotnych zmian w polityce personalnej w celu kształcenia specjalistów ds. dronów (chociaż armia zaczyna eksperymentować ze szkoleniami z zakresu rozpoznania z wykorzystaniem dronów).

— Armia zdecydowała, że chce wprowadzić małe [bezzałogowe systemy powietrzne] i drony do istniejących formacji, ale nie chce nowych formacji i rozprzestrzeniania się nowych [wojskowych specjalności zawodowych] — mówi Jensen. — Zasadniczo nadal jesteś, powiedzmy, strzelcem maszynowym, a dodatkowo masz drona. Nadal uważam, że nie jesteśmy gotowi na radykalne eksperymenty w zakresie projektowania i struktury sił zbrojnych.

Bondar twierdzi, że nie była jeszcze w stanie porozmawiać bezpośrednio z Pentagonem na temat swojego wyczerpującego raportu dotyczącego sukcesu Ukrainy — Hegseth zakazał wszelkich kontaktów z waszyngtońskimi think tankami — i nie widziała żadnych dowodów na to, że Departament Obrony w znacznym stopniu wykorzystuje ukraińską wiedzę specjalistyczną w zakresie wojny z użyciem bezzałogowców. Co więcej, podczas spotkań z komisjami Senatu ekspertka zauważyła głównie zamieszanie dotyczące sposobu wydatkowania nowych środków.

— Tak, są gotowi przeznaczyć duże środki finansowe, ale pytanie brzmi: jaki jest właściwy sposób, aby to zrobić? Istnieje wiele obaw dotyczących tego, jak to zrobić. Technologia zmienia się tak szybko. Czy trzeba teraz gromadzić zapasy, kupować miliony dronów, które za pół roku staną się przestarzałe? Wtedy pieniądze zostaną zmarnowane. Kto więc powinien otrzymać te pieniądze? — mówi ekspertka.

(...)

Oczywiście nikt nie wygra wojny wyłącznie za pomocą dronów. — Ukraińcy nie będą w stanie odzyskać Krymu ani części Donbasu za pomocą dronów lub autonomicznych pojazdów bojowych — twierdzi Nadia Schadlow, starsza pracowniczka naukowa w Hudson Institute, która pełniła funkcję zastępczyni doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego ds. strategii w pierwszej administracji Trumpa. — Kluczowe znaczenie będzie miało to, które siły zbrojne będą w stanie dostosować się do połączenia autonomii z innymi platformami i koncepcjami operacyjnymi.

— Drony nie są tak naprawdę aż tak zaawansowane technologicznie — dodaje emerytowany pułkownik Anthony Pfaff, dyrektor Instytutu Studiów Strategicznych w U.S. Army War College. — Mają jednak cechę, której nie ma żadna inna broń na polu walki. Są naprawdę tanie, więc słabsi gracze mogą kupować je w milionach. Pozwala to słabszym graczom zmniejszyć ryzyko dla własnych sił, jednocześnie zwiększając je dla wroga.

Jak ujęła to specjalistka ds. bezpieczeństwa Joyce Hakmeh w najnowszym raporcie brytyjskiego think tanku Chatham House: "Przewaga Ukrainy nie polega na poszczególnych technologiach, które wdrożyła, ale na jej zdolności do regularnego wyprzedzania Rosji w cyklu innowacji. Jest to model, który inne kraje muszą zbadać, jeśli chcą utrzymać gotowość wojskową w XXI w.".

onet.pl\Politico