środa, 22 maja 2019


Z mojej zawodowej wiedzy wynika, że narody nie istniały od zawsze, więc można przypuszczać, że nie będą trwały wiecznie. Sam badałem starsze i mniejsze od narodów wspólnoty etniczne zwane przez historyków i antropologów plemionami. Wiem, jaką rolę w utrzymywaniu ich spójności odgrywał symbol wspólnego terytorium („nasza ziemia”) oraz mit pokrewieństwa łączącego ogół współplemieńców ze sobą nawzajem, z plemiennym królem (o ile taki był) i z boskim opiekunem plemienia postrzeganym jako naturalny lub adopcyjny praojciec ludu. Archetypy plemiennej mitologii miały długi żywot i nieraz kołatały się w świadomości narodowej aż po XiX i XX w., czego dobrymi przykładami są słowa Roty Marii Konopnickiej, a także trwający w polszczyźnie nawyk określania wojny domowej jako konfliktu bratobójczego.

Polityczna organizacja plemion została w Europie zniszczona przez państwa. Chrześcijańska monarchia nie mogła współistnieć ze strukturami, które groziły rozsadzeniem jej jedności. W dodatku plemiona były matecznikami pogańskiego kultu. Nie umiemy jednak określić, jak przebiegał i jak długo trwał proces wykorzeniania plemiennych więzi. Więź narodowa – etniczny korelat średniowiecznej państwowości – kształtowała się bardzo powoli, chociaż jej zarodki uchwytne są dość wcześnie w środowisku elity politycznej. Wśród historyków, podobnie jak wśród socjologów, przeważa opinia, że nowoczesny naród, obejmujący poczuciem wspólnoty ponad klasowymi i politycznymi podziałami wszystkich, którzy uznają się za dzieci tej samej ojczyzny, ukształtował się po obaleniu barier stanowych, czyli pod koniec XVIII i w XIX w. A co z narodem po nowoczesności?

Bliski kres narodów, wieszczony przez postmodernistyczną myśl europejską, nie jest prognozą wysnutą z historycznej, socjologicznej lub ekonomicznej wiedzy, lecz typowym proroctwem. Kto chce, niech wierzy; ja jestem sceptyczny.

Moim lewicowym i euroentuzjastycznym przyjaciołom skłonnym do wiary w bliski koniec narodów doradzałbym nade wszystko ostrożność. Rozpad Związku Radzieckiego, a niezadługo potem rozpad Jugosławii potwierdzają wielką żywotność narodowych wspólnot, emocji i konfliktów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie twierdził, że Ukraina odłączyła się od Rosji, a Bośnia od Serbii wiedzione ekonomiczną racjonalnością. Było raczej przeciwnie. Czystki etniczne na Bałkanach lub jatki w Czeczenii to, rzecz jasna, nieszczęścia, zbrodnie, humanitarne katastrofy, nie wyciągamy jednak z tego wniosku, że świadomość narodowa to wyłącznie źródło nieszczęść.

(...)

Po upadku Związku Radzieckiego i tryumfach globalizacji świat stał się mniej przewidywalny, niż był w drugiej połowie XX w. Nie ma już dwubiegunowego ładu pod nadzorem supermocarstw, które dzieliły między siebie strefy wpływów i nie pozwalały na takie konflikty, których nie mogłyby kontrolować. Globalny kapitał finansowy wyrwał się spod kontroli państw, nawet tych najpotężniejszych, a spekulacje destabilizują gospodarkę w USA i w Europie. W połączeniu z deregulacją dyktowaną względami doktrynalnymi i z kryzysem polityki społecznej wprowadza to w życie codzienne zamożnych dotychczas krajów dramatyczną niepewność jutra i nowe napięcia społeczne. Wszystko to prawda, ale naród nie jest kategorią ekonomiczną. Zamęt w gospodarce nie musi spowodować zniknięcia narodów. Istniały one przed Keynesem i będą istnieć po Friedmanie.

krytykapolityczna.pl

Dlaczego tak chętnie zatrudniano dzieci?

Bo były szybkie i zwinne. Bo łatwiej od dorosłych przestawiały się na fabryczny tryb pracy. Bo prościej było je uformować, dyscyplinować i karać. Bo się błyskawicznie uczyły prostych, powtarzalnych czynności. A przede wszystkim - były najtańsze.

I można z nimi zrobić, co się chce?

Właściwie tak, bo traktowano je po prostu jak surowiec. Chciałam "Dziećmi rewolucji" uświadomić czytelników, że w trakcie rewolucji przemysłowej dzieci traktowano jak węgiel, stal czy bawełnę. Postęp dokonał się w dużej mierze dzięki ich łzom i krwi. Warto o tym, zachwycając się cywilizacyjnym progresem, pamiętać.

Są jakieś szacunki o liczbie pracujących dzieci?

W czasach rewolucji przemysłowej dzieci i młodociani stanowili połowę wszystkich pracowników, więc skala była ogromna. Dzieci kopały węgiel, pracowały w fabrykach włókienniczych, czyściły kominy, sprzątały, obsługiwały maszyny. Kilkulatki trafiające do fabryk zostawały w nich potem często już jako dorośli pracownicy.

Były wręcz zawody, w których dzieci dominowały.

Małoletni pomocnicy kominiarzy byli na porządku dziennym, bo któż lepiej niż mały chłopiec zmieści się w przewodzie kominowym, który trzeba oskrobać z sadzy?

Nie dało się bez nich?

Dało, bo i wtedy, i dzisiaj nie było konieczne zatrudnianie dzieci. Można było produkcję organizować tylko z udziałem dorosłych, ale chęć ekspresowego zysku w imię postępu była silniejsza. I ubodzy rodzice nie mieli tu w związku z tym wiele do powiedzenia. Z badań jasno wynika, że kiedy rodzicom w wiktoriańskiej Anglii zaczynało się nieco lepiej powodzić, natychmiast zabierali dzieci z pracy i często wysyłali je do szkoły. Wystarczy podnieść pensje rodziców czy opiekunów, żeby znacząco ograniczyć pracę dzieci.

Dlaczego napisałaś tę książkę?

Bo to jest ważna historia, którą trzeba opowiedzieć. Ale też historia, która się właściwie nie skończyła, o czym doskonale wiedzą wszystkie organizacje zajmujące się wyzyskiem dzieci. Różnica jest tylko taka, że obecnie to się nie dzieje w Europie, ale w Azji, Afryce i Ameryce Południowej, gdzie dzieci pracują w warunkach niewolniczych, podobnie jak te w wiktoriańskiej Anglii. Różnica jest może taka, że ich eksploatacja jest dzisiaj paradoksalnie trudniejsza do zwalczenia niż kiedyś.

Nie przeszkadza nam, kiedy kupujemy ubrania w światowych sieciówkach odzieżowych szyte przez dzieci. Oburzają nas tylko raz na jakiś czas wypadki w dziecięcych fabrykach, o których się dowiadujemy z mediów.

Dokładnie tak samo było dwieście lat temu. W książce piszę o wypadku w kopalni, po którym wydobyto na powierzchnię kilkadziesiąt ciał dzieci. I nagle wszyscy byli w szoku. Jak to możliwe? Skąd dzieci w kopalni? Zaczęły się tym interesować media, opinia publiczna, w końcu sama królowa Wiktoria, która wysłała specjalną komisję do zbadania sprawy. A dzisiaj? Kiedy kilka lat temu zawaliła się w Bangladeszu fabryka, nagle wszyscy byli wstrząśnięci informacją, że pracują tam dzieci szyjące dla globalnych odzieżowych marek.

Nikt nic nie wiedział, jak w twojej książce.

Znamy to doskonale: firma ma kontrahenta, a kontrahent kolejnego kontrahenta. Dlatego właśnie "Dzieci rewolucji" są opowieścią bardzo współczesną. Opowieścią nie tylko o eksploatacji dzieci, ale także o sile słowa, bo zmiana zaczyna się od głośnego mówienia o problemie, od domagania się swoich praw, od opowieści o swoim doświadczeniu. I może to mieć potem rozmaite reperkusje, jak historia jednego z bohaterów mojej książki, Roberta Blincoe, która najprawdopodobniej zainspirowała Charlesa Dickensa do napisania "Olivera Twista", mającego - z racji wielkiej popularności - niebagatelny wpływ na zmianę mentalności i postrzegania najbiedniejszych.

gazeta.pl

Po inspirację wystarczy rzut oka za ocean. Poziom rozwoju gospodarczego liczony jako PKB na głowę wcale nie przesądza o poziomie życia. Kanada jest pod tym względem wyraźnie biedniejsza od USA – różnica między nimi to 13 tys. dolarów (między Polską a Niemcami 20 tys.). Kanada nie posiada też czołowych globalnych koncernów, a mimo to mało który Kanadyjczyk marzy o uczynieniu ze swojego kraju drugich USA. To raczej Amerykanie miewają kompleksy wobec Kanadyjczyków, chociażby z powodu ogólnodostępnej, sprawnie działającej służby zdrowia. Wszystkie kompleksowe wskaźniki dobrobytu społecznego pokazują, że to w Kanadzie żyje się lepiej.

Według najpopularniejszego, czyli Human Development Index (HDI), Kanada wyprzedza USA o jedno oczko, choć w tym wskaźniku poza PKB na głowę brane są pod uwagę tylko dwa inne czynniki – średnia długość życia oraz wskaźnik skolaryzacji. Dużo bardziej kompleksowy jest Better Life Index OECD, który mierzy poziom życia aż w 11 obszarach, a na każdy z nich składa się kilka dodatkowych wskaźników. Także według OECD życie w Kanadzie jest na wyższym poziomie niż w USA, choć zarówno pod względem dochodów, jak i miejsc pracy to te drugie wyraźnie górują. Kanada wyprzedza za to USA w niemal wszystkich ważnych dla życia obszarach (poza warunkami mieszkaniowymi): jest tam lepiej pod względem edukacji, bezpieczeństwa, stanu środowiska, aktywności obywatelskiej, relacji społecznych, możliwości łączenia pracy z życiem prywatnym, satysfakcji z życia i oczywiście poziomu zdrowia publicznego.

Doskonałym przykładem tego, że PKB na głowę nie przesądza o poziomie życia w kraju, jest też… Polska. Choć pod względem PKB per capita zajmujemy 45 miejsce, to wskaźnik HDI plasuje nas na 33 miejscu na świecie. Wyprzedzamy chociażby dużo bogatsze od nas kraje arabskie. Także według Better Life Index wyprzedzamy niektóre zamożniejsze od nas kraje, np. opisywaną wyżej Koreę Południową oraz Portugalię, a niewiele brakuje nam do Włochów. Choć w poziomie dochodów wypadamy fatalnie, ciągną nas w górę edukacja oraz bezpieczeństwo, które są na poziomie najlepszych. Nieźle wypadamy też w poziomie zdrowia, za to dużo gorzej w warunkach mieszkaniowych czy stanie środowiska.

Innym krajem, w którym poziom życia jest wyraźnie wyższy niż wskazywałby na to PKB na głowę, jest Słowenia. Według Better Life Index pod względem poziomu życia ten alpejski kraj niewiele ustępuje Francji, choć pod względem PKB na głowę traci do niej aż 10 tys. dolarów. Słoweńcy również fatalnie wypadają pod względem dochodów, za to pod względem warunków mieszkaniowych, edukacji, zdrowia i bezpieczeństwa są w ścisłej światowej czołówce.

Niski PKB na głowę jest główną przyczyną fatalnych warunków życiowych w krajach ubogich, jednak od pewnego poziomu przestaje on wywierać kluczowy wpływ na ogólny poziom życia. Gdy dochody coraz większej części społeczeństwa są już odpowiednio wysokie, ich wzrost przestaje być realnie odczuwalny. Kate Pickett i Richard Wilkinson w Duchu równości określili ten poziom na 20 tys. dolarów na głowę. To było jakąś dekadę temu, ale nie wydaje się, żeby obecnie próg ten był wyższy niż 30 tys. dolarów.

W 2018 r. PKB na głowę w Polsce wyniósł 32 tys. dolarów, więc najpewniej przekroczyliśmy już granicę, poza którą inne czynniki wpływają na poziom życia w większym stopniu niż poziom rozwoju gospodarczego. Oczywiście to wcale nie znaczy, że powinniśmy zupełnie machnąć ręką na doganianie pod względem PKB zachodu Europy. Czas jednak wreszcie zatroszczyć się o te obszary, które rzeczywiście decydują o tym, jak dobrze nam się żyje. Przez lata otaczaliśmy kultem wzrost gospodarczy, napędzani mrzonką o „dogonieniu Niemców”, tymczasem kluczowe usługi publiczne leżały odłogiem. Nakłady na służbę zdrowia są w Polsce jednymi z najniższych w UE, komunikacja zbiorowa na prowincji niemal nie istnieje, podobnie jak mieszkalnictwo komunalne. Zresztą cały sektor publiczny jest koszmarnie niedoinwestowany, czego efektem kolejne protesty grup zawodowych.

Gdybyśmy podnieśli dochody finansów publicznych do poziomu średniej unijnej (czyli z 41 proc. PKB do 45 proc.), nasz sektor publiczny zyskałby ok. 80 mld złotych co roku. Za taką kwotę można podnieść finansowanie służby zdrowia do 6 proc. PKB, wyraźnie podnieść zarobki nie tylko nauczycieli, ale też pracowników socjalnych, sądowych, szeregowych urzędników i wielu innych grup, których dochody od lat nie nadążają za ogólnym wzrostem płac, wprowadzić program mieszkaniowy z prawdziwego zdarzenia, a nie atrapę, rozwinąć komunikację zbiorową w całym kraju i rozpocząć podpinanie do centralnego ogrzewania wszystkich budynków ogrzewanych piecami powodującymi smog.

krytykapolityczna.pl